niedziela, 25 marca 2012

współlokator

Bywa, że trzeba zmierzyć się z nie do końca pożądanymi zmianami. Constans nie istnieje. I dobrze, bo byłby przejmująco nudny. Przed nowym i nieznanym postawione zostało jakiś czas temu najsympatyczniejsze lokum w Sopocie; dokładnie, to z rozlewnią szczególnie udanej cytrynówki. Stanęło ono mianowicie przed koniecznością wymiany nie tylko okien (przez które zaprawdę widać świat), ale i lokatora. Choć trudno w to uwierzyć, nie każdy marzy o tym, by wiecznie rezydować w raju. To co, że przereklamowanym. Raj to raj. Z jednym wolnym pokojem.
Z uwagi na specyfikę i koloryt pozostałych domowników, profil poszukiwanego lokatora ograniczył się do płci nadobnej. Wiadomo, panowie nie rozumieją problemów z zespołem napięcia przedmiesiączkowego, pomiesiączkowego i międzymiesiączkowego. Do tego nie sprzątają i nie można od nich pożyczać ciuchów. Ogłoszenie zatem niosło treść jednoznacznie zdefiniowaną: poszukujemy współlokatorki. Wszystko zostało weń ujęte: że zamieszka ona w środkowej komnacie i dołączy do grona Sopockich Królowych Spod Lasu. Że, aby tak się stało, musi spełnić kilka królewskich wymogów. A więc dobrze, by była dziewczyną pracującą (taka się nie wyprowadzi po sesji), ewentualnie (bardzo ewentualnie) studentką, w wieku do 30 wiosen (cobyśmy się dogadały), niepalącą (lub mającą upodobanie w częstym przewietrzaniu się na zewnątrz budynku), lubiącą porządek (uwaga! dyżury sprzątania!), komunikatywną (chodzi o to, by wszystkim mieszkało się dobrze), wypłacalną (bo czynsz i opłaty muszą być uregulowane na czas), lubiącą peerelowskie klimaty (to NIE jest nowe budownictwo); gotować nie musi (choć byłoby miło; w tajniki przygotowania cytrynówki w razie czego byśmy ją wprowadziły). Napisałyśmy jeszcze kilka mniej istotnych szczegółów, o pięknej okolicy, ekskluzywnym sąsiedztwie, bla bla bla, podałyśmy detale lokalizacyjne i zaprosiłyśmy Królowe do składania ofert. Po opublikowaniu tegoż ogłoszenia usiadłyśmy wygodnie, poprawiłyśmy garderobę i wzięłyśmy głęboki oddech. Byłyśmy gotowe na szturm.
Nieoczekiwana cisza początkowo zaskoczyła. Naładowane na ofensywę telefony milczały. Droczyć można się przez chwilę, to nawet wciąga i dopinguje, ale niecierpliwość nasza (i niemiła ewentualność większego czynszu) paliła w stopy. Kilka spotkań na szczycie, gorących debat przy braku stołu – i zdecydowałyśmy zredukować nieco profil nowej domowniczki. No dobra, niech już będzie studentka, nie tylko w ostateczności, w ogóle niech będzie.
Ale telefony nadal głuche. Śmierdząca flauta. Rozkręcić, przedmuchać, podać pin.
Nic.
Przecież nie zażyczyłyśmy sobie nie wiadomo czego. Pominęłyśmy na przykład warunek zaprezentowania talentu wokalnego (dość istotna kwalifikacja w rzeczonym domostwie). Nie wspomniałyśmy też o egzaminie z kreskówek. Może ludzie nie mają poczucia humoru? Może nasze, jakże niekonwencjonalne, ogłoszenie, odstrasza? Kto o zdrowych zmysłach (o które siebie, na marginesie, nie posądzamy) zamieszcza podobny anons? Nikt go poważnie nie potraktuje.
Uspokojone takowym tłumaczeniem, zmieniłyśmy ogłoszenie na pospolite w formie i treści. Takie tam Sopot, wolny pokój w samodzielnym mieszkaniu, dla studentki.
I nic.
Żarty się skończyły. Nikt nie chciał z nami mieszkać! Samoocena i samozadowolenie spadały z prędkością światła. Razem z krzyżykami w kalendarzu.
I stało się. Zmuszone okolicznościami, z wielkim bólem i wbrew religijnym przekonaniom, drżącymi palcami dodałyśmy w naszej niepopularnej internetowej notce zapis dla studentki/studenta (czytaj: facet, cholera, też może być, co mamy robić?)
I przyszedł.
Stanął w ciemnym natenczas korytarzu - i gdzieś przepadły grobowe nastroje związane z  koniecznością wpuszczenia mężczyzny do gniazda sopockich amazonek. Właściwie to o co chodziło z tym współlokatorskim feminizmem?
Przyszedł i został. Są tacy, co twierdzą, że ma facet szczęście. Ja bym była oszczędna w przesadnym zazdroszczeniu. Komu można w tym układzie zazdrościć, i czy nie wypadałoby raczej współczuć, może napiszę następnym razem. O ile Ludek w Krainie Amazonek nie przetnie mi do tego czasu pępowiny z ruterem.

poniedziałek, 12 marca 2012

mgła i czarne plamy, czyli do czego można dojść w trzydzieści lat

Można dojść do wniosków wielu. Lub do baru. Do tych pierwszych lepiej było nie zmierzać, ale poszło i nic nie zrobisz. Prócz pominięcia eleganckim milczeniem, które teraz zdawkowo prezentuję. Dlatego lepiej już ten bar.
Trzydziestki posypały się ostatnio, co mogło umożliwić przygotowania do przejścia na drugą stronę. Mogło. Jak się bowiem nie pierwszy raz okazuje, liczyć można, jeśli w ogóle można, jedynie na siebie. Obserwacje nic nie dają, a zapytani wprost odpowiadają, że w zasadzie nic nie widzą. Tylko mgłę i czarne plamy, nawet po zdjęciu okularów. Czyli nic nowego. To i cieszy, i trapi. Bo gorzej nie będzie, ale dlaczego nie miałoby być lepiej? Tak po cichu układany plan na lepsze zastygł w niemocy kilka tygodni przed godziną zero. Skoro spektakularnych zmian nie będzie, to może poszukać plusów paroletniego poczynania sobie na ziemi i w niebie. Białych plam przecierających mgłę niebytu. Zaznaczam uczciwie, iż do owej specyficznej inwentaryzacji zabrałam się jakiś czas temu, wiedząc, iż dziś trudno mi będzie skupić się na bilansach. Wszystko poza tym upozorowane zostało na kompletnie lekceważący brak przygotowań. Ferment niepokoju opadł niby, drżąca trwoga przeprawiona została na względny spokój. Niedbale, z markowaną dozą nonszalancji zaczęłam ignorować fakt upływu czasu, a nawet – majstersztyk! – istoty samej cezury, którą zwykło się świętować urodzinowym toastem. Że luz, o co ten dym, dajcie spokój, ja już dałam. Gówno prawda, ale koncept był. Przyznajcie.
I tak usiadłam nad białą kartką ekranu, a migający dłuższą chwilę punkt w lewym górnym rogu uświadomił mi, że nie bardzo wiem, co napisać. Co podkreślić, wychwycić, popieścić emfazą. Co wyróżnia te parę lat? Czy coś? Nie przyszło do głowy nic mądrego. Tylko kilka strzałów, krótkich półzdań nazywających ulotności. Takie, jak uśmiech dziecka. Zresztą - każdy. Bo nie ma takiej twarzy, której uśmiech by nie pasował. Wschód słońca na szeroko rozwartych źrenicach. Czekolada z malinami. Amelia pod koniec długiego poniedziałku. Dźwięki w rytm nastroju. Wiatr we włosach i droga w słonecznym lesie. Czekolada mleczna. Sierpniowe świerszcze. Oczy pani Helenki. Smak satysfakcji po ciężkiej, wygranej walce. Czekolada gorzka. Gorycz też może być słodka. Niezapowiedziany telefon z życzliwością w słuchawce. Czekolada z nadzieniem. Wszelkim. Kobiecość z krwi, kości i mentalności. Psi pysk na kolanach. Kilka medali. Przestrzeń nieogarnięta spojrzeniem. Dłoń wyciągnięta w geście wsparcia. Noce (nie)stracone na nieprzespaniu. I wszystko, co jeszcze przed. Wierzę, że sporo tego. Oto pokrótce inwentarz absolutnych doskonałości. Ja to widzę. A poza tym tylko mgłę i czarne plamy. Póki co.

piątek, 2 marca 2012

ekoblaga

Wyrzuciłam dziś z lodówki:
sernik (nie zdążył nikogo zachwycić autarchią perfekcji)
jogurt
ogórka (zwiądł w oczekiwaniu na kulinarny debiut)
mleko (to nie był już zapach)
kolejny jogurt
ziemniaka zapieczonego z serem i pieczarkami; zapieczonego dość dawno temu
kawałek kiełbasy
ser pleśniowy; pleśniowy na serio
znowu jogurt

Do kosza powędrowały również:
dwa (dwa, dwa) litrowe słoiki rosołu; z kawałkami kurczaka i marchewki w środku
pół słoja ryżu z agrestem; był do niego jeszcze w poniedziałek cytrynowy sos; wspomnienie dzieciństwa; do śmieci
masło; przedwiosenne słońce chyba mu nie służy
skostniałe foundee z orzechami; szkoda tych orzechów
niedojedzona owsianka; pozostałość po pośpiechu poranka
połówka nie za zbytniej cytryny
nie chcę pamiętać, co jeszcze.

Jestem ekologiczna. Zbieram plastikowe nakrętki. W zasadzie nie wiem, w jakim celu. Ale zbieram.

niedziela, 26 lutego 2012

puzzle

Przyjemnie obudzić się niedzielnym rankiem i stwierdzić, że w ciągu tygodnia nie tyle wykonało się plan maksimum, co go przekroczyło. Skoro tak, to możliwe, że cel umiejscowiony był trochę za nisko i należało nieco wyżej zawiesić założenia. A może po prostu niósł mnie wiatr.
Przyjemnie wygrywać z samym sobą. I nie płacić za to wysokiej ceny.
Przyjemnie czuć na piersi ciężar wyróżnienia. I nie zgiąć się pod jego ciężarem.
Przyjemnie być z siebie czasem zadowolonym. Nie zawsze trzeba być najsroższym krytykiem własnych poczynań.
Z takich małych przyjemności komponujemy układankę dni, tygodni, lat. Puzzle różnej maści i ubarwienia. I dobrze, gdy nie ma kompletu klocków. Poszukiwanie odpowiedniego kształtu to smakowanie życia.

środa, 22 lutego 2012

marzenia są

I trzeba je realizować. Dzisiaj zabrzmiało to inaczej. Sensowniej. Dodało odwagi. Ubrało nagą nieśmiałość w kostium założeń. Aspiracje potrzebują niekiedy kopa z zewnątrz. Bo powiedziane zostało, że największym niebezpieczeństwem dla większości z nas nie jest to, że mierzymy za wysoko i nie osiągamy celu, ale to, że mierzymy za nisko i cel osiągamy. Tak mówią Michały. Jeden z nich to Anioł. Żywię nadzieję, że drugi nie sprowadzi mnie na samo dno piekieł wstydu.

sobota, 18 lutego 2012

sobota, 11 lutego 2012

świeczka na torcie

Koniec roku to taki czas, kiedy wypada zrobić jakiś bilans. Co się udało, co schrzaniło - na uzasadnienie powszechnie znanej teorii, że następny rok będzie lepszy i w zasadzie dobrze, że obecny się kończy. Słabe to - co dwanaście miesięcy robimy to samo i nic z tego nie wynika. Dlatego nie pokusiłam się o résumé w grudniu, co więcej dość starannie unikałam wówczas kombinacji komputer + alkohol, aby przypadkiem nie odbiło się to elegijną czkawką. Bo miniony rok naprawdę dobrze, że już się skończył. Tyle na temat. Podsumowania zostawiłam sobie na potem, które się, myślę, zadziało teraz.
Mamy bowiem urodziny. Dziś kończy się pierwszy rok mojej obecności tutaj. Raczkująca impreza. Nie macie galowych strojów i baloników? Nie szkodzi. Przejdziemy od razu do części nieoficjalnej. Pierwszoroczniak. Rozłóżmy przed dzieciakiem rekwizyty – co chwyci: pieniądze, różaniec, książkę czy kielicha? Wieść niesie, że na pierwsze „pierwsze” urodziny zgarnęłam dwie ostatnie. To by się nawet zgadzało. Teraz, rzecz jasna, zaopiekowałabym się walutą. Dla wyrównania życiowego salda.
Świętuję sobie, a co. Minibal na bosaka. Zapraszam do tańca, bo solenizantów jest więcej. To Ty, i Ty. I Ty też. Wszyscy Wy, co częściej bądź rzadziej, regularnie lub przez pomyłkę tu zaglądacie, nabijając statystyki, dzięki którym wodolejstwa nie zarzuciłam. A groziło. Najczęściej zaraz po popełnieniu jakiegoś badziewia. Kilka się zdarzyło, co będziemy ściemniać. Nie jestem aż tak odważna, by ogłaszać konkurs na najwspanialszą tandetę mojego autorstwa*. W ogóle nie jestem odważna, więc zgrabnie zmienię kierunek i skupię Waszą uwagę na Was. Paru znam, widuję tu regularnie, dziękuję uniżenie. Zwłaszcza, gdy słyszę, że przyczyniam się do propagowania czytelnictwa wśród uczulonych na papier (to taka lekko uszczypliwa metafora; adresat wie, o kogo chodzi). Miło też dowiedzieć się, że niekiedy prowokuję uśmiechy. I o to się rozchodzi, wszyscy są kontenci – ja też. Jestem przezadowolona, że w ogóle znajduję odbiorców swoich wywnętrzności – to wersja poprawna politycznie. Ta mniej oficjalna i chyba bardziej szczera została już dawno i w sposób niezwykle trafny określona przez mojego literackiego guru. Stwierdził on, że dla pisarzyny, czy poeciny każde rozprawianie się ze światem naznaczone jest ryzykiem próżnogenności. I że rozprawianie się ze światem za pomocą literatury skazuje na próżność absolutną, która w prostej, jak w pysk strzelił, linii, prowadzić musi do megalomanii. Dodał też, co wynikać może z owej próżności, że referaty pisarzyny czy poeciny zwykle dotyczą jego samego**. Nic dodać, nic ująć, ino pochylić się nad tą złotą prawdą. W związku z powyższym oraz ciekawską stroną mojej natury niezwykle interesują mnie Ci, których rozpoznać nie mogę. Ci, którzy z bliżej nieuzasadnionego powodu czytują tutejsze literowe konstrukcje, a ja za cholerę odkryć nie umiem, kto zacz. Pozdrawiam zatem P. jak Podróżnika, wszelkich mniej lub bardziej Anonimowych, nawet tego znikąd pozdrawiam, choć zalazł nieco za cierpliwość. A może któreś zdradzi się, co? No, ładnie proszę. W końcu coś mi się w prezencie należy. I w nagrodę za trud. Bo, jak to również zauważył wspomniany guru, ludziom zwykło się zdawać, że pisanie to bułka z masłem, że taki pisarzyna, czy poecina nic, tylko siedzi w swojej rozciągniętej na kilka metrów kwadratowych pustelni, oczekując na właściwy moment, tak zwany powiew spustowy, i nikt mu nie przeszkadza (choć przeszkadzają zawsze). Ciężki kawałek chleba powiem(y) Wam, w mojej prywatnej sytuacji tym cięższy, że chleba z niego nie ma. Guru może jeszcze coś tam skubnie, ja - nie.
Korzystając z uroczystego charakteru dzisiejszego wpisu chciałabym się na forum pochwalić. Faktem mianowicie, że blog ten międzynarodowy jest, ba - międzykontynentalny nawet. A jak. Brawa dla wszystkich rozsypanych po świecie, nawet, jeśli kliknęli przez przypadek.
Co więcej, okazuje się, że są i tacy, którzy zechcieli mnie cytować na swoich własnych blogach. To, powiem bez ogródek, bardzo mnie łechce. Muszę uważać, żeby sodowa nie uderzyła zbyt wysoko…
Bez obawy, raczej nie grozi. A jeśli, nie daj Boże, przekroczę tę cienką granicę przyzwoitości, przypomnę sobie słowa Jurka, od którego się wszystko zaczęło, a który na rzeczy się zna. Kiedyś pewnie o tym napiszę. Jurek powiedział, że (cytuję), ładnie, poprawnie i jakąś iskierkę zauważa, co jest oznaką niezwykłej dyplomacji i uprzejmości (a on, uwierzcie, dyplomatą nie jest), a między wierszami jak byk stoi: nie zapędzaj się, maleńka, w samozachwycie. Z całą sympatią pozdrawiam Jurka!
Żeby nie było, trzeba na nowy rok zadeklarować jakiś program naprawczy. Parę projektów jest, takie na przykład o skrawkach literatury wysokiej każdego dnia (no chociaż tygodnia), czy ukierunkowanej i systematycznej gimnastyce ciała. Do tej gimnastyki pogrubiony i wyjustowany odnośnik o kończeniu jej każdorazowo sprintem na ścianę. Może pomoże.
W postulatach znajdzie się też, małym rozstrzelonym drukiem punkt o miłości. Chcę być wiecznie zakochana. W czymkolwiek, kimkolwiek. Zacznę od psa sąsiada.
Dobrze by też było być dobrym. Dla innych. To się podobno zwraca. Jak się zastanowić, to nawet Gargamel był dobrym człowiekiem. Czy Gargamel był człowiekiem? Czy ja nim jestem?
Przede wszystkim zaś: zmądrzeć. To może być najtrudniejsze, no ale przecież coś trzeba zostawić na następny rok.
Z sukcesów minionego roku:
Z dumą stwierdzam, że posiadam przyjaciół. I oni mnie posiadają.
I to, że nadal czytacie niniejszy wpis. A to już osiemdziesiąte trzecie zdanie!

* w zasadzie ta najkoszmarniejsza nie ujrzała nigdy światła wirtualnego; i nie mówię tu o tym wierszu napisanym w siódmej klasie
** Jakobe Mansztajn. Polecam, pewnie nie pierwszy raz.

niedziela, 5 lutego 2012

bo niebo trzeba podnieść już dziś

Czyjeś słowa są czasem najdobitniejsze. Lepiej niekiedy nie używać własnych. Dla zdrowia własnego i wszystkich świętych. W razie czego można zwalić na cytat. Przytoczone kwestie to zawsze nie nasze. A tak, przypałętały się. W zasadzie nie wiadomo, dlaczego.
Zawsze wiadomo. Nie ma przypadków, tylko nie dana nam jest wiedza o ich sensie i źródle. Niezrozumiałe, durne sny są obrazem realizacji wyższych działań, rozgrywanych na odległych planach, nam – maluczkim – zasłoniętych zwiewną kotarą ignorancji. Bo i po co nam to poznanie. Jeszcze będziemy próbowali wyjaśniać, tłumaczyć. Zbyt wiele analiz pociągnie nas na sznurku do piekła. Freud skończył źle, zamknięto mu usta.
Co będzie po drugiej stronie, czy będzie inaczej? Czy będzie lepiej?  
Niemożliwe można posiąść, trudne staje się błahostką, nic nie rozumiem, nic.
A może to i dobrze.
Na niebie ciągły ruch.
Jest już po i można iść.

czwartek, 2 lutego 2012

Wisia

O zmarłych należy mówić dobrze. Zwłaszcza, gdy dobrze mówiło się jeszcze za życia. O tej pani mówią dziś wszyscy. A ile się wie? O zakład idę, że niewiele. Tyle naszej wiedzy, ile zmieści wikipedia. I notatki w podręcznikach młodszych pokoleń. Podkreślam to młodszych. Moje podręczniki pamiętają ową noblowską tragedię. Ja sama, przyznaję uczciwie, niewiele więcej ponad standard przeciętnego obywatela. Parę wersów, papieros za papierosem, i koty. Koty, które niezmiennie kojarzą mi się z maturą. I faktem, że podczas mojego – zdanego zresztą na pięć – ustnego egzaminu z języka polskiego niewiele zdołałam powiedzieć. Nie tyle z powodu znikomej erudycji na temat noblistki, ile z uprzejmości. Nie wypada bowiem przerywać, gdy dyrektor mówi. A gadał z zapałem o kotach Szymborskiej.

Niby się poezji nie rozumie, bo trudna i wyssana z pokręconych palców, co to tylko wiersze klecić potrafią, a nie kroić chleb. Ale jej teksty są znośne nawet dla zdeklarowanych nielirycznych. Są realne. W przeciwieństwie do niej samej. Ona była dziwna. Urojona.

urojona nie do wiary
urojona aż do krwi

Ktoś, z kogo opinią, zwłaszcza w dziedzinie literatury, liczę się bardzo, wypowiedział się właśnie, że jej postać była piękna, ale poezja przeceniona. Że „skróty myślowe” jej autorstwa przekraczały jego możliwości. Dziwię się temu z kilku powodów. Właśnie takie zbitki formułujące świat winny jemu przypadać do gustu. Ta, która myślenie przyrównywała do pornografii, nazywała rzeczy krótko, treściwie, dosadnie, acz bez zbytnich ozdobników:

Obmyślam świat, wydanie drugie,
wydanie drugie poprawione,
idiotom na śmiech,
melancholikom na płacz,
łysym na grzebień,
psom na buty
.

Ale mogę się mylić. Mylę się w wielu kwestiach. W końcu jestem zwykłym zjadaczem bagietek z czosnkiem. Co nie znaczy, że poet(k)om wiedza jest dana

Jak żyć - spytał mnie w liście ktoś,
kogo ja zamierzałam spytać
o to samo

Coś w tym jest. Całkiem niedawno sporo od bohaterki niniejszego wpisu młodszy przedstawiciel tej samej szlachetnej profesji stwierdził, że poeci w ogóle niewiele wiedzą. Ci poeci współcześni. Mogą co najwyżej grać w otwarte karty i z czystym sumieniem przyznać, że jeszcze sobie tego wszystkiego nie poukładali. Ona przyznawała to otwarcie:

Nie znam roli, którą gram,
Wiem tylko, że jest moja, niewymienna
O czym jest sztuka zgadywać muszę wprost na scenie

Ale to chyba świadczy o jej szalonej życiowej intuicji. I – nie chciałabym być stronnicza – wydaje się, że takiej nieuświadomionej mądrości nie mógłby posiąść mężczyzna. Nawet poeta niewspółczesny. Powiedzmy: romantyk. Taki skupiłby się na rozłupywaniu sensu istnienia cierpienia. Ona zaś niczego nie rozkładała na części. Brała całość i ją opisywała. A pisała, że jest dobrze:

Jesteś piękne - mówię życiu -
bujniej już nie można było

i dalej, jakby na dowód tego, że i jej nic nie przychodzi bez trudu:

Staram mu się przypodobać,
przypochlebić, patrzeć w oczy.
Zawsze pierwsza mu się kłaniam
z pokornym wyrazem twarzy.
Zabiegam mu drogę z lewej,
zabiegam mu drogę z prawej,
i unoszę się w zachwycie,
i upadam od podziw
u.

Nie wiem, czy dużo kosztuje wyrażenie clou ot tak, niby od niechcenia. Ja miewam z tym problemy. A kiedy udaje mi się stworzyć tego pozory, uwierzcie – to tylko pozory. I na tym chyba polega różnica między dżunglą amazońską a klombem z bratkami. Dziś na przykład, płynąc na fali ogólnego „przypominania sobie” twórczości poetki, natknęłam się na tak przenikliwą prawdę o sobie, jakby sama Wisława stanęła obok, wyrwała mi ją z trzewi, po czym zamieniła na litery

Godzina z nocy na dzień.
Godzina z boku na bok.
Godzina dla trzydziestoletnich.

Godzina uprzątnięta pod kogutów pianie.
Godzina, kiedy ziemia zapiera nas.
Godzina, kiedy wieje od wygasłych gwiazd.
Godzina a-czy-po-nas-nic-nie-pozostanie.

Godzina pusta.
Głucha, czcza.
Dno wszystkich innych godzin.

Nikomu nie jest dobrze o czwartej nad ranem.
Jeśli mrówkom jest dobrze o czwartej nad ranem
- pogratulujmy mrówkom. I niech przyjdzie piąta,
o ile mamy dalej żyć
.

To niemożliwe, by w tak prosty sposób przepisać czyjś egzystencjalny niepokój.
Żeby było jasne: to nie jest panegiryk. Nie jestem wierną czytelniczką poezji Wisi. Nigdy nie miałam nic przeciwko tej miłej chyba starszej pani, ale żeby szczególnie śledzić jej dorobek, to nie. Jej odejście sprowokowało do paru kliknięć myszą. I - choć oczywiście szkoda, że w takich okolicznościach – to cieszy owo odkurzenie słowa. Cytowany już dziś (mój) autorytet podważa zasadność zbiorowej narodowej żałoby po autorce miłości od pierwszego wejrzenia. Że była w porządku, ale niepotrzebnie pół Polski łka. Tak zrozumiałam intencję nadawcy. Ale jak zwykle – mogę się mylić. Mogę też się z powyższym nie zgodzić. Chyba dobrze, że czujemy potrzebę (nawet, jeśli lekko ostentacyjną) opłakiwania kogoś takiego. Więcej to warte, niż rozwlekła żałoba po Tu-154. I tak, jak Czechowicz przepowiedział w wierszu swój ziemski koniec, tak ona jakby umyśliła sobie lekką śmierć

Śmierć,
kiedy śpisz, przychodzi.
A śnić będziesz,
że wcale nie trzeba oddychać,
że cisza bez oddechu
to niezła muzyka,
jesteś mały jak iskra
i gaśniesz do taktu
.

Śmierć jej nie straszyła. Przeciwnie, pojawia się często, oswojona, bez kosy

Śmierć
zawsze o tę chwilę przybywa spóźniona.
Kto twierdzi, że jest wszechmocna,
sam jest żywym dowodem,
że wszechmocna nie jest.
Nie ma takiego życia,
które by choć przez chwilę
nie było nieśmiertelne
.

Sama autorka, niby że nie poczuwa się do mentorstwa, to wygląda, jakby wpadła do ludzi na parę lat, mimochodem, i wiedząc, że to stan przejściowy

Na chwilę tu jestem i tylko na chwilę:
co dalsze, przeoczę, a resztę pomylę

starała się zarazić optymizmem. Radość, to chyba dobre słowo

Radość pisania.
Możność utrwalania.
Zemsta ręki śmiertelnej
.

I nadzieja, bo nawet rozpacz przynosi korzyści.

Najlepsze w tym wszystkim jest nieśmiałe podejrzenie, że to, co zostawiała po drodze wydaje się być pisane z perspektywy świata po niej

Głupia, głupia,
zadawałam się ze światem

Czyli, że głośne odżegnywanie się od wiedzy nie danej zwykłym śmiertelnikom, to wielka marketingowa ściema. Blaga Szymborskiej. Mam cię. Zrobiło się nieswojo, zapadło milczenie. Prawdy ogólne mają to do siebie.
Jedno jest pewne. Choć zeszła (cichcem) z dyżuru, pomarła bez rutyny. Życzyć takiego finiszu każdemu. A teraz gapi się, i śmieje, jak te klaszczące skrzydłami, spłakane wesołością anioły

Nie patrz tak na nas
tymi swoimi oczami
zanadto otwartymi,
jak oczy umarłych
.