niedziela, 18 marca 2012
poniedziałek, 12 marca 2012
mgła i czarne plamy, czyli do czego można dojść w trzydzieści lat
Można dojść do wniosków wielu. Lub do baru. Do tych pierwszych lepiej było nie zmierzać, ale poszło i nic nie zrobisz. Prócz pominięcia eleganckim milczeniem, które teraz zdawkowo prezentuję. Dlatego lepiej już ten bar.
Trzydziestki posypały się ostatnio, co mogło umożliwić przygotowania do przejścia na drugą stronę. Mogło. Jak się bowiem nie pierwszy raz okazuje, liczyć można, jeśli w ogóle można, jedynie na siebie. Obserwacje nic nie dają, a zapytani wprost odpowiadają, że w zasadzie nic nie widzą. Tylko mgłę i czarne plamy, nawet po zdjęciu okularów. Czyli nic nowego. To i cieszy, i trapi. Bo gorzej nie będzie, ale dlaczego nie miałoby być lepiej? Tak po cichu układany plan na lepsze zastygł w niemocy kilka tygodni przed godziną zero. Skoro spektakularnych zmian nie będzie, to może poszukać plusów paroletniego poczynania sobie na ziemi i w niebie. Białych plam przecierających mgłę niebytu. Zaznaczam uczciwie, iż do owej specyficznej inwentaryzacji zabrałam się jakiś czas temu, wiedząc, iż dziś trudno mi będzie skupić się na bilansach. Wszystko poza tym upozorowane zostało na kompletnie lekceważący brak przygotowań. Ferment niepokoju opadł niby, drżąca trwoga przeprawiona została na względny spokój. Niedbale, z markowaną dozą nonszalancji zaczęłam ignorować fakt upływu czasu, a nawet – majstersztyk! – istoty samej cezury, którą zwykło się świętować urodzinowym toastem. Że luz, o co ten dym, dajcie spokój, ja już dałam. Gówno prawda, ale koncept był. Przyznajcie.
I tak usiadłam nad białą kartką ekranu, a migający dłuższą chwilę punkt w lewym górnym rogu uświadomił mi, że nie bardzo wiem, co napisać. Co podkreślić, wychwycić, popieścić emfazą. Co wyróżnia te parę lat? Czy coś? Nie przyszło do głowy nic mądrego. Tylko kilka strzałów, krótkich półzdań nazywających ulotności. Takie, jak uśmiech dziecka. Zresztą - każdy. Bo nie ma takiej twarzy, której uśmiech by nie pasował. Wschód słońca na szeroko rozwartych źrenicach. Czekolada z malinami. Amelia pod koniec długiego poniedziałku. Dźwięki w rytm nastroju. Wiatr we włosach i droga w słonecznym lesie. Czekolada mleczna. Sierpniowe świerszcze. Oczy pani Helenki. Smak satysfakcji po ciężkiej, wygranej walce. Czekolada gorzka. Gorycz też może być słodka. Niezapowiedziany telefon z życzliwością w słuchawce. Czekolada z nadzieniem. Wszelkim. Kobiecość z krwi, kości i mentalności. Psi pysk na kolanach. Kilka medali. Przestrzeń nieogarnięta spojrzeniem. Dłoń wyciągnięta w geście wsparcia. Noce (nie)stracone na nieprzespaniu. I wszystko, co jeszcze przed. Wierzę, że sporo tego. Oto pokrótce inwentarz absolutnych doskonałości. Ja to widzę. A poza tym tylko mgłę i czarne plamy. Póki co.
piątek, 2 marca 2012
ekoblaga
Wyrzuciłam dziś z lodówki:
sernik (nie zdążył nikogo zachwycić autarchią perfekcji)
jogurt
ogórka (zwiądł w oczekiwaniu na kulinarny debiut)
mleko (to nie był już zapach)
kolejny jogurt
ziemniaka zapieczonego z serem i pieczarkami; zapieczonego dość dawno temu
kawałek kiełbasy
ser pleśniowy; pleśniowy na serio
znowu jogurt
Do kosza powędrowały również:
dwa (dwa, dwa) litrowe słoiki rosołu; z kawałkami kurczaka i marchewki w środku
pół słoja ryżu z agrestem; był do niego jeszcze w poniedziałek cytrynowy sos; wspomnienie dzieciństwa; do śmieci
masło; przedwiosenne słońce chyba mu nie służy
skostniałe foundee z orzechami; szkoda tych orzechów
niedojedzona owsianka; pozostałość po pośpiechu poranka
połówka nie za zbytniej cytryny
nie chcę pamiętać, co jeszcze.
Jestem ekologiczna. Zbieram plastikowe nakrętki. W zasadzie nie wiem, w jakim celu. Ale zbieram.
niedziela, 26 lutego 2012
puzzle
Przyjemnie obudzić się niedzielnym rankiem i stwierdzić, że w ciągu tygodnia nie tyle wykonało się plan maksimum, co go przekroczyło. Skoro tak, to możliwe, że cel umiejscowiony był trochę za nisko i należało nieco wyżej zawiesić założenia. A może po prostu niósł mnie wiatr.
Przyjemnie wygrywać z samym sobą. I nie płacić za to wysokiej ceny.
Przyjemnie czuć na piersi ciężar wyróżnienia. I nie zgiąć się pod jego ciężarem.
Przyjemnie być z siebie czasem zadowolonym. Nie zawsze trzeba być najsroższym krytykiem własnych poczynań.
Z takich małych przyjemności komponujemy układankę dni, tygodni, lat. Puzzle różnej maści i ubarwienia. I dobrze, gdy nie ma kompletu klocków. Poszukiwanie odpowiedniego kształtu to smakowanie życia.
środa, 22 lutego 2012
marzenia są
I trzeba je realizować. Dzisiaj zabrzmiało to inaczej. Sensowniej. Dodało odwagi. Ubrało nagą nieśmiałość w kostium założeń. Aspiracje potrzebują niekiedy kopa z zewnątrz. Bo powiedziane zostało, że największym niebezpieczeństwem dla większości z nas nie jest to, że mierzymy za wysoko i nie osiągamy celu, ale to, że mierzymy za nisko i cel osiągamy. Tak mówią Michały. Jeden z nich to Anioł. Żywię nadzieję, że drugi nie sprowadzi mnie na samo dno piekieł wstydu.
sobota, 18 lutego 2012
kto ma ule, ten ma miodzik
Słodka prawda, którą znają nawet dzieci. Tadzik na pewno.
Uwaga, by miód się nie zmarnował.
Uwaga, by miód się nie zmarnował.
sobota, 11 lutego 2012
świeczka na torcie
Koniec roku to taki czas, kiedy wypada zrobić jakiś bilans. Co się udało, co schrzaniło - na uzasadnienie powszechnie znanej teorii, że następny rok będzie lepszy i w zasadzie dobrze, że obecny się kończy. Słabe to - co dwanaście miesięcy robimy to samo i nic z tego nie wynika. Dlatego nie pokusiłam się o résumé w grudniu, co więcej dość starannie unikałam wówczas kombinacji komputer + alkohol, aby przypadkiem nie odbiło się to elegijną czkawką. Bo miniony rok naprawdę dobrze, że już się skończył. Tyle na temat. Podsumowania zostawiłam sobie na potem, które się, myślę, zadziało teraz.
Mamy bowiem urodziny. Dziś kończy się pierwszy rok mojej obecności tutaj. Raczkująca impreza. Nie macie galowych strojów i baloników? Nie szkodzi. Przejdziemy od razu do części nieoficjalnej. Pierwszoroczniak. Rozłóżmy przed dzieciakiem rekwizyty – co chwyci: pieniądze, różaniec, książkę czy kielicha? Wieść niesie, że na pierwsze „pierwsze” urodziny zgarnęłam dwie ostatnie. To by się nawet zgadzało. Teraz, rzecz jasna, zaopiekowałabym się walutą. Dla wyrównania życiowego salda.
Świętuję sobie, a co. Minibal na bosaka. Zapraszam do tańca, bo solenizantów jest więcej. To Ty, i Ty. I Ty też. Wszyscy Wy, co częściej bądź rzadziej, regularnie lub przez pomyłkę tu zaglądacie, nabijając statystyki, dzięki którym wodolejstwa nie zarzuciłam. A groziło. Najczęściej zaraz po popełnieniu jakiegoś badziewia. Kilka się zdarzyło, co będziemy ściemniać. Nie jestem aż tak odważna, by ogłaszać konkurs na najwspanialszą tandetę mojego autorstwa*. W ogóle nie jestem odważna, więc zgrabnie zmienię kierunek i skupię Waszą uwagę na Was. Paru znam, widuję tu regularnie, dziękuję uniżenie. Zwłaszcza, gdy słyszę, że przyczyniam się do propagowania czytelnictwa wśród uczulonych na papier (to taka lekko uszczypliwa metafora; adresat wie, o kogo chodzi). Miło też dowiedzieć się, że niekiedy prowokuję uśmiechy. I o to się rozchodzi, wszyscy są kontenci – ja też. Jestem przezadowolona, że w ogóle znajduję odbiorców swoich wywnętrzności – to wersja poprawna politycznie. Ta mniej oficjalna i chyba bardziej szczera została już dawno i w sposób niezwykle trafny określona przez mojego literackiego guru. Stwierdził on, że dla pisarzyny, czy poeciny każde rozprawianie się ze światem naznaczone jest ryzykiem próżnogenności. I że rozprawianie się ze światem za pomocą literatury skazuje na próżność absolutną, która w prostej, jak w pysk strzelił, linii, prowadzić musi do megalomanii. Dodał też, co wynikać może z owej próżności, że referaty pisarzyny czy poeciny zwykle dotyczą jego samego**. Nic dodać, nic ująć, ino pochylić się nad tą złotą prawdą. W związku z powyższym oraz ciekawską stroną mojej natury niezwykle interesują mnie Ci, których rozpoznać nie mogę. Ci, którzy z bliżej nieuzasadnionego powodu czytują tutejsze literowe konstrukcje, a ja za cholerę odkryć nie umiem, kto zacz. Pozdrawiam zatem P. jak Podróżnika, wszelkich mniej lub bardziej Anonimowych, nawet tego znikąd pozdrawiam, choć zalazł nieco za cierpliwość. A może któreś zdradzi się, co? No, ładnie proszę. W końcu coś mi się w prezencie należy. I w nagrodę za trud. Bo, jak to również zauważył wspomniany guru, ludziom zwykło się zdawać, że pisanie to bułka z masłem, że taki pisarzyna, czy poecina nic, tylko siedzi w swojej rozciągniętej na kilka metrów kwadratowych pustelni, oczekując na właściwy moment, tak zwany powiew spustowy, i nikt mu nie przeszkadza (choć przeszkadzają zawsze). Ciężki kawałek chleba powiem(y) Wam, w mojej prywatnej sytuacji tym cięższy, że chleba z niego nie ma. Guru może jeszcze coś tam skubnie, ja - nie.
Korzystając z uroczystego charakteru dzisiejszego wpisu chciałabym się na forum pochwalić. Faktem mianowicie, że blog ten międzynarodowy jest, ba - międzykontynentalny nawet. A jak. Brawa dla wszystkich rozsypanych po świecie, nawet, jeśli kliknęli przez przypadek.
Co więcej, okazuje się, że są i tacy, którzy zechcieli mnie cytować na swoich własnych blogach. To, powiem bez ogródek, bardzo mnie łechce. Muszę uważać, żeby sodowa nie uderzyła zbyt wysoko…
Bez obawy, raczej nie grozi. A jeśli, nie daj Boże, przekroczę tę cienką granicę przyzwoitości, przypomnę sobie słowa Jurka, od którego się wszystko zaczęło, a który na rzeczy się zna. Kiedyś pewnie o tym napiszę. Jurek powiedział, że (cytuję), ładnie, poprawnie i jakąś iskierkę zauważa, co jest oznaką niezwykłej dyplomacji i uprzejmości (a on, uwierzcie, dyplomatą nie jest), a między wierszami jak byk stoi: nie zapędzaj się, maleńka, w samozachwycie. Z całą sympatią pozdrawiam Jurka!
Żeby nie było, trzeba na nowy rok zadeklarować jakiś program naprawczy. Parę projektów jest, takie na przykład o skrawkach literatury wysokiej każdego dnia (no chociaż tygodnia), czy ukierunkowanej i systematycznej gimnastyce ciała. Do tej gimnastyki pogrubiony i wyjustowany odnośnik o kończeniu jej każdorazowo sprintem na ścianę. Może pomoże.
W postulatach znajdzie się też, małym rozstrzelonym drukiem punkt o miłości. Chcę być wiecznie zakochana. W czymkolwiek, kimkolwiek. Zacznę od psa sąsiada.
Dobrze by też było być dobrym. Dla innych. To się podobno zwraca. Jak się zastanowić, to nawet Gargamel był dobrym człowiekiem. Czy Gargamel był człowiekiem? Czy ja nim jestem?
Przede wszystkim zaś: zmądrzeć. To może być najtrudniejsze, no ale przecież coś trzeba zostawić na następny rok.
Z sukcesów minionego roku:
Z dumą stwierdzam, że posiadam przyjaciół. I oni mnie posiadają.
I to, że nadal czytacie niniejszy wpis. A to już osiemdziesiąte trzecie zdanie!
* w zasadzie ta najkoszmarniejsza nie ujrzała nigdy światła wirtualnego; i nie mówię tu o tym wierszu napisanym w siódmej klasie
** Jakobe Mansztajn. Polecam, pewnie nie pierwszy raz.
niedziela, 5 lutego 2012
bo niebo trzeba podnieść już dziś
Czyjeś słowa są czasem najdobitniejsze. Lepiej niekiedy nie używać własnych. Dla zdrowia własnego i wszystkich świętych. W razie czego można zwalić na cytat. Przytoczone kwestie to zawsze nie nasze. A tak, przypałętały się. W zasadzie nie wiadomo, dlaczego.
Zawsze wiadomo. Nie ma przypadków, tylko nie dana nam jest wiedza o ich sensie i źródle. Niezrozumiałe, durne sny są obrazem realizacji wyższych działań, rozgrywanych na odległych planach, nam – maluczkim – zasłoniętych zwiewną kotarą ignorancji. Bo i po co nam to poznanie. Jeszcze będziemy próbowali wyjaśniać, tłumaczyć. Zbyt wiele analiz pociągnie nas na sznurku do piekła. Freud skończył źle, zamknięto mu usta.
Co będzie po drugiej stronie, czy będzie inaczej? Czy będzie lepiej?
Niemożliwe można posiąść, trudne staje się błahostką, nic nie rozumiem, nic.
A może to i dobrze.
Na niebie ciągły ruch.
Jest już po i można iść.
czwartek, 2 lutego 2012
Wisia
O zmarłych należy mówić dobrze. Zwłaszcza, gdy dobrze mówiło się jeszcze za życia. O tej pani mówią dziś wszyscy. A ile się wie? O zakład idę, że niewiele. Tyle naszej wiedzy, ile zmieści wikipedia. I notatki w podręcznikach młodszych pokoleń. Podkreślam to młodszych. Moje podręczniki pamiętają ową noblowską tragedię. Ja sama, przyznaję uczciwie, niewiele więcej ponad standard przeciętnego obywatela. Parę wersów, papieros za papierosem, i koty. Koty, które niezmiennie kojarzą mi się z maturą. I faktem, że podczas mojego – zdanego zresztą na pięć – ustnego egzaminu z języka polskiego niewiele zdołałam powiedzieć. Nie tyle z powodu znikomej erudycji na temat noblistki, ile z uprzejmości. Nie wypada bowiem przerywać, gdy dyrektor mówi. A gadał z zapałem o kotach Szymborskiej.
Niby się poezji nie rozumie, bo trudna i wyssana z pokręconych palców, co to tylko wiersze klecić potrafią, a nie kroić chleb. Ale jej teksty są znośne nawet dla zdeklarowanych nielirycznych. Są realne. W przeciwieństwie do niej samej. Ona była dziwna. Urojona.
urojona nie do wiary
urojona aż do krwi
urojona aż do krwi
Ktoś, z kogo opinią, zwłaszcza w dziedzinie literatury, liczę się bardzo, wypowiedział się właśnie, że jej postać była piękna, ale poezja przeceniona. Że „skróty myślowe” jej autorstwa przekraczały jego możliwości. Dziwię się temu z kilku powodów. Właśnie takie zbitki formułujące świat winny jemu przypadać do gustu. Ta, która myślenie przyrównywała do pornografii, nazywała rzeczy krótko, treściwie, dosadnie, acz bez zbytnich ozdobników:
Obmyślam świat, wydanie drugie,
wydanie drugie poprawione,
idiotom na śmiech,
melancholikom na płacz,
łysym na grzebień,
psom na buty.
wydanie drugie poprawione,
idiotom na śmiech,
melancholikom na płacz,
łysym na grzebień,
psom na buty.
Ale mogę się mylić. Mylę się w wielu kwestiach. W końcu jestem zwykłym zjadaczem bagietek z czosnkiem. Co nie znaczy, że poet(k)om wiedza jest dana
Jak żyć - spytał mnie w liście ktoś,
kogo ja zamierzałam spytać
o to samo
kogo ja zamierzałam spytać
o to samo
Coś w tym jest. Całkiem niedawno sporo od bohaterki niniejszego wpisu młodszy przedstawiciel tej samej szlachetnej profesji stwierdził, że poeci w ogóle niewiele wiedzą. Ci poeci współcześni. Mogą co najwyżej grać w otwarte karty i z czystym sumieniem przyznać, że jeszcze sobie tego wszystkiego nie poukładali. Ona przyznawała to otwarcie:
Nie znam roli, którą gram,
Wiem tylko, że jest moja, niewymienna
O czym jest sztuka zgadywać muszę wprost na scenie
Wiem tylko, że jest moja, niewymienna
O czym jest sztuka zgadywać muszę wprost na scenie
Ale to chyba świadczy o jej szalonej życiowej intuicji. I – nie chciałabym być stronnicza – wydaje się, że takiej nieuświadomionej mądrości nie mógłby posiąść mężczyzna. Nawet poeta niewspółczesny. Powiedzmy: romantyk. Taki skupiłby się na rozłupywaniu sensu istnienia cierpienia. Ona zaś niczego nie rozkładała na części. Brała całość i ją opisywała. A pisała, że jest dobrze:
Jesteś piękne - mówię życiu -
bujniej już nie można było
bujniej już nie można było
i dalej, jakby na dowód tego, że i jej nic nie przychodzi bez trudu:
Staram mu się przypodobać,
przypochlebić, patrzeć w oczy.
Zawsze pierwsza mu się kłaniam
z pokornym wyrazem twarzy.
Zabiegam mu drogę z lewej,
zabiegam mu drogę z prawej,
i unoszę się w zachwycie,
i upadam od podziwu.
przypochlebić, patrzeć w oczy.
Zawsze pierwsza mu się kłaniam
z pokornym wyrazem twarzy.
Zabiegam mu drogę z lewej,
zabiegam mu drogę z prawej,
i unoszę się w zachwycie,
i upadam od podziwu.
Nie wiem, czy dużo kosztuje wyrażenie clou ot tak, niby od niechcenia. Ja miewam z tym problemy. A kiedy udaje mi się stworzyć tego pozory, uwierzcie – to tylko pozory. I na tym chyba polega różnica między dżunglą amazońską a klombem z bratkami. Dziś na przykład, płynąc na fali ogólnego „przypominania sobie” twórczości poetki, natknęłam się na tak przenikliwą prawdę o sobie, jakby sama Wisława stanęła obok, wyrwała mi ją z trzewi, po czym zamieniła na litery
Godzina z nocy na dzień.
Godzina z boku na bok.
Godzina dla trzydziestoletnich.
Godzina z boku na bok.
Godzina dla trzydziestoletnich.
Godzina uprzątnięta pod kogutów pianie.
Godzina, kiedy ziemia zapiera nas.
Godzina, kiedy wieje od wygasłych gwiazd.
Godzina a-czy-po-nas-nic-nie-pozostanie.
Godzina, kiedy ziemia zapiera nas.
Godzina, kiedy wieje od wygasłych gwiazd.
Godzina a-czy-po-nas-nic-nie-pozostanie.
Godzina pusta.
Głucha, czcza.
Dno wszystkich innych godzin.
Głucha, czcza.
Dno wszystkich innych godzin.
Nikomu nie jest dobrze o czwartej nad ranem.
Jeśli mrówkom jest dobrze o czwartej nad ranem
- pogratulujmy mrówkom. I niech przyjdzie piąta,
o ile mamy dalej żyć.
Jeśli mrówkom jest dobrze o czwartej nad ranem
- pogratulujmy mrówkom. I niech przyjdzie piąta,
o ile mamy dalej żyć.
To niemożliwe, by w tak prosty sposób przepisać czyjś egzystencjalny niepokój.
Żeby było jasne: to nie jest panegiryk. Nie jestem wierną czytelniczką poezji Wisi. Nigdy nie miałam nic przeciwko tej miłej chyba starszej pani, ale żeby szczególnie śledzić jej dorobek, to nie. Jej odejście sprowokowało do paru kliknięć myszą. I - choć oczywiście szkoda, że w takich okolicznościach – to cieszy owo odkurzenie słowa. Cytowany już dziś (mój) autorytet podważa zasadność zbiorowej narodowej żałoby po autorce miłości od pierwszego wejrzenia. Że była w porządku, ale niepotrzebnie pół Polski łka. Tak zrozumiałam intencję nadawcy. Ale jak zwykle – mogę się mylić. Mogę też się z powyższym nie zgodzić. Chyba dobrze, że czujemy potrzebę (nawet, jeśli lekko ostentacyjną) opłakiwania kogoś takiego. Więcej to warte, niż rozwlekła żałoba po Tu-154. I tak, jak Czechowicz przepowiedział w wierszu swój ziemski koniec, tak ona jakby umyśliła sobie lekką śmierć
Śmierć,
kiedy śpisz, przychodzi.
A śnić będziesz,
że wcale nie trzeba oddychać,
że cisza bez oddechu
to niezła muzyka,
jesteś mały jak iskra
i gaśniesz do taktu.
Śmierć jej nie straszyła. Przeciwnie, pojawia się często, oswojona, bez kosy
Śmierć
zawsze o tę chwilę przybywa spóźniona.
Kto twierdzi, że jest wszechmocna,
sam jest żywym dowodem,
że wszechmocna nie jest.
Nie ma takiego życia,
które by choć przez chwilę
nie było nieśmiertelne.
Sama autorka, niby że nie poczuwa się do mentorstwa, to wygląda, jakby wpadła do ludzi na parę lat, mimochodem, i wiedząc, że to stan przejściowy
Na chwilę tu jestem i tylko na chwilę:
co dalsze, przeoczę, a resztę pomylę
co dalsze, przeoczę, a resztę pomylę
starała się zarazić optymizmem. Radość, to chyba dobre słowo
Radość pisania.
Możność utrwalania.
Zemsta ręki śmiertelnej.
Możność utrwalania.
Zemsta ręki śmiertelnej.
I nadzieja, bo nawet rozpacz przynosi korzyści.
Najlepsze w tym wszystkim jest nieśmiałe podejrzenie, że to, co zostawiała po drodze wydaje się być pisane z perspektywy świata po niej
Najlepsze w tym wszystkim jest nieśmiałe podejrzenie, że to, co zostawiała po drodze wydaje się być pisane z perspektywy świata po niej
Głupia, głupia,
zadawałam się ze światem
zadawałam się ze światem
Czyli, że głośne odżegnywanie się od wiedzy nie danej zwykłym śmiertelnikom, to wielka marketingowa ściema. Blaga Szymborskiej. Mam cię. Zrobiło się nieswojo, zapadło milczenie. Prawdy ogólne mają to do siebie.
Jedno jest pewne. Choć zeszła (cichcem) z dyżuru, pomarła bez rutyny. Życzyć takiego finiszu każdemu. A teraz gapi się, i śmieje, jak te klaszczące skrzydłami, spłakane wesołością anioły
Nie patrz tak na nas
tymi swoimi oczami
zanadto otwartymi,
jak oczy umarłych.
tymi swoimi oczami
zanadto otwartymi,
jak oczy umarłych.
środa, 25 stycznia 2012
koniec bajki
[To znaczy bajka trwa. Ale baśniowo nie jest. Nie ma zamku, nie ma Królestwa, Król(ewicz) się ulotnił, dzieciaki chcą, by je zabawić, w powietrzu wisi granda… trzeba by chyba sił nadprzyrodzonych do odczarowania sprzężenia niebajecznych okoliczności. Ale Czarodzieja też nie ma. Życie.]
[Na skróty: Chłopiec przyprowadził kolegów do parku. Ci chcą poznać Czarodzieja i nie bardzo im się widzi wspieranie Chłopca w wypatrywaniu zatopionego Królestwa Pomyślności.]
[Nie wiesz, o co chodzi? To zacznij od początku, potem możesz spojrzeć tu; jeśli to nie naświetli sytuacji, to i Boże nie pomoże.]
- Ty, frajer, a ten Czarodziej to ci się nie przyśnił, co? - rzucił jeden z chłopców, przerywając ciszę.
- He he, może mama mu wcisnęła bajeczkę na dobranoc!
- Albo lepiej, to taka gra. Wiecie, zamiast Xboxa.
- Haha, jak się nie ma, co się lubi…!
Dzieci zaczęły się naśmiewać z Chłopca, który zupełnie nie wiedział, co robić. Próbował ich uciszyć, ale te, rozbawione, śmiały się coraz głośniej.
- Czarodzieju, pomóż… - wyszeptał zrozpaczony.
Jak spod ziemi wyrósł przed nim sędziwy Staruszek.
- Jesteś! - ucieszył się Chłopiec. - Teraz uwierzą, że nie zmyślam - i nie czekając, aż Czarodziej cokolwiek powie, krzyknął do towarzyszy - Słuchajcie! Jest! I co teraz powiecie?
Chłopcy zamilkli, ale nie wyglądali na zakłopotanych, raczej na zdziwionych. Patrzyli nie na Czarodzieja, który winien przykuwać teraz ich uwagę, a na Chłopca. Patrzyli, a ich wzrok wyrażał tłumione rozbawienie.
- Oni mnie nie widzą, Chłopcze - rzekł Czarodziej.
- Jak to?! Przecież tu jesteś! - krzyknął Chłopiec.
- Rany, gada do siebie! - zawołał jeden z kolegów.
- Wariat! Zupełny oszołom - zawtórował kolejny.
- Ale on tu jest! Tutaj! Zobaczcie! Nie widzicie? Tuuuu…! - krzyczał Chłopiec, a do oczu napływały my łzy bezsilności.
- Chodźcie, wracamy. Szkoda czasu dla dziwaków. Mam nową grę, boksowanie. Naprawdę fajna, możecie przetestować - zaproponował jeden z chłopców.
- Super! - podchwyciła reszta.
I poszli.
- Zostańcie… - prosił Chłopiec cichnącym głosem. Słychać było wyraźnie, jak oddalający się koledzy cały czas się z niego naśmiewali.
- Oni mnie nie ujrzą, przyjacielu - rzekł Czarodziej - nie są do tego zdolni. Ich oczy widzą tylko rzeczy przyziemne, powierzchowne. To, co prawdziwie ważne jest dla nich ukryte.
- Nie rozumiem! - chlipał Chłopiec - przecież ja ciebie widzę, rozmawiam z tobą, jadłeś moje kanapki…
- Tak, zgadza się. Ale ty jesteś wyjątkowy.
- Jaki tam wyjątkowy! Jestem zupełnie zwyczajny. Wyjątkowy to będę teraz, dla całej szkoły. Wszyscy będą mnie pokazywać palcami… Pomyślą, że jestem pomyleniec... Buuuu…
- Mały chłopcze - rzekł Czarodziej - właśnie poznałeś, czym jest stres.
- Wcale nie chcę znać stresu…. A najgorsze.... – zacinał się przez łkanie Chłopiec - najgorsze nie jest to, że stałem się pośmiewiskiem… Jest mi przykro, że nie zdołałem ci pomóc. Tak bardzo chciałem, żebyś był szczęśliwy!
Gdy wykrzyczał ostatnie słowa, niespodzianie zadrżała ziemia. Chłopiec wytarł piąstkami oczy i otworzył ze zdziwienia buzię. Bo oto – nie wiadomo jak – wszystko zniknęło. I jeziorko, i drzewo z dziuplą, i plecak. Byli tylko on i Czarodziej, a wokoło pustka, wielka i rozległa pustynia. Spieczona ziemia pocięta sznurkami pęknięć. Aż po horyzont.
Wówczas Chłopiec zrozumiał, że nie jest już mały. Tej jednej rzeczy Czarodziej nie musiał mu tłumaczyć. Stał się dorosły, choć zupełnie nie wiedział, jak. Pustka dookoła symbolizowała umysł dorosłego człowieka. Zasmucił się nad utraconym dzieciństwem, w końcu nie zdążył się w nim rozsmakować. Smutek trwał jednak krótko, bo dorosłość ma swoje obowiązki, musiał je wypełnić.
Spojrzał na swoje ręce. Były szerokie, spracowane. To z jednej strony dobrze - pomyślał - skoro jestem duży, łatwiej mi będzie pomóc Czarodziejowi. Ale zaraz, gdzie on jest?
Rozejrzał się. Sekundę temu stał obok Starca, teraz był zupełnie sam.
Nagle zrobiło się zimno i zaczęło padać.
- Tak jest w dorosłym świecie. Ktoś jest obok, a za chwilę go nie ma - usłyszał w oddali głos Czarodzieja. Nadal był jednak sam.
- Ale czy to nie przysparza ludziom cierpień? Dlaczego zachowują się tak irracjonalnie?
- Ponieważ brakuje im dziecięcej prostolinijności. Są zniewoleni przez miliony, triliony obaw. Każda z nich może pozbawić ich czegoś, co wydaje się im niezbędne. Nie chcąc niczego stracić, ustalają szereg wiążących reguł, których pilnowanie ma uchronić przed upadkiem. To jak zaraza. Musimy otrząsnąć się z własnych lęków, które sami sobie przytroczyliśmy do przepon.
- Jak się ich pozbyć? - zapytał Dorosły Chłopiec.
- Spójrz w dół - odpowiedział głos Czarodzieja.
W jednej chwili, zanim zdążył mrugnąć oczami, znalazł się na ogromnej, ostro zakończonej skale. Oszołomiony i zaskoczony, podszedł do jej krawędzi i natychmiast cofnął się gwałtownie.
- Rany! - odskoczył z krzykiem - Czarodzieju! Przecież tam jest strasznie!
- Uwolnij się, oderwij, skacz! Pozbądź się strachu, on jest tylko twoim wyimaginowanym przeciwnikiem. W rzeczywistości wcale go nie ma.
- Więc jeśli pomyślę, że tej przepaści nie ma, to ona zniknie?
- A czym jest rzeczywistość? To ty ją tworzysz, więc jest tym, czym chcesz, aby była. Musisz tylko i aż uwierzyć, uwierzyć, uwierzyć… – czarodziejski głos brzmiał jak roztańczone echo wśród gór. Dorosły Chłopiec wyprostował się, odetchnął głęboko i rzekł:
- Jeśli to jedyny sposób, by odnaleźć to, czego szukam – zaryzykuję.
I skoczył.
Niewiele pamiętał z tego, co się potem działo. Przez jego ciało i myśli przelatywały obrazy i dźwięki, słowa ludzi, spojrzenia zwierząt, woda z rzek i chmur, światło i ciemność. Nie jest nawet w stanie podać, jak długo tak spadał. Minuta, dwie, trzy lata. Zupełnie niepoliczalny czas. Wie tylko, że się nie bał. Najgorsze było podjąć decyzję, potem już zdał się na los.
Zapytacie, co stało się potem? Co było na dole?
Na dole było królestwo. Tak, dokładnie to, którego szukał! Chłopiec spadł na sam środek pałacowego dziedzińca. Sturlał się troszkę, ale szybko wstał, otrzepał się i pobiegł prosto do królewskiej komnaty. Dziwnym trafem doskonale wiedział, gdzie ona jest. Zupełnie, jakby znał pałac jak swój własny pokój. Otwierał kolejne wrota, aż znalazł się w sali tronowej.
A na tronie siedział Czarodziej. Chłopiec stanął jak wryty:
- Ty? Tutaj? A gdzie jest Król? A może ty jesteś Królem?
- Nie, nie jestem – uśmiechnął się Czarodziej – chwilowo go tylko zastępuję.
- Zastępujesz?
- Tak. Król poszedł na piknik ze swoim ludem. Muszą porozmawiać.
- No tak! Przecież muszą się sobą nacieszyć. Tacy byli pogubieni, i oni, i on.
Czarodziej roześmiał się:
- Poniekąd masz rację, kochany. Byli bardzo zagubieni, ale najważniejsze to odkryć, dlaczego.
- No jak to dlaczego – powiedział Chłopiec – bo Król zaginął. Sam mówiłeś.
- Tak mówiłem, masz rację. Ale nie znałem wtedy całej prawdy, a teraz jest ona dla mnie oczywista. Powodem zaginięcia Króla była egoistyczna miłość jego poddanych.
- Co to znaczy egoistyczna miłość? – zapytał Chłopiec.
- To taka miłość, która nastawiona jest tylko na branie. Nie daje nic od siebie. Pamiętasz, jak ci opowiadałem, iż Król bardzo się dla swoich krajan starał? Dbał o nich, odwiedzał, dogadzał jak tylko mógł?
- Pamiętam…
- No właśnie. A oni? Ci mieszkańcy szczęśliwego królestwa? Co dawali Królowi? Nic. Albo niewiele. Wydawało im się, że im się należy. Że Król jest dla nich. A przecież miłość działa w dwie strony! Nie rozumieli tego.
- I co? Dlatego Król odszedł?
- On nie odszedł. Cały czas był. Tylko czyjeś być może nie zawsze być. Poddani w pewnym momencie przestali Króla widzieć. Widzieli tylko czubki własnych nosów. Obraz Króla zatarł im się. Zdetronizowany władca stał się zwykłym człowiekiem. Nagle jego twarz przestała być rozpoznawana, nikt nie wierzył, że to on właśnie jest utraconą głową państwa. Nawet ja, który byłem tak mądrym i przewidującym jego doradcą – Czarodziej na moment zamilkł, ale szybko otrząsnął się - ja też brałem rozpaczliwe tłumaczenia Króla za urojenia szaleńca. Po licznych, nieudanych próbach przekonania kogokolwiek o swoim jestestwie, Król-Niekról odszedł. Nie mógł patrzeć na rozpad ukochanej ojczyzny, na który nic nie potrafił zaradzić. Uznał, iż wcale nie był dobrym władcą, a to, że tyle lat udawało mu się utrzymać dobrostan na swoich ziemiach, było wypadkową zbiegu okoliczności oraz moich magicznych mieszanin i obrzędów. Tak, stwierdził, że jest winien – Czarodziej zamyślił się. – Ludzie zaś byli zbyt zadufani, by w porę zrozumieć swój błąd. Nie było w nich cierpliwości, ciężko im było prawdziwie wytrwać. Nawet, kiedy zabrakło im Króla – czy walczyli? Czy spróbowali się zmienić? Nie. Zniechęcili się, znudzili; a Król na to patrzył i cicho nikł. Resztę znasz.
- To bardzo skomplikowane, Czarodzieju – Chłopiec słuchał go uważnie. – Tylko dlaczego, będąc bardzo mądrym magiem, nie powiedziałeś im, co mają robić? Mogłeś zapobiec katastrofie.
- Moja moc była zbyt mała. Do tego zadania potrzebna był siła kogoś takiego, jak ty – Czarodziej poklepał Chłopca po ramieniu.
- Jaka siła, co ty opowiadasz? Przecież jestem – to znaczy byłem – tylko małym, zwykłym chłopcem.
- Jakiż z ciebie głuptas – rozczulił się Czarodziej - Nie masz pojęcia, jakim jesteś wspaniałym młodym człowiekiem. No ale właśnie dlatego, że nie zdajesz sobie z tego sprawy, mogłeś przyczynić się do uratowania Królestwa.
- Nadal nie rozumiem.
- Już ci wszystko tłumaczę. Wybawić Królestwo mogła jedynie prawdziwa, bezinteresowna wiara kogoś niewinnego, dobrego i czystego. Kogoś, kto będzie potrafił poświęcić na ten cel coś bardzo cennego. Ty poświeciłeś swoje dzieciństwo. Bardzo ci dziękuję.
Chłopiec zawstydził się. Był jednak tak bardzo uradowany, że jego stary Przyjaciel jest szczęśliwy, że nic już nie mówił.
Wyszli na dziedziniec.
- Spójrz w górę – rzekł Czarodziej.
Wszystko było po staremu. Piękny pałac znajdował się w dolinie, a wyżej, na zielonych łąkach siedzieli uśmiechnięci ludzie. Między nimi siedział po turecku Król. Rozmawiali, gestykulowali, cieszyli się sobą.
- Zaczną na nowo – rzekł Czarodziej. Po chwili ciszy dodał – Spójrz jeszcze wyżej, na niebo.
Chłopiec zadarł głowę wysoko.
- Przyjrzyj się chmurom – podpowiedział Starzec.
Chwilę trwało, aż Chłopiec odgadł, o co chodzi Czarodziejowi. Na bezchmurnym niebie hasały dwie chmury. Miały podejrzanie znajomy kształt… Jedna była długa i spiczasta, druga mniejsza i okrągła. Przypominały dwie głowy przeglądające się w tafli wody.
- Ha! Tam w górze - to my? – podskoczył Chłopiec.
- Tak, dokładnie, to my.
- Zaraz, zaraz… To znaczy, że jesteśmy w jeziorze? Pod wodą?
- Jesteśmy tam, gdzie są ci, których kochamy.
- Ty jesteś moim przyjacielem, więc jestem z tobą tutaj – rezolutnie odpowiedział Chłopiec. – Ale tam – wskazał palcem niebo – tam jest mama…
- Tęsknisz? Chciałbyś do niej wrócić?
- A to możliwe? W końcu oddałem swoje dzieciństwo... - Chłopiec posmutniał. Pojął wszystko, co Czarodziej mówił mu o tęsknocie.
- Pamiętaj, że w bajkach i w sercach wszystko jest możliwe. Wrócisz do domu. Zasłużyłeś też na nagrodę – tu Czarodziej zniżył głos tajemniczo – spójrz w górę jeszcze raz.
Chłopiec posłusznie zadarł głowę. Na niebie, które było taflą wody znajomego jeziorka, pokazało się więcej chmur. Kilka, nawet kilkanaście.
- O rany, to Wojtek! I Stasiek! I Ania! Wszyscy, cała klasa! Widzą nas tu?
Czarodziej skinął głową z uśmiechem.
- Czarodzieju! Czyli nie będą się ze mnie naśmiewać? Wszystko widzą? Naprawdę wszystko?
- Tak, kochany. Niektórzy potrzebują niezbitych dowodów na istnienie prawdy, no to je im dostarczyłem. Teraz będziesz, haha! – Czarodziej był wyraźnie uradowany – będziesz bohaterem!
- Jesteś wspaniały! Jesteś najlepszym przyjacielem na świecie!!! Serio!!! – wrzeszczał Chłopiec.
- No już, już, wystarczy – Starzec ukradkiem otarł łzę wzruszenia. – Leć!
I zanim Chłopiec cokolwiek zdążył powiedzieć, wszystko rozmyło się jak w tym budyniowym śnie…
Warto jest wierzyć.
Teraz już koniec bajki.
Koniec, powiedziałam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)