środa, 25 stycznia 2012

koniec bajki

[To znaczy bajka trwa. Ale baśniowo nie jest. Nie ma zamku, nie ma Królestwa, Król(ewicz) się ulotnił, dzieciaki chcą, by je zabawić, w powietrzu wisi granda… trzeba by chyba sił nadprzyrodzonych do odczarowania sprzężenia niebajecznych okoliczności. Ale Czarodzieja też nie ma. Życie.]
[Na skróty: Chłopiec przyprowadził kolegów do parku. Ci chcą poznać Czarodzieja i nie bardzo im się widzi wspieranie Chłopca w wypatrywaniu zatopionego Królestwa Pomyślności.]
[Nie wiesz, o co chodzi? To zacznij od początku, potem możesz spojrzeć tu; jeśli to nie naświetli sytuacji, to i Boże nie pomoże.]

- Ty, frajer, a ten Czarodziej to ci się nie przyśnił, co? - rzucił jeden z chłopców, przerywając ciszę.
- He he, może mama mu wcisnęła bajeczkę na dobranoc!
- Albo lepiej, to taka gra. Wiecie, zamiast Xboxa.
- Haha, jak się nie ma, co się lubi…!
Dzieci zaczęły się naśmiewać z Chłopca, który zupełnie nie wiedział, co robić. Próbował ich uciszyć, ale te, rozbawione, śmiały się coraz głośniej.
- Czarodzieju, pomóż… - wyszeptał zrozpaczony.
Jak spod ziemi wyrósł przed nim sędziwy Staruszek.
- Jesteś! - ucieszył się Chłopiec. - Teraz uwierzą, że nie zmyślam - i nie czekając, aż Czarodziej cokolwiek powie, krzyknął do towarzyszy - Słuchajcie! Jest! I co teraz powiecie?
Chłopcy zamilkli, ale nie wyglądali na zakłopotanych, raczej na zdziwionych. Patrzyli nie na Czarodzieja, który winien przykuwać teraz ich uwagę, a na Chłopca. Patrzyli, a ich wzrok wyrażał tłumione rozbawienie.
- Oni mnie nie widzą, Chłopcze - rzekł Czarodziej.
- Jak to?! Przecież tu jesteś! - krzyknął Chłopiec.
- Rany, gada do siebie! - zawołał jeden z kolegów.
- Wariat! Zupełny oszołom - zawtórował kolejny.
- Ale on tu jest! Tutaj! Zobaczcie! Nie widzicie? Tuuuu…! - krzyczał Chłopiec, a do oczu napływały my łzy bezsilności.
- Chodźcie, wracamy. Szkoda czasu dla dziwaków. Mam nową grę, boksowanie. Naprawdę fajna, możecie przetestować - zaproponował jeden z chłopców.
- Super! - podchwyciła reszta.
I poszli.
- Zostańcie… - prosił Chłopiec cichnącym głosem. Słychać było wyraźnie, jak oddalający się koledzy cały czas się z niego naśmiewali.
- Oni mnie nie ujrzą, przyjacielu - rzekł Czarodziej - nie są do tego zdolni. Ich oczy widzą tylko rzeczy przyziemne, powierzchowne. To, co prawdziwie ważne jest dla nich ukryte.
- Nie rozumiem! - chlipał Chłopiec - przecież ja ciebie widzę, rozmawiam z tobą, jadłeś moje kanapki…
- Tak, zgadza się. Ale ty jesteś wyjątkowy.
- Jaki tam wyjątkowy! Jestem zupełnie zwyczajny. Wyjątkowy to będę teraz, dla całej szkoły. Wszyscy będą mnie pokazywać palcami… Pomyślą, że jestem pomyleniec... Buuuu…
- Mały chłopcze - rzekł Czarodziej - właśnie poznałeś, czym jest stres.
- Wcale nie chcę znać stresu…. A najgorsze.... – zacinał się przez łkanie Chłopiec - najgorsze nie jest to, że stałem się pośmiewiskiem…  Jest mi przykro, że nie zdołałem ci pomóc. Tak bardzo chciałem, żebyś był szczęśliwy!
Gdy wykrzyczał ostatnie słowa, niespodzianie zadrżała ziemia. Chłopiec wytarł piąstkami oczy i otworzył ze zdziwienia buzię. Bo oto – nie wiadomo jak – wszystko zniknęło. I jeziorko, i drzewo z dziuplą, i plecak. Byli tylko on i Czarodziej, a wokoło pustka, wielka i rozległa pustynia. Spieczona ziemia pocięta sznurkami pęknięć. Aż po horyzont.
Wówczas Chłopiec zrozumiał, że nie jest już mały. Tej jednej rzeczy Czarodziej nie musiał mu tłumaczyć. Stał się dorosły, choć zupełnie nie wiedział, jak. Pustka dookoła symbolizowała umysł dorosłego człowieka. Zasmucił się nad utraconym dzieciństwem, w końcu nie zdążył się w nim rozsmakować. Smutek trwał jednak krótko, bo dorosłość ma swoje obowiązki, musiał je wypełnić.
Spojrzał na swoje ręce. Były szerokie, spracowane. To z jednej strony dobrze - pomyślał - skoro jestem duży, łatwiej mi będzie pomóc Czarodziejowi. Ale zaraz, gdzie on jest?
Rozejrzał się. Sekundę temu stał obok Starca, teraz był zupełnie sam.
Nagle zrobiło się zimno i zaczęło padać.  
- Tak jest w dorosłym świecie. Ktoś jest obok, a za chwilę go nie ma - usłyszał w oddali głos Czarodzieja. Nadal był jednak sam.
- Ale czy to nie przysparza ludziom cierpień? Dlaczego zachowują się tak irracjonalnie?
- Ponieważ brakuje im dziecięcej prostolinijności. Są zniewoleni przez miliony, triliony obaw. Każda z nich może pozbawić ich czegoś, co wydaje się im niezbędne. Nie chcąc niczego stracić, ustalają szereg wiążących reguł, których pilnowanie ma uchronić przed upadkiem. To jak zaraza. Musimy otrząsnąć się z własnych lęków, które sami sobie przytroczyliśmy do przepon.
- Jak się ich pozbyć? - zapytał Dorosły Chłopiec.
- Spójrz w dół - odpowiedział głos Czarodzieja.
W jednej chwili, zanim zdążył mrugnąć oczami, znalazł się na ogromnej, ostro zakończonej skale. Oszołomiony i zaskoczony, podszedł do jej krawędzi i natychmiast cofnął się gwałtownie.
- Rany! - odskoczył z krzykiem - Czarodzieju! Przecież tam jest strasznie!
- Uwolnij się, oderwij, skacz! Pozbądź się strachu, on jest tylko twoim wyimaginowanym przeciwnikiem. W rzeczywistości wcale go nie ma.
- Więc jeśli pomyślę, że tej przepaści nie ma, to ona zniknie?
- A czym jest rzeczywistość? To ty ją tworzysz, więc jest tym, czym chcesz, aby była. Musisz tylko i aż uwierzyć, uwierzyć, uwierzyć… – czarodziejski głos brzmiał jak roztańczone echo wśród gór. Dorosły Chłopiec wyprostował się, odetchnął głęboko i rzekł:
- Jeśli to jedyny sposób, by odnaleźć to, czego szukam – zaryzykuję.
I skoczył.
Niewiele pamiętał z tego, co się potem działo. Przez jego ciało i myśli przelatywały obrazy i dźwięki, słowa ludzi, spojrzenia zwierząt, woda z rzek i chmur, światło i ciemność. Nie jest nawet w stanie podać, jak długo tak spadał. Minuta, dwie, trzy lata. Zupełnie niepoliczalny czas. Wie tylko, że się nie bał. Najgorsze było podjąć decyzję, potem już zdał się na los.
Zapytacie, co stało się potem? Co było na dole?
Na dole było królestwo. Tak, dokładnie to, którego szukał! Chłopiec spadł na sam środek pałacowego dziedzińca. Sturlał się troszkę, ale szybko wstał, otrzepał się i pobiegł prosto do królewskiej komnaty. Dziwnym trafem doskonale wiedział, gdzie ona jest. Zupełnie, jakby znał pałac jak swój własny pokój. Otwierał kolejne wrota, aż znalazł się w sali tronowej.
A na tronie siedział Czarodziej. Chłopiec stanął jak wryty:
- Ty? Tutaj? A gdzie jest Król? A może ty jesteś Królem?
- Nie, nie jestem – uśmiechnął się Czarodziej – chwilowo go tylko zastępuję.
- Zastępujesz?
- Tak. Król poszedł na piknik ze swoim ludem. Muszą porozmawiać.
- No tak! Przecież muszą się sobą nacieszyć. Tacy byli pogubieni, i oni, i on.
Czarodziej roześmiał się:
- Poniekąd masz rację, kochany. Byli bardzo zagubieni, ale najważniejsze to odkryć, dlaczego.
- No jak to dlaczego – powiedział Chłopiec – bo Król zaginął. Sam mówiłeś.
- Tak mówiłem, masz rację. Ale nie znałem wtedy całej prawdy, a teraz jest ona dla mnie oczywista. Powodem zaginięcia Króla była egoistyczna miłość jego poddanych.
- Co to znaczy egoistyczna miłość? – zapytał Chłopiec.
- To taka miłość, która nastawiona jest tylko na branie. Nie daje nic od siebie. Pamiętasz, jak ci opowiadałem, iż Król bardzo się dla swoich krajan starał? Dbał o nich, odwiedzał, dogadzał jak tylko mógł?
- Pamiętam…
- No właśnie. A oni? Ci mieszkańcy szczęśliwego królestwa? Co dawali Królowi? Nic. Albo niewiele. Wydawało im się, że im się należy. Że Król jest dla nich. A przecież miłość działa w dwie strony! Nie rozumieli tego.
- I co? Dlatego Król odszedł?
- On nie odszedł. Cały czas był. Tylko czyjeś być może nie zawsze być. Poddani w pewnym momencie przestali Króla widzieć. Widzieli tylko czubki własnych nosów. Obraz Króla zatarł im się. Zdetronizowany władca stał się zwykłym człowiekiem. Nagle jego twarz przestała być rozpoznawana, nikt nie wierzył, że to on właśnie jest utraconą głową państwa. Nawet ja, który byłem tak mądrym i przewidującym jego doradcą – Czarodziej na moment zamilkł, ale szybko otrząsnął się - ja też brałem rozpaczliwe tłumaczenia Króla za urojenia szaleńca. Po licznych, nieudanych próbach przekonania kogokolwiek o swoim jestestwie, Król-Niekról odszedł. Nie mógł patrzeć na rozpad ukochanej ojczyzny, na który nic nie potrafił zaradzić. Uznał, iż wcale nie był dobrym władcą, a to, że tyle lat udawało mu się utrzymać dobrostan na swoich ziemiach, było wypadkową zbiegu okoliczności oraz moich magicznych mieszanin i obrzędów. Tak, stwierdził, że jest winien – Czarodziej zamyślił się. – Ludzie zaś byli zbyt zadufani, by w porę zrozumieć swój błąd. Nie było w nich cierpliwości, ciężko im było prawdziwie wytrwać. Nawet, kiedy zabrakło im Króla – czy walczyli? Czy spróbowali się zmienić? Nie. Zniechęcili się, znudzili; a Król na to patrzył i cicho nikł. Resztę znasz.
- To bardzo skomplikowane, Czarodzieju – Chłopiec słuchał go uważnie. – Tylko dlaczego, będąc bardzo mądrym magiem, nie powiedziałeś im, co mają robić? Mogłeś zapobiec katastrofie.
- Moja moc była zbyt mała. Do tego zadania potrzebna był siła kogoś takiego, jak ty – Czarodziej poklepał Chłopca po ramieniu.
- Jaka siła, co ty opowiadasz? Przecież jestem – to znaczy byłem – tylko małym, zwykłym chłopcem.
- Jakiż z ciebie głuptas – rozczulił się Czarodziej - Nie masz pojęcia, jakim jesteś wspaniałym młodym człowiekiem. No ale właśnie dlatego, że nie zdajesz sobie z tego sprawy, mogłeś przyczynić się do uratowania Królestwa.
- Nadal nie rozumiem.
- Już ci wszystko tłumaczę. Wybawić Królestwo mogła jedynie prawdziwa, bezinteresowna wiara kogoś niewinnego, dobrego i czystego. Kogoś, kto będzie potrafił poświęcić na ten cel coś bardzo cennego. Ty poświeciłeś swoje dzieciństwo. Bardzo ci dziękuję.
Chłopiec zawstydził się. Był jednak tak bardzo uradowany, że jego stary Przyjaciel jest szczęśliwy, że nic już nie mówił.
Wyszli na dziedziniec.
- Spójrz w górę – rzekł Czarodziej.
Wszystko było po staremu. Piękny pałac znajdował się w dolinie, a wyżej, na zielonych łąkach siedzieli uśmiechnięci ludzie. Między nimi siedział po turecku Król. Rozmawiali, gestykulowali, cieszyli się sobą.
- Zaczną na nowo – rzekł Czarodziej. Po chwili ciszy dodał – Spójrz jeszcze wyżej, na niebo.
Chłopiec zadarł głowę wysoko.
-  Przyjrzyj się chmurom – podpowiedział Starzec.
Chwilę trwało, aż Chłopiec odgadł, o co chodzi Czarodziejowi. Na bezchmurnym niebie hasały dwie chmury. Miały podejrzanie znajomy kształt… Jedna była długa i spiczasta, druga mniejsza i okrągła. Przypominały dwie głowy przeglądające się w tafli wody.
- Ha! Tam w górze - to my? – podskoczył Chłopiec.
- Tak, dokładnie, to my.
- Zaraz, zaraz… To znaczy, że jesteśmy w jeziorze? Pod wodą?
- Jesteśmy tam, gdzie są ci, których kochamy.
- Ty jesteś moim przyjacielem, więc jestem z tobą tutaj – rezolutnie odpowiedział Chłopiec. – Ale tam – wskazał palcem niebo – tam jest mama…
- Tęsknisz? Chciałbyś do niej wrócić?
- A to możliwe? W końcu oddałem swoje dzieciństwo... - Chłopiec posmutniał. Pojął wszystko, co Czarodziej mówił mu o tęsknocie.
- Pamiętaj, że w bajkach i w sercach wszystko jest możliwe. Wrócisz do domu. Zasłużyłeś też na nagrodę – tu Czarodziej zniżył głos tajemniczo – spójrz w górę jeszcze raz.
Chłopiec posłusznie zadarł głowę. Na niebie, które było taflą wody znajomego jeziorka, pokazało się więcej chmur. Kilka, nawet kilkanaście.
- O rany, to Wojtek! I Stasiek! I Ania! Wszyscy, cała klasa! Widzą nas tu?
Czarodziej skinął głową z uśmiechem.
- Czarodzieju! Czyli nie będą się ze mnie naśmiewać? Wszystko widzą? Naprawdę wszystko?
- Tak, kochany. Niektórzy potrzebują niezbitych dowodów na istnienie prawdy, no to je im dostarczyłem. Teraz będziesz, haha! – Czarodziej był wyraźnie uradowany – będziesz bohaterem!
- Jesteś wspaniały! Jesteś najlepszym przyjacielem na świecie!!! Serio!!! – wrzeszczał Chłopiec.
- No już, już, wystarczy – Starzec ukradkiem otarł łzę wzruszenia. – Leć!
I zanim Chłopiec cokolwiek zdążył powiedzieć, wszystko rozmyło się jak w tym budyniowym śnie…
Warto jest wierzyć.

Teraz już koniec bajki.

Koniec, powiedziałam.

sobota, 21 stycznia 2012

bajka trwa

[wyrwanym z kontekstu podpowiadam, że w celu ogarnięcia poniższej treści należy zapoznać się z poprzednim wpisem]

Tak więc Chłopiec położył się spać. Mama miała rację. We śnie znalazł się znów nad brzegiem jeziorka. Między drzewami zauważył oddalającą się tiarę Czarodzieja. W te pędy puścił się za niknącą postacią, ale nie mógł jej dogonić. Kiedy zasapany przystanął na chwilkę, Czarodziej nagle znalazł się tuż obok niego. Zmaterializował się z powietrza. Chłopiec próbował coś powiedzieć, ale nie potrafił. W snach tracimy pewne zdolności na rzecz innych. Kiedyś na przykład, w pewnym śnie, Chłopiec poczuł, jak to jest latać. Ale teraz nie mógł ani latać, ani mówić, ani się ruszyć. Mógł tylko stać w miejscu i patrzeć na Czarodzieja, który również mu się przyglądał. Bez słowa. Aż do rana. Przyszło nagle.
Następnego dnia, zaraz po lekcjach, nawet bez kanapki, Chłopiec wyrwał nad bagno. Nie spotkał tam jednak Czarodzieja, nie potrafił nawet odnaleźć tego dziwnego krzaka. Nie było innej rady, trzeba było znów uciec się w sen. Ale sen tym razem nie pomógł. Nikt go w nocy nie odwiedził.
Chłopiec nie zrezygnował. Uparł się odkryć tajemnicę, wierzył, że naprawdę spotkał Czarodzieja. Codziennie odwiedzał jeziorko, spacerował między drzewami. Chętnie kładł się spać, nawet nieco wcześniej, niż zwykle, ale nie przynosiło to oczekiwanego rezultatu. Opowiedział kolegom o swojej przygodzie, ale ci mu nie wierzyli. To nic - tłumaczył sobie Chłopiec - jeszcze im udowodnię, że mówię  prawdę.
Pewnej nocy Czarodziej ponownie odwiedził sen Chłopca. Znów unikał spotkania, znów trzeba go było gonić. Ale Chłopiec po kilku krokach poszedł po rozum do głowy. Stanął w miejscu i czekał. Nie przeliczył się. Nie minęły trzy senne chwile, jak na wprost niego stanął ten, którego ścigał. Był taki sam, jak ostatnio. Wysoki, postawny, w ciemnym stroju do ziemi, z długą, srebrną brodą, w stożkowatej czapie. Minę miał kamienną, oczy przenikliwe i doświadczone.
- Dlaczego mnie szukasz, Chłopcze? - usłyszał pytanie. Ale usta Czarownika były zamknięte, jego twarz nieruchoma.
I wtedy Chłopiec usłyszał swój własny głos, chociaż wcale się nie odzywał:
- Ponieważ chcę cię poznać, chciałbym się czegoś o tobie dowiedzieć.
Niesamowite, jakby mówił myślami!
- Niepotrzebna Ci ta wiedza - odpowiedział Czarownik w niemym dialogu.
- Dlaczego? - zapytał Chłopiec, ale nie uzyskał już odpowiedzi. Wszystko rozlało się i wymieszało w jedną masę, jak sok malinowy na śmietankowym budyniu. Obudził się.
Tym razem chłopiec wiedział, że to nie żarty. Że teraz dojdzie prawdy. A że była sobota, pobiegł nad jeziorko już po śniadaniu. Rozbił obóz się na swoim ulubionym miejscu i zajął się puszczaniem kaczek na wodzie. Dla niepoznaki, niby że wcale nie czatuje.
- Nie rzucaj kamieni do wody, proszę - usłyszał po jakimś czasie. Ręka Chłopca z kamieniem w ręku znieruchomiała.
- Czarodzieju, to ty? - Chłopiec rozglądał się dookoła, ale nikogo nie widział. - Pokaż się, proszę!
- W zasadzie nie wiem, po co. Ale skoro już o tym, to potrafisz mnie ujrzeć, jak mało kto potrafisz; musisz tylko chcieć.
- Bardzo chcę!
- To skup się. Nie ma rzeczy niemożliwych, jeśli tylko czegoś naprawdę pragniemy.
- Nie widzę, gdzie jesteś?
- Jestem ptakiem, którego śpiewu słuchasz. Jestem rośliną, którą poisz, zwierzęciem, które karmisz.
- Jak to?
- Dokładnie tak. Możesz mnie dojrzeć uruchamiając swoje serce. Twoje serce jest otwarte, otwórz więc oczy.
I pokazał się. Nie dał jednak Chłopcu zbyt długo pozostawać pod wrażeniem, gdyż natychmiast przypomniał się ze swoją prośbą - Nie rzucaj kamieni do wody.
- Ale ja tylko puszczam kaczki. Jestem w tym naprawdę dobry.
- Nie rób tego, bo możesz coś uszkodzić.
- Co takiego na przykład?
- Na przykład okno.
- Co?! Ale jak… - nie zdążył jednak dokończyć, gdyż Czarodziej rozmył się w powietrzu.
Chłopiec nie dał się jednak tym razem tak łatwo zbyć.
- Czarodzieju!!! Wracaj natychmiast! Nieładnie tak pozostawiać kogoś w niepewności! Pokaż się i to już!!!!
- Nie krzycz. Nigdy nie wiesz, czy ktoś nie śpi - stanowczość Chłopca widocznie przekonała Czarodzieja, bo zmaterializował się ponownie, tyle że z drugiej strony. Robił to cichutko, bez najmniejszego pyknięcia.
- Ale kto może spać? - Chłopiec był wyraźnie zdezorientowany - Sugerujesz, że tam - tu wskazał ręką na jeziorko - ktoś jest?- ostatnie wyrazy wypowiedział szeptem, jakby obawiając się, że ktoś ich może podsłuchiwać.
- Ja nie sugeruję. Ja to wiem.
- Wiedziałem! Wiedziałem, że tu ukryta jest jakaś tajemnica! - Chłopiec w jednej chwili zapomniał o zachowaniu spokoju. – Musisz mi wszystko opowiedzieć!
- Ciągle tylko wrzeszczysz i do tego nie masz pojęcia, o co się dopominasz - żachnął się Czarodziej.
- A ty bezustannie powtarzasz, że nie potrzebuję znać odpowiedzi. A skąd niby to wiesz? – odpalił, trochę niegrzecznie, Chłopiec.
- W końcu jestem Czarodziejem, no nie?
- Eee, no tak… - zawstydził się Chłopiec, bo zrozumiał, że palnął dużą gafę. I tu oboje parsknęli niepohamowanym śmiechem. Śmiali się długo i głośno, nie mogli przestać, zupełnie, jakby ktoś łaskotał ich w stopy.
W ten sposób nawiązała się serdeczna przyjaźń między Małym Chłopcem a Czarownikiem.
Chłopiec zyskał doskonałego kompana, a Czarodziej uważnego słuchacza. Malec bardzo się przejął historią pogubionego królestwa i jego zagubionego Króla. I choć umysł miał otwarty i wyobraźnię nieposkromioną, to trudno było mu zrozumieć, że tam, pod taflą zarośniętego jeziorka, znajduje się pałac. Mimo wszystko wierzył Czarodziejowi. Dlaczego miałby nie mówić prawdy? Przecież jest bardzo stary, dużo wie, jeszcze więcej widział, zna tyle interesujących historii, nie miałby powodu zmyślać. Ogólnie oszukiwanie jest niemądre. Niczemu nie służy.
Jedno nie dawało Chłopcu spokoju. Czarodziej był bardzo miły, ale rzadko się uśmiechał. W zasadzie w ogóle się nie uśmiechał. Zamiast cienia towarzyszyło mu przygnębienie.
- To tęsknota - powiedział mu kiedyś, chociaż nikt głośno nie zadał pytania. Siedzieli nad brzegiem jeziorka, na zwalonym pniu. Starzec nieruchomo, Chłopiec majtając nogami.
- Brakuje ci twojego królestwa? - odparł na to Chłopiec, domyślił się bowiem, o czym mowa.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo. - Czarodziej zamilkł na chwilę, po czym kontynuował - To tak, jakby ktoś zabrał część ciebie. Odciął sobie kawałeczek. Wyobraź sobie, że miałbyś funkcjonować bez jednej nogi.
- Aj - wzdrygnął się Chłopiec i natychmiast przestał machać nogami.
- No właśnie. Pomyśl sobie, jak by ci jej brakowało. Oprócz oczywistego ograniczenia – nie mógłbyś biegać jak zawsze, skakać i kucać, to jeszcze odczuwałbyś ból. Tylko widzisz, łatwiej zaradzić takiemu, nawet dotkliwemu, ale fizycznemu cierpieniu. Kiedy skaleczysz się w palec, możesz zakleić go plastrem, podmuchać – i zapomnieć. Tęsknota to ból uporczywy, na który nie ma lekarstwa. Nawet czas nim nie jest. A kiedyś myślałem, że jest. Że ból minie, jak mijają pory roku. W tym jednym przypadku nie miałem racji…
Chłopiec zapragnął pocieszyć Czarodzieja. Nie bardzo wiedział, jak się za to zabrać, ale intuicja podpowiadała mu, że dobrą metodą będzie zabawa. Nauczył Czarodzieja grać w palanta. Śmiesznie tak wyglądali, mały chłopczyk w krótkich spodenkach i sędziwy staruszek, wywijający kijem i biegnący w podkasanej sukni za piłką. Nawet zdjął na moment czapkę, bo się w niej zgrzał. Rozgrywki trwały jednak krótko, ponieważ Czarodziej szybko wracał nad brzeg i, jak zwykle, wpatrywał się w taflę wody bez ruchu.
Pewnego dnia Chłopczyk zapytał, dlaczego Czarodziej tak usilnie obserwuje bagienko. Przecież nawet, jeśli miałoby wyschnąć i odsłonić zatopione włości, to na pewno to zauważy. 
- Chłopcze, świat nie jest ani trochę oczywisty. Jeśli wydaje ci się, że przełom nastąpi nagle, to możesz przeoczyć ważny moment i zostać z niczym. Sam powiedz, podlewasz kwiaty każdego dnia, ale nie wiesz, kiedy mogą dzięki temu zakwitnąć. Dlatego ja pilnuję podwodnego królestwa, czekam na znak, by móc zainterweniować. Jestem to winien Królowi.
Chłopiec musiał te słowa przemyśleć. Myślał całą noc, mało spał i był w szkole trochę nieprzytomny, ale natychmiast po lekcjach pognał do Czarodzieja obgadać z nim plan, który urodził się nocą. Noce bywają bardzo produktywne.
- Czarodzieju, możliwe, że twoja skupiona uwaga to za mało. Może potrzeba więcej koncentracji. Będę czuwał z tobą.
I usiedli. Siedzieli tak, bez słowa, do kolacji. Wówczas Chłopiec musiał wracać do domu, a Czarodziej chował się do dziupli. Ale następnego popołudnia kontynuowali bezruch, tak samo w środę, i czwartek, i w następnym tygodniu też. Zastygnięci w ciężkiej pracy.
Lecz nic się nie działo.
Chłopiec stwierdził, że widocznie mają za małą siłę przerobu, i potrzebują w związku z tym posiłków. Tylko kto mógłby ich wesprzeć?
- A może twoi koledzy mogliby nam pomóc..? – nieśmiało zaproponował Czarodziej.
Chłopczyk stropił się nieznacznie. Z powodu zaangażowania w sprawę Czarodzieja kolegów miał trochę mniej, ale mało go to obchodziło. Tacy koledzy to nie koledzy. Nie był dla nich równoprawnym kompanem, nie posiadał nowych gier i zabawek, a to, w czym był dobry, oni traktowali za śmieszne i dziewczyńskie. Na przykład rysowanie. To dobre dla panienek – mówili. Dlatego Chłopiec czuł się trochę urażony i dlatego też tak bardzo wciągnął się w przyjaźń z Czarodziejem. Poza tym nie chciał dzielić się sympatią maga, ale to było jedyne rozwiązanie. Zrozumiał, że musi schować swą dumę do kieszeni i poprosić kolegów o pomoc.
W piątek, na długiej przerwie, opowiedział kolegom całą historię Króla i Królestwa. Powiedział, że mogą przyczynić się do odnalezienia utraconego raju. W zamian za to obiecał spotkanie z prawdziwym Czarodziejem. Dzieciaki były do tej niewiarygodnej opowieści nastawione podejrzliwie i z dystansem, jednak ciekawość przeważyła i po ostatnim dzwonku dały się zaciągnąć do zapuszczonego parku.
- No i gdzie ten twój Czarodziej? - zapytały, gdy znaleźli się na miejscu.
- Poczekajcie. On sam decyduje, kiedy przyjść - uspokajał ich. - Na razie skupmy się na skupieniu. - Po tych słowach porozsadzał wszystkich wzdłuż brzegu bagienka i nakazał mieć baczenie na wszystko.
Bardzo niemądry pomysł: kazać dzieciom siedzieć spokojnie. Już po chwili chłopcy zaczęli rozglądać się na boki, nie potrafili tkwić w jednym miejscu dłużej niż dziesięć minut. Poza tym przyszli zobaczyć Czarodzieja, więc gdzie on jest?
Czy Czarodziej był, czy też nie, dowiecie się, drogie dzieci, innym razem. Teraz grzecznie wyłączcie komputery, bo być może dalsza część bajki zadzieje się w sypialni? Idźcie sprawdzić. Sypialnia może być fabryką baśniowego klimatu… trzeba tylko uruchomić produkcję.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

o chłopcu, który wierzył

Popełniłam bajkę. Bajka była gwiazdkowym prezentem dla mojej kilkuletniej siostrzenicy. Taka próba przeszycia choć paru chwil na fantazję z dobrym zakończeniem, przy braku podobnych w minionym roku. Wedle założeń historyjka miała być krótka, wesoła, kolorowa i z morałem. Z powyższych postulatów spełnić udało się może to ostatnie. Może. Tak przynajmniej wnioskuję na podstawie reakcji obdarowanej, która - gdy zorientowała się, że to koniec i czas na oklaski - wyrecytowała banały o wyższości dobra nad złem i ogólnie wykazała się niezwykle cną oceną rzeczywistości. Zrobiła to stojąc prosto i na jednym wydechu; wyglądała jak podmiot odpytki przy tablicy. Ten podporządkowany, czyli zmuszony niewygodną sytuacją do odpowiadania na trudne i głupie (głupie i trudne) pytania. Poczuła się do tego zapewne zobligowana widząc moje źle skrywane rozczarowanie brakiem jej entuzjazmu z prezentu. A przecież zabawkę też dostała. I słodycze.
Możliwe, że bajka słaba jest, i mała stwierdziła to już na podstawie braku ilustracji. Ale proszę wybaczyć, napisać to ja mogę, ale nie każcie mi malować (i śpiewać).
Koniec końców latorośl ma za zadanie dorysować bajce kontury zewnętrzne, a stopień jakości wewnętrznej sprawdzę tutaj. Czynnikiem kontrolnym będzie ewentualne zainteresowanie i prośby o jeszcze (życzyłabym sobie, by się pojawiły). Baja przydługawa jest i rozmiar jej z pewnością przekracza możliwości przykucia blogowej uwagi na raz, dlatego podzieliłam ją na trzy części. Jeśli nie zdzierżycie jednej, można sobie odpuścić dwie kolejne (to jest życzliwa podpowiedź).
Acha, bajka jest o chłopcu, który wierzył. Wszelkie zbieżności i podobieństwa do osób rzeczywistych są przypadkowe.
A więc, drogie dzieci…:

W niewielkim miasteczku o nieciekawej nazwie mieszkał pewien mały Chłopiec. Na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się niczym szczególnym. Chłopak, jakich wielu. Lubił puszczać kaczki na wodzie, pistacjowe lody z budki na rogu i nauczycielkę przyrody, bo często urządzała wycieczki do lasu. Nie lubił nudy. Nuda była czymś, czego należało się wystrzegać, gdyż powodowała niemiłe łaskotki w brzuchu. Wiecie, takie podobne do burczenia, ale wywoływane przez głód całkiem niefizyczny: rządzę wrażeń. Dlatego też, aby nie dopuścić do rozstroju organizmu, Chłopiec sycił się dniem, jak tylko mógł. Dzieci mają zwykle sporo pomysłów na zapełnianie czasu wolnego, a nasz Chłopiec miewał ich aż nadto. Wyobraźnia godna pozazdroszczenia.
Wymyślił sobie na przykład, że w parku mieszka Czarodziej. Wielki czarnoksiężnik o potężnej mocy, który woli pozostawać incognito w obawie przed naporem interesantów i zwykłych gapiów. Żył tak sobie w ukryciu trzysta, a nawet więcej lat, sam już się pogubił, ile. Wcześniej był wielce znaną osobistością, miał własny pałac i świtę naśladujących go uczniów. Sam Król częstokroć udawał się do niego po radę. Mag, korzystając z tajemnej wiedzy, przygotowywał dla władcy wymyślne specyfiki, ponieważ bardzo zależało mu na dobru państwa. Król wierzył, iż jego panowanie przebiega pomyślnie dzięki własnej mądrości i doświadczeniu, ale na wszelki wypadek prosił Czarodzieja o mikstury i sekretne rytuały. Nie zaszkodzi odpukać w niemalowane. I zabezpieczyć na wypadek kryzysu.
Przyznać trzeba, że królestwo, w którym trzysta lub więcej lat temu mieszkał Czarodziej, było bardzo udane. Ludziom żyło się w nim dobrze, każdy miał swoje zajęcie, które lubił i które dawało mu poczucie spełnienia ważnej społecznie roli. Choćby to było tylko łatanie dziur w spodniach. Wszyscy byli potrzebni i każdy był wyjątkowy. W domach jaśniały wesołe i ciepłe kominki, a ich mieszkańcy mogli przez okna podziwiać umiejscowiony niżej monarszy zamek. Dokładnie tak – pałac, w którym mieszkał Król, miast na otoczonej fosą górze, zbudowany został w niecce, ponieważ władca nie chciał się wywyższać nad swoich poddanych. Co więcej, to nie Król udzielał audiencji swoim obywatelom, tylko sam fatygował się do nich i prosił o widzenie. Chciał żyć wespół ze swoim ludem, chciał znać jego zapatrywania i potrzeby, bolączki i radości. Pragnął dla nich jak najlepiej. Tylko wówczas – uważał – mógł zasłużyć na ich miłość i szacunek.
Stało się jednak coś strasznego, nikt dokładnie nie wie co, ale w rezultacie Król przestał być królem i nastąpił chaos. Doskonale rządzony i szczęśliwy kraj pogrążył się w deprymującym żalu. Poddani, nie mając nad sobą umiłowanego pana stali się nieufni i zamknięci.
Najpierw przestali się uśmiechać. Z każdym niknącym uśmiechem spadał liść z drzewa, a słońce traciło jeden ciepły promyk.
Potem przestali ze sobą rozmawiać. Milknące ludzkie głosy powodowały coraz głośniejszą i bardzo piskliwą ciszę. Niezwykle bolesny niedźwięk.
Na koniec ludzie zaczęli się unikać. Chowali się za murami domostw, jakby bojąc się spotkania drugiego człowieka. W przejmującej pustce na podwórkach migały tylko naprędce zamykane drzwi, słychać było odgłosy ryglowanych zamków i chrzęst kluczy.
I stała się brzydka, mroczna, głucha i nader uparta Jesień. Rozpanoszyła się na polach i wioskach, objęła miasteczka, nie pozwoliła nadejść białej i rozświetlonej styczniowym słońcem Zimie, nie mówiąc już o Wiośnie. Mianowała się jedynie słuszną porą i ogłosiła wieczną, deszczową hegemonię. Smutna i okrutna królowa. W pałacu niedawnego monarchy umościła sobie posłanie. Gwizdała na pamięć o legalnym władcy, wyrzuciła część jego szat za okno, z reszty uczyniła sobie hamak. Razem z nią w murach opuszczonego zamku hulał jej brat, zimny i hałaśliwy Wiatr. Z tej przyczyny ludzie mówili, że w zamku straszy i starali się nie zbliżać doń zbyt blisko. Zresztą i tak unikali spacerów.
Z czasem nawet Jesień z Wiatrem opuścili zamek, taki był wymarły i ponury. Nikt nie chciał w nim mieszkać.
Mijały lata i nic nie zmieniło atmosfery przygnębienia i samotności wśród innych samotnych. Kwiaty nie kwitły, obywatele się izolowali, nawet o Dniu Dziecka nikt nie pamiętał. Z biegiem czasu zapomniano o szczęśliwych czasach i zamierzchłej pomyślności królestwa, które stało się zwykłym krajem, bez korony i berła. Każde kolejne pokolenie miało coraz mniej pamięci o swojej wspaniałej historii. Żyło się z dnia na dzień, zmagało z prozą powszedniości, bez barw, wzajemnej serdeczności i świąt. W końcu nie było już nikogo, kto wspominałby złote czasy dziadów i pradziadów. Nikogo, prócz jednej osoby – Czarodzieja.
On jeden pamiętał i Króla, i pałac, który zalany nieustającym deszczem stał się skrywającym tajemnicę bagnem. Niebo płakało nad utraconym majestatem tak rzęsiście, że zamek, umiejscowiony w dolinie, zupełnie zatonął pod łzami. Zarastający tatarakiem obraz dumnej przeszłości. Czarodziej zamieszkał nad mokradłem, w pniu starego, spróchniałego drzewa. Każdego dnia obserwował uważnie jeziorko w nadziei, że może wróci, wyłoni się dawna świetność.
I tak minęło kilkaset lat. Czarodziej, niezauważany przez nikogo, niezmiennie wypełniał codzienny rytuał. Wstawał, mył zęby, pił mleko z miodem, po czym siadał na brzegu i nieruchomiał w czekaniu. Bał się poruszyć, aby nie przegapić czegoś ważnego. Nigdy nie wiadomo, kiedy i z której strony przyjdzie zmiana. I mimo upływu czasu nie rezygnował.
Dziwicie się, dlaczego nikt czuwającego Czarodzieja nie widział? Bo do tego potrzebne są oczy duszy. Nie takie zwyczajne, służące do oglądania świata i do czytania, ale oczy wewnętrzne, potrzebne do dostrzegania tego, co  najistotniejsze: uczuć. Ludzie już dawno uznali, że uczucia nie są najważniejsze. Woleli doglądać swoich majątków, zwracać uwagę na nowe, błyszczące i drogie przedmioty, dla nich zatracili zupełnie zdolność widzenia tego, co ukryte. Pędzili za swoimi karierami i mijali w tej pogoni Czarodzieja nie dostrzegając go. Niektórzy nawet się o niego potykali, a on i tak pozostawał dla nich niewidzialny.
Nie dostrzegały go też dzieci. Miały swoje supernowoczesne zabawki, gry, roboty, lalki i tak były w nie wpatrzone, że na nic innego nie zważały. Poza tym nad bagnem nie było prądu, więc rzadko tam chodziły. Tylko czasami, gdy trzeba było przynieść kasztanów na lekcję. Dziupla Czarodzieja znajdowała się w kasztanowym drzewie właśnie. Czarodziej podrzucał dzieciakom pod nogi co ładniejsze, lśniącobrązowe owoce, dzieci szybko wypełniały nimi woreczki i pędziły do swoich wypasionych gier. Jego samego nie zauważały.
Tylko jeden Chłopiec nie pozostał ślepy na obecność Czarodzieja. Tak, nasz przyjaciel z początku bajki, pamiętacie go jeszcze? Był trochę inny od swoich kolegów, ale nie wiedział o tym. Tak samo, jak wszystkie dzieci chodził do szkoły, biegał i skakał, bawił się i uczył. Jego dzień nie różnił się od dni jego kolegów do godziny trzynastej. Wtedy kończyły się lekcje i dzieci wracały do domów. Większość czym prędzej jadła zupę i siadała do komputera, aby przejść kolejny poziom w grze. Nasz mały bohater nie posiadał komputera. Ale nie martwił się tym. Miał mnóstwo innych, ciekawych zajęć. Liczył wróble na płocie i pilnował, by żaden się nie zapodział, karmił nie wiadomo czyje koty, żeby miały pełne brzuszki, ścigał się z samolotami na niebie (zawsze wygrywał), podlewał kwiaty w opuszczonym ogrodzie sąsiadów, a wieczorami malował popołudniowe przygody, by ocalić je od zapomnienia.
Pewnego dnia mama pozwoliła mu zabrać kredki na podwórko, ponieważ umyślił sobie, że narysuje najwspanialszą rzecz natychmiast, jak tylko ją ujrzy. To tak, jakby robił zdjęcie. Wrzucił potrzebne przybory do plecaka i pomaszerował nad jeziorko. Bardzo je lubił i często tu przychodził. Nie wiedzieć czemu miejsce to przyciągało go. Mógł na przykład usiąść na murku przy osiedlu, tam tyle się dzieje. Na pewno miałby co narysować. Ale poczłapał dalej. Minął też ogródki działkowe (poligon artystycznej inspiracji) i w końcu dotarł do celu. Usiadł na brzegu, na grubym konarze, który służył mu za ławeczkę i chwilkę odpoczął. Wyciągnął kanapkę, którą przygotowała mu mama i zjadł ją w ciszy.
Lubił ciszę. Często się w nią wsłuchiwał, miała wiele różnych melodii. Na przykład cykanie. Albo nieśmiały szmer maszerujących mrówek. Od czasu do czasu dołączał do nich plusk znad wody. I szum. Falujący, szeleszczący szept liści.
Chłopiec, zastygnięty w słuchaniu, prawie zapomniał o zadaniu, jakie sobie wyznaczył. Sięgnął po szkicownik, kredki i czekał. No jak to na co? Na coś. Wiedział, że się zdarzy. Wierzył w to.
W międzyczasie postanowił namalować krzak, który rósł po drugiej stronie bagienka. Taki nieduży jałowiec, który miał dwa wierzchołki – jeden sterczał prosto do góry, drugi giął się ku ziemi i niemal dotykał igłami wody. Pokrętny i skrzywiony, przyciągnął uwagę Chłopca. Chłopczyk skoncentrował się na pracy (zawsze, gdy był skupiony, wysuwał język; na szczęście nigdy nie udało mu się go przygryźć), domalowywał detale, bardzo się starał.
Kiedy skończył i spojrzał na cały rysunek, aż krzyknął z wrażenia. Na kartce, zamiast krzewu, prezentowała się postać Czarownika! Nie było pierwszego wierzchołka, zamiast niego widniała długa, spiczasto zakończona czarnoksięska czapa. Gałąź, która pochylała się ku dołowi okazała się nogami owiniętymi w czarne sukno togi. Oszołomiony Chłopiec spojrzał czym prędzej na drugi brzeg, a tam co? Nie było ani krzewu, ani Czarodzieja! Nic nie było, a przecież, na skrzydła motyla, coś tam przed chwilą było na pewno! Dowodem jest rysunek!
Chłopiec zerwał się na równe nogi. Rozejrzał się wokoło – cisza, obiegł całe jeziorko – pustka. Był poruszony, ale nie przestraszony. Ci, którzy nie mają powodu, nie mają się czego bać. Jeszcze raz spojrzał na miejsce, gdzie winien być krzak (Czarodziej?), po czym postanowił wrócić do domu i wszystko opowiedzieć mamie. Ona na pewno będzie potrafiła to wytłumaczyć. Mamy są bardzo mądre.
Mama wysłuchała Chłopca uważnie, pogładziła go po głowie i z uśmiechem zapewniła, że jutro na pewno uda mu się rozwiązać zagadkę.
- Odpowiedź przyniesie sen, synku – powiedziała. - Sny są lustrem, w którym odbijają się nasze pytania.
Na dobranoc zrobiła mu kakao. Po kakao noc jest bardziej życzliwa.
Uspokojony Chłopiec położył się spać, aby czym prędzej zacząć śnić.
I wy, drogie dzieci, też już się kładźcie. Dalsza część bajeczki jak (jeśli) będziecie grzeczne.

niedziela, 8 stycznia 2012

nieskładnie


Aparat mowy nie działa, gdy trzeba przekazać clou. Stoję i gapię się na własną niemoc.
Dokładnie ją widzę, jest wyrysowana w oczach, których koloru nie potrafię dziś określić.
A przecież je znam, znam doskonale. Nie raz topiły obłęd, koiły paranoje, wciągały w wir.
Młyn pędzony głosem w płynie, ciekawością w palcach, splotem źrenic, przestrachem trochę.
Plastyczny odbiór niewypowiedzianego rozminięcia w czasie.
Raczej nie będę się dziwić. Za błędy się płaci, potem pije. Taka chrzaniona kolejność.
Z naprawą uszkodzeń już gorzej. Części wymienne nadrdzewiały niewiarą.
Emocje, one jedne niezmiennie są. Nie dają spać, siadają na łóżku, wciskają enter. Poszło.
Przecież wiem, że to moja wina.
Raz jeszcze stwierdzam, że dzieciństwo minęło bezpowrotnie. Trzeba oddać zabawki i iść.
A to, co spotkane na drodze zatrze skreślone na poprzednich stronach zamieszanie. I słowa.
Słowa, które tłuką się w uszach. Przeszłość ma wpływ na dziś i jutro, ale jej nie zmienimy.
Zostaje mieć nadzieję. Ale nie czekać. Walczyć o przyszłość, ryć w uporze trzeba, siec.
A kiedy nam zabraknie sił, zostaną jeszcze morze i wiatr.
Morze. Patrzę w nie, gdy nie mówię wprost, gdy mówię zło. Ale morze jest dobre, daje moc.   
Czerpiesz z niej, wiem.
I tylko cieszy, że rok się skończył.
Echo niesie przeprosiny. W każdym słowie, w każdej linii.

niedziela, 1 stycznia 2012

życzeń nie będzie

Historia o tym, który walczy, jest prawdziwa. To tak w odpowiedzi na liczne zapytania. Perfidia realiów wykracza poza ramy literackiej fikcji. Rzeczywistość ma więcej szyderczej fantazji niż moja ponura wyobraźnia. Ten chłopak naprawdę leży w tym szpitalu. Naprawdę walczy o nogi. Bez nich ciężko mu będzie dogonić samozaparcie i gotowość do rzeczonej walki. Batalii, od której zależy jego życie.
Można rzec, że szczęście i tak. W końcu życie to już wygrał. Mogło zostać zagruzowane w samochodzie. A tak  tylko wywróciło się do góry nogami, jak ono. Nogami, nie kołami. Podkreślam to, bo wierzę. Ale uwierzyć przede wszystkim musi on. Przecież takie rzeczy się zdarzają. Racje medycyny podporządkowane są sile perswazji psychiki. Udało mu się uciec przed jednym wyrokiem, znaczy – potrafi szybko biegać. Trochę potrenuje i inne też pokona. I jeszcze zrobi życiówkę. Podium nowego życia.
Oby wyrok nie minął tego drugiego. Niezależnie od faktu, czy tylko bezmyślność, czy bezmyślność i alkohol, czy bezmyślność, alkohol i fatalny pech skręciły mu kierownicę. Takich, jak on jest i było wielu. Moich, waszych, czyiś znajomych, bliskich, krewnych. Tak, mają swoje historie, może nawet czynniki w nich łagodzące, ale za wyrządzone krzywdy należy płacić. Byłoby sprawiedliwiej, gdyby płacili z własnego portfela. Jak mój kuzyn, który niespełna rok temu zakończył zakrapianą imprezę na drzewie. Miał 24 lata. Kolejnych urodzin obchodzić nie będzie. On zabrał życie tylko sobie, ale bynajmniej nie zmniejszył tym przydanych cierpień. Albo Rafał. Rafała znałam od zawsze, nielekki życiorys prowincjonalnej biedy i braku pomyślności. Może dlatego pił, prawa jazdy nie zrobił, bo po co, po uderzeniu w tę młodą licealistkę zbiegł. Rodzina i koledzy palą teraz znicze na jej grobie, on spędził w więzieniu cztery lata. Kpina.
Na tej samej, podyskotekowej trasie zginęło wielu innych, przez alkohol wlany w swoje lub cudze gardła. Bezsensowna droga krzyżowa kretynizmu. Tam to jest nagminne, jak epidemia patologicznej głupoty. Końca nie widać. Jak o tym nie myśleć, jak zapomnieć?
W dzisiejszych telewizyjnych wiadomościach stujednoletni staruszek podał swój na to sposób: należy żyć nadzieją. I w zasadzie to mogłoby dodać otuchy, nastroić ów wpis na pozytyw. Ale noworocznych życzeń i konfetti nie będzie. Wybaczcie.

wtorek, 27 grudnia 2011

bez tytułu

Ma 23 lata i do wczoraj kieszenie pełne projekcji i planów. Do wczoraj. Dokładnie do momentu, gdy jego życie zostało wywrócone na dach. Wywrócone i zgniecione. Jak to auto, w którym wówczas siedział.
Ma 26 lat. Młody, też mu się należy życie. Czego jednak od niego oczekuje? Co kierowało nim, gdy wsiadał do samochodu, i gdy chwilę potem zajechał drogę i los temu, który teraz leży i patrzy w szpitalny sufit?
Leży i mówi mało. Ale myśli. On myśli teraz bardziej, niż myślałby kto. Niewypowiedziana pretensja do. Kto powinien być pierwszym jej adresatem? Czy dwudziestosześciolatek, który wjechał mu czołowo w kręgosłup i uciekł? Czy bożonarodzeniowa ironia, która okazała się bardziej bezczelną, niż przewiduje gwiazdkowa norma? Bo zwykle ma się żal o brak karpia na stole czy świątecznego nastroju wokół niego. On zaś może odczuwać brak sprawiedliwości w sercu i czucia w nogach. Strachu i goryczy zapewne mu nie brakuje. Czy będzie miał siłę na siłę? Potrzebuje jej teraz bardziej, niż kiedykolwiek. Jeśli jemu samego jej nie starczy, musi ją dostać od innych.
Z pewnością otaczają go bliscy, którzy są. Ale oni też mają ograniczoną ilość mocy. Pomyślcie więc, proszę, o nich. I o nim. Ma 23 lata. Przed nim wszystko. Wierzę, że tym wszystkim nie będą dwa koła zamiast dwóch nóg. Niech wiarę tę podsyca mały płomień w kościelnej nawie. Zapalcie go też, jeśli możecie. W końcu skądś się biorą cuda.
Bóg nie może być aż tak głuchy.

sobota, 24 grudnia 2011

Ona

Spotkałam Ją na zakręcie drugiego okrążenia. Trochę byłam rozpędzona na nieprowadzącej do celu trasie i prawie Ją minęłam bez szczególnej notatki w pamięci, ale na całe szczęście - moje szczęście - coś mnie zatrzymało. Teraz wiem, że to Jej energia. Moc, która sprawia, że wysuszone kwiaty unoszą w ciekawości swe truchłowate łby, a strapieńcy zapominają o niedolach, póki tylko czuć w powietrzu Jej głos i woń. Zapach dobra, dźwięk radości.
Ta, o której mowa, jest. I w zasadzie na tym polega Jej fenomen. Inni przychodzą i odchodzą, a Ona trwa. Gdy jest dobrze, i gdy źle też. Nigdy nie ustaje, nie jest jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie. Pomarszczy czoło czasem, rzuci uwagę zagryzioną przekąsem, ale nie oddali się na krok. Sterczy cierpliwie przy zabłąkanych, niby mimochodem, ale w pełnej gotowości do tego, by w potrzebnej chwili trzymać za głowę. Terapeutka pogubionych? Poniekąd, choć się od tego głośno odżegnuje. W rzeczy samej, potrafi zebrać rozrzucone resztki i posklejać z nich całość, nadając jej przy tym zupełnie nową jakość, lepszy kształt. Udając zarazem, że nie brała w tym procesie czynnego udziału. Ale dar ów jest wypadkową okoliczności inszej, Jej drugiego imienia: Prawdziwy Przyjaciel.
Nadużywamy tego miana, wycieramy sobie nim pyski jak jednorazową ścierką z tektury. Tymczasem nie jestem w stanie przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek Jej powiedziałam, że jest mi przyjacielem. Z jednej strony nie ma konieczności trąbić oczywistości, z drugiej – na przyjaźń trzeba zasłużyć. Czym godna? Jeśli wątpię - znaczy zrobiłam za mało. Dlatego wysyłam w przestwór ten panegiryk, niech dopisze mi parę punktów do uczniowskiej pracy domowej o najlepszym przyjacielu. Lata temu, w szkole, nie bardzo wiedziałam, co mam w niej napisać. Do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć. To jak z Dziadami i Lalką. Polski system edukacji nieudolnie rozkłada naciski i biedne dzieci męczą się nad niezrozumiałym tekstem, który mają przeczytać bądź napisać. Gdy byłam dzieckiem, mówiłam jak dziecko, czułam jak dziecko, myślałam jak dziecko. Kiedy zaś stałam się mężem, wyzbyłam się tego, co dziecięce. Uprzejmie donoszę, że jestem gotowa dokończyć rzeczone wypracowanie. Na stopień do dzienniczka już za późno, niech więc sama praca będzie oceną. Nie wątpię, że Bohaterka tejże z paroma akapitami zechce polemizować, za niepoprawny styl czy źle użyte wyrażenie, generalnie za nieprzystawalność słów do Desygnatu. Uprzedzam, że to Jej skromność, nic innego. Wystarczy, jeśli prócz obruszenia spojrzy na mnie życzliwym okiem, podaruje wspaniały uśmiech i wybaczy małe winy. Na przykład tę popsutą suszarkę. Bo przecież nie pamięta złego. Choć jest szalenie pamiętliwa.
Ona cierpliwa jest, łaskawa jest. I choć bywa, że wcale nie jest, to nic nie szkodzi. Niedoskonałość jest najbliższa ideałom. Idealny Nieideał. Myślałam, że to o mnie. Jednak nie.
Ona nie zazdrości, bo nie ma czego. Potrafi cieszyć się tym, co jest. Wszyscy, którym dane jest Ją bliżej poznać, zmuszeni są do przemeblowania pojęcia radość. Bo czymże ona jest? To niepohamowany entuzjazm, że zupa wyszła, korek udało się sprytnie ominąć, a radio nadaje słoneczną piosenkę w deszczowy dzień. To pachnąca mydłem podłoga, odnaleziona po latach rękawiczka, list od babci Gosi. Małe uciechy, z których zbudowany jest Jej świat. Może trochę dziecinnie tak się cieszyć z błahostek, ale zapewniam was - chcielibyście. Szare, codzienne życie nabiera z Nią barw. Moje dni czerpią z Jej ekspresji, której rozmiaru nie jestem w stanie oddać słowami. Serio. Kto widział, ten wie, o czym mowa. To nie tylko śpiewy i tańce, choreograficzne układy z podziałem na role, okazje i okazyjki do toastów z czekolady i innych wspaniałości. To feeria noworocznych fajerwerków dwunastego czerwca czy trzeciego listopada. Bo każdy powód jest uzasadniony. Jak dotąd wciąż bywam zaskakiwana nowymi formami prostej, czystej frajdy.
Ona nie szuka poklasku - do czasu, aż postanowi swymi rozlicznymi talentami oddać przyjemność publice. A wtedy moi drodzy rzucę pisanie i zrobię karierę jako menager. Śledźcie media, jeszcze będzie o Niej głośno. Na razie się wstydzi. Na razie jest Królową Tańca dla wybranych. Jestem i czuję się wyróżniona. Miejsce w pierwszym rzędzie, na kanapie. Dopuszcza się bezwstydu w tym tańcu, uwierzcie. Ale wielkie artystki mogą sobie na to pozwolić.
Ona nie szuka swego. Mówi: jestem egoistką, ale odda własne pragnienia za spełnienie marzeń swoich bliskich. I będzie stać w cieniu, gdy ci zatańczą dzięki Niej z radości. Jakie to poświęcenie, wiedzą tylko Gwiazdy. I biura podróży.
Ona nie cieszy się z niesprawiedliwości. Nawet, gdy ta dotyka oprawców Jej fundamentalnych pojęć. Najlepiej by było, gdyby wszyscy mogli tańczyć, śpiewać i jeść lody. Dlaczego nie mogą?
Wszystko znosi. Jestem silna, ale Ona jest silniejsza. Niezwykła kobieta, która posiada niezliczone ilości butów na obcasie i jeszcze mniej zliczoną zawartość skrzynki z narzędziami. W liście do Mikołaja umieści, obok różowych spodni, poziomicę. I będzie wiedziała, jak jej użyć. Choć nosi portki, w głębi jest małą dziewczynką, którą trzeba się zaopiekować. Ale ciii, nikomu nie mówcie.
Wszystko przetrzyma. Napędza się do życia biczem ukręconym z codziennych małych szczęść. Chlasta się po pośladkach i w podskokach prze od dziś do jutro. Tylko co by to było, gdyby kózka nie skakała…?
Taaak… Wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję. Jestem słaba, ale Ona jest słabsza. Wiarą w drugiego człowieka nie raz zapchała się jak suchą bułką. Obym nigdy nie stanęła Jej w gardle. Nadzieję tę wyrażam z miłości do jasnej i z obawy przed ciemną Jej stroną. A tak, co myśleliście. Że to cudowne, wesołe dziecko rozdające łakocie i uśmiechy? To kobieta, ile dni w roku, tyle twarzy i nastrojów. Tak naprawdę to czarownica. Wiedźma okrutna, której lepiej nie nadepnąć na odcisk czy skraj szaty. Dlatego nie budźcie niedźwiedzia, kiedy śpi, bo was zje. Gdy uniesie się gniewem szkło lata po ścianach, a potem trzeba te ściany malować. I wiecie, Ona mi grozi. Że nim skończę trzecie okrążenie ma być książka. Drżę, nie śpię nocami. A czas płynie. Ona jest niepoprawną fantastką. Ale wierzy w to, co innym wydaje się utopią i – kto wie – może najlepiej na tym wyjdzie. Można bujać w chmurach dla zasady i poza marginesem rzeczywistości, ona uczyniła z tego sposób na życie i czasem zeskakuje z tych chmur prosto do raju. Choćby tylko na tydzień wakacji.
Żeby nie było za różowo, ma kilka wad. Nie biega. Nie lubi tuńczyka. Nie zawsze też współweseli się z prawdą. Że niby zmuszam Ją do myślenia. Taki żarcik. Ona wszystko ma przemyślane. Poukładane. Nie lubi niespodzianek – tak kiedyś powiedziała. Kłamczucha. Niespodzianki to Jej żywioł. A ład próbuje wprowadzać każdego dnia i, jak dotąd, końca nie widać.
I jeszcze -
Wykazuje się nieprawdopodobną inwencją twórczą w upiększaniu świata. Choćby to miały być tylko tęczowe paski w pokoju. Miss Okienka czynnego całą dobę. Niepoprawna łowczyni promocji. Ukochana Króla Juliana. I Sebastiana, tylko on o tym nie wie (nie miał tyle szczęścia, co ja). Didżej Timon i Pumba (na zmianę), animator współlokatorskiej kultury. Mój napęd, motywacja. Heroina małej powieści, w której ja gram poślednią rolę. Wróżka z mojej bajki.
Mówią, że wieczna miłość nie istnieje. Że mylona jest z przyjaźnią. Ale Ona jest miłością, ponieważ jest przyjaźnią. Za to dziękuję Jej, Jej Rodzicom i Stwórcy.
Gdy zaś przyjdzie to, co doskonałe, zniknie to, co tylko częściowe.
Drogi Święty Mikołaju – Ona była grzeczna cały rok. Z małymi przerwami na kolację w maku, ale ogólnie bilans jest dodatni. Dlatego przynieś Jej w worku wszystko, co najlepsze. To, o czym mówi głośno i wszelkie ukryte pragnienia.
Wesołych Świąt Wariatko.

niedziela, 11 grudnia 2011

Za chwilę dalszy ciąg programu

Ostatnio jestem dość często, co nie jest złe. Być od czasu do czasu wypada. Ale na czas jakiś się schowam. Składa się na to kilka powodów. Jeden z nich to głupota, z której muszę się wyleczyć wszelkimi środkami, bo w moim wieku być idiotą nie jest wskazane. Jak dotąd przedsiębrane sposoby nie zadziałały, więc radykalnie zmieniam terapię. Się biorę i odcinam, z założeniem, że tym razem się uda. Poza tym idą święta, trzeba biegać za mikołajem, którego przecież nie ma, czym tylko komplikuje się zadanie. Co do biegania – to za nim też trzeba trochę pobiegać, co może być trudniejsze od odrąbania nosa Rudolfowi. Skupię się zatem na prostych koniecznościach, praca, dom, dzieci, bigos, pranie, gimnastyka, zeszyt, rozciąganie. I jeszcze poczytać by wypadało. Że nie czytam, słyszę, że się ze mną nie pogada. No więc stanęłam przed ścianą z książkami w moim mieszkaniu. Książki od podłogi po sufit, każda jedna to wyrzut sumienia i kurz zapomnienia, dosłownie i niedosłownie. Wyciągasz jedną, a na głowę sypie się stos historii schowany między wierszami. Historii, którą trzeba odkryć, i tym też się teraz zajmę. To mnie przy okazji zajmie. I wszyscy będą zadowoleni. Wy też, tylko musicie poczekać, bo robota to niemała. Detektywistyczna wręcz. Ale dowiem się wszystkiego. A jeśli nie, to zmyślę.
Może jakie przerywniki będą, bo jak znam siebie, tak za siebie nie ręczę. I z tego też winnam się wyleczyć.

środa, 7 grudnia 2011

Zewnętrzny spokój histerii

Najdłuższa jednostka czasu: sufit nocą. Trwa całą wieczność, nie daje mrugnąć, nie daje snu. Nie pozostawia złudzeń, że jutro będzie lepiej. Jest niewzruszonym katem nadziei.
Niedobrze, że noc jest ciemna. W ciemności łatwiej wyczytać nekrologi spraw niedokończonych. Umarły na zawał. Serce nie wytrzymało. Niedokrwienna choroba ośrodkowego układu zmysłowego. Naiwność zapchała tętnice.
Nie patrz nocą na sufit, tam nie ma nic dobrego. Tam jest wszystko, cała prawda, czarno na czarnym.

wtorek, 6 grudnia 2011

Nowe okna na świat

Było ich trzech. Weszli w butach, gwałtem, humory mieli nieoględne i nie cackali się z niczym. Mieli łomy, brzeszczoty i młoty, w oczach destrukcję, na ustach dosadność. Nie chcieli kawy i ciasta, cel przyświecał im straszliwy: rozbić, zburzyć, rozwalić, wyłamać, wyrżnąć.  Krucjata.
Trzech jeźdźców apokalipsy. Brutale. Nadeszli i zrobili rozpierduchę. Nie błagaj o litość. Jeńców nie brali. Atak ściśle ukierunkowany. Pierwsze ofiary padły około dziewiątej. Kapitulacja następowała cały dzień przy szczęku wyrywanych framug, odgłosach rzezanych krat i blasku złowieszczych iskier. Sopocka masakra piłą mechaniczną.
Wojna to zło, ale po niej przychodzi oczyszczenie. Zwłaszcza, gdy agresor zabiera zagrabione łupy ze sobą i jeszcze pozamiata. Gdy opadnie bitewny dym, staje się jasność. Dosłownie. Światło wpadające do środka przez nowe, czyste, nie porysowane, nie pochlapane szyby.
I nagle okazuje się, że za oknem jest życie. Drzewa, krzewy, plac zabaw, ławeczka, ciekawscy sąsiedzi. I skarpetki. Markowe! Szukamy właściciela. Odbiór możliwy w godzinach wieczornych pod dwójką. Tak, to jest to mieszkanie, które ma od dziś zupełnie nową jakość. No, może od jutra. Jak powiesimy firanki.