niedziela, 8 stycznia 2012

nieskładnie


Aparat mowy nie działa, gdy trzeba przekazać clou. Stoję i gapię się na własną niemoc.
Dokładnie ją widzę, jest wyrysowana w oczach, których koloru nie potrafię dziś określić.
A przecież je znam, znam doskonale. Nie raz topiły obłęd, koiły paranoje, wciągały w wir.
Młyn pędzony głosem w płynie, ciekawością w palcach, splotem źrenic, przestrachem trochę.
Plastyczny odbiór niewypowiedzianego rozminięcia w czasie.
Raczej nie będę się dziwić. Za błędy się płaci, potem pije. Taka chrzaniona kolejność.
Z naprawą uszkodzeń już gorzej. Części wymienne nadrdzewiały niewiarą.
Emocje, one jedne niezmiennie są. Nie dają spać, siadają na łóżku, wciskają enter. Poszło.
Przecież wiem, że to moja wina.
Raz jeszcze stwierdzam, że dzieciństwo minęło bezpowrotnie. Trzeba oddać zabawki i iść.
A to, co spotkane na drodze zatrze skreślone na poprzednich stronach zamieszanie. I słowa.
Słowa, które tłuką się w uszach. Przeszłość ma wpływ na dziś i jutro, ale jej nie zmienimy.
Zostaje mieć nadzieję. Ale nie czekać. Walczyć o przyszłość, ryć w uporze trzeba, siec.
A kiedy nam zabraknie sił, zostaną jeszcze morze i wiatr.
Morze. Patrzę w nie, gdy nie mówię wprost, gdy mówię zło. Ale morze jest dobre, daje moc.   
Czerpiesz z niej, wiem.
I tylko cieszy, że rok się skończył.
Echo niesie przeprosiny. W każdym słowie, w każdej linii.

niedziela, 1 stycznia 2012

życzeń nie będzie

Historia o tym, który walczy, jest prawdziwa. To tak w odpowiedzi na liczne zapytania. Perfidia realiów wykracza poza ramy literackiej fikcji. Rzeczywistość ma więcej szyderczej fantazji niż moja ponura wyobraźnia. Ten chłopak naprawdę leży w tym szpitalu. Naprawdę walczy o nogi. Bez nich ciężko mu będzie dogonić samozaparcie i gotowość do rzeczonej walki. Batalii, od której zależy jego życie.
Można rzec, że szczęście i tak. W końcu życie to już wygrał. Mogło zostać zagruzowane w samochodzie. A tak  tylko wywróciło się do góry nogami, jak ono. Nogami, nie kołami. Podkreślam to, bo wierzę. Ale uwierzyć przede wszystkim musi on. Przecież takie rzeczy się zdarzają. Racje medycyny podporządkowane są sile perswazji psychiki. Udało mu się uciec przed jednym wyrokiem, znaczy – potrafi szybko biegać. Trochę potrenuje i inne też pokona. I jeszcze zrobi życiówkę. Podium nowego życia.
Oby wyrok nie minął tego drugiego. Niezależnie od faktu, czy tylko bezmyślność, czy bezmyślność i alkohol, czy bezmyślność, alkohol i fatalny pech skręciły mu kierownicę. Takich, jak on jest i było wielu. Moich, waszych, czyiś znajomych, bliskich, krewnych. Tak, mają swoje historie, może nawet czynniki w nich łagodzące, ale za wyrządzone krzywdy należy płacić. Byłoby sprawiedliwiej, gdyby płacili z własnego portfela. Jak mój kuzyn, który niespełna rok temu zakończył zakrapianą imprezę na drzewie. Miał 24 lata. Kolejnych urodzin obchodzić nie będzie. On zabrał życie tylko sobie, ale bynajmniej nie zmniejszył tym przydanych cierpień. Albo Rafał. Rafała znałam od zawsze, nielekki życiorys prowincjonalnej biedy i braku pomyślności. Może dlatego pił, prawa jazdy nie zrobił, bo po co, po uderzeniu w tę młodą licealistkę zbiegł. Rodzina i koledzy palą teraz znicze na jej grobie, on spędził w więzieniu cztery lata. Kpina.
Na tej samej, podyskotekowej trasie zginęło wielu innych, przez alkohol wlany w swoje lub cudze gardła. Bezsensowna droga krzyżowa kretynizmu. Tam to jest nagminne, jak epidemia patologicznej głupoty. Końca nie widać. Jak o tym nie myśleć, jak zapomnieć?
W dzisiejszych telewizyjnych wiadomościach stujednoletni staruszek podał swój na to sposób: należy żyć nadzieją. I w zasadzie to mogłoby dodać otuchy, nastroić ów wpis na pozytyw. Ale noworocznych życzeń i konfetti nie będzie. Wybaczcie.

wtorek, 27 grudnia 2011

bez tytułu

Ma 23 lata i do wczoraj kieszenie pełne projekcji i planów. Do wczoraj. Dokładnie do momentu, gdy jego życie zostało wywrócone na dach. Wywrócone i zgniecione. Jak to auto, w którym wówczas siedział.
Ma 26 lat. Młody, też mu się należy życie. Czego jednak od niego oczekuje? Co kierowało nim, gdy wsiadał do samochodu, i gdy chwilę potem zajechał drogę i los temu, który teraz leży i patrzy w szpitalny sufit?
Leży i mówi mało. Ale myśli. On myśli teraz bardziej, niż myślałby kto. Niewypowiedziana pretensja do. Kto powinien być pierwszym jej adresatem? Czy dwudziestosześciolatek, który wjechał mu czołowo w kręgosłup i uciekł? Czy bożonarodzeniowa ironia, która okazała się bardziej bezczelną, niż przewiduje gwiazdkowa norma? Bo zwykle ma się żal o brak karpia na stole czy świątecznego nastroju wokół niego. On zaś może odczuwać brak sprawiedliwości w sercu i czucia w nogach. Strachu i goryczy zapewne mu nie brakuje. Czy będzie miał siłę na siłę? Potrzebuje jej teraz bardziej, niż kiedykolwiek. Jeśli jemu samego jej nie starczy, musi ją dostać od innych.
Z pewnością otaczają go bliscy, którzy są. Ale oni też mają ograniczoną ilość mocy. Pomyślcie więc, proszę, o nich. I o nim. Ma 23 lata. Przed nim wszystko. Wierzę, że tym wszystkim nie będą dwa koła zamiast dwóch nóg. Niech wiarę tę podsyca mały płomień w kościelnej nawie. Zapalcie go też, jeśli możecie. W końcu skądś się biorą cuda.
Bóg nie może być aż tak głuchy.

sobota, 24 grudnia 2011

Ona

Spotkałam Ją na zakręcie drugiego okrążenia. Trochę byłam rozpędzona na nieprowadzącej do celu trasie i prawie Ją minęłam bez szczególnej notatki w pamięci, ale na całe szczęście - moje szczęście - coś mnie zatrzymało. Teraz wiem, że to Jej energia. Moc, która sprawia, że wysuszone kwiaty unoszą w ciekawości swe truchłowate łby, a strapieńcy zapominają o niedolach, póki tylko czuć w powietrzu Jej głos i woń. Zapach dobra, dźwięk radości.
Ta, o której mowa, jest. I w zasadzie na tym polega Jej fenomen. Inni przychodzą i odchodzą, a Ona trwa. Gdy jest dobrze, i gdy źle też. Nigdy nie ustaje, nie jest jak proroctwa, które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza, której zabraknie. Pomarszczy czoło czasem, rzuci uwagę zagryzioną przekąsem, ale nie oddali się na krok. Sterczy cierpliwie przy zabłąkanych, niby mimochodem, ale w pełnej gotowości do tego, by w potrzebnej chwili trzymać za głowę. Terapeutka pogubionych? Poniekąd, choć się od tego głośno odżegnuje. W rzeczy samej, potrafi zebrać rozrzucone resztki i posklejać z nich całość, nadając jej przy tym zupełnie nową jakość, lepszy kształt. Udając zarazem, że nie brała w tym procesie czynnego udziału. Ale dar ów jest wypadkową okoliczności inszej, Jej drugiego imienia: Prawdziwy Przyjaciel.
Nadużywamy tego miana, wycieramy sobie nim pyski jak jednorazową ścierką z tektury. Tymczasem nie jestem w stanie przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek Jej powiedziałam, że jest mi przyjacielem. Z jednej strony nie ma konieczności trąbić oczywistości, z drugiej – na przyjaźń trzeba zasłużyć. Czym godna? Jeśli wątpię - znaczy zrobiłam za mało. Dlatego wysyłam w przestwór ten panegiryk, niech dopisze mi parę punktów do uczniowskiej pracy domowej o najlepszym przyjacielu. Lata temu, w szkole, nie bardzo wiedziałam, co mam w niej napisać. Do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć. To jak z Dziadami i Lalką. Polski system edukacji nieudolnie rozkłada naciski i biedne dzieci męczą się nad niezrozumiałym tekstem, który mają przeczytać bądź napisać. Gdy byłam dzieckiem, mówiłam jak dziecko, czułam jak dziecko, myślałam jak dziecko. Kiedy zaś stałam się mężem, wyzbyłam się tego, co dziecięce. Uprzejmie donoszę, że jestem gotowa dokończyć rzeczone wypracowanie. Na stopień do dzienniczka już za późno, niech więc sama praca będzie oceną. Nie wątpię, że Bohaterka tejże z paroma akapitami zechce polemizować, za niepoprawny styl czy źle użyte wyrażenie, generalnie za nieprzystawalność słów do Desygnatu. Uprzedzam, że to Jej skromność, nic innego. Wystarczy, jeśli prócz obruszenia spojrzy na mnie życzliwym okiem, podaruje wspaniały uśmiech i wybaczy małe winy. Na przykład tę popsutą suszarkę. Bo przecież nie pamięta złego. Choć jest szalenie pamiętliwa.
Ona cierpliwa jest, łaskawa jest. I choć bywa, że wcale nie jest, to nic nie szkodzi. Niedoskonałość jest najbliższa ideałom. Idealny Nieideał. Myślałam, że to o mnie. Jednak nie.
Ona nie zazdrości, bo nie ma czego. Potrafi cieszyć się tym, co jest. Wszyscy, którym dane jest Ją bliżej poznać, zmuszeni są do przemeblowania pojęcia radość. Bo czymże ona jest? To niepohamowany entuzjazm, że zupa wyszła, korek udało się sprytnie ominąć, a radio nadaje słoneczną piosenkę w deszczowy dzień. To pachnąca mydłem podłoga, odnaleziona po latach rękawiczka, list od babci Gosi. Małe uciechy, z których zbudowany jest Jej świat. Może trochę dziecinnie tak się cieszyć z błahostek, ale zapewniam was - chcielibyście. Szare, codzienne życie nabiera z Nią barw. Moje dni czerpią z Jej ekspresji, której rozmiaru nie jestem w stanie oddać słowami. Serio. Kto widział, ten wie, o czym mowa. To nie tylko śpiewy i tańce, choreograficzne układy z podziałem na role, okazje i okazyjki do toastów z czekolady i innych wspaniałości. To feeria noworocznych fajerwerków dwunastego czerwca czy trzeciego listopada. Bo każdy powód jest uzasadniony. Jak dotąd wciąż bywam zaskakiwana nowymi formami prostej, czystej frajdy.
Ona nie szuka poklasku - do czasu, aż postanowi swymi rozlicznymi talentami oddać przyjemność publice. A wtedy moi drodzy rzucę pisanie i zrobię karierę jako menager. Śledźcie media, jeszcze będzie o Niej głośno. Na razie się wstydzi. Na razie jest Królową Tańca dla wybranych. Jestem i czuję się wyróżniona. Miejsce w pierwszym rzędzie, na kanapie. Dopuszcza się bezwstydu w tym tańcu, uwierzcie. Ale wielkie artystki mogą sobie na to pozwolić.
Ona nie szuka swego. Mówi: jestem egoistką, ale odda własne pragnienia za spełnienie marzeń swoich bliskich. I będzie stać w cieniu, gdy ci zatańczą dzięki Niej z radości. Jakie to poświęcenie, wiedzą tylko Gwiazdy. I biura podróży.
Ona nie cieszy się z niesprawiedliwości. Nawet, gdy ta dotyka oprawców Jej fundamentalnych pojęć. Najlepiej by było, gdyby wszyscy mogli tańczyć, śpiewać i jeść lody. Dlaczego nie mogą?
Wszystko znosi. Jestem silna, ale Ona jest silniejsza. Niezwykła kobieta, która posiada niezliczone ilości butów na obcasie i jeszcze mniej zliczoną zawartość skrzynki z narzędziami. W liście do Mikołaja umieści, obok różowych spodni, poziomicę. I będzie wiedziała, jak jej użyć. Choć nosi portki, w głębi jest małą dziewczynką, którą trzeba się zaopiekować. Ale ciii, nikomu nie mówcie.
Wszystko przetrzyma. Napędza się do życia biczem ukręconym z codziennych małych szczęść. Chlasta się po pośladkach i w podskokach prze od dziś do jutro. Tylko co by to było, gdyby kózka nie skakała…?
Taaak… Wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję. Jestem słaba, ale Ona jest słabsza. Wiarą w drugiego człowieka nie raz zapchała się jak suchą bułką. Obym nigdy nie stanęła Jej w gardle. Nadzieję tę wyrażam z miłości do jasnej i z obawy przed ciemną Jej stroną. A tak, co myśleliście. Że to cudowne, wesołe dziecko rozdające łakocie i uśmiechy? To kobieta, ile dni w roku, tyle twarzy i nastrojów. Tak naprawdę to czarownica. Wiedźma okrutna, której lepiej nie nadepnąć na odcisk czy skraj szaty. Dlatego nie budźcie niedźwiedzia, kiedy śpi, bo was zje. Gdy uniesie się gniewem szkło lata po ścianach, a potem trzeba te ściany malować. I wiecie, Ona mi grozi. Że nim skończę trzecie okrążenie ma być książka. Drżę, nie śpię nocami. A czas płynie. Ona jest niepoprawną fantastką. Ale wierzy w to, co innym wydaje się utopią i – kto wie – może najlepiej na tym wyjdzie. Można bujać w chmurach dla zasady i poza marginesem rzeczywistości, ona uczyniła z tego sposób na życie i czasem zeskakuje z tych chmur prosto do raju. Choćby tylko na tydzień wakacji.
Żeby nie było za różowo, ma kilka wad. Nie biega. Nie lubi tuńczyka. Nie zawsze też współweseli się z prawdą. Że niby zmuszam Ją do myślenia. Taki żarcik. Ona wszystko ma przemyślane. Poukładane. Nie lubi niespodzianek – tak kiedyś powiedziała. Kłamczucha. Niespodzianki to Jej żywioł. A ład próbuje wprowadzać każdego dnia i, jak dotąd, końca nie widać.
I jeszcze -
Wykazuje się nieprawdopodobną inwencją twórczą w upiększaniu świata. Choćby to miały być tylko tęczowe paski w pokoju. Miss Okienka czynnego całą dobę. Niepoprawna łowczyni promocji. Ukochana Króla Juliana. I Sebastiana, tylko on o tym nie wie (nie miał tyle szczęścia, co ja). Didżej Timon i Pumba (na zmianę), animator współlokatorskiej kultury. Mój napęd, motywacja. Heroina małej powieści, w której ja gram poślednią rolę. Wróżka z mojej bajki.
Mówią, że wieczna miłość nie istnieje. Że mylona jest z przyjaźnią. Ale Ona jest miłością, ponieważ jest przyjaźnią. Za to dziękuję Jej, Jej Rodzicom i Stwórcy.
Gdy zaś przyjdzie to, co doskonałe, zniknie to, co tylko częściowe.
Drogi Święty Mikołaju – Ona była grzeczna cały rok. Z małymi przerwami na kolację w maku, ale ogólnie bilans jest dodatni. Dlatego przynieś Jej w worku wszystko, co najlepsze. To, o czym mówi głośno i wszelkie ukryte pragnienia.
Wesołych Świąt Wariatko.

niedziela, 11 grudnia 2011

Za chwilę dalszy ciąg programu

Ostatnio jestem dość często, co nie jest złe. Być od czasu do czasu wypada. Ale na czas jakiś się schowam. Składa się na to kilka powodów. Jeden z nich to głupota, z której muszę się wyleczyć wszelkimi środkami, bo w moim wieku być idiotą nie jest wskazane. Jak dotąd przedsiębrane sposoby nie zadziałały, więc radykalnie zmieniam terapię. Się biorę i odcinam, z założeniem, że tym razem się uda. Poza tym idą święta, trzeba biegać za mikołajem, którego przecież nie ma, czym tylko komplikuje się zadanie. Co do biegania – to za nim też trzeba trochę pobiegać, co może być trudniejsze od odrąbania nosa Rudolfowi. Skupię się zatem na prostych koniecznościach, praca, dom, dzieci, bigos, pranie, gimnastyka, zeszyt, rozciąganie. I jeszcze poczytać by wypadało. Że nie czytam, słyszę, że się ze mną nie pogada. No więc stanęłam przed ścianą z książkami w moim mieszkaniu. Książki od podłogi po sufit, każda jedna to wyrzut sumienia i kurz zapomnienia, dosłownie i niedosłownie. Wyciągasz jedną, a na głowę sypie się stos historii schowany między wierszami. Historii, którą trzeba odkryć, i tym też się teraz zajmę. To mnie przy okazji zajmie. I wszyscy będą zadowoleni. Wy też, tylko musicie poczekać, bo robota to niemała. Detektywistyczna wręcz. Ale dowiem się wszystkiego. A jeśli nie, to zmyślę.
Może jakie przerywniki będą, bo jak znam siebie, tak za siebie nie ręczę. I z tego też winnam się wyleczyć.

środa, 7 grudnia 2011

Zewnętrzny spokój histerii

Najdłuższa jednostka czasu: sufit nocą. Trwa całą wieczność, nie daje mrugnąć, nie daje snu. Nie pozostawia złudzeń, że jutro będzie lepiej. Jest niewzruszonym katem nadziei.
Niedobrze, że noc jest ciemna. W ciemności łatwiej wyczytać nekrologi spraw niedokończonych. Umarły na zawał. Serce nie wytrzymało. Niedokrwienna choroba ośrodkowego układu zmysłowego. Naiwność zapchała tętnice.
Nie patrz nocą na sufit, tam nie ma nic dobrego. Tam jest wszystko, cała prawda, czarno na czarnym.

wtorek, 6 grudnia 2011

Nowe okna na świat

Było ich trzech. Weszli w butach, gwałtem, humory mieli nieoględne i nie cackali się z niczym. Mieli łomy, brzeszczoty i młoty, w oczach destrukcję, na ustach dosadność. Nie chcieli kawy i ciasta, cel przyświecał im straszliwy: rozbić, zburzyć, rozwalić, wyłamać, wyrżnąć.  Krucjata.
Trzech jeźdźców apokalipsy. Brutale. Nadeszli i zrobili rozpierduchę. Nie błagaj o litość. Jeńców nie brali. Atak ściśle ukierunkowany. Pierwsze ofiary padły około dziewiątej. Kapitulacja następowała cały dzień przy szczęku wyrywanych framug, odgłosach rzezanych krat i blasku złowieszczych iskier. Sopocka masakra piłą mechaniczną.
Wojna to zło, ale po niej przychodzi oczyszczenie. Zwłaszcza, gdy agresor zabiera zagrabione łupy ze sobą i jeszcze pozamiata. Gdy opadnie bitewny dym, staje się jasność. Dosłownie. Światło wpadające do środka przez nowe, czyste, nie porysowane, nie pochlapane szyby.
I nagle okazuje się, że za oknem jest życie. Drzewa, krzewy, plac zabaw, ławeczka, ciekawscy sąsiedzi. I skarpetki. Markowe! Szukamy właściciela. Odbiór możliwy w godzinach wieczornych pod dwójką. Tak, to jest to mieszkanie, które ma od dziś zupełnie nową jakość. No, może od jutra. Jak powiesimy firanki.

niedziela, 4 grudnia 2011

Pojapońskie wnioski

Kilka drobnych zdań na temat zakończonego turnieju w Japonii paść musi. Nie byłabym sobą i nie byłabym szczera milcząc. Aby swobodnie i bez patyny rozbuchanej ekscytacji cokolwiek napisać, muszę (wybaczcie)
brawo!!!!!! wspaniałe chłopaki!!!!!! biało-czerwoniiiiiiiiIIIIII!!!!!!!
(czyli) dać upust swoim ekscytacjom, które - chowane po kieszeniach przez 15 dni i 11 meczów - musiały wygryźć dziurę i spłynąć szerokim strumieniem po nogawkach*. Teraz na spokojnie (przynajmniej w założeniach) można wyliczyć nasuwające się po owych długich zmaganiach myśli. Pierwsza i najważniejsza ma postać całkiem przyjemną, gdyż ponieważ bo udowadnia podważaną (codziennie) tezę, iż na mężczyzn jednak można liczyć. Przynajmniej na niektórych. I że zawsze, absolutnie każdorazowo, mężczyźni ci zdolni są dostarczać nam emocji. Nawet wówczas, gdy zdawać by się mogło, że wszystko jasne, z Egiptem, Chinami czy Japonią na przykład. Ostatecznie słowo staje się ciałem, ale ile nerwów niepotrzebnych? Ile wniosków rozwodowych składanych całej reprezentacji i wszystkim jej członkom z osobna?** Ile inwektyw rzucanych w stronę psujących zagrywkę?*** Ale za to właśnie kocha się ten sport – nigdy nic nie wiadomo. Nawet, gdy w tie-breaku prowadzimy 13:9. Tego jednego nie mogę przeżyć. Zmarnować takie prowadzenie to, powiedzmy sobie szczerze, rosyjski śmiech na sali i lanie po polskich tyłkach aż ścierpną. Tym, którzy zerwali się o trzeciej nad ranem by ujrzeć ów przykry obrazek, muszę się do czegoś przyznać. To wszystko przeze mnie… To ja, jak tu stoję, popełniłam grzech zaniedbania i zwyczajnie zasnęłam. No dobrze, nie tak całkiem zwyczajnie, w pozycji gotowej do startu i z ręką na pilocie, ale zasnęłam. Jak to się stało – nie wiem – ale efekt widać. Rozczarowałam chłopców w Japonii. Byli tak moją nieobecnością zdumieni i zakłopotani, że o grze już mowy nie było… Wybaczcie.
W ten sposób z 3 meczów, które dane mi było obejrzeć na żywo (się pracuje, się cierpi) widziałam tylko 2. Na całe szczęście jest Nowe Warpno. Ono uratowało honor polskiego klubu kibica i chylę przed nim czoło.
Tak więc mamy zapewnioną olimpiadę. I to bez orzełków na koszulkach. Może niech PZPN spróbuje je schować głęboko do szafy? Może wtedy się uda…? A jak nie, to mam dla panów piłkarzy alternatywę. Nazywa się sepak takraw i jest siatkówką nożną. Dla każdego coś miłego.

*tak, majtki przez głowę i dziki pisk małolat
** może z jednym małym wyjątkiem, którym jest Kubuś
*** ale Bartek troszkę się poprawił, i chwała Najwyższemu

piątek, 2 grudnia 2011

Poszła baba do lekarza bo uparta

Czyli o tym, jak dalece posunięta jest moja bezkrytyczna wiara w uzdrowienie. Ciała. Nadzieję na naprawę niefizycznego stanu rzeczy utraciłam bowiem już dawno temu. Gdzieś w okolicach tabliczki mnożenia i ojcowego paska fruwającego nad moją zrozpaczoną niezdolnością do pomieszczenia w głowie tej cholernej arytmetyki. Nieuleczalna niesprawiedliwość świata, wówczas, wraz z razami, objawiła mnie się. Gdy przestało piec i potoki łez podeschły na obrażonych policzkach, pogodziłam się z tym, iż pewne ułomności systemu trzeba przyjąć, a walczyć należy z innymi, tymi, które są do przerobienia. Za takowe uznałam brak właściwej diagnozy po wizycie u osławionej pani doktor od nic pani nie jest. Powyższe odebrałam jako zniewagę z jednej, a kpinę z drugiej strony i w związku z tymiż afektami zawzięłam się w sobie szalenie i postanowiłam, iż owej znachorce udowodnię, jak bardzo się myli. Nu pagadi! Zatem chorowania ciąg dalszy, przeto idziemy do specjalisty bardziej ukierunkowanego na mój, umiejscowiony między biustem a oczami, problem – czyli wizyta u laryngologa.
Doktor okazuje się znów być kobietą. Czynnik nie rzutujący na charakter kontaktu, no chyba że się trafi na PMS. Tutaj i medycyna, i psychologia interpersonalna pozostają bezradne. Ale należy być dobrej myśli, gdy zakłada się najgorsze, więc poprosiłam o widzenie. Nowa pani doktor – może z racji rangi dyplomu - zademonstrowała na dzień dobry swoją dumną wyniosłość, każąc czekać na się ponad tydzień. Przyjęłam odległy termin audiencji z bólem, aczkolwiek w pokorze, wszakże wiadomym jest, że kolejka rzecz święta, a sacra winno się celebrować. Cierpliwość moja – tłumaczyłam sobie – nagrodzona zostanie godziwie w postaci trafnej a przerażającej diagnozy (no przynajmniej suchoty, tak lirycznie się kojarzą, od razu dodałyby mi pisarskiego animuszu). Nic bardziej błędnego. Królowa bowiem, kolejna nieczuła w kitlu*, wywlokła mnie z panteonu chorych na (nie)śmiertelną sławę za włosy. Dokładniej zaś za język. Język - to jedyne, co mi zostawiła. Dobre i to, choć nie w takim pragnęłam go widzieć usytuowaniu. Kwalifikacja choroby przez doktórkę jest niejednoznaczna i wybiegająca myślę poza zakres moich ku niej zwierzeń. Otóż za dużo mówię**. Brzmi jak wyrok, nie jak diagnoza. W zasadzie nie wiem, czego ma dotyczyć, co poddane zostało badaniu: głowa czy gardło. Nie udało mi się też wywiedzieć, czy to choroba przewlekła, czy ostry, acz przejściowy stan nagły. Nam, maluczkim, nie jest dane orientować się w tajnikach magicznej sztuki medycznej. Jak się dobrze zastanowić, to siły nadprzyrodzone miały tu całkiem spory udział. Pani doktor bez zbytniego ceregielenia się orzekła, iż gardło niedysponowane, bo się biedne zdziera – w pracy zapewne. Nie zapytała przy tym o moją profesję. Znaczy zapewne ją znała. Skąd?! Ha! Właśnie! Fenomen! Choroba zawodowa stwierdzona bez rozpoznania zawodu. Wszak żem nauczycielka. A że swego wyuczonego, zacnego zawodu nie wykonuję i raczej parać się nim będę – to insza inszość. Ważne, że pani doktor wiedzę ma, receptę da, uśmiechnie się tajemniczo i poprosi kolejnego pacjenta. Uprzejmie, acz stanowczo.
Przez całą tę historię jedno przeziera pokrzepienie: ma być pite. Stoi jak byk na recepcie. No skoro tak…

P.S. Pani Wandy nie spotkałam. Widać zdrowa.

* zmowa czarownic – o tym za chwilę
** ja? Boże broń!

wtorek, 29 listopada 2011

Panowie siatkarze szaleją

wprost. Zadziwiają świat i siebie samych. No bo dziwimy się, choć cieszymy się. Czy też dziwimy się i ni to ciesząc - czekamy na trach. Wielką kreskę na śliskiej nawierzchni sukcesu. Bo pies musi być gdzieś pogrzebany, choćby pod lodem, choćby pod parkietem. Potem - myślimy (bo nie mówimy, mówią wszyscy dobrze, bo to stosowne tak się głośno cieszyć w atmosferze patriotycznej pomyślności) - potem będziemy szukać dziury w całym i w parkiecie, w zmianie czasu, może nawet w trenerze. To potem. Teraz jest poklask i radość i szał. Tylko czy ktoś obejrzał choć jeden mecz...?