niedziela, 25 września 2011

Introspekcja

Czasami zastanawiam się i dziwię pełnymi ustami, jak to jest możliwe, że tak mało rozgarnięta osoba, jak ja, jeszcze daje radę. Fakty są bezlitosne. Bezmiar nierealizmu. Z głową w chmurach lub najniżej w koronach drzew konkretów nie zdziałasz. A tu, proszę, działa się, pracuje się, dąży, wygląda i rozgląda. Co prawda, gdyby rozglądało się nieco bardziej uważnie, to i potknięcia byłyby rzadsze, i dorobek poważniejszy. Ale w zasadzie to chyba dobrze raz na jakiś czas porządnie się wywalić, trzepnąć głową w krawężnik lub słup telefoniczny, poczuć krew na ustach - jej metaliczny smak przypomina o biologii. Jak to mówią – czujesz, że żyjesz. I można jeszcze liczyć na to, że znajdzie się ktoś, kto podniesie, a nawet wymasuje. Masaż zdumionej, przebranej za materię, utopii.
Ciągle do przodu, w pogiętym, szybkim tempie. Nie bez ustanku, przerwy się zdarzają. Bywa, że w doskonale znanym labiryncie intuicji diablę jakieś podszepcze nietrafny kierunek. Niby znasz drogę na pamięć, a nagle błądzisz. Konsternacja zatrzyma cię w pół kroku, i nie wiesz, co zrobić, gdzie iść. Zgubiona w lesie rozwiązań, w rzepakowym polu, bezradne dziecko miasta na odludziu. Poza zasięgiem sieci. Znaleźć wyjście z tego cholernego zielska to jak pomalować rzęsy w kompletnej ciemności. Metoda na oślep tu nie zadziała. Zostaje posadzić tyłek na glebie i wystawić słońcu twarz do polizania. Promienie wcisną się pod zamknięte powieki, dając namiastkę światła w prywatnym piekle. I bywa, że to wystarczy; można wstać i brnąć dalej.   
W tej drodze po omacku obijam się o różne formy osobowe. Przez jedne przenikam jak przez mgłę, inne mają postać bardziej substancjalną. Czasem twardą, tak dalece, że zetknięcie z nimi jest gwałtowne i bolesne. Nie ma dwóch takich samych spotkań, każdy napotkany człowiek jest indywidualnym zjawiskiem. Porównywanie traci rację bytu, na linii styku prędzej czy później odnajdziemy różniące nas detale. Z tego między innymi powodu świat jest taki fascynujący. Nie ma nudy, są historie niezliczone. Niektóre z nich mogą być nauką dla innych, ale trzeba być ostrożnym i pamiętać o nieprzystawalności poszczególnych jednostek. Nie wszystko dla wszystkich.
Część napotkanych w szale życia osób budzi we mnie niesmak. Z powodu fragmentu całości, nigdy za całokształt. Naiwnie wierzę, że jak dobrze poszukać, to nawet Gargamel ma (miał? czy Gargamel żyje?) jakieś pozytywy. Im dłużej brodzę w czasie, tym więcej rzeczy, które budzą mój sprzeciw. Ale tak już zapewne musi być. Skoro kawa czarna i bez cukru, to dajmy pożyć amatorom cappuccino. Gdyby tylko o predyspozycje smakowe się rozchodziło, byłoby pysznie. Ale nie. Różnice wynikają ze sposobu postrzegania. Gorycz rozczarowań koi fakt istnienia niepodważalnych autorytetów. Jest ich parę, ale to nie miejsce na nabożne dysertacje o moich prywatnych bogach.
Są też tacy, których – tylko i aż - podziwiam. Tu też, oczywiście, za wybrane przymioty. Admiracja czyjejś cechy nie musi wcale wynikać z niedoścignionego dla mnie jej wzorca, choć często tak jest. Bywa, że podziwiamy bardzo prosty przymiot, taki, na jaki stać wielu. Pytanie, co z nim robimy, jak go wykorzystujemy, czy potrafimy z czegoś prozaicznego uczynić doskonałość.  Czy nam się chce. Dajmy na to: gotowanie. W zasadzie jak się tylko trochę postarać, ukucharzyć coś potrafi każdy. Ale łatwo odróżniamy zwykłe danie od dzieła kulinarnej sztuki. Autorów tych ostatnich nazywamy mistrzami. Albo: kochanie. No co jak co, ale miłość zdarza się popełnić każdemu (ci, co zaprzeczają, są niskogatunkowymi kłamcami). Co my jednak robimy z tymi uczuciami, że tylko (mniejsza) część z nas potrafi kochać…? Do tego stopnia, że tych szczęśliwych w miłości nazywamy szczęściarzami? Jak to się dzieje? Taki rozumny gatunek. Przekombinowany, jak widać.
I w tym aliażu ja. Zmiksowana z resztek. Niedostosowana. Dobra kobieta, która jest złą. Wbrew założeniom i niezgodnie z harmonogramem. Doskonała niedoskonałość. Taka jestem. Przepraszam.

piątek, 23 września 2011

Witamy Zosię

Drodzy państwo, niniejszym informuję, że dzisiejszego niesamowitego wieczoru postanowiła dołączyć do nas Zosia. Jak postanowiła, tak uczyniła – i się urodziła. Smarkula narobiła rabanu już o czwartej nad ranem, ale - jak to baba - chciała być pewna szerokiej widowni i trzymała wszystkich w pełnej gotowości na oklaski aż do dziewiętnastej. Z minutami. Spóźnienie godne prawdziwej damy. Ale już, kurtyna opadła, można bić brawa. I gratulować. Mamie – wytrwałości, małej* - odwagi. Bo kto ładuje się na ten świat z premedytacją, ten musi być albo bardzo odważny, albo niewiarygodnie głupi. O to drugie świeżynki nie podejrzewam – zakładam, że (jak ciocia)** jest nie tylko piękna, ale i inteligentna***. Tak więc dzielna i śmiała nasza nowa królewna już JEST. Witamy. Powinszowania wszelkie zbieram do niedzieli. Potem zostaną osobiście i na mokro przekazane bohaterkom obecnego zamieszania.
Zosiu, Zosieńko – co cię czeka? Jakim będziesz człowiekiem? I co sobie myślisz patrząc na ten pierwszojesienny, wietrzny zmrok za oknem? Żałujesz? Czyś pełna nadziei? Zosiu? Nic nie mów, śpij…

*mała nie taka znowu mała – trzy dwieście żeby było jasne
** i mama, rzecz jasna
*** taki żarcik

niedziela, 18 września 2011

Potrzebna niedziela

Potrzebna bardziej, niż by się mogło wydawać. Bo wrażenia mogą być złudne, tak jak stereotypy. Te ostatnie tworzą nam w głowach niepotrzebne blokady, które znieść i pokonać mogą jedynie ogromna wiara oraz niepisana acz przypisana siła. Moc, jaka drzemie w największych siłaczach. Za takich mam dzisiejszych bohaterów – panów Kurka (podwójne brawa za nagrodę indywidualną), Jarosza, (wspaniały rudzielec cudownie nam grał, ech), Gruszkę, Nowakowskiego, Możdżonka, Żygadła, Kosoka, Kubiaka, jeśli pominęłam któregoś dziś grającego to najmocniej przepraszam, emocje. Emocje, wariactwo i cudowne uczucie, które towarzyszyć może jedynie tym nierozsądnym marzycielom, co mieli nadzieję i głośno się do tego przyznawali. Jeszcze się to, jak widać, opłaca. I życzę tego każdemu, komu brakuje wrażeń, każdemu straconemu krytykowi ironiście, wszystkim tym, co teraz biją brawo, a wczoraj pluli przez oba ramiona. Brąz cenniejszy niż złoto, głównie ze względu na fakt pokonania niby niepokonanych Rosjan, zdziwionych niezmiernie i drugi raz z rzędu odstawionych na bocznicę sławy. Dwa wielkie rozbiory Rosji. Pierwszy dokonany przez Serbów, których przeogromna radość nie mogła nikogo pozostawić obojętnym. Wielki dali pokaz, bezcenna męska radość. I niech im złoto będzie, zasłużone i szczęśliwe. My cieszymy się brązem, o które nikt biało-czerwonych nie podejrzewał. Prócz romantyków oczywiście.
Oprócz pudła siatkarskie Mistrzostwa Europy zaserwowały parę innych, niewymiernych dobrodziejstw. Kilku nowych kibiców na przykład. Najmłodszy ma już nawet własny szalik i wie, że kibicowanie jest fajne. Za chwilę urodzi się kolejny, i daj Boże, żeby to nie była Zosia, tylko Kuba. Mały Kubuś dostanie od cioci piłkę miast gryzaka. Turniej dał też możliwość wyładowania, wywrzeszczenia tykającej bomby. Zawsze to jakieś ujście, i nie trzeba się tłumaczyć z pobudek.
Straty? Są. Biało-czerwona kwietna girlanda. Ale jakoś to przeżyjemy, rodacy.
Pozdrowienia dla wszystkich wybornych kibiców!
Niedziela zamyka się całkiem niezłym bilansem. Czy będzie dodatni, czas pokaże. Wskazówki gonią się w koło, ścigając w domysłach – tak, tak, nie, tak, lewo, prawo, strzał, brak.

czwartek, 15 września 2011

Mamy półfinał!

Nie mogło być inaczej. Gloria wyzierała z każdego kąta. Wszystko wskazywało na zwycięstwo. Niezwykły spokój Olki. Blondynka zrywająca się nagle z pracy, bo godzina meczu przesunięta. Udany bieg w szpilkach pod górę. Dwie zapalone po drodze świeczki u świętego Jerzego. Wygrana paczka chipsów (nigdy dotąd nie trafiłam na promocyjne opakowanie). Kominiarz, który puka do drzwi w trakcie meczu i przynosi kalendarz na szczęście. I dziwi się, że nieomal nie został wycałowany. No i jak tu nie wierzyć w znaki?
I tylko jedno mnie niepokoi. Sąsiedzi nadal nie walą w ścianę, a turniej trwa już kilka dni. Chyba coś się stało, może zjadły ich myszy…?
I wiecie co jest najważniejsze? Wiara. I wierność. Bo zostają nagradzane.
Zbiórka w sobotę.

środa, 14 września 2011

Z całym szacunkiem do Pepiczków

bo grali dobrze. Ale prawda znana nie od dziś - wygrywają lepsi. Czyli (uwaga - będzie przerywnik) biało-czerwoni!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!*
Ech, oglądając takie mecze przypominam sobie, dlaczego tak zafascynował mnie ów sport (sport, nie gracze, podkreślam). Panowie zaś, no cóż, oni uwielbiają to robić - dają nadzieję, połechcą euforią, by za chwilę zamrozić na twarzach rozbujane uśmiechy. Okropne, uwielbiane przez nich udramatycznienia. I kiedy już idziesz do kuchni, bo patrzeć na to nie sposób, i wracasz z ustami pełnymi tostów, niby od niechcenia zerkasz na ekran - a tam co? Znowu to samo! Podnoszą ci ciśnienie i trzeba od nowa. Tost stygnie, gardło się zdziera, sąsiedzi wściekają, kolana bolą od klęczenia, a oni wygrywają. Ot, tak. Czeski film.
Kocham takie mecze.
Wszystkich sfrustrowanych i zagubionych w spiskowych teoriach sprzedajnego świata sportu zapytam: a widzieli ten mecz? Jeśli tak, to niech zamilkną.
I nawet siostra oglądała. Dzięki Bogu nie urodziła. Gdyby tak było, dziecko musiałoby nosić imię Gruszki. Nawet gdyby to była dziewczynka.
Jutro Słowacy. Czy moje słabe serce to zniesie...?


* nie wydaje mi się, by był jeszcze ktoś odwiedzający tę stronę, kto nie wie, o czym mowa, ale ostatni raz podpowiem (mam dziś doskonały nastrój, więc niech będzie) - Mistrzostwa Europy siatkarzy, mecz o ćwierćfinał z Czechami

poniedziałek, 5 września 2011

Odgórnie wymyślone

Stojąc na szczycie ma się wrażenie, że to, co na dole traci znaczenie. Perspektywa władzy, zmiana skali i rozmiaru. Teraz ja jestem górą, mogę skorzystać z tej krótkiej chwili przewagi i się pomądrzyć. Jak Kordian na Mont Blanc. Jam jest posąg człowieka na posągu świata
No ok, nieco mniejsza górka i nieco mniejsza improwizacja, ale jaka podniosła. W zamyśle. I w kontekście osobistej sztuki rzecz jasna. Jak już się wdrapało na wyżyny, to się i na nie wzniesie. I pofilozofuje.
Wieje. Trochę utrudnia to zadanie. Zasapany myśliciel bardziej zajęty skostniałymi paluchami, niż segregacją idei.
Zimno kurczę.
Wiatr się chichra do rozpuku. Wygwizdał górnolotne zapędy. Szyderca.
Dobra, olać. Dziś się nie uda. Pogapię się.
Podglądanie innych może mieć dwie konsekwencje: albo odciąga od własnych spraw, albo na zasadzie porównań o nich przypomina. Gdy patrzysz na koniec czyjegoś świata chcesz być tym mądrym i palec podnosząc w ewangelickim uniesieniu wygłosić: Poczekajcie! Powstrzymajcie czarne skrzydeł myśli! Ale cokolwiek powiesz będzie to bełkot nierozumny, czcze chrzanienie. Bo nie potrafisz nic zrobić. Nie potrafisz pomóc sobie, nie mianuj się mentorem innych. Nawet z pozycji nad, jako ten, który przeżył, ten, który wlazł na górkę - nic nie zdziałasz. Jeśli jest taka konieczność, trzeba upaść, by wstać. Pozwól na to tym, którzy pod chmurami i widzą tylko jedno rozwiązanie: kamienistą ścieżkę w górę. I nawet, gdy przepaść świata ciemna przeraża głębią, nie wyciągajmy dłoni. Nawet w dobrej wierze. Niech idą, niech dotrą na szczyt samodzielnie. Otrzepią piach pretensji, skonfrontują prawdy własne i cudze. Tak, nie zdystansujesz się. Ale nic ci nie pozostaje, jak tylko czekać i patrzeć, co stanie się tam, w dole.
Dobre intencje pomagają, gdy nie są narzucane.
Ja nie mogę, i nikt nie może, o Boże! Boże.

sobota, 3 września 2011

Westerplatte obronione

i honor też. Medal numer dwa do kolekcji. Ładny, dizajnerski.
No musiałam się pochwalić.
Dzisiejszy bieg dał też, prócz satysfakcji, naukę. Że należy być pokornym i przezornym. Że nie jesteśmy mocarzami. Że należy mierzyć siły na zamiary i cieszyć się nawet wówczas, gdy sukces jest mniej spektakularny od zamierzonego.
Bieganie jest fajne. I już.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Maraton empirii

Tydzień obrodził w wiele maratonów.
Gruby go przebiegł. Gruby moim bohaterem jest. Teraz i zawsze. A na pewno do czasu, w którym udałoby mi się zdziałać to, co on. Czyli przebiec ponad 42 kilometry w ulewie słońca nad sobą i falach piasku pod sobą. Czyli nieprędko albo nigdy. Nie jestem hardcorem. Tchórzem jestem tak naprawdę. A trwoga narasta, bo teraz to już nie wypada  tylko biegać. Teraz trzeba biec jak po śmierć i to bez butów, bo z buciorami do trumny ładować się nie godzi. Nic to, jeszcze raz gratulacje. Pełen szacunek i może kiedyś. Z naciskiem na moż(rz)e.
Megi z kolei zrobiła pół maratonu. Z tym, że ona butów nie zdjęła i jeszcze przyczepiła do nich koła. Ja z takim urządzeniem ujechałabym najwyżej do najbliższej lampy. Zakładając, że po drodze nie zdarzyłyby się przygody w stylu gimnastyki artystycznej, lampa stałaby się niezwykle widowiskowym punktem zagospodarowania miejskiej przestrzeni. Hardcor w wykonaniu Megi polegał jednak nie tyle na tym, że lampy nie zaliczyła (są tacy, którzy potrafią jej nie objąć). Ona zerwała się w wyżej wymienionym celu w niedzielny poranek, a tak naprawdę każdy szanujący się człowiek wówczas dopiero kładł się spać.
I to był właśnie mój maraton. Maraton lekkości, bo balast został zwalony około szesnastej w piątek. Tak runął o podłoże, że impetu starczyło na dwie doby. Maraton radości, bo uśmiechać się jest dobrze. Maraton muzyki (grało wszystko), deszczu (nikomu nie przeszkadzał), biegu (w sumie w najmniejszym stopniu, lawirowanie między kroplami w poszukiwaniu taksówki to jednak też bieg), maraton dobrej nocy do białego rana (które przyszło nagle, zbyt nagle). Życie. Potrafi być jednak piękne. Nawet bez bagażu. Bez niego się da. Bo z życia trzeba brać, pełnymi garściami, bez oglądania się za siebie, mając zaplecze odpowiedniego towarzystwa. Mówią: nieważne gdzie, byle w dobrej lidze. Liga jest najpierwsza.
No ale. Zejdźmy trochę z drabiny uciech, bo były też maratony mniej imponujące. Na przykład taki maraton zdziwienia w wykonaniu panów siatkarzy. Nieładnie. Mają szczęście, że miłość łaskawa jest, cierpliwa jest, i ślepa też. Ale swoje widziała. I żeby to był ostatni raz! No. Już dobrze. Mają szczęście, że ze wschodnimi sąsiadami pokazali co nieco, bo inaczej byłby rozwód (kłamię oczywiście, ale może jak postraszyć, to się wezmą do roboty. I zagrywki. Czasu niewiele. Jakieś dwa tygodnie).
Ale ale! To nie wszystkie zaliczone ostatnio maratony. Jest jeszcze ten taneczny. Pięknym krokiem i podskokiem można tańczyć godzin kilka - gdy się potrafi. A ona daje radę. No, spróbuj któryś. Po godzinie usiądziesz z płaczem na parkiecie. A ona cóż, ona płaczu nie słucha. I tańczy. Olala, i to jak. Widziałam, wiem, co mówię. Znaczy: piszę. Bo jak mówię, to nie zawsze nad tym panuję. Dlatego pisanie jest bezpieczniejsze.
Mamy też do kolekcji maraton pierwszych razów. Pierwsze mule. Pierwsze poszerzenie ciasnoty postrzegania. Pierwszy zwrot akcji w tasiemcowym serialu o zapadłej bohaterce. Pierwsze postanowienie bez ciśnienia. Pierwsza obietnica obietnicy. Pierwsza kiecka jak dla dziecka. No, nie pierwsza, ale tak do ludzi to pierwsza od czasów przedszkola, do którego się nie chodziło, bo go nie było. Pierwsze brane na poważnie myśli o wyrwaniu z odrętwienia. Bo przecież kiedyś się w końcu oduroczy, bo byli tacy, co wierzyli, że tam dojdą, że się uda. Byli i nie wybyli. To jest najważniejsze.    
Każdy ma swoją drogę na maraton.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Przypominajka

Moi drodzy, pragnę przypomnieć tym, którzy mogą nie pamiętać, że w najbliższy piątek 26 sierpnia rozpoczyna się Memoriał Huberta Wagnera, co oznacza ni mniej, ni więcej, a nawet dokładnie tyle, że nasi panowie siatkarze przez trzy dni będą dostarczać nam sporych emocji. Obecność obowiązkowa - jeśli nie w Katowicach, to przed odbiornikami telewizyjnymi. Jest jeszcze czas na to, by zorientować się, czy macie w pakiecie odpowiedni kanał (tv publiczna znów wydaje się być ignorantem), a jeśli nie, to kto ze znajomych ma. No. To tyle.
Kto wygra mecz?

23.08.
Do pierwszego meczu pozostały niespełna 3 doby.  Jak znalazł na nastaw. Nastaw nastąpił. Zapisy trwają. Co niektórzy jeszcze się wahają, mam nadzieję, że to minie
tak, właśnie o tym mowa

26.08. godz. 20.00
Godzina zero. Zaraz zepną się siatkarskie poślady i serca kibiców. Jest jeszcze chwila na odwiedziny w lodówce. I za chwilę można się drzeć. Byle nie za cicho.

środa, 17 sierpnia 2011

Pocztówka z północy

Z Nigdzie przeniosę was do innego raju. Już nie mojego, nie roszczę sobie doń praw, czasem tylko korzystam z łaskawości losu i przyjaciół i spędzam w jego ramionach kilka dni. Ten raj  jest kobietą. Piękną, ale – jak mówią - zimną i srogą. Nieprzystępną. Do tego niezwykle foszastą – często płacze. Skrapla w deszczu animozje. Pretensje o to, że nie jest upalną Iberią. Dlatego też, wybierając się z nią na randkę winno się pamiętać o kurtce z kapturem i ciepłych gatkach.
Norwegia. Odległa kraina poprzeszywana językami fiordów na soczystym dywanie zieleni rozłożonym wśród śmiertelnie poważnych skał. Kraj fizycznie bardziej jednak bliski, niż mazurskie jeziora czy warszawska palemka. Podróż do stolicy trwa teraz około ośmiu godzin (łączę się w bólu), do krainy ło(so)sia natomiast dotrzesz w niespełna dwie, wliczając w to odprawę i odbiór bagażu. I zanim jeszcze opuścisz strefę wolnocłową czujesz, że jest inaczej (nie z powodu zakupów w Baltonie). Zastanawiasz się, w czym tkwi różnica. Czy w ludziach, którzy nie wiadomo dlaczego uśmiechają się do ciebie (chcą czegoś?). Zaczynasz podejrzewać odpowiedź już po kilku minutach w aucie, podczas których podziwiasz przez szybę widoki i zaczynasz operę ochów i achów, której nie przestaniesz grać do samego końca urlopu.
Na czym polega odmienność Norwegii? Wyczerpujące studium komparatystyczne porównujące Polskę z tym krajem mogłoby przekroczyć objętościowo pojemność niniejszego posta, dlatego napomknę tutaj tylko parę różnic, na które w trakcie kilku (zawsze za) krótkich wypraw zwróciłam uwagę.
Lasy, fiordy, górskie klimaty, wszystko to wszyscy wiedzą i są na to przygotowani. Niemniej jednak są zdumieni i oszołomieni, bo rozmiar i forma zastanego po kilkakroć przekraczają wyobrażenia i zdjęcia podpatrzone w internecie. Bo w naszej Polsce też przecież ładnie, jak się zapuścić na prowincję, to sielanka aż miło. A jednak to nie to samo. Norweska natura bije  polską jedną, prostą cechą: schludnością. Z rodzimych pejzaży przykładowo: milusie jeziorko, przyjemny lasek, a pod krzakami i na plaży wspomnienia po wczasowiczach w postaci pustych puszek coli, butelek wyborowej i zużytych kondomów (te ostatnie zapełnione). Nie uświadczysz tego u północnych sąsiadów. Jeśli się jakimś cudem natkniesz na taki obrazek, to możesz mniemać, że byli tu nasi. Hipoteza granicząca z pewnością. Podobno jednak stereotyp Polaczka Cwaniaczka nie funkcjonuje w Norwegii tak, jak na zachodzie. To budujące. Na pewno przyczyniają się do tego pewne wysokiej klasy jednostki obywatelstwa polskiego (znam!), które uczciwą pracą powiększają od lat norweski dochód narodowy i nie pozostawiają po sobie niesmaku. Tylko to muszą być ludzie, którzy przejmują ichniejszy styl życia i reguły, które go regulują. Na przykład właśnie dbanie o porządek. Segregacja śmieci funkcjonuje w Skandynawii zgodnie z założeniem i nikt się nie zastanawia nad celowością wyrzucania papieru oddzielnie bo i tak potem wszystko leci do jednej śmieciarki. Cudownym wynalazkiem są maszyny do odzysku puszek, butelek i plastików. Wrzucasz tygodniowy zbiór i wpada ci sto koron. Bajka. Ekologia może się opłacać.
Nawiązując do koron. Okrutny temat. Drożyzna paskudna, przynajmniej dla polskiej sakiewki. Chleb w przeliczeniu na złotówki kosztuje około 10 zł (ten tańszy), woda 0,5l – ok. 8 zł, o cenę piwa nawet nie pytajcie. Dlatego też między innymi kwitnie czarny rynek (znaczy ja nie wiem; słyszałam). Tyskie nawet z podwójną, potrójną przebitką opłaca się bardziej, niż miejscowe piwo. Tylko sza, bo dilerzy się obrażą.
Alkohol nie tylko jest w Norwegii drogi, on tam bywa zakazany. Spirytus traktowany jest jak narkotyk i za jego posiadanie (czy tam spożywanie, ale kto by się odważył) grozi kryminał. Wyłączając piwo, trunki można zakupić tylko w sklepach monopolowych, których jest w każdym miasteczku po jednym. Czynne do osiemnastej. W ogólnodostępnych marketach dostępne jest jedynie piwo, którego nie sprzedadzą ci jednak po dwudziestej, mimo tego, że sklep zamykają godzinę, dwie później. Normalnie prohibicja. Czy to świadczy o wstrzemięźliwości Norwegów? Bynajmniej. Zimy są dłuuugie i ciemne. Każdy radzi sobie, jak może*. Wystarczy spędzić tam kilka deszczowych dni, by zrozumieć.
Ale wróćmy do norweskiego ładu i porządku. Są wszechobecne. Poukładane wioseczki, harmonijne przestrzenie pocięte w pola i łąki, i te domy. Z góry przepraszam za rozlazły romantyzm, ale jakie one są urocze! W zasadzie każda zagroda dopieszczona, trawka przystrzyżona, biały płotek, i owe charakterystyczne elewacje z drewnianych paneli malowanych na biało, czasem rudo lub bordowobrązowo. Rzadko zdarza się tynkowane odstępstwo od powyższego wzornictwa. Dba się przy tym o detale, rzeźbione okiennice, lampiony i kwiaty na zewnątrz, słodkie firanki i światła w oknach. No cuda (ostrzegałam, że będzie rozwlekle i tkliwie). Na tym przemiłym obrazku brakuje tylko... gospodarzy. Gdzieś się pochowali. Można przespacerować się przez całą wioskę na golasa i nie uświadczyć jej mieszkańca. Nie dość, że statystycznie jest ich mało, to jeszcze się kryją po kątach. O tym, że sąsiad jest w domu informuje jedynie auto pod garażem. Pewnie się socjalizują na facebooku. Dziwny naród. Czas wolny spędzają podobnie, to jest na ustroniach - tak zwanych hytte, prostych domkach gdzieś na łonie natury, często bez prądu. Chyba dobrze im się żyje w mocno akcentowanej symbiozie z przyrodą. Byłaby tragedia w przeciwnym razie. Lub przynajmniej spleen.
Z ekscentryzmów miejscowych najbardziej utkwiła mi w pamięci trawa na domach. Jakby mało jej było wokoło, trzeba jej jeszcze nasadzić na dachach. I ta wyjątkowo bywa zapuszczona. Inne, trudne do pojęcia przez polskie umysły realia skandynawskie to pozapalane non stop światła w i wokół domostw oraz remonty dróg, które są w idealnym stanie. A, i podobno uwielbiają korki (bo jest na nie deficyt). Tylko raz dane mi było ujrzeć norweski tłum. Górski szlak turystyczny w okolicy Rjukan, niezwykłe zagęszczenie Norwega na metr kwadratowy. Ale i taka konfiguracja, mimo sportowego stylu życia, zdarza się od święta.
Podsumowując: Cisza. Odludzie. Spokój. I zapierające dech widoki, po odbiór których nie musisz się wcale teleportować na drugi koniec kraju, wystarczy wyjść na taras. No i wspomnieć trzeba o „innej gęstości powietrza i wody”. Proszę tylko nie pytać, o co chodzi**.
Ale przede wszystkim Norwegia jest nieprzewidywalna. 36 stopni na termometrze za oknem. Obok zdumienia raduje się nierozsądna część charakteru, która cichaczem zakamuflowała w walizce bikini. Ma się czasem więcej szczęścia niż rozumu. W tak szalenie niemożliwych okolicznościach przyrody nabierasz odwagi i skaczesz ze skalnego urwiska do wody. Uszy bolą potem cały dzień i wiesz, że nigdy więcej tego nie zrobisz, ale liczy się satysfakcja faktu dokonanego. A potem polski żubr w norweskim lesie i parę westchnień typu jest bosko do kolekcji. 
Łosia ani trolla spotkać się, niestety, nie udało. Za to nimfy wodne tak.
Acha. Mają najlepszą na świecie czekoladę. I ten ser z toffi pod packą malinowej marmolady....

* jak zamkną sklep przed nosem, można jeszcze się spakować i wyjechać na wakacje do ciepłych krajów. I, o zazdrości przeogromna, oni to robią... Podobno państwo dofinansowuje Norwegom wczasy, zapewne po to, by depresja nie żyła w narodzie. Niech żyje król!
** Do Pana Gospodarza: blondynka dowiedziała się dziś, że im głębsza woda, tym jej wyporność większa. Nie potwierdził tego jeszcze żaden fachowiec, ale widzę w tym sens. Ha, i co teraz?