piątek, 30 marca 2012

Ludek

Skąd się wziął ów przydomek współlokatora – nie wie nikt. Jest kilka teorii, prawdopodobnie żadna nie jest prawdziwa. Wszystkie powstały w oparach doskonałego nastroju, będącego wynikiem działania sił nieczystych oraz mieszanki etanolu i kurzu z książek. Nowy kolega rozgościł się już na dobre w swym surowym królestwie. I Bogiem a prawdą, nikt już nie pamięta, jak wyglądało życie bez niego. Domowa symbioza nastąpiła szybko, choć nie do końca zgodnie z przewidywaniami.
Oczywistym jest, że Ludek mianowany został domownikiem dzięki swemu nienagannemu ułożeniu. Wrażenie zrobił dobre. Wysławiał się ładnie, wyglądał schludnie, do tego nie miastowy, a przyjezdny. Same plusy. Taki grzeczny, kulturalny chłopiec. Szybko udowodnił nam, jak mało jeszcze wiemy o życiu. Grzeczni i ułożeni panowie nie istnieją. Zwłaszcza wśród studenckiej braci.
Ale od początku.
Zaiste, tyle kobiety wiedzą o sobie, ile usłyszą od mężczyzn. Tych, którzy nie mają interesu w naginaniu prawdy. A Ludek, zdaje się, przesadnym pochlebstwom się nie oddaje. Hołduje zasadzie: rób tak, by ci było wygodnie, ale zanadto sobie przy tym nie komplikuj. Prostą wypadkową takiej filozofii jest szczerość. Jak w mordę strzelił szczerość. Od momentu  zajęcia środkowego pokoju współlokator prowadzi obserwacje. Gromadzi w ten sposób argumenty obalające mit dystynkcji dam z klasą. Wysoki sądzie, one śpiewają, choć nie powinny; i potrafią bekać. Nie powiem, co jeszcze. Ja też nie powiem. Jakoś tak się stało, że obawy o brak swobody, związane z posiadaniem w mieszkaniu osobnika płci przeciwnej, zdematerializowały się. Rzec można nawet, iż od momentu, gdy Ludek jest z nami, nasze dobre maniery trochę jakby zdziczały. I absolutnie nie przyczynił się do tego kolega, nadal twierdzę, że to dobrze wychowany człowiek (dodałabym: młody, ale przecież tu sami młodzi). Tylko kwestia kultury osobistej to szerokie i płynne niczym Huang Ho zagadnienie. A gdzie woda, zwłaszcza żółta, tam dowolność interpretacji.
Bo my też prowadzimy badania i czynimy spostrzeżenia. Konstatacje, które są ich rezultatem, dotyczą w zasadzie szerszej populacji, nie samego Ludka. Powiedzmy, że na ich podstawie wysnuć można wzór współczesnego studenta*.    
I oto, jak w dzisiejszych czasach wyewoluował nowy (nad)gatunek: superstudent. Do grona tego zaliczają się raczej panowie. Z prostego powodu: superstudent jest minimalistą. Ogranicza się do jednego. Jedna torba, jeden stół na nogach, jeden stół na kółkach, jedno krzesło, jeden kalendarz (ale z podobiznami wielu pań), jedna strefa czasowa. Zgoła odmienna od naszej. Biorytm superstudenta działa bowiem na nieco innych zasadach. Organizm wybudza mu się około godziny trzynastej. Do czternastej zastanawia się, czy opłaca się wstawać, a potem ci, którzy są nudni i muszą chodzić do pracy wracają z niej, więc naczinajetsia bal. Czy ktoś właśnie stwierdził, że nieprawidłowo przeszedł przez studia? Też tak mam.
Czym żywi się superstudent? Ogólnie jest samowystarczalny, ale kiedy już musi jeść, wstaje z kanapy i w akcie pogardy dla sowitych zapasów od mamy udaje się do tureckiej restauracji, w której serwują mięso o dającej do myślenia powierzchowności i równie zagadkowej narodowości, zawijane z polską cebulą w kawałek pergaminu mejdinczajna. W ten sposób superstudent wspomaga dwie organizacje pożytku publicznego: małą przedsiębiorczość międzynarodową oraz głodne polskie dzieci. Tym ostatnim przypadają w udziale cykliczne paczki żywnościowe przygotowywane przez wspomnianą już, wspaniałą mamę. Uszanowania dla mamusi!
Mimo wyśmienitej diety i ciężkiej pracy superstudent organizm ma słaby. Podatny jest na liczne schorzenia, z których najczęstsze to bóle różnego pochodzenia o nasileniu zawsze za dużym. Mówią, że studenci zbyt dużo piją i dlatego ich boli. A jak mają nie pić, skoro ich boli? Gorzej, gdy tradycyjne specyfiki nie pomagają. Wówczas od razu stół operacyjny. Z tego powodu superstudenci nie mogą sobie pozwolić na chwilę choćby nieuwagi. A jeśli już się zdarzy, to po skomplikowanym zabiegu czeka długa i bolesna rehabilitacja. Trzeba na przykład chodzić w pończosze, leżeć do góry brzuchem i ciężko wzdychać. Koszmar.
Superstudenta cechuje olbrzymia wręcz empatia. Martwi się, przejmuje, angażuje. Dzwoni, czasem nawet nocą, by upewnić się, że wszystko w porządku, nie zjedli cię żadni otyli ludożercy, nie wciągnęła czarna dziura. I zawsze wtedy jakiś taki rozmowny, wesoły i nieśpiący jest. O czwartej trzydzieści dwie.
A, superstudent ma gest. Nie przynosi kobietom kwiatów, od razu całe żywopłoty. Co się będzie ograniczał.
W czym jeszcze superstudenci odstają od stereotypu zwykłego śmiertelnika? Potrafią sprzątać. Tak przynajmniej utrzymują. Nie obawiają się też nowych wyzwań, przykładowo żelazka. Techniki pracy wymyślne, skutki różnorakie. Trzymałem mopa? Trzymałem. Prasowałem koszulę? Prasowałem. Czy podłoga czysta, a koszula bez zagnieceń, to insza inszość. Liczy się odpowiednie kreowanie wizerunku.
Wady? Nieliczne. No, może problemy z nawigacją. W sopockich lasach bywa niebezpiecznie, zwłaszcza nocą, zwłaszcza na mrozie. Tyle się teraz słyszy o tajemniczych zniknięciach, a wyszli tylko do kiosku po papierosy. W kapciach. Gdyby nie telefon do przyjaciela, gatunek ów mógłby być poważnie zagrożony wyginięciem.
Supertudenci posiadają liczne pasje. Hobby modelowego superstudenta musi być nietuzinkowe. Uprawianie sportów czy zbieranie znaczków pocztowych – to dobre dla lam. Jak już kolekcjonować, to coś konkretnego. Na przykład znaki drogowe. Z naciskiem na sygnalizatory świetlne.
Pasje to jedno, talenty – drugie. Superstudent skazany jest na żywot wśród swych licznych uzdolnienień. Ludek na przykład najlepiej na świecie wykonuje męskie partie ludowych piosenek. Barytonem. Artystą jest wszechstronnym, ach skromnym. Śpiewa. Tańczy. I do tego wszystkiego jeszcze pisze. Kto ciekaw, zapraszam tu.
Reasumując: co facet w domu, to nie nuda. A co student, to przygoda. I zagadka, co zastaniesz po weekendzie, gdy zostawisz takiego modela samego „na kwadracie”. Ludek sam w domu. Wynik powyższego eksperymentu poznam w niedzielę. Najgorsze, że nie będę mogła go opisać. To się nie będzie nadawało do publikacji.

* pracuję właśnie usilnie nad zabezpieczeniem się przed ewentualnym pozwaniem o obrazę czci i honoru z jednej strony i krwawą zemstą z drugiej, ale chyba dość nieporadnie… Tłumaczenie, że kolega był punktem wyjścia do niniejszych rozważań, a wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń realnych jest zupełnie przypadkowe raczej na zbyt wiele się nie zda; ale brnąć potrafię jak nikt inny, więc taka niech będzie wersja oficjalna. Uwaga jednak: ostatnio komuś, kogo zastanawia blogowa otwartość napisałam, że nad słowem pisanym ma się kontrolę i to jest przewaga; nie daj się złapać w pułapkę pisanej szczerości. Ty też.

niedziela, 25 marca 2012

współlokator

Bywa, że trzeba zmierzyć się z nie do końca pożądanymi zmianami. Constans nie istnieje. I dobrze, bo byłby przejmująco nudny. Przed nowym i nieznanym postawione zostało jakiś czas temu najsympatyczniejsze lokum w Sopocie; dokładnie, to z rozlewnią szczególnie udanej cytrynówki. Stanęło ono mianowicie przed koniecznością wymiany nie tylko okien (przez które zaprawdę widać świat), ale i lokatora. Choć trudno w to uwierzyć, nie każdy marzy o tym, by wiecznie rezydować w raju. To co, że przereklamowanym. Raj to raj. Z jednym wolnym pokojem.
Z uwagi na specyfikę i koloryt pozostałych domowników, profil poszukiwanego lokatora ograniczył się do płci nadobnej. Wiadomo, panowie nie rozumieją problemów z zespołem napięcia przedmiesiączkowego, pomiesiączkowego i międzymiesiączkowego. Do tego nie sprzątają i nie można od nich pożyczać ciuchów. Ogłoszenie zatem niosło treść jednoznacznie zdefiniowaną: poszukujemy współlokatorki. Wszystko zostało weń ujęte: że zamieszka ona w środkowej komnacie i dołączy do grona Sopockich Królowych Spod Lasu. Że, aby tak się stało, musi spełnić kilka królewskich wymogów. A więc dobrze, by była dziewczyną pracującą (taka się nie wyprowadzi po sesji), ewentualnie (bardzo ewentualnie) studentką, w wieku do 30 wiosen (cobyśmy się dogadały), niepalącą (lub mającą upodobanie w częstym przewietrzaniu się na zewnątrz budynku), lubiącą porządek (uwaga! dyżury sprzątania!), komunikatywną (chodzi o to, by wszystkim mieszkało się dobrze), wypłacalną (bo czynsz i opłaty muszą być uregulowane na czas), lubiącą peerelowskie klimaty (to NIE jest nowe budownictwo); gotować nie musi (choć byłoby miło; w tajniki przygotowania cytrynówki w razie czego byśmy ją wprowadziły). Napisałyśmy jeszcze kilka mniej istotnych szczegółów, o pięknej okolicy, ekskluzywnym sąsiedztwie, bla bla bla, podałyśmy detale lokalizacyjne i zaprosiłyśmy Królowe do składania ofert. Po opublikowaniu tegoż ogłoszenia usiadłyśmy wygodnie, poprawiłyśmy garderobę i wzięłyśmy głęboki oddech. Byłyśmy gotowe na szturm.
Nieoczekiwana cisza początkowo zaskoczyła. Naładowane na ofensywę telefony milczały. Droczyć można się przez chwilę, to nawet wciąga i dopinguje, ale niecierpliwość nasza (i niemiła ewentualność większego czynszu) paliła w stopy. Kilka spotkań na szczycie, gorących debat przy braku stołu – i zdecydowałyśmy zredukować nieco profil nowej domowniczki. No dobra, niech już będzie studentka, nie tylko w ostateczności, w ogóle niech będzie.
Ale telefony nadal głuche. Śmierdząca flauta. Rozkręcić, przedmuchać, podać pin.
Nic.
Przecież nie zażyczyłyśmy sobie nie wiadomo czego. Pominęłyśmy na przykład warunek zaprezentowania talentu wokalnego (dość istotna kwalifikacja w rzeczonym domostwie). Nie wspomniałyśmy też o egzaminie z kreskówek. Może ludzie nie mają poczucia humoru? Może nasze, jakże niekonwencjonalne, ogłoszenie, odstrasza? Kto o zdrowych zmysłach (o które siebie, na marginesie, nie posądzamy) zamieszcza podobny anons? Nikt go poważnie nie potraktuje.
Uspokojone takowym tłumaczeniem, zmieniłyśmy ogłoszenie na pospolite w formie i treści. Takie tam Sopot, wolny pokój w samodzielnym mieszkaniu, dla studentki.
I nic.
Żarty się skończyły. Nikt nie chciał z nami mieszkać! Samoocena i samozadowolenie spadały z prędkością światła. Razem z krzyżykami w kalendarzu.
I stało się. Zmuszone okolicznościami, z wielkim bólem i wbrew religijnym przekonaniom, drżącymi palcami dodałyśmy w naszej niepopularnej internetowej notce zapis dla studentki/studenta (czytaj: facet, cholera, też może być, co mamy robić?)
I przyszedł.
Stanął w ciemnym natenczas korytarzu - i gdzieś przepadły grobowe nastroje związane z  koniecznością wpuszczenia mężczyzny do gniazda sopockich amazonek. Właściwie to o co chodziło z tym współlokatorskim feminizmem?
Przyszedł i został. Są tacy, co twierdzą, że ma facet szczęście. Ja bym była oszczędna w przesadnym zazdroszczeniu. Komu można w tym układzie zazdrościć, i czy nie wypadałoby raczej współczuć, może napiszę następnym razem. O ile Ludek w Krainie Amazonek nie przetnie mi do tego czasu pępowiny z ruterem.

poniedziałek, 12 marca 2012

mgła i czarne plamy, czyli do czego można dojść w trzydzieści lat

Można dojść do wniosków wielu. Lub do baru. Do tych pierwszych lepiej było nie zmierzać, ale poszło i nic nie zrobisz. Prócz pominięcia eleganckim milczeniem, które teraz zdawkowo prezentuję. Dlatego lepiej już ten bar.
Trzydziestki posypały się ostatnio, co mogło umożliwić przygotowania do przejścia na drugą stronę. Mogło. Jak się bowiem nie pierwszy raz okazuje, liczyć można, jeśli w ogóle można, jedynie na siebie. Obserwacje nic nie dają, a zapytani wprost odpowiadają, że w zasadzie nic nie widzą. Tylko mgłę i czarne plamy, nawet po zdjęciu okularów. Czyli nic nowego. To i cieszy, i trapi. Bo gorzej nie będzie, ale dlaczego nie miałoby być lepiej? Tak po cichu układany plan na lepsze zastygł w niemocy kilka tygodni przed godziną zero. Skoro spektakularnych zmian nie będzie, to może poszukać plusów paroletniego poczynania sobie na ziemi i w niebie. Białych plam przecierających mgłę niebytu. Zaznaczam uczciwie, iż do owej specyficznej inwentaryzacji zabrałam się jakiś czas temu, wiedząc, iż dziś trudno mi będzie skupić się na bilansach. Wszystko poza tym upozorowane zostało na kompletnie lekceważący brak przygotowań. Ferment niepokoju opadł niby, drżąca trwoga przeprawiona została na względny spokój. Niedbale, z markowaną dozą nonszalancji zaczęłam ignorować fakt upływu czasu, a nawet – majstersztyk! – istoty samej cezury, którą zwykło się świętować urodzinowym toastem. Że luz, o co ten dym, dajcie spokój, ja już dałam. Gówno prawda, ale koncept był. Przyznajcie.
I tak usiadłam nad białą kartką ekranu, a migający dłuższą chwilę punkt w lewym górnym rogu uświadomił mi, że nie bardzo wiem, co napisać. Co podkreślić, wychwycić, popieścić emfazą. Co wyróżnia te parę lat? Czy coś? Nie przyszło do głowy nic mądrego. Tylko kilka strzałów, krótkich półzdań nazywających ulotności. Takie, jak uśmiech dziecka. Zresztą - każdy. Bo nie ma takiej twarzy, której uśmiech by nie pasował. Wschód słońca na szeroko rozwartych źrenicach. Czekolada z malinami. Amelia pod koniec długiego poniedziałku. Dźwięki w rytm nastroju. Wiatr we włosach i droga w słonecznym lesie. Czekolada mleczna. Sierpniowe świerszcze. Oczy pani Helenki. Smak satysfakcji po ciężkiej, wygranej walce. Czekolada gorzka. Gorycz też może być słodka. Niezapowiedziany telefon z życzliwością w słuchawce. Czekolada z nadzieniem. Wszelkim. Kobiecość z krwi, kości i mentalności. Psi pysk na kolanach. Kilka medali. Przestrzeń nieogarnięta spojrzeniem. Dłoń wyciągnięta w geście wsparcia. Noce (nie)stracone na nieprzespaniu. I wszystko, co jeszcze przed. Wierzę, że sporo tego. Oto pokrótce inwentarz absolutnych doskonałości. Ja to widzę. A poza tym tylko mgłę i czarne plamy. Póki co.

piątek, 2 marca 2012

ekoblaga

Wyrzuciłam dziś z lodówki:
sernik (nie zdążył nikogo zachwycić autarchią perfekcji)
jogurt
ogórka (zwiądł w oczekiwaniu na kulinarny debiut)
mleko (to nie był już zapach)
kolejny jogurt
ziemniaka zapieczonego z serem i pieczarkami; zapieczonego dość dawno temu
kawałek kiełbasy
ser pleśniowy; pleśniowy na serio
znowu jogurt

Do kosza powędrowały również:
dwa (dwa, dwa) litrowe słoiki rosołu; z kawałkami kurczaka i marchewki w środku
pół słoja ryżu z agrestem; był do niego jeszcze w poniedziałek cytrynowy sos; wspomnienie dzieciństwa; do śmieci
masło; przedwiosenne słońce chyba mu nie służy
skostniałe foundee z orzechami; szkoda tych orzechów
niedojedzona owsianka; pozostałość po pośpiechu poranka
połówka nie za zbytniej cytryny
nie chcę pamiętać, co jeszcze.

Jestem ekologiczna. Zbieram plastikowe nakrętki. W zasadzie nie wiem, w jakim celu. Ale zbieram.

niedziela, 26 lutego 2012

puzzle

Przyjemnie obudzić się niedzielnym rankiem i stwierdzić, że w ciągu tygodnia nie tyle wykonało się plan maksimum, co go przekroczyło. Skoro tak, to możliwe, że cel umiejscowiony był trochę za nisko i należało nieco wyżej zawiesić założenia. A może po prostu niósł mnie wiatr.
Przyjemnie wygrywać z samym sobą. I nie płacić za to wysokiej ceny.
Przyjemnie czuć na piersi ciężar wyróżnienia. I nie zgiąć się pod jego ciężarem.
Przyjemnie być z siebie czasem zadowolonym. Nie zawsze trzeba być najsroższym krytykiem własnych poczynań.
Z takich małych przyjemności komponujemy układankę dni, tygodni, lat. Puzzle różnej maści i ubarwienia. I dobrze, gdy nie ma kompletu klocków. Poszukiwanie odpowiedniego kształtu to smakowanie życia.

środa, 22 lutego 2012

marzenia są

I trzeba je realizować. Dzisiaj zabrzmiało to inaczej. Sensowniej. Dodało odwagi. Ubrało nagą nieśmiałość w kostium założeń. Aspiracje potrzebują niekiedy kopa z zewnątrz. Bo powiedziane zostało, że największym niebezpieczeństwem dla większości z nas nie jest to, że mierzymy za wysoko i nie osiągamy celu, ale to, że mierzymy za nisko i cel osiągamy. Tak mówią Michały. Jeden z nich to Anioł. Żywię nadzieję, że drugi nie sprowadzi mnie na samo dno piekieł wstydu.

sobota, 18 lutego 2012

sobota, 11 lutego 2012

świeczka na torcie

Koniec roku to taki czas, kiedy wypada zrobić jakiś bilans. Co się udało, co schrzaniło - na uzasadnienie powszechnie znanej teorii, że następny rok będzie lepszy i w zasadzie dobrze, że obecny się kończy. Słabe to - co dwanaście miesięcy robimy to samo i nic z tego nie wynika. Dlatego nie pokusiłam się o résumé w grudniu, co więcej dość starannie unikałam wówczas kombinacji komputer + alkohol, aby przypadkiem nie odbiło się to elegijną czkawką. Bo miniony rok naprawdę dobrze, że już się skończył. Tyle na temat. Podsumowania zostawiłam sobie na potem, które się, myślę, zadziało teraz.
Mamy bowiem urodziny. Dziś kończy się pierwszy rok mojej obecności tutaj. Raczkująca impreza. Nie macie galowych strojów i baloników? Nie szkodzi. Przejdziemy od razu do części nieoficjalnej. Pierwszoroczniak. Rozłóżmy przed dzieciakiem rekwizyty – co chwyci: pieniądze, różaniec, książkę czy kielicha? Wieść niesie, że na pierwsze „pierwsze” urodziny zgarnęłam dwie ostatnie. To by się nawet zgadzało. Teraz, rzecz jasna, zaopiekowałabym się walutą. Dla wyrównania życiowego salda.
Świętuję sobie, a co. Minibal na bosaka. Zapraszam do tańca, bo solenizantów jest więcej. To Ty, i Ty. I Ty też. Wszyscy Wy, co częściej bądź rzadziej, regularnie lub przez pomyłkę tu zaglądacie, nabijając statystyki, dzięki którym wodolejstwa nie zarzuciłam. A groziło. Najczęściej zaraz po popełnieniu jakiegoś badziewia. Kilka się zdarzyło, co będziemy ściemniać. Nie jestem aż tak odważna, by ogłaszać konkurs na najwspanialszą tandetę mojego autorstwa*. W ogóle nie jestem odważna, więc zgrabnie zmienię kierunek i skupię Waszą uwagę na Was. Paru znam, widuję tu regularnie, dziękuję uniżenie. Zwłaszcza, gdy słyszę, że przyczyniam się do propagowania czytelnictwa wśród uczulonych na papier (to taka lekko uszczypliwa metafora; adresat wie, o kogo chodzi). Miło też dowiedzieć się, że niekiedy prowokuję uśmiechy. I o to się rozchodzi, wszyscy są kontenci – ja też. Jestem przezadowolona, że w ogóle znajduję odbiorców swoich wywnętrzności – to wersja poprawna politycznie. Ta mniej oficjalna i chyba bardziej szczera została już dawno i w sposób niezwykle trafny określona przez mojego literackiego guru. Stwierdził on, że dla pisarzyny, czy poeciny każde rozprawianie się ze światem naznaczone jest ryzykiem próżnogenności. I że rozprawianie się ze światem za pomocą literatury skazuje na próżność absolutną, która w prostej, jak w pysk strzelił, linii, prowadzić musi do megalomanii. Dodał też, co wynikać może z owej próżności, że referaty pisarzyny czy poeciny zwykle dotyczą jego samego**. Nic dodać, nic ująć, ino pochylić się nad tą złotą prawdą. W związku z powyższym oraz ciekawską stroną mojej natury niezwykle interesują mnie Ci, których rozpoznać nie mogę. Ci, którzy z bliżej nieuzasadnionego powodu czytują tutejsze literowe konstrukcje, a ja za cholerę odkryć nie umiem, kto zacz. Pozdrawiam zatem P. jak Podróżnika, wszelkich mniej lub bardziej Anonimowych, nawet tego znikąd pozdrawiam, choć zalazł nieco za cierpliwość. A może któreś zdradzi się, co? No, ładnie proszę. W końcu coś mi się w prezencie należy. I w nagrodę za trud. Bo, jak to również zauważył wspomniany guru, ludziom zwykło się zdawać, że pisanie to bułka z masłem, że taki pisarzyna, czy poecina nic, tylko siedzi w swojej rozciągniętej na kilka metrów kwadratowych pustelni, oczekując na właściwy moment, tak zwany powiew spustowy, i nikt mu nie przeszkadza (choć przeszkadzają zawsze). Ciężki kawałek chleba powiem(y) Wam, w mojej prywatnej sytuacji tym cięższy, że chleba z niego nie ma. Guru może jeszcze coś tam skubnie, ja - nie.
Korzystając z uroczystego charakteru dzisiejszego wpisu chciałabym się na forum pochwalić. Faktem mianowicie, że blog ten międzynarodowy jest, ba - międzykontynentalny nawet. A jak. Brawa dla wszystkich rozsypanych po świecie, nawet, jeśli kliknęli przez przypadek.
Co więcej, okazuje się, że są i tacy, którzy zechcieli mnie cytować na swoich własnych blogach. To, powiem bez ogródek, bardzo mnie łechce. Muszę uważać, żeby sodowa nie uderzyła zbyt wysoko…
Bez obawy, raczej nie grozi. A jeśli, nie daj Boże, przekroczę tę cienką granicę przyzwoitości, przypomnę sobie słowa Jurka, od którego się wszystko zaczęło, a który na rzeczy się zna. Kiedyś pewnie o tym napiszę. Jurek powiedział, że (cytuję), ładnie, poprawnie i jakąś iskierkę zauważa, co jest oznaką niezwykłej dyplomacji i uprzejmości (a on, uwierzcie, dyplomatą nie jest), a między wierszami jak byk stoi: nie zapędzaj się, maleńka, w samozachwycie. Z całą sympatią pozdrawiam Jurka!
Żeby nie było, trzeba na nowy rok zadeklarować jakiś program naprawczy. Parę projektów jest, takie na przykład o skrawkach literatury wysokiej każdego dnia (no chociaż tygodnia), czy ukierunkowanej i systematycznej gimnastyce ciała. Do tej gimnastyki pogrubiony i wyjustowany odnośnik o kończeniu jej każdorazowo sprintem na ścianę. Może pomoże.
W postulatach znajdzie się też, małym rozstrzelonym drukiem punkt o miłości. Chcę być wiecznie zakochana. W czymkolwiek, kimkolwiek. Zacznę od psa sąsiada.
Dobrze by też było być dobrym. Dla innych. To się podobno zwraca. Jak się zastanowić, to nawet Gargamel był dobrym człowiekiem. Czy Gargamel był człowiekiem? Czy ja nim jestem?
Przede wszystkim zaś: zmądrzeć. To może być najtrudniejsze, no ale przecież coś trzeba zostawić na następny rok.
Z sukcesów minionego roku:
Z dumą stwierdzam, że posiadam przyjaciół. I oni mnie posiadają.
I to, że nadal czytacie niniejszy wpis. A to już osiemdziesiąte trzecie zdanie!

* w zasadzie ta najkoszmarniejsza nie ujrzała nigdy światła wirtualnego; i nie mówię tu o tym wierszu napisanym w siódmej klasie
** Jakobe Mansztajn. Polecam, pewnie nie pierwszy raz.

niedziela, 5 lutego 2012

bo niebo trzeba podnieść już dziś

Czyjeś słowa są czasem najdobitniejsze. Lepiej niekiedy nie używać własnych. Dla zdrowia własnego i wszystkich świętych. W razie czego można zwalić na cytat. Przytoczone kwestie to zawsze nie nasze. A tak, przypałętały się. W zasadzie nie wiadomo, dlaczego.
Zawsze wiadomo. Nie ma przypadków, tylko nie dana nam jest wiedza o ich sensie i źródle. Niezrozumiałe, durne sny są obrazem realizacji wyższych działań, rozgrywanych na odległych planach, nam – maluczkim – zasłoniętych zwiewną kotarą ignorancji. Bo i po co nam to poznanie. Jeszcze będziemy próbowali wyjaśniać, tłumaczyć. Zbyt wiele analiz pociągnie nas na sznurku do piekła. Freud skończył źle, zamknięto mu usta.
Co będzie po drugiej stronie, czy będzie inaczej? Czy będzie lepiej?  
Niemożliwe można posiąść, trudne staje się błahostką, nic nie rozumiem, nic.
A może to i dobrze.
Na niebie ciągły ruch.
Jest już po i można iść.