czwartek, 15 listopada 2012

zakochany rockmen

Lider pewnej grupy rockowej zaproponował mi miłość. Sprawa wydaje się poważna, dlatego z góry zaznaczam, że nie ujawnię, o kogo chodzi. Robiąc to skazałabym siebie na niezdrową popularność, a nie prezentowałabym się teraz najlepiej na okładkach. Odrost nad czołem, listopadowe cienie pod rzęsami. Nie, nie. Gdyby historia przykleiła się latem, to co innego. Opalenizna to nawet w Życiu na Gorąco jest bardziej intelektem, niż tylko skórką zdjętą z urlopowego rozprzężenia. Ale kwestia słabej autoprezentacji nie jest jedyną pobudką do trzymania ruchliwego zwykle narządu za ostrzem zębów. Chodzi bowiem o to, że ten rockmen to dość znana i szanowana, również przeze mnie, osoba. I do tego niezwykle rodzinna. Żona, dzieci, msze co niedzielę.
No i mamy. Dylemat moralny. Jaka musi być siła nowych uczuć, by – będąc w opozycji do uprzednich – stały się one czynnikiem motywującym do grzechu? I co tu jest grzechem, skoro powiedziane zostało, byśmy się wzajemnie miłowali? Miłość bezmierna jest, zatem dlaczego wszyscy (przynajmniej) deklarują, że należy ją ograniczać do jednego człowieka i kilku kotów?
Mimo niewątpliwej celności powyższego stwierdzenia, muzyk zdawał się być w otoczeniu niespodzianego afektu nieco pogubiony. No nie powiem, ja też. Wiecie, marzy się każdej, nawet absolutnie niemuzykalnej, że facet z gitarą będzie przygrywać jej skrycie pielęgnowanemu egotyzmowi. Biorąc pod uwagę fakt, że mi gitara robi, a jeszcze bardziej to, co rzeczony muzyk potrafi z nią uczynić, nie można zataić, iż długo przekonywana do szczerego przejęcia się naszą dopiero co odkrytą miłością nie byłam. Tym bardziej, że on ma tę przewagę, iż - prócz grzmocenia w struny - również śpiewa; czasem się wydziera, ale o to chodzi w tego typu emocjach artystycznych. Niektórzy nigdy tego nie zrozumieją. Ale ci zapewne nie będą musieli zmagać się z przytulającym się, zupełnie rozmiękczonym gitarzystą. Co robić, trzeba działać.
Więc poszliśmy grabić liście.
Takie jesienne, kolorowe, co to spadły na pole. I drogę. No zupełnie zawalona była ta droga, przejść się nie dało. Trzeba było ogarnąć. Więc dawaj, worki jakieś, stosy śliskich żółci i czerwieni. Ciężka, wspólna praca. Całe godziny tak grabiliśmy. To ubogaca. I zbliża. A w tle próby, w końcu trasa koncertowa za pasem. Koledzy z zespołu biegają zaaferowani, kable, wzmacniacze, rozstawianie sceny, a mój rockmen w liściach ze mną.
Nie powiedziałam jednego. W związku z tym, że szacunek do siebie mam, nie byłam i nigdy nie będę groupie. Dlatego wypraszam sobie - i można to potraktować jako oficjalne prasowe oświadczenie - wszelkie insynuacje, że jakoby ja i takie rzeczy. A w życiu. To platoniczna miłość, proszę ja państwa. Przytulanie, szukanie się na dnie oczu, perspektywa pokarania Boskiego, zarost wrzynający się w szyję, długie i strapione westchnienia. Poza tym liście mokre, średnia przyjemność. Jeszcze by się rozchorował biedak, gardło by zachrypło – i kto wtedy byłby winny? No pewnie, że ona. To zła kobieta była.
Była. Bo poszła. Sobie. Co miała zrobić innego, gdy po wspólnie przeżytych, magicznych  chwilach, pełnym wzajemnego zrozumienia głosem powiedział jej muzyk, że mogłoby być zupełnie inaczej, gdyby ich miłość była możliwa. Może w innym życiu.
A potem się obudziłam.
Ale to dobrze, bo on mi się wcale nie podoba.

środa, 7 listopada 2012

sto pierwszy

oto numer sto i jeden. Sto pierwszy wpis nie wyróżniałby się na tle czterdziestego ósmego czy dziewięćdziesiątego siódmego, gdyby nie jego wymowna zbieżność z, powiedzmy, pewnego rodzaju wyjściem na świat z ciepłej dziupli blogowego kurnika. Ale to może potem. Teraz ważniejsza zdaje się być kwestia liczby. Bo sto – to jedna setna dziesięciu tysięcy, tych cholernych godzin dzielących nas od bycia lepszym. Jeśli wierzyć statystykom i arytmetycznym uściśleniom, nie starczy dób na doskonalenie. Oddając się wyliczeniom, sto w dwadzieścia ponad miesięcy – bo tyle mej skromnej osobie pierwsza setka zajęła - oznacza mistrzowskie dziesięć tysięcy krótko przed sto siedemdziesiątym rokiem życia, na co ani biologia, ani medycyna, ani wiara w cuda mi nie pozwolą. W cuda nie wierzę. Medycyna też ostatnio średnio, współczesne wróżenie z fusów i recept. Zostaje biologia. Ta jedna – przez to, że nieprzewidywalna i wykręcona ułomnością – zdaje się być szczera. Fizjologia każe nie stać w miejscu, iść, biec, przeć, a jak się nie da, to turlać. Ruch, bez tego organizm i głowa wariują. Odkryłam ostatnio Hansa (Hans jest jednym z fundamentalnych dowodów na to, że nie ma constans, czyli że od rocka do rapu wcale nie jest daleko. I że można mieć jasno określone gusta muzyczne po to, by je poszerzać. Co nie znaczy: zmieniać). Hans teorii nieodzownego ruchu przytakuje: Dopóki jesteś, wszystko ma przyszłość. Dopóki biegniesz, przyszłość jest blisko. No biegnę, póki jestem w stanie. I walczę ile wlezie, lub czasem mniej, w zależności od cyclus menstrualis, faz księżyca i odporności stóp. Lecz póki jesteś i póki biegniesz, cel jest przed tobą i w końcu tam będziesz. To też Hans. Biorąc pod uwagę rozwój kosmetologii i to, że nie palę, może jako sto siedemdziesięcioletnia staruszka nie będę taka straszliwie pomarszczona i dam radę wydusić z siebie kilka obowiązkowych słów wdzięczności na jednoosobowej gali rozdania nagród za wytrwanie w ideałach. Was na niej nie będzie bo też nie wierzycie w cuda, ale zawsze możecie podglądać transmisję z piekła. Co niektórzy z góry, ale wówczas nie pluć na głowę proszę. Bo naślę na was chłopaków z bloków. Tymczasem, pókiście żywi, zapraszam do aktywnego poszukiwania fongrafowych tworów tu. Czyli: jedna setna. Dopiero. Lub aż.  
W nawiązaniu do powyższego lub zupełnie nie (wybierz właściwe) jeszcze raz Hans: to nie tak, żeby brać, co dają. Wybacz, Hans, ale czasem trzeba. Żeby móc choć tę jedną setkę podnieść do zwycięskich ust. Na zdrowie. Sto lat. Czy tam dwieście.

czwartek, 1 listopada 2012

niedosyt

Brakuje ludzi żywych. Tych mniej żywych też. Nawet, gdy – podobno – świętują. Nie ma ich w ciemnych zaułkach, na niejasnych drogach, zapomnianych alejach. Nikogo, niczego, prócz mnie i przyspieszonego, biegnącego oddechu. Nawet pies nie zawyje. Niby strasznie, niby groza. Tylko co tak naprawdę straszy? Zmarli? Żeby choć oni, to byłoby jakieś uzasadnienie. Ale ci dziś mają bal. Wielki śmiech i kino za darmo. Woda święcona leje się do nieśmiertelnych szkieł, spadają do piekieł toasty za rychły niebyt tych, co z powagą i z obowiązku snują się po cmentarnych promenadach. Są bardziej upiorni od podpalanych zniczami umrzyków. I kto się, pytam, bawi? Żywi są nudni. Przestępują z nogi na nogę, chuchają w skórzane rękawice, parzą palce woskiem. Myślą o obiedzie. Bynajmniej nie o upchanych w drewniane skrzynki, rozchichotanych byłych.
Najbardziej straszna jest cisza.
Brakuje ludzi w tłumie. Rozeszli się do wygodnych domów, zostawiając na ulicy swe martwe, nieczułe ciała. One nawet nie potrafią powiedzieć dzień dobry. One nie mówią. One są. Tylko po co. Może lepiej niech odejdą. Nie będzie niedomówień.

wtorek, 23 października 2012

homo sapiens bez internetu

Przedstawiam wam jego. Dwunożny wielce panujący od jakiś dwustu tysięcy lat. Ma łeb na karku i zdobycze pod paznokciami. Człowiek rozumny niegłupi jest, wszystko pojmuje. Ale czasem się zdarza niekompatybilność taka, że umiera sieć i trudno o zrozumienie. Ucięta cyberpępowina zmusza do niepowszednich zachowań. Musi wstać od komputera, musi zająć się czymś. Zapyta: czym? Na ile można sobie pozwolić w obcej strukturze czasu własnego? Wszystko jest dziwne i nietutejsze. Trzeba stąpać ostrożnie, by na nic się nie nadziać. Więc porusza się powoli, sprawdzając każdy centymetr, nieufnie stawia stopy. Nie poznaje swojej twarzy w lustrze. Odbicie w monitorze jest przyjemniejsze od tego skrzywionego szklaną nieczyszczoną powierzchnią w ramie. Odwraca więc spojrzenie, szuka. Na czym skupić wzrok.
Świat zmienił jakość. Ta kanapa naprawdę ma taki kolor? Kto ją wybierał? A, no tak... Zresztą, nieważne. To tylko mebel. One są od tego, by ich nie zauważać. Jak niektórych ludzi.
Co by tu… Już wie! Poczyta. Od dawna szukał na to czasu. No to znalazł. Książka… gdzie jest ta cholerna książka? Przecież gdzieś tu musi być. Była. Przydałoby się w końcu posprzątać. No chlew. Że jeszcze nie zginął w tym stosie śmieci. Pierwsze, co zrobi po lekturze, to porządki. Koniecznie.
Nagła myśl przerywa poszukiwania. Miał zamówić tę powieść. W internecie. Chyba nie zdążył…
Dobra, nie samą książką człowiek żyje. To jest doskonały moment, by zainaugurować rower. Stoi w przedpokoju nie tknięty od momentu zakupu (świetna okazja na allegro, taniej być nie mogło). Już miał w ręku dres (pamiętać, by go w końcu wyprać), już witał się z gąską, gdy tknęło go przeczucie jakieś. Myśl taka. Na meteo.pl pisali wczoraj o deszczu… Szybki rzut oka na okno. Wygląda, że nie pada… Ale meteo się nie myli, po co ryzykować. Nie ma co. Kiedy indziej.
Znów ten pełen skrępowania bezgłos. Świat bez sieci straszy ciszą. Człowiek zauważa ją, odbiera wszystkimi porami. Wdech, wydech. A dźwięk? Zegar. Tyka jak ten w pokoju babci. Ale pokoju już nie ma. Babci już nie ma. W niegdyś ciepłych, pachnących plackiem ścianach stoi martwa pustka. Wspaniałe lata pamiętają jedynie pożółkłe tapety w kwiatowy wzór. I piec. Kaflowy. Solidny. Już nie robią takich.
Telefon nie dzwoni. Dlaczego tak uparcie milczy? Może się popsuł? Takie gówno teraz robią. Chińskie badziewie.
Działa. No dobra, ja zadzwonię. W sumie obiecałem to zrobić. Kilka miesięcy temu. Oj tam, szczegół. W dzisiejszych, zapracowanych czasach to normalne. Znajomy głos w słuchawce prosi, by zostawić wiadomość. Oddzwoni. On też ma na poczcie podobny komunikat. Nigdy nie oddzwania.
W zasadzie dawno się z nikim nie spotkał na mieście. Jakaś kawa, piwo. Jest parę osób do obskoczenia. Nawet pięćset czterdzieści cztery osoby. Tylu ma przyjaciół. W statystykach. Dzwoni.
Kilkanaście minut później nieruchomo, z aparatem w dłoni, z niedowierzaniem ogląda swoją samotność. Nikt nie ma czasu. Jest piątkowe popołudnie! Jest piątkowe popołudnie. Jest piątkowe popołudnie..
Tykanie zegara zaczyna irytować. Przypomina o upływie czasu. I po co? Baterie, wyjąć baterie.
Nadal tyka. To spadają na ziemię złudzenia, jedno po drugim. Regularnie, w sekundowych odstępach. Kiedyś sekunda znaczyła niewiele. Teraz wżyna się w gardło jak tępy nóż.
Człowiek rozumny rozumny jest. Potrafi brać naukę z doświadczeń. Gdy odzyska internet, pierwszą rzeczą, jaką uczyni, to usunięcie niepotrzebnych, nieprawdziwych przyjaciół. Miał też zamówić książkę. Pamięta. I jeszcze kupi w sieci porządną wiatrówkę, by móc jeździć na rowerze niezależnie od pogody. Tylko najpierw sprawdzi pocztę, jakaś wiadomość przyszła. A, powiadomienie. Wymuskany goguś z biura naprzeciwko zmienił profilowe. Z wakacji chyba. Plaża jakaś. A kto to się pręży na zdjęciu obok…? No nie, znam, skomentuję…. Ha, ktoś już to polubił. Ooo, no proszę. Szanowny kolega z podstawówki, co to się stał prezesem. No no. A zagadam….
Nauka na przyszłość: nigdy więcej nie spóźnić się z rachunkiem za media. Homo sapiens. Homo internetus. Nowa teoria ewolucji: tylko do pewnego momentu gatunek się rozwija. Potem już tylko dostawca. Internetu. Sieci. Złudzeń.

piątek, 19 października 2012

środa, 10 października 2012

nic dobrego

nie wynika z środy; jest ona tak samo niezlepiona, jak wtorek. Wtorki ogólnie są beznadziejne, z prostej przyczyny: nie mają nic do zaproponowania wobec stalowego smaku poniedziałku. Chciałoby się wstać i wyjść, zdjąć buty i po trawie uciec stąd. Ale do tego trzeba odwagi. I trawy.
Nic dobrego nie wynika z upływu czasu. Niby uczy, kształci, tworzy. Efekt mierny, poniżej przeciętnej. Dużo niżej, niż zaplanowano. Nie doskoczysz. 
Nic dobrego, nic. Co robić, jak odzyskać apetyt, czym zabić rozlazłość i bezsilność?
Kto wie?
Kto wierzy?
Kto podpala wiarę?

czwartek, 27 września 2012

to, czego nigdy nie widziałeś

Sezon koncertowy za pasem. Bileciki - niecierpliwe - drżą; płyty - gwałcone - zdzierają; sąsiedzi - edukowani - cierpią. O muzyce było już. Że ludzie śpiewają, niektórzy ludzie, i że śpiewają dobrze. Niektórzy. Doceniam umiejętności, których sama nie posiądę, choćbym nawet bardzo się starała. To jest jedna z tych sytuacji, gdzie nie sprawdza się dewiza mówiąca, iż człowiek potrafi nauczyć się wszystkiego. Ale jest kilka rzeczy najniezbędniejszych, do których – prócz jedzenia, seksu i biegania – należy muzyka. Choć więc śpiewać nie potrafię (natura bywa w szczodrości powściągliwa, poskąpiła mi nie tylko głosu), to nutę czuję. W końcu mam za sobą epizod muzyczny, który posiada namacalne umiejscowienie w czasie (lat temu kilka – powiedzmy - naście) i terytorialne (wiejska szkoła gdzieś na pełnym zakrętów i dziur szlaku z jednego zapomnianego miasteczka do drugiego).
Posiada też nazwę. Orkiestra Dziecięca Promyki, zwana też czasem (krzywdząco) orkiestrą mandolinistów. Mandoliny istotnie stanowiły, prócz tego, że front, to również trzon składowy zespołu. Myślę, że mogło ich być w porywach do dwudziestu (trzydziestu?), w zależności od stanu demograficznego w okolicznych wioskach. Rozbzyczane czoło małoletniej armii grajków. Nie mniej ważne były jednakowoż instrumenty pozostałe, tworzące matematycznie uporządkowane szeregi za półkolem pindolin*. Każdy miał swoje dokładnie wytyczone na holu** miejsce: akordeony (tak zwane pierwsze - nadające melodię oraz drugie – od akordów), gitary (basowa, elektryczna, a jak!), perkusja, organy elektryczne (sztuk dwie lub trzy, dokładnie nie pamiętam, a to dlatego, że zawsze były za plecami – w swej muzycznej karierze, którą rozpoczęłam od cymbałków i mandoliny, doszłam tylko do rzędu akordeonów; ale tych pierwszych, żeby było jasne), jakieś trójkąty, flety, inne przeszkadzajki, i chyba tyle. Czy też aż. Myślę, że nie schodziło z czterdzieściorga dzieciaków, które rokrocznie wymieniały się między sobą, gdyż jedni kończyli edukację, inni zaś zostawali dopuszczani do wielce nobilitowanego krzesełka na wspólnej próbie. Wtorki i czwartki, trzynasta trzydzieści, po ostatnim dzwonku. My i pan Henryk.
Jak ten człowiek to robił, nie wiem, ale pamięć o stworzonej przezeń orkiestrze każe wierzyć w pedagogów z powołania. No naucz Ryśka z czwartej klasy czytać nuty, a potem jeszcze zamieniać je na dźwięki. On nauczył tego kilkuset takich Ryśków, zespół funkcjonował bowiem z dwadzieścia kilka, myślę, lat. Nie chcę skłamać, ale świadczyłyby o tym czarno-białe zdjęcia ze szkolnej gabloty, uwieczniające koncerty w krajach bloku wschodniego. Majstersztyk pana Henryka to istny cud natury, bo nawet wujek google nie ma na ten temat nic do powiedzenia. Szukałam. Przykład na to, że nie wszystko, co się liczy, musi istnieć w internecie.
A dowodem na niebylejakość orkiestry był repertuar. Pamiętam Czardasza, utwory Beatlesów, Elvisa, było nieźle. Zwłaszcza na koncertach, gdzie każde z nas, mimo znienawidzonej, obciachowej muchy pod szyją***, z ukontentowaniem grało swoją partię. Owszem - festyny, odpusty i występy w gminnym domu kultury z okazji dnia matki czy święta edukacji narodowej, ale jedną scenę z prawdziwego zdarzenia zaliczyłam. Jakiś przegląd szkolnych form artystycznych w gdyńskim teatrze muzycznym. Niejaki Turnau też wówczas grał, a na sali mnóstwo ważnych, klaskających i niedowierzających person. Że też na takiej prowincji, proszę, proszę…
W pamięci najbardziej utkwił mi inny koncert, w mniej imponującym otoczeniu. Widownia - wiejska salka, zwykle głucha i nieodwiedzana przez obywateli (chyba, że akurat jakieś wesele czy stypa),  audytorium - rodziny i sąsiedzi, powyciągani spod sklepu i z domostw na bratanie się z kulturą. Cel: wycieczka do Malborka. Dzięki szczodrości publiki został osiągnięty. Nie to było jednak największym sukcesem tamtego występu. Łzy i duma w oczach dziadka, babci, mamy, taty – one zostały zapamiętane, nie krzyżackie mury.
Otworzyłam jakiś czas temu pokrywę pianina i po raz pierwszy od wielu lat wystukałam sekwencję granych niegdyś dźwięków. Love me tender, love me true… Pamiętam.


* mandolin – ze słownika grypsery młodocianych muzyków
** szkoła była w posiadaniu szerokiego asortymentu instrumentów i instrumentalistów, ale profesjonalnej sali prób już nie, więc zajęcia (próby muzyczne z prawdziwego zdarzenia) odbywały się na ogólnodostępnym korytarzu, który – w zależności od zapotrzebowania - robił też za salę gimnastyczną i dyskotekę
*** już naprawdę nic nie będę pisać o tych koszulach z bufiastymi rękawami; nic

niedziela, 23 września 2012

pogrzeb butów

Chciałoby się lepiej. Mocniej. Więcej. Szybciej. Inaczej. Chciałoby się wcisnąć guzik, za pomocą którego uruchomimy uśpioną machinę spełniającą to, co dotąd poza zasięgiem.
Ale chcieć nie znaczy móc. Niemoc rządzi, ona kreuje historię kundli w schronach, tybetańskich mnichów, nieurodzajnych plonów w czas suszy, wyobrażeń o nas samych. Bezsilni, bo sparaliżowani marazmem, dusimy własną wolność. Bez niej jesteśmy plątaniną chwiejnej irytacji. Frustracja rodzi podłość. Taki system obronny. Lecz przed atakami z wewnątrz nie chroni. Jesteśmy zagrożeniem dla samych siebie. I jesteśmy mali, zwłaszcza, gdy myślimy zgoła inaczej. Byle wiatr nas zdepcze. Może więc trochę pokory?
Ja korzę się. Żałuję już w chwili otwierania kłujących ust. Ale nie potrafię ich zamknąć na czas i rzeka nikczemności wylewa się na brodę. Można było inaczej, mniej napastliwie, przecież nie znoszę agresji.
Nie umiem przepraszać.
Pytanie, po co to wszystko. Dla własnych korzyści? Efekty świadczą przeciw. Zresztą, gdzie nie spojrzeć, tam nie warto. Tytułem magistra podcierają sobie tyłki miliony, szanownych profesorów nie ma za co szanować, panowie dyrektorzy, samotni w swych prezesowych fotelach, oglądają własne oblicza na retuszowanych obrazach. Czy nie lepiej by było, jak mówi Poeta, leżeć na łące, z kawałkiem chleba w kieszeni, i patrzeć, jak żyją chmury?
Wyluzować.
Wszystko kiedyś się kończy. Nawet niezmordowane szpilki, które miały być zawsze. Pytanie, czy te, które będą po nich, godnie zastąpią poprzedniczki i będą szły mimo deszczu czy brukowanej nawierzchni. Pytanie, czy ułożą się do stopy.
Dużo tych pytań.
Chciałoby się lepiej. Mocniej. Więcej. Szybciej. Inaczej. To jedyne wytłumaczenie.

poniedziałek, 17 września 2012

powrót z dalekiej podróży

Wycieczka była doszczętnie niezorganizowana. Na bilecie nie wskazano stacji pośrednich. Tak naprawdę nie było na nim też tej docelowej. Tak jakby wszyscy wiedzieli, dokąd zmierzają. I owszem, udają takich. Zgrywają zorientowanych, niewzruszonych, podając konduktorowi spoconą dłonią wymięty świstek. Czasem nawet spytają, od niechcenia jakby, o której planowany jest przyjazd. A konduktor - on wie - spokojnie odpowiada, że za trzy do czterech potknięć. A potem już z górki, na luzie, aż do wyhamowania na jednym z głuchych murów wyrzutów sumienia. Na murze graffiti z niespełnionych farb.
Moja podróż była w sumie wesoła. Z konduktorem polubiliśmy się do tego stopnia, że częstował skonfiskowaną wódką w przedziale dla wtajemniczonych. Miał nawet gitarę pod fotelem, ale o tym się nie mówi. Powiem tylko, że tańczyć można nawet, gdy struny pozrywane. Przez pociąg przewijali się ludzie. Mnóstwo ludzi. Kolorowi, pokraczni, niektórzy zdziwieni towarzystwem. Nie z każdym dało się jechać. Wiercili się, wzdychali niecierpliwie, za ciepło, za zimno. Narzekali.
Podobno ja narzekam. W zasadzie to prawda, choć absolutnie wcale nie. Tłumaczę, że to wrodzone. Pieprzyki z ironią. Mam je po przodkach, nie do usunięcia. Kiedyś w dowodzie osobistym było miejsce na znaki szczególne. Powinni mi tam wpisać te znamiona. Nikt by się wówczas nie dziwił. No bo ja taka z pozoru urocza niby. Że wszystko pięknie i słodko, dopóki nie otworzę ust i nie zmarszczę czoła. Gdzie nie spojrzę, tam smagam spojrzeniem. Zielone oczy krucjaty. Aż wstyd się robi. Mnie. Wstyd.
Ale niech ktoś mi powie, że nie mam racji. No, słucham.
Tak naprawdę jestem miła. Do bólu. Ten pluszowy króliczek, co ściska i tuli, nie jest w stanie zadusić mnie czułością, bo ja jej mam aż nadto. Niespożytkowana jednak, po wejściu w związek z tlenem, przechodzi w lotny stan krytyki. Tyle.
I lubię ludzi. Serio. Nawet, jeśli ci się lubić nie dają. Jak ten środkowy wagon na trasie do niewiadomego celu. Uprzejmie proszę nie otwierać okien. Bo wyskoczą. I to nie ja popchnęłam. No spójrzcie tylko. Twarz anioła.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich towarzyszy podróży. Macham im z peronu, patrzę, jak znikają w tunelu spraw minionych. Teraz podnoszę walizę i idę. Trzeba zrobić pranie.
Wróciłam z dalekiej podróży. Powroty zawsze są dziwne. Nieswoje. Ściany pachną inaczej, kot nie wyciąga się pod drzwiami. No fakt, nie mam kota. Ale jest kilka ulubionych płyt, a na tych podejrzanych ścianach wisi trochę wspomnień. I to one są domem, do którego zawsze będę jechać, choćby na gapę.