piątek, 19 października 2012
środa, 10 października 2012
nic dobrego
nie wynika z środy; jest ona tak samo niezlepiona, jak wtorek. Wtorki ogólnie są beznadziejne, z prostej przyczyny: nie mają nic do zaproponowania wobec stalowego smaku poniedziałku. Chciałoby się wstać i wyjść, zdjąć buty i po trawie uciec stąd. Ale do tego trzeba odwagi. I trawy.
Nic dobrego nie wynika z upływu czasu. Niby uczy, kształci, tworzy. Efekt mierny, poniżej przeciętnej. Dużo niżej, niż zaplanowano. Nie doskoczysz.
Nic dobrego nie wynika z upływu czasu. Niby uczy, kształci, tworzy. Efekt mierny, poniżej przeciętnej. Dużo niżej, niż zaplanowano. Nie doskoczysz.
Nic dobrego, nic. Co robić, jak odzyskać apetyt, czym zabić rozlazłość i bezsilność?
Kto wie?
Kto wie?
Kto wierzy?
Kto podpala wiarę?
czwartek, 27 września 2012
to, czego nigdy nie widziałeś
Sezon
koncertowy za pasem. Bileciki - niecierpliwe - drżą; płyty - gwałcone -
zdzierają; sąsiedzi - edukowani - cierpią. O muzyce było już. Że ludzie
śpiewają, niektórzy ludzie, i że śpiewają dobrze. Niektórzy. Doceniam umiejętności,
których sama nie posiądę, choćbym nawet bardzo się starała. To jest jedna z
tych sytuacji, gdzie nie sprawdza się dewiza mówiąca, iż człowiek potrafi
nauczyć się wszystkiego. Ale jest kilka rzeczy najniezbędniejszych, do których
– prócz jedzenia, seksu i biegania – należy muzyka. Choć więc śpiewać nie
potrafię (natura bywa w szczodrości powściągliwa, poskąpiła mi nie tylko
głosu), to nutę czuję. W końcu mam za sobą epizod muzyczny, który posiada
namacalne umiejscowienie w czasie (lat temu kilka – powiedzmy - naście) i
terytorialne (wiejska szkoła gdzieś na pełnym zakrętów i dziur szlaku z jednego
zapomnianego miasteczka do drugiego).
Posiada też nazwę. Orkiestra Dziecięca Promyki, zwana też czasem (krzywdząco) orkiestrą mandolinistów. Mandoliny istotnie stanowiły, prócz tego, że front, to również trzon składowy zespołu. Myślę, że mogło ich być w porywach do dwudziestu (trzydziestu?), w zależności od stanu demograficznego w okolicznych wioskach. Rozbzyczane czoło małoletniej armii grajków. Nie mniej ważne były jednakowoż instrumenty pozostałe, tworzące matematycznie uporządkowane szeregi za półkolem pindolin*. Każdy miał swoje dokładnie wytyczone na holu** miejsce: akordeony (tak zwane pierwsze - nadające melodię oraz drugie – od akordów), gitary (basowa, elektryczna, a jak!), perkusja, organy elektryczne (sztuk dwie lub trzy, dokładnie nie pamiętam, a to dlatego, że zawsze były za plecami – w swej muzycznej karierze, którą rozpoczęłam od cymbałków i mandoliny, doszłam tylko do rzędu akordeonów; ale tych pierwszych, żeby było jasne), jakieś trójkąty, flety, inne przeszkadzajki, i chyba tyle. Czy też aż. Myślę, że nie schodziło z czterdzieściorga dzieciaków, które rokrocznie wymieniały się między sobą, gdyż jedni kończyli edukację, inni zaś zostawali dopuszczani do wielce nobilitowanego krzesełka na wspólnej próbie. Wtorki i czwartki, trzynasta trzydzieści, po ostatnim dzwonku. My i pan Henryk.
Posiada też nazwę. Orkiestra Dziecięca Promyki, zwana też czasem (krzywdząco) orkiestrą mandolinistów. Mandoliny istotnie stanowiły, prócz tego, że front, to również trzon składowy zespołu. Myślę, że mogło ich być w porywach do dwudziestu (trzydziestu?), w zależności od stanu demograficznego w okolicznych wioskach. Rozbzyczane czoło małoletniej armii grajków. Nie mniej ważne były jednakowoż instrumenty pozostałe, tworzące matematycznie uporządkowane szeregi za półkolem pindolin*. Każdy miał swoje dokładnie wytyczone na holu** miejsce: akordeony (tak zwane pierwsze - nadające melodię oraz drugie – od akordów), gitary (basowa, elektryczna, a jak!), perkusja, organy elektryczne (sztuk dwie lub trzy, dokładnie nie pamiętam, a to dlatego, że zawsze były za plecami – w swej muzycznej karierze, którą rozpoczęłam od cymbałków i mandoliny, doszłam tylko do rzędu akordeonów; ale tych pierwszych, żeby było jasne), jakieś trójkąty, flety, inne przeszkadzajki, i chyba tyle. Czy też aż. Myślę, że nie schodziło z czterdzieściorga dzieciaków, które rokrocznie wymieniały się między sobą, gdyż jedni kończyli edukację, inni zaś zostawali dopuszczani do wielce nobilitowanego krzesełka na wspólnej próbie. Wtorki i czwartki, trzynasta trzydzieści, po ostatnim dzwonku. My i pan Henryk.
Jak ten
człowiek to robił, nie wiem, ale pamięć o stworzonej przezeń orkiestrze każe
wierzyć w pedagogów z powołania. No naucz Ryśka z czwartej klasy czytać nuty, a
potem jeszcze zamieniać je na dźwięki. On nauczył tego kilkuset takich Ryśków,
zespół funkcjonował bowiem z dwadzieścia kilka, myślę, lat. Nie chcę skłamać,
ale świadczyłyby o tym czarno-białe zdjęcia ze szkolnej gabloty, uwieczniające
koncerty w krajach bloku wschodniego. Majstersztyk pana Henryka to istny cud
natury, bo nawet wujek google nie ma na ten temat nic do powiedzenia. Szukałam.
Przykład na to, że nie wszystko, co się liczy, musi istnieć w internecie.
A
dowodem na niebylejakość orkiestry był repertuar. Pamiętam Czardasza, utwory
Beatlesów, Elvisa, było nieźle. Zwłaszcza na koncertach, gdzie każde z nas,
mimo znienawidzonej, obciachowej muchy pod szyją***,
z ukontentowaniem grało swoją partię. Owszem - festyny, odpusty i występy w
gminnym domu kultury z okazji dnia matki czy święta edukacji narodowej, ale
jedną scenę z prawdziwego zdarzenia zaliczyłam. Jakiś przegląd szkolnych form
artystycznych w gdyńskim teatrze muzycznym. Niejaki Turnau też wówczas grał, a
na sali mnóstwo ważnych, klaskających i niedowierzających person. Że też na
takiej prowincji, proszę, proszę…
W
pamięci najbardziej utkwił mi inny koncert, w mniej imponującym otoczeniu.
Widownia - wiejska salka, zwykle głucha i nieodwiedzana przez obywateli (chyba, że akurat jakieś wesele czy stypa),
audytorium - rodziny i sąsiedzi, powyciągani spod sklepu i z domostw na
bratanie się z kulturą. Cel: wycieczka do Malborka. Dzięki szczodrości publiki
został osiągnięty. Nie to było jednak największym sukcesem tamtego występu. Łzy
i duma w oczach dziadka, babci, mamy, taty – one zostały zapamiętane, nie
krzyżackie mury.
Otworzyłam
jakiś czas temu pokrywę pianina i po raz pierwszy od wielu lat wystukałam
sekwencję granych niegdyś dźwięków. Love
me tender, love me true… Pamiętam.
* mandolin –
ze słownika grypsery młodocianych muzyków
** szkoła była
w posiadaniu szerokiego asortymentu instrumentów i instrumentalistów, ale
profesjonalnej sali prób już nie, więc zajęcia (próby muzyczne z prawdziwego
zdarzenia) odbywały się na ogólnodostępnym korytarzu, który – w zależności od
zapotrzebowania - robił też za salę gimnastyczną i dyskotekę
*** już
naprawdę nic nie będę pisać o tych koszulach z bufiastymi rękawami; nic
niedziela, 23 września 2012
pogrzeb butów
Chciałoby się lepiej. Mocniej.
Więcej. Szybciej. Inaczej. Chciałoby się wcisnąć guzik, za pomocą którego
uruchomimy uśpioną machinę spełniającą to, co dotąd poza zasięgiem.
Ale chcieć nie znaczy móc. Niemoc
rządzi, ona kreuje historię kundli w schronach, tybetańskich mnichów,
nieurodzajnych plonów w czas suszy, wyobrażeń o nas samych. Bezsilni, bo
sparaliżowani marazmem, dusimy własną wolność. Bez niej jesteśmy plątaniną
chwiejnej irytacji. Frustracja rodzi podłość. Taki system obronny. Lecz przed
atakami z wewnątrz nie chroni. Jesteśmy zagrożeniem dla samych siebie. I
jesteśmy mali, zwłaszcza, gdy myślimy zgoła inaczej. Byle wiatr nas zdepcze.
Może więc trochę pokory?
Ja korzę się. Żałuję już w chwili
otwierania kłujących ust. Ale nie potrafię ich zamknąć na czas i rzeka
nikczemności wylewa się na brodę. Można było inaczej, mniej napastliwie,
przecież nie znoszę agresji.
Nie umiem przepraszać.
Pytanie, po co to wszystko. Dla
własnych korzyści? Efekty świadczą przeciw. Zresztą, gdzie nie spojrzeć, tam
nie warto. Tytułem magistra podcierają sobie tyłki miliony, szanownych profesorów
nie ma za co szanować, panowie dyrektorzy, samotni w swych prezesowych
fotelach, oglądają własne oblicza na retuszowanych obrazach. Czy nie lepiej by
było, jak mówi Poeta, leżeć na łące, z kawałkiem chleba w kieszeni, i patrzeć,
jak żyją chmury?
Wyluzować.
Wszystko kiedyś się kończy. Nawet
niezmordowane szpilki, które miały być zawsze. Pytanie, czy te, które będą po
nich, godnie zastąpią poprzedniczki i będą szły mimo deszczu czy brukowanej
nawierzchni. Pytanie, czy ułożą się do stopy.
Dużo tych pytań.
Chciałoby się lepiej. Mocniej.
Więcej. Szybciej. Inaczej. To jedyne wytłumaczenie.
poniedziałek, 17 września 2012
powrót z dalekiej podróży
Wycieczka była doszczętnie
niezorganizowana. Na bilecie nie wskazano stacji pośrednich. Tak naprawdę nie
było na nim też tej docelowej. Tak jakby wszyscy wiedzieli, dokąd zmierzają. I
owszem, udają takich. Zgrywają zorientowanych, niewzruszonych, podając konduktorowi
spoconą dłonią wymięty świstek. Czasem nawet spytają, od niechcenia jakby, o
której planowany jest przyjazd. A konduktor - on wie - spokojnie odpowiada, że
za trzy do czterech potknięć. A potem już z górki, na luzie, aż do wyhamowania
na jednym z głuchych murów wyrzutów sumienia. Na murze graffiti z niespełnionych
farb.
Moja podróż była w sumie wesoła.
Z konduktorem polubiliśmy się do tego stopnia, że częstował skonfiskowaną wódką
w przedziale dla wtajemniczonych. Miał nawet gitarę pod fotelem, ale o tym się
nie mówi. Powiem tylko, że tańczyć można nawet, gdy struny pozrywane. Przez
pociąg przewijali się ludzie. Mnóstwo ludzi. Kolorowi, pokraczni, niektórzy
zdziwieni towarzystwem. Nie z każdym dało się jechać. Wiercili się, wzdychali
niecierpliwie, za ciepło, za zimno. Narzekali.
Podobno ja narzekam. W zasadzie
to prawda, choć absolutnie wcale nie. Tłumaczę, że to wrodzone. Pieprzyki z
ironią. Mam je po przodkach, nie do usunięcia. Kiedyś w dowodzie osobistym było
miejsce na znaki szczególne. Powinni mi tam wpisać te znamiona. Nikt by się
wówczas nie dziwił. No bo ja taka z pozoru urocza niby. Że wszystko pięknie i słodko,
dopóki nie otworzę ust i nie zmarszczę czoła. Gdzie nie spojrzę, tam smagam
spojrzeniem. Zielone oczy krucjaty. Aż wstyd się robi. Mnie. Wstyd.
Ale niech ktoś mi powie, że nie
mam racji. No, słucham.
Tak naprawdę jestem miła. Do
bólu. Ten pluszowy króliczek, co ściska i tuli, nie jest w stanie zadusić mnie
czułością, bo ja jej mam aż nadto. Niespożytkowana jednak, po wejściu w związek
z tlenem, przechodzi w lotny stan krytyki. Tyle.
I lubię ludzi. Serio. Nawet,
jeśli ci się lubić nie dają. Jak ten środkowy wagon na trasie do niewiadomego
celu. Uprzejmie proszę nie otwierać okien. Bo wyskoczą. I to nie ja popchnęłam.
No spójrzcie tylko. Twarz anioła.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich
towarzyszy podróży. Macham im z peronu, patrzę, jak znikają w tunelu spraw
minionych. Teraz podnoszę walizę i idę. Trzeba zrobić pranie.
Wróciłam z dalekiej podróży.
Powroty zawsze są dziwne. Nieswoje. Ściany pachną inaczej, kot nie wyciąga się
pod drzwiami. No fakt, nie mam kota. Ale jest kilka ulubionych płyt, a na tych podejrzanych
ścianach wisi trochę wspomnień. I to one są domem, do którego zawsze będę
jechać, choćby na gapę.
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
wtorek, 21 sierpnia 2012
z lasu
z lasu pochodzą drzewa. Drzewa
mnie intrygują*. I ludzie. Ale ci są spróchniali. Kora z nich złazi, odkrywając
dziurawe wnętrze. Przez siatkę ubytków widać pień stereotypów, kompleksów,
bojaźni. Gałęzie chwiejne, niezdecydowane, drżą scenami z horrorów i baśni.
Liście zapłakane nad własną samotnią. Ludzie są słabi, bo są sami. A są sami,
bo są w tłumie. Roześmianym, chętnym, obcym.
Drzewa mają inaczej. Nigdy nie wątpią,
są tam, gdzie ich miejsce, nie przebierają w znajomościach. Jesteś obok, więc
jesteś ze mną. Tak jest i już. Ludzie – ludzie nie lubią spokoju. Komplikują,
szumią, gubią. Nie zapuszczają korzeni. A jeśli już, to cierpią więzienie.
Nawet, jeśli słodkie.
Nieważne, kim się jest.
Zakompleksioną wierzbą czy durnym klonem. Czy opierzasz się na wiosnę zielenią,
czy sztywno trzymasz igły uprzedzeń. Nie osiągniesz harmonii, boś nie drzewo.
Ty jesteś ten, który je zetnie na regał ikea.
Z lasu wróciłam i stoję. Czy
zawrócę?
*diagnoza
własna, niepotwierdzona
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
koniec świata. dni otwarte
Miałam napisać coś ładnego. Tylko
nie bardzo wiem, co jest ładne. Uroda to mało konkretne pojęcie. I dość mylące.
Bo czy, jeśli coś podoba się A, to tym samym i B? Przecież B może w ogóle nie lubić żółtego. Przykładowo ja do
żółtego nie mam żadnych zastrzeżeń. W zasadzie żółty jest w porządku i może
towarzyszyć mi w garderobie i na talerzu. Ścianę mam żółtą. Żółty podkoszulek.
Ulubiony. Ale załóżmy, że B żółtego nie lubi. Wówczas wszelki wysiłek włożony w
starania, język na brodzie i nieprzespana noc pójdą na marne. A ja się lubię
wysypiać. Jak każdy porządny obywatel. I jak gros nich nie potrafię tego
wykonać. Dlatego poprzestanę na tym i zamienię motaninę języka i czynów na
zaproszenie. Do ekspiacji. Bo nadchodzi koniec świata. Udaję się na jego
powitanie w asyście własnego potępienia. Wtapiam w zielone oblicze nicości i
oczekuję innych dusz, które błądzą. Ciebie. Ciebie. I ciebie też. Brew twa
unosi się, jesteś skruszonym grzesznikiem. Albo tylko grzesznikiem. Chwila na
zadumę i zgrzyt zębów. A teraz dobra wiadomość. Na końcu świata jest czyściec.
Takie miejsce, co przyjmuje wszelkie przewinienia. Bez słowa. Zamyka je w
zielonej paszczy i mieli. Czego nie połknie – odda. Bez teczek, wyrzutów
sumienia i zaschniętych pretensji. Na końcu świata zmieniają się perspektywy.
Można nabrać dystansu pełne usta. Zapraszam.
Teraz mapa, gdyż O. - słusznie zapewne - uważa, że bez mapy
się nie da. Mam dość lękliwe podejrzenia, że nawet najlepiej rozrysowana mapa w
tym akurat wypadku na niewiele się zda. Koniec świata to kompletnie zapadły w
kosmosie punkt. Trafić tam najłatwiej przez przypadek. Dziadek mój znał takie
historie. Ale dziadek już ich nie opowie, ja natomiast muszę spowodować, że czyjeś
spragnione odkupienia stopy trafią na odpowiednią ścieżkę. Myślę, że
najprościej będzie kierować się przed siebie. Po drodze trzeba minąć Kostarykę,
ale minąć, a nie rozbić namiot w oczekiwaniu na samonalewające się drinki z
palemką lub bez. Dopuszczalny jest co najwyżej przystanek na siusiu i zabranie
dodatkowej porcji pasażerów. Tylko nie wyłączać silnika! Może nie zaskoczyć i trzeba
będzie pchać. A to niezbyt miłe, biorąc pod uwagę fakt, że tam często korek. I dalej,
na wprost (uwaga na radary). Aż do skrzyżowania rzeczywistości z bajką, jakieś
trzydzieści kilometrów za zamkiem. Potem już tylko wiatr we włosach i jazda do
lasu. Proszę tylko mieć baczenie na niezidentyfikowane przez jakiekolwiek urzędy pojazdy mechaniczne na trasie. Im ich więcej, tym bliżej celu. Są tacy, co twierdzą, że będą u niego, gdy zapadną się po kolana w zgniłe
pole. Może i tak, lato tego roku mokre.
Prawdopodobnie nikt nie trafi.
poniedziałek, 30 lipca 2012
doznanie fenomenu o czwartej po południu
To było dziś. Popołudnie jak
zwykle, przed zmęczonym wieczorem, po przeciętnych trzech kawach. Bez cukru. Z
mlekiem. Trzecia nigdy nie smakuje, jak powinna. Może dlatego, że nie palę.
Posuwistym - ale nie, że płynnym,
bardziej wleczonym - krokiem zmierzam ku kolejnej dawce strwonionego dnia. Jest
pod górę, jak zwykle. Jest ciepło i mokro. Bez rewelacji. Kalafior w sklepowym
koszyku przekonuje o bezsensie wszelkiej aktywności. W zasadzie po co ten
kalafior. Można było wypiąć się na jego modyfikowaną erudycję i pójść w drugą
stronę. Na przykład na plażę.
No tak, ale ma padać.
Więc brnę dalej. Pieczywo,
nabiał, nuda. Żeby chociaż coś. Jakiś lokalny armagedon, kłótnia przy kasie czy
wywrotka skrzynek z tyskim. Bezwstydny taniec pragnień. Trzeba było wziąć tę
mniejszą główkę. Pójdzie na zmarnowanie. Szesnasta pięć i dalej nic.
Dwadzieścia minut później było
już po wszystkim. Powietrze jeszcze dyszy z emocji, nie wierzy w złamaną
dopiero co przestrzeń.
Ale od początku.
Stała tam. Wyniosła, milcząca
sprawczyni parkosyzmów. Mityczna istota, przedmiot kultu mocarzy kilku
dziesięcioleci. Wielka, piękna, mocna. Straszna. Zaszeptana legendami, nie
zdradza, ile w nich mitu. Lubi, że gadają. A mówią, że wiedźma. Modliszka,
pożerająca niewinne nerki dzieci, acz księżą podłością zbrodniarzy nie gardzi. Ssie
limfę przez rurkę z wydechów, wypluwa truchła na bruk. Lub wciąga na wieczną
niepamięć, nie szukaj porwanych. W jej ochach przeszklonych enigmą przegląda się ciekawość. Trochę się przez to wywyższa, ale nic nie
zrobisz. Ma przewagę, jest starsza.
Czarna Wołga, rocznik 77.
Czarna Wołga, rocznik 77.
Nie wychodzi przed szereg, sącząc
cień z ukosa przygląda się światu. Prychająca wyrocznia. Wie, ile kosztuje
przyjaźń. Podobno ile miłość, też. Taka mądra. Jak to kobieta po przejściach.
Ale nie powie. Każe szukać odpowiedzi, sama milczy jak zaklęta, jak zgwałcona
ofiara prawdy.
Czarna Dama sopockich alejek.
Dosiada jej Rycerz bez Kopii, był jej kochankiem nie raz. Destrukcyjna
namiętność wypala baterie, składa wycieraczki, przegania splin. Nieśmiertelni
królowie szos. Na złamanie skręconych kręgosłupów. Cwał, szał, srebrna gałka
błyszczy w mroku.
Każdy chce, każdy pragnie, ale
nie wszystkim jest dane. Zanurzyć się w jej przestronne, ciepłe wnętrze. Trzeba
odwagi – to jedno, zaproszenia – drugie. Piętnaście po czwartej trzasnęły drzwi,
zadrżały uda, kalafior przetoczył się w torbie. Jestem częścią historii, której
nie znam. Przejażdżka po torze niewiedzy. Dziesięć minut, na które spuszczę
zasłonę uśmiechu. Dziesięć minut to dużo czasu. Można wjechać na szczyt. Nawet dwa
razy. Podobno.
wtorek, 24 lipca 2012
m jak moda na seks
Serialami Polska stoi. Seriali
się nie ogląda, ale się je zna. Zamknięte za szybką plazmy komplikacje
zaplątane w zębowy aparat niełatwych losów sztucznych nas. Sztucznych, bo
nieprawdziwych, zmontowanych z paranoi i niemożliwości. Lubimy te obłąkane
historie, w końcu takie wyjęte z pudełka zdrowego rozsądku. Między jednym a
drugim blokiem reklam nieco zaciera się szary wtorek nudnych widzów. Wena,
telenowela, bareizm. Skrywana ciąża i miłość do własnej siostry. Intrygi w
przedszkolu, morderstwo za kanapkę z pleśniowym serem. Dostateczna porcja cudzych
problemów i ekscytacji. Nie my, oni.
Wpatrzeni w ekran nie zauważamy,
jak te przerysowane role pęcznieją i puchną, nie mieszczą się w pudle, wyłażą
do pokoju. Siadają w waszych ulubionych fotelach, chwytają pilota i zmieniają
kanał. I kto ma teraz władzę? Kto patrzy, kto gra? Jaki jest twój udział w spektaklu?
Telenowela trwa, odcinek trzy tysiące pięćset dwudziesty siódmy. Reżyser jest bezlitosny,
masz dążyć ku destrukcji. Zabij swoje ja, teraz masz być nim. Z nim. Nie, nie z
tamtym. Ten był czterdzieści odcinków temu. Teraz podpal dom. Już w nim nie mieszkasz.
Co taki zdziwiony, tragedia musi być, inaczej nie ma komedii. A na koniec wino z
bąbelkami. Świętujesz porażkę szacunku do siebie i całego planu zdjęciowego.
Zagrani, zafajdani, zgubieni.
Wyłączcie telewizor. Telewizja kłamie.
Wcale nie kochasz własnej siostry. Nie daj sobie wmówić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)