niedziela, 22 kwietnia 2012

zapach wiosny

Nosi mnie. Palce swędzą nad klawiaturą, szukają ujścia. Długo błądziły uganiając się za odpowiednim kształtem, długo go nie znajdowały. Cierpiały przez to bezgłośnym jękiem, wstydziły się własnej przykrej niemocy. Próbowały ją zalepiać wymuszonymi, niespontanicznymi kawałkami powycinanymi z powietrza i kurzu, bez szczególnej wartości i spodziewanej jakości. Brakowało impulsu, iskry w lampce, prądu. Zamiast nich sceptycyzm. Rozpływał się w żyłach, coraz głębiej i szerzej, rozczapierzał w znieruchomiałych dłoniach czarną krew akinezji. Brakło barw. Znikąd pomocy.
Nieprzystawalność to przekleństwo.
W mało oczekiwanym acz wyczekiwanym momencie przetarło się. Kolory zza chmur  zadrżały nieznanymi odcieniami, subtelności nowych tonów każą dociekać praprzyczyny. Czy to oddech porannego lasu pod stopami? Czy język coraz bardziej zuchwałego słońca na policzkach? Może po prostu zrozumienie praw rządzących naturą? Każde wzniesienie ma swój szczyt, tak więc kiedyś będzie z górki. Noc nad ranem się odczerni. Niemoc, choćby przeraźliwie rozwlekła, znudzi się i zniknie. Nie było jeszcze takiej zimy, której nie wyparłaby wiosna. A wówczas -
Tak to widzę: ultrazielona biel źrenic – pytanie. W odpowiedzi błękit wyblakły czerwienią zachodu. A może to wschód? Co rozsypało kredki na widnokręgu? Początek czy koniec?
Nieważne. Jest dobrze. Płynnie jest.
Kot mruczy obok, przygląda się z falistym spokojem. Pod lewym okiem ma łzę, co nigdy nie spływa. Mądrość wielu żyć. Po co się zrywać, samo przyjdzie.
Wiedział.
Naśladować go nie sposób. Kręcę się, motam, nabuzowana wzbierającym entuzjazmem. Idzie w górę, gdzieś z okolic przepony. Już objął ramiona, masuje kark. Już się nie wzbraniam, przecież przyjemnie. Lecz zamiast odprężenia pobudzenie, podniecenie cisnących się na oczy słów. Co z oczu, to z wnętrza.
Oczy. Ocean ciekłej szczerości. Przepłynąć, zachłysnąć się. Dać się pozanurzać. Najpiękniejsza obietnica, wymownie nieznośna, niecierpliwa, ciekawa. Jeszcze bez szkicu, kontur niejasny. Nawet nie wiadomo, czy z tego tworzywa da się coś wyrzeźbić. To nieistotne. Liczy się zagadka, co kwitnie beztroskim uśmiechem. Kąciki ust unoszą się, chciałyby odsłonić zęby, jeszcze nieśmiało, jeszcze ostrożnie, ale natarczywie. Poddaj się życiu, płyń razem z nim. Pod prąd tylko, gdy nikt nie patrzy. Wtedy można sapać.
Nie ma nic lepszego od wolności. Nie ograniczaj się.
Bursztyn.

piątek, 20 kwietnia 2012

do Zmyślonego

Patrzę na ciebie, widzę cię. Obserwuję. Lecz nie ufam własnym zmysłom. To niemożliwe. Takie rzeczy się nie zdarzają. Pewni ludzie nie istnieją. Niektórych wielomianów nie można wyliczyć. Więc ciebie nie ma. Nie ma też w nas dzieci. One zmuszone były szybko dorosnąć. Zanim zdążyły pomyśleć, wyskoczyły z tenisówek, nie dokończywszy przydziałowej masy budyniu. Dorośli nie siedzą w piaskownicy i nie śpiewają nic nieznaczących rymów. Nie dyndają nogami nad ziemią zbliżającą się i oddalającą w rytm huśtawki. Nie przyznają do strachu przed dentystą. W ogóle udają bardzo odważnych. A ja nie zawsze potrafię schować strach. Zdradzają mnie oczy. Ciebie nie. Ty jesteś taki lekki. Swobodny. Niewymuszony. Dlatego nie wierzę w twoje obawy. Nie wierzę ci. Twierdzisz, że jesteś w stanie zrozumieć zagubienie, a podsuwasz mi pod nos niedościgniony ideał opanowania. Nawet, jeśli w środku wszystko drży. Mówisz: nie ma ideału. Tymczasem epatujesz doskonałymi wzorcami, i to od niechcenia. Wkurza mnie to. Mówisz: nie potrafię przelewać siebie na papier, po czym robisz to w sposób wymagający od czytelnika, odbiorcy, maksymalnego skupienia. Nie dlatego, że źle związane składnią. Dlatego, że dobre. Bardzo. Nieoczywiście oczywiste. Mnie takie nieoczywistości kosztują sporo pracy i zwątpień. Chcąc być szczerym wobec siebie, muszę w obliczu wytworów twojej (nie)świadomości zakwestionować własne umiejętności. Teraz wątpię jeszcze bardziej, teraz chcę zaniechać, rzucić, obrazić się i sobie pójść. Jak dziecko. Ale dzieci przecież nie ma, nie ma. Nie możemy się do nich przyznawać, dlatego siedź cicho, do cholery.
W sześćdziesiąt tygodni i tak nie zdziałasz nowego życia, tak myślę. Mam już blisko do autopsji. Mój deadline, który miał być spektakularny i uwalniający, okazał się mirażem. Prawdziwa śmierć marzeń. Uważaj więc. Może te dziesięć tysięcy godzin trzeba spożytkować inaczej. W końcu dorośleć.
I tak wszyscy jesteśmy sami.
Jesteś zmyślony. Nie ma cię. Oszukujesz. Nieładnie kłamać. Zwłaszcza, gdy ofiara matactwa jest tak niepewna własnego cienia. Gdy chciałaby wierzyć, że ktoś inny, kogo męczy – jak mnie - codzienność, pragnie porozmawiać, a nie powymieniać się przeżyciami. Do tego nie planować korzyści, płynących z takiej niepowszedniej komitywy. Tylko żyć, żyć jakby to był ten ostatni, egzotyczny dzień.
Jesteś zmyślony.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

dziesięć tysięcy godzin

Kim jesteś, by mieć prawo do buty? Hardyś, wydaje ci się, żeś kimś. Że możesz wiele. Dobrze. Bardzo dobrze. Bardzo teatr. Komedia pomyłek. Nieopatrzne złe zakończenie. Ups. Nie myślałeś, że można tak się pomylić. Niespodzianka, oczy pieką straconymi złudzeniami. Ale spokojnie. Masz prawo do drugiego rzutu. Tylko skup się, wiesz już, jakich błędów nie popełniać. Raz, dwa, trzy. No i co to było? Dlaczego znowu słupek? Słaby jesteś, człowieku. Dziesięć. Dziesięć tysięcy godzin. Tyle potrzeba na osiągnięcie mistrzostwa. Zbyt wiele, nie dasz rady. Brak ci talentu. Tak, właśnie jego ci potrzeba. I lustra.
Ale to nie zadziała. Nie potrafisz brać nauczki. Ty patrzysz i widzisz innych. Nie siebie, innych. Złośliwych, nieprzyjaznych, nieżyczliwych egoistów. Kretynów percypujących tylko własne, wypielęgnowane paznokcie. Rozszalałych wariatów, wokół których należy stąpać ostrożnie. Albo pogubionych, zdesperowanych agnostyków, którzy w oczach wypisaną mają prośbę o odrobinę zainteresowania. Chociaż trochę, ciut. Nie patrz, lepiej nie patrz. Tam tylko żal. Spójrz lepiej w głąb. Pogadaj z tym zniesmaczonym ludzikiem. Wytłumacz mu, powiedz...
On może nie zrozumieć. Jest niespokojny, wystraszony. Do tego rozczarowany. Duch wiecznej negacji. Bo poniedziałek. Bo deszcz, gdy nie ma parasola. Brak deszczu, gdy parasol jest. Mandat mimo tego, że pan policjant bardzo sympatyczny. Ciepła zupa. Zupa musi być gorąca… Bezsilność. Samotność. Bo babcia cię oszukała. Wmawiała ci, że jesteś wspaniały, głaskała po głowie, karmiła budyniem. A ty uwierzyłeś. I nadal to robisz. Głupi. Naiwny. Zobacz, chodzą wokół ciebie na palcach…
Nie jesteś wspaniały. Nie jesteś lepszy od innych. Wielu jest lepszych, wielu. Ile jeszcze razy będziesz to odkrywać?

sobota, 7 kwietnia 2012

co znaczy wierzyć

Pewnego dnia stajesz w miejscu. Zatrzymujesz się nagle. Nieważne, co właśnie robisz. Myjesz zęby, patrzysz w niebo czy kupujesz bułkę. Wszystko działa, jak dotąd: woda leci z kranu, zachmurzenie umiarkowane, pani nie ma reszty. A ty ani drgniesz. Masz przed oczami czarne objawienie: własną niemoc sprawczą. Świat nic sobie nie robi z twoich czystych zębów. Deszcz spadnie niezależnie od zaplanowanej garderoby. Zjesz śniadanie czy nie - nic to nie zmieni. Nie jesteś żadną istotną postacią na tej scenie. Twoja rola znaczy mniej niż nieme drzewo w szkolnym przedstawieniu. Zawsze o tym wiedziałeś, ale dzisiejsze, ranne lustro wykrzyczało ci to w twarz. Nieruchomą i milczącą. Odrętwienie.
Przed marazmem się ucieka. Najłatwiejszy i najgorszy sposób na problemy. Chyba, że bieg ten jest jednocześnie pogonią za celem.
Jakiś czas temu pisałam o spełnianiu marzeń. Krótki tekst, w którym zawarte było więcej, niż mieszczą najobszerniejsze traktaty filozoficzne. Kluczową treścią zapakowaną w zdawkowe słowa było zagrożenie, jakim są dla nas samych zbyt nisko umiejscowione dążenia. Zakładać osiągnięcie czegoś, co wydaje się być do zrobienia – to porażka. Trucht na lekki pagórek. Na jego szczycie nie ma spektakularnych widoków. Stawienie czoła prawdziwej, kolosalnej górze – dopiero to może dać smak satysfakcji w ustach. Koniecznie metaliczny - niczym krew, słony - niczym pot, intensywny jak wysiłek włożony w zdobycie wyżyn swoich dyspozycji.
Co zatem mogło być moją górą – celem, której zdobycie miało tak boleć, by przynieść ukojenie i przetrzeć mgłę? Jeśli nie potrafisz ustalić nic nadzwyczajnego do pokonania, weź coś, co udało ci się już osiągnąć i pomnóż przez dwa.
I tak zrodził się zuchwały plan. 21 kilometrów i 97,5 metra.
Tak, lecz plan to jedno, a wykonanie – drugie. Zwłaszcza, gdy nigdy nie przebiegło się więcej, niż 14 kilometrów, a do rzeczonego startu został… miesiąc.
Ale nie ma to, jak wsparcie przyjaciół. Mając takiego Trenera jak ja, każde niemożliwe może się urzeczywistnić. Nawet półmaraton w wykonaniu blondynki. Dodać trzeba: kompletnego amatora w biegach długodystansowych.
Jak się prędko okazało, samozaparcie to nie wszystko. Organizm szybko ściągnął mnie na ziemię. By nie wdawać się w szczegóły powiem tylko: bolało. Zaprzyjaźnij się z bólem, a już nigdy nie będziesz samotny. Dobre sobie. Kiedy chcesz przegonić czarne plamy, kontuzja równa się frustracja. Dziesiątki mądrych, doświadczonych głów miało mnóstwo pomysłów; ilu myślicieli, tyle teorii i terapii. Maści rozgrzewające kontra chłodzące, ćwiczenia rozciągające kontra wzmacniające, nieodpowiednie buty czy zła technika biegu, krzywe plecy, za krótka noga, zdeformowana stopa, problem w diecie bądź nieodpowiednim nawadnianiu… Do tego ta cholerna książka*, która w miesiącu poprzedzającym pierwszy długi bieg wywróciła moje pojmowanie biegania do góry nogami. Dosłownie. Tarahumara. Indianie biegający setki kilometrów w górzystym terenie, mając na nogach prowizoryczne obuwie. Skórzane, własnoręcznie wykonane, naprawdę minimalistyczne sandały. Żadne tam specjalistyczne, amortyzowane Asicsy, wyposażone w pakiet technologicznych bajerów, wspomagających i ochraniających stopy, nogi i co się tylko jeszcze da. Tarahumara biegają bez tych wspomagaczy i biegają nieludzko dobrze. Obok nich człowiek-legenda, Caballo Blanco, białas, który porzucił cywilizację i odważył się wejść w świat urodzonych biegaczy. Otrzymałam instrukcje, by książkę przeczytać, ale wziąć z niej tylko tyle, ile trzeba. Znaczy: nie wariuj kobieto, naucz się spokoju i przekładaj treści na naukę indywidualnie dopasowaną do ciebie i twoich potrzeb. Nie udało się. Ta książka w bardzo nietrafiony czas próbowała mi udowodnić, że najlepsze buty są najgorsze, ponieważ ludzie zostali tak zaprojektowani, by biegać boso. Stopa, idealna boska konstrukcja rozleniwia się w obuwiu, zwłaszcza takim, które pozwala jej na próżniactwo. Czyli, podążając tą ścieżką, kupując moje superwypasione Brooksy, za dwa razy większe pieniądze dostałam dwa razy więcej bólu. No i draka gotowa. Obwiniałam o swoje słabości wszystkich świętych, łącznie z autorem książki, dopiero na końcu siebie. Desperacja narastała, wiara nikła. Do czasu, gdy w trakcie lektury trafiłam na ten oto fragment:
…prawdziwy sekret Tarahumara: otóż oni nigdy nie wyrzucili z pamięci miłości do biegania. Pamiętali, że bieganie było pierwszą prawdziwą sztuką uprawianą przez ludzkość, naszym najpierwszym natchnionym dziełem.
Tylko tyle i aż tyle. Włącz uśmiech, wycisz myślenie, wyłącz kombinowanie. Po prostu biegnij i się tym ciesz. Koniec końców, co mogłam, to zrobiłam. Założenie: pełen luz i zabawa. Do chwili startu nie do końca zrealizowane, ale to pomińmy. Po wystrzale zaś świat się zmienił. Pozwolę sobie w tym miejscu na jeszcze jeden cytat, tym razem z innego dzieła, autorstwa pewnej zacnej zebry: bieganie jest superaśne!** Tydzień temu z pewnością takie było.
A meta… Na mecie schodzi z ciebie całe ciśnienie, wywołane przez obiekcje dotyczące własnych możliwości. Balon nadmuchany do niewiarygodnej objętości odfruwa z piskiem. Pokonałeś swoje demony. Przegoniłeś je. Jesteś zwycięzcą. Zwycięzcy czasem płaczą.
Wracając jeszcze do cytatów. Człowiek  nie przestaje biegać, dlatego że się starzeje. Człowiek się starzeje, dlatego że przestaje biegać. Nie mogłam sobie odmówić.
Kilka dni temu Caballo Blanco wyszedł na swój ostatni bieg. Chciałam nie pisać o swym pierwszym półmaratonie, ponieważ dla prawdziwych biegaczy to „tylko połówka”. Wiadomość o odejściu Caballo zmieniła tę decyzję. Dopiero co się dla mnie narodził, a już umarł. Tydzień temu, w Poznaniu, biegłam trochę dzięki niemu, dlatego dedykuję mu mój prywatny tryumf. Wiem już też, że presja biegu po wynik jest ok., ale to nie jest pierwszy powód, dla którego się biega. Nawet nie drugi. Dzięki, Caballo.
Korzystając z okazji i panegirycznego charakteru, jaki obrał niniejszy wpis, składam na forum podziękowania dla wszystkich, którzy trzymali kciuki. Szczególnie zaś dziękuję tym, którzy faktycznie i fizycznie przyczynili się do mojej osobistej wygranej. Szanowny Trenerze***, Drogi Dyrektorze Sportowy, niesamowity Klubie Kibica – co się będę rozwodzić, sami wiecie.
Co znaczy wierzyć? Wierzyć znaczy walczyć.

* C. McDougall, Urodzeni biegacze
** No co, bajek nie oglądacie?
*** Osoby zainteresowany usługami Najlepszego Trenera na Świecie proszone są o kontakt. Jako pośrednik pobieram dziesięć procent. Płatne z góry.

piątek, 30 marca 2012

Ludek

Skąd się wziął ów przydomek współlokatora – nie wie nikt. Jest kilka teorii, prawdopodobnie żadna nie jest prawdziwa. Wszystkie powstały w oparach doskonałego nastroju, będącego wynikiem działania sił nieczystych oraz mieszanki etanolu i kurzu z książek. Nowy kolega rozgościł się już na dobre w swym surowym królestwie. I Bogiem a prawdą, nikt już nie pamięta, jak wyglądało życie bez niego. Domowa symbioza nastąpiła szybko, choć nie do końca zgodnie z przewidywaniami.
Oczywistym jest, że Ludek mianowany został domownikiem dzięki swemu nienagannemu ułożeniu. Wrażenie zrobił dobre. Wysławiał się ładnie, wyglądał schludnie, do tego nie miastowy, a przyjezdny. Same plusy. Taki grzeczny, kulturalny chłopiec. Szybko udowodnił nam, jak mało jeszcze wiemy o życiu. Grzeczni i ułożeni panowie nie istnieją. Zwłaszcza wśród studenckiej braci.
Ale od początku.
Zaiste, tyle kobiety wiedzą o sobie, ile usłyszą od mężczyzn. Tych, którzy nie mają interesu w naginaniu prawdy. A Ludek, zdaje się, przesadnym pochlebstwom się nie oddaje. Hołduje zasadzie: rób tak, by ci było wygodnie, ale zanadto sobie przy tym nie komplikuj. Prostą wypadkową takiej filozofii jest szczerość. Jak w mordę strzelił szczerość. Od momentu  zajęcia środkowego pokoju współlokator prowadzi obserwacje. Gromadzi w ten sposób argumenty obalające mit dystynkcji dam z klasą. Wysoki sądzie, one śpiewają, choć nie powinny; i potrafią bekać. Nie powiem, co jeszcze. Ja też nie powiem. Jakoś tak się stało, że obawy o brak swobody, związane z posiadaniem w mieszkaniu osobnika płci przeciwnej, zdematerializowały się. Rzec można nawet, iż od momentu, gdy Ludek jest z nami, nasze dobre maniery trochę jakby zdziczały. I absolutnie nie przyczynił się do tego kolega, nadal twierdzę, że to dobrze wychowany człowiek (dodałabym: młody, ale przecież tu sami młodzi). Tylko kwestia kultury osobistej to szerokie i płynne niczym Huang Ho zagadnienie. A gdzie woda, zwłaszcza żółta, tam dowolność interpretacji.
Bo my też prowadzimy badania i czynimy spostrzeżenia. Konstatacje, które są ich rezultatem, dotyczą w zasadzie szerszej populacji, nie samego Ludka. Powiedzmy, że na ich podstawie wysnuć można wzór współczesnego studenta*.    
I oto, jak w dzisiejszych czasach wyewoluował nowy (nad)gatunek: superstudent. Do grona tego zaliczają się raczej panowie. Z prostego powodu: superstudent jest minimalistą. Ogranicza się do jednego. Jedna torba, jeden stół na nogach, jeden stół na kółkach, jedno krzesło, jeden kalendarz (ale z podobiznami wielu pań), jedna strefa czasowa. Zgoła odmienna od naszej. Biorytm superstudenta działa bowiem na nieco innych zasadach. Organizm wybudza mu się około godziny trzynastej. Do czternastej zastanawia się, czy opłaca się wstawać, a potem ci, którzy są nudni i muszą chodzić do pracy wracają z niej, więc naczinajetsia bal. Czy ktoś właśnie stwierdził, że nieprawidłowo przeszedł przez studia? Też tak mam.
Czym żywi się superstudent? Ogólnie jest samowystarczalny, ale kiedy już musi jeść, wstaje z kanapy i w akcie pogardy dla sowitych zapasów od mamy udaje się do tureckiej restauracji, w której serwują mięso o dającej do myślenia powierzchowności i równie zagadkowej narodowości, zawijane z polską cebulą w kawałek pergaminu mejdinczajna. W ten sposób superstudent wspomaga dwie organizacje pożytku publicznego: małą przedsiębiorczość międzynarodową oraz głodne polskie dzieci. Tym ostatnim przypadają w udziale cykliczne paczki żywnościowe przygotowywane przez wspomnianą już, wspaniałą mamę. Uszanowania dla mamusi!
Mimo wyśmienitej diety i ciężkiej pracy superstudent organizm ma słaby. Podatny jest na liczne schorzenia, z których najczęstsze to bóle różnego pochodzenia o nasileniu zawsze za dużym. Mówią, że studenci zbyt dużo piją i dlatego ich boli. A jak mają nie pić, skoro ich boli? Gorzej, gdy tradycyjne specyfiki nie pomagają. Wówczas od razu stół operacyjny. Z tego powodu superstudenci nie mogą sobie pozwolić na chwilę choćby nieuwagi. A jeśli już się zdarzy, to po skomplikowanym zabiegu czeka długa i bolesna rehabilitacja. Trzeba na przykład chodzić w pończosze, leżeć do góry brzuchem i ciężko wzdychać. Koszmar.
Superstudenta cechuje olbrzymia wręcz empatia. Martwi się, przejmuje, angażuje. Dzwoni, czasem nawet nocą, by upewnić się, że wszystko w porządku, nie zjedli cię żadni otyli ludożercy, nie wciągnęła czarna dziura. I zawsze wtedy jakiś taki rozmowny, wesoły i nieśpiący jest. O czwartej trzydzieści dwie.
A, superstudent ma gest. Nie przynosi kobietom kwiatów, od razu całe żywopłoty. Co się będzie ograniczał.
W czym jeszcze superstudenci odstają od stereotypu zwykłego śmiertelnika? Potrafią sprzątać. Tak przynajmniej utrzymują. Nie obawiają się też nowych wyzwań, przykładowo żelazka. Techniki pracy wymyślne, skutki różnorakie. Trzymałem mopa? Trzymałem. Prasowałem koszulę? Prasowałem. Czy podłoga czysta, a koszula bez zagnieceń, to insza inszość. Liczy się odpowiednie kreowanie wizerunku.
Wady? Nieliczne. No, może problemy z nawigacją. W sopockich lasach bywa niebezpiecznie, zwłaszcza nocą, zwłaszcza na mrozie. Tyle się teraz słyszy o tajemniczych zniknięciach, a wyszli tylko do kiosku po papierosy. W kapciach. Gdyby nie telefon do przyjaciela, gatunek ów mógłby być poważnie zagrożony wyginięciem.
Supertudenci posiadają liczne pasje. Hobby modelowego superstudenta musi być nietuzinkowe. Uprawianie sportów czy zbieranie znaczków pocztowych – to dobre dla lam. Jak już kolekcjonować, to coś konkretnego. Na przykład znaki drogowe. Z naciskiem na sygnalizatory świetlne.
Pasje to jedno, talenty – drugie. Superstudent skazany jest na żywot wśród swych licznych uzdolnienień. Ludek na przykład najlepiej na świecie wykonuje męskie partie ludowych piosenek. Barytonem. Artystą jest wszechstronnym, ach skromnym. Śpiewa. Tańczy. I do tego wszystkiego jeszcze pisze. Kto ciekaw, zapraszam tu.
Reasumując: co facet w domu, to nie nuda. A co student, to przygoda. I zagadka, co zastaniesz po weekendzie, gdy zostawisz takiego modela samego „na kwadracie”. Ludek sam w domu. Wynik powyższego eksperymentu poznam w niedzielę. Najgorsze, że nie będę mogła go opisać. To się nie będzie nadawało do publikacji.

* pracuję właśnie usilnie nad zabezpieczeniem się przed ewentualnym pozwaniem o obrazę czci i honoru z jednej strony i krwawą zemstą z drugiej, ale chyba dość nieporadnie… Tłumaczenie, że kolega był punktem wyjścia do niniejszych rozważań, a wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń realnych jest zupełnie przypadkowe raczej na zbyt wiele się nie zda; ale brnąć potrafię jak nikt inny, więc taka niech będzie wersja oficjalna. Uwaga jednak: ostatnio komuś, kogo zastanawia blogowa otwartość napisałam, że nad słowem pisanym ma się kontrolę i to jest przewaga; nie daj się złapać w pułapkę pisanej szczerości. Ty też.

niedziela, 25 marca 2012

współlokator

Bywa, że trzeba zmierzyć się z nie do końca pożądanymi zmianami. Constans nie istnieje. I dobrze, bo byłby przejmująco nudny. Przed nowym i nieznanym postawione zostało jakiś czas temu najsympatyczniejsze lokum w Sopocie; dokładnie, to z rozlewnią szczególnie udanej cytrynówki. Stanęło ono mianowicie przed koniecznością wymiany nie tylko okien (przez które zaprawdę widać świat), ale i lokatora. Choć trudno w to uwierzyć, nie każdy marzy o tym, by wiecznie rezydować w raju. To co, że przereklamowanym. Raj to raj. Z jednym wolnym pokojem.
Z uwagi na specyfikę i koloryt pozostałych domowników, profil poszukiwanego lokatora ograniczył się do płci nadobnej. Wiadomo, panowie nie rozumieją problemów z zespołem napięcia przedmiesiączkowego, pomiesiączkowego i międzymiesiączkowego. Do tego nie sprzątają i nie można od nich pożyczać ciuchów. Ogłoszenie zatem niosło treść jednoznacznie zdefiniowaną: poszukujemy współlokatorki. Wszystko zostało weń ujęte: że zamieszka ona w środkowej komnacie i dołączy do grona Sopockich Królowych Spod Lasu. Że, aby tak się stało, musi spełnić kilka królewskich wymogów. A więc dobrze, by była dziewczyną pracującą (taka się nie wyprowadzi po sesji), ewentualnie (bardzo ewentualnie) studentką, w wieku do 30 wiosen (cobyśmy się dogadały), niepalącą (lub mającą upodobanie w częstym przewietrzaniu się na zewnątrz budynku), lubiącą porządek (uwaga! dyżury sprzątania!), komunikatywną (chodzi o to, by wszystkim mieszkało się dobrze), wypłacalną (bo czynsz i opłaty muszą być uregulowane na czas), lubiącą peerelowskie klimaty (to NIE jest nowe budownictwo); gotować nie musi (choć byłoby miło; w tajniki przygotowania cytrynówki w razie czego byśmy ją wprowadziły). Napisałyśmy jeszcze kilka mniej istotnych szczegółów, o pięknej okolicy, ekskluzywnym sąsiedztwie, bla bla bla, podałyśmy detale lokalizacyjne i zaprosiłyśmy Królowe do składania ofert. Po opublikowaniu tegoż ogłoszenia usiadłyśmy wygodnie, poprawiłyśmy garderobę i wzięłyśmy głęboki oddech. Byłyśmy gotowe na szturm.
Nieoczekiwana cisza początkowo zaskoczyła. Naładowane na ofensywę telefony milczały. Droczyć można się przez chwilę, to nawet wciąga i dopinguje, ale niecierpliwość nasza (i niemiła ewentualność większego czynszu) paliła w stopy. Kilka spotkań na szczycie, gorących debat przy braku stołu – i zdecydowałyśmy zredukować nieco profil nowej domowniczki. No dobra, niech już będzie studentka, nie tylko w ostateczności, w ogóle niech będzie.
Ale telefony nadal głuche. Śmierdząca flauta. Rozkręcić, przedmuchać, podać pin.
Nic.
Przecież nie zażyczyłyśmy sobie nie wiadomo czego. Pominęłyśmy na przykład warunek zaprezentowania talentu wokalnego (dość istotna kwalifikacja w rzeczonym domostwie). Nie wspomniałyśmy też o egzaminie z kreskówek. Może ludzie nie mają poczucia humoru? Może nasze, jakże niekonwencjonalne, ogłoszenie, odstrasza? Kto o zdrowych zmysłach (o które siebie, na marginesie, nie posądzamy) zamieszcza podobny anons? Nikt go poważnie nie potraktuje.
Uspokojone takowym tłumaczeniem, zmieniłyśmy ogłoszenie na pospolite w formie i treści. Takie tam Sopot, wolny pokój w samodzielnym mieszkaniu, dla studentki.
I nic.
Żarty się skończyły. Nikt nie chciał z nami mieszkać! Samoocena i samozadowolenie spadały z prędkością światła. Razem z krzyżykami w kalendarzu.
I stało się. Zmuszone okolicznościami, z wielkim bólem i wbrew religijnym przekonaniom, drżącymi palcami dodałyśmy w naszej niepopularnej internetowej notce zapis dla studentki/studenta (czytaj: facet, cholera, też może być, co mamy robić?)
I przyszedł.
Stanął w ciemnym natenczas korytarzu - i gdzieś przepadły grobowe nastroje związane z  koniecznością wpuszczenia mężczyzny do gniazda sopockich amazonek. Właściwie to o co chodziło z tym współlokatorskim feminizmem?
Przyszedł i został. Są tacy, co twierdzą, że ma facet szczęście. Ja bym była oszczędna w przesadnym zazdroszczeniu. Komu można w tym układzie zazdrościć, i czy nie wypadałoby raczej współczuć, może napiszę następnym razem. O ile Ludek w Krainie Amazonek nie przetnie mi do tego czasu pępowiny z ruterem.

poniedziałek, 12 marca 2012

mgła i czarne plamy, czyli do czego można dojść w trzydzieści lat

Można dojść do wniosków wielu. Lub do baru. Do tych pierwszych lepiej było nie zmierzać, ale poszło i nic nie zrobisz. Prócz pominięcia eleganckim milczeniem, które teraz zdawkowo prezentuję. Dlatego lepiej już ten bar.
Trzydziestki posypały się ostatnio, co mogło umożliwić przygotowania do przejścia na drugą stronę. Mogło. Jak się bowiem nie pierwszy raz okazuje, liczyć można, jeśli w ogóle można, jedynie na siebie. Obserwacje nic nie dają, a zapytani wprost odpowiadają, że w zasadzie nic nie widzą. Tylko mgłę i czarne plamy, nawet po zdjęciu okularów. Czyli nic nowego. To i cieszy, i trapi. Bo gorzej nie będzie, ale dlaczego nie miałoby być lepiej? Tak po cichu układany plan na lepsze zastygł w niemocy kilka tygodni przed godziną zero. Skoro spektakularnych zmian nie będzie, to może poszukać plusów paroletniego poczynania sobie na ziemi i w niebie. Białych plam przecierających mgłę niebytu. Zaznaczam uczciwie, iż do owej specyficznej inwentaryzacji zabrałam się jakiś czas temu, wiedząc, iż dziś trudno mi będzie skupić się na bilansach. Wszystko poza tym upozorowane zostało na kompletnie lekceważący brak przygotowań. Ferment niepokoju opadł niby, drżąca trwoga przeprawiona została na względny spokój. Niedbale, z markowaną dozą nonszalancji zaczęłam ignorować fakt upływu czasu, a nawet – majstersztyk! – istoty samej cezury, którą zwykło się świętować urodzinowym toastem. Że luz, o co ten dym, dajcie spokój, ja już dałam. Gówno prawda, ale koncept był. Przyznajcie.
I tak usiadłam nad białą kartką ekranu, a migający dłuższą chwilę punkt w lewym górnym rogu uświadomił mi, że nie bardzo wiem, co napisać. Co podkreślić, wychwycić, popieścić emfazą. Co wyróżnia te parę lat? Czy coś? Nie przyszło do głowy nic mądrego. Tylko kilka strzałów, krótkich półzdań nazywających ulotności. Takie, jak uśmiech dziecka. Zresztą - każdy. Bo nie ma takiej twarzy, której uśmiech by nie pasował. Wschód słońca na szeroko rozwartych źrenicach. Czekolada z malinami. Amelia pod koniec długiego poniedziałku. Dźwięki w rytm nastroju. Wiatr we włosach i droga w słonecznym lesie. Czekolada mleczna. Sierpniowe świerszcze. Oczy pani Helenki. Smak satysfakcji po ciężkiej, wygranej walce. Czekolada gorzka. Gorycz też może być słodka. Niezapowiedziany telefon z życzliwością w słuchawce. Czekolada z nadzieniem. Wszelkim. Kobiecość z krwi, kości i mentalności. Psi pysk na kolanach. Kilka medali. Przestrzeń nieogarnięta spojrzeniem. Dłoń wyciągnięta w geście wsparcia. Noce (nie)stracone na nieprzespaniu. I wszystko, co jeszcze przed. Wierzę, że sporo tego. Oto pokrótce inwentarz absolutnych doskonałości. Ja to widzę. A poza tym tylko mgłę i czarne plamy. Póki co.

piątek, 2 marca 2012

ekoblaga

Wyrzuciłam dziś z lodówki:
sernik (nie zdążył nikogo zachwycić autarchią perfekcji)
jogurt
ogórka (zwiądł w oczekiwaniu na kulinarny debiut)
mleko (to nie był już zapach)
kolejny jogurt
ziemniaka zapieczonego z serem i pieczarkami; zapieczonego dość dawno temu
kawałek kiełbasy
ser pleśniowy; pleśniowy na serio
znowu jogurt

Do kosza powędrowały również:
dwa (dwa, dwa) litrowe słoiki rosołu; z kawałkami kurczaka i marchewki w środku
pół słoja ryżu z agrestem; był do niego jeszcze w poniedziałek cytrynowy sos; wspomnienie dzieciństwa; do śmieci
masło; przedwiosenne słońce chyba mu nie służy
skostniałe foundee z orzechami; szkoda tych orzechów
niedojedzona owsianka; pozostałość po pośpiechu poranka
połówka nie za zbytniej cytryny
nie chcę pamiętać, co jeszcze.

Jestem ekologiczna. Zbieram plastikowe nakrętki. W zasadzie nie wiem, w jakim celu. Ale zbieram.

niedziela, 26 lutego 2012

puzzle

Przyjemnie obudzić się niedzielnym rankiem i stwierdzić, że w ciągu tygodnia nie tyle wykonało się plan maksimum, co go przekroczyło. Skoro tak, to możliwe, że cel umiejscowiony był trochę za nisko i należało nieco wyżej zawiesić założenia. A może po prostu niósł mnie wiatr.
Przyjemnie wygrywać z samym sobą. I nie płacić za to wysokiej ceny.
Przyjemnie czuć na piersi ciężar wyróżnienia. I nie zgiąć się pod jego ciężarem.
Przyjemnie być z siebie czasem zadowolonym. Nie zawsze trzeba być najsroższym krytykiem własnych poczynań.
Z takich małych przyjemności komponujemy układankę dni, tygodni, lat. Puzzle różnej maści i ubarwienia. I dobrze, gdy nie ma kompletu klocków. Poszukiwanie odpowiedniego kształtu to smakowanie życia.