środa, 7 grudnia 2011

Zewnętrzny spokój histerii

Najdłuższa jednostka czasu: sufit nocą. Trwa całą wieczność, nie daje mrugnąć, nie daje snu. Nie pozostawia złudzeń, że jutro będzie lepiej. Jest niewzruszonym katem nadziei.
Niedobrze, że noc jest ciemna. W ciemności łatwiej wyczytać nekrologi spraw niedokończonych. Umarły na zawał. Serce nie wytrzymało. Niedokrwienna choroba ośrodkowego układu zmysłowego. Naiwność zapchała tętnice.
Nie patrz nocą na sufit, tam nie ma nic dobrego. Tam jest wszystko, cała prawda, czarno na czarnym.

wtorek, 6 grudnia 2011

Nowe okna na świat

Było ich trzech. Weszli w butach, gwałtem, humory mieli nieoględne i nie cackali się z niczym. Mieli łomy, brzeszczoty i młoty, w oczach destrukcję, na ustach dosadność. Nie chcieli kawy i ciasta, cel przyświecał im straszliwy: rozbić, zburzyć, rozwalić, wyłamać, wyrżnąć.  Krucjata.
Trzech jeźdźców apokalipsy. Brutale. Nadeszli i zrobili rozpierduchę. Nie błagaj o litość. Jeńców nie brali. Atak ściśle ukierunkowany. Pierwsze ofiary padły około dziewiątej. Kapitulacja następowała cały dzień przy szczęku wyrywanych framug, odgłosach rzezanych krat i blasku złowieszczych iskier. Sopocka masakra piłą mechaniczną.
Wojna to zło, ale po niej przychodzi oczyszczenie. Zwłaszcza, gdy agresor zabiera zagrabione łupy ze sobą i jeszcze pozamiata. Gdy opadnie bitewny dym, staje się jasność. Dosłownie. Światło wpadające do środka przez nowe, czyste, nie porysowane, nie pochlapane szyby.
I nagle okazuje się, że za oknem jest życie. Drzewa, krzewy, plac zabaw, ławeczka, ciekawscy sąsiedzi. I skarpetki. Markowe! Szukamy właściciela. Odbiór możliwy w godzinach wieczornych pod dwójką. Tak, to jest to mieszkanie, które ma od dziś zupełnie nową jakość. No, może od jutra. Jak powiesimy firanki.

niedziela, 4 grudnia 2011

Pojapońskie wnioski

Kilka drobnych zdań na temat zakończonego turnieju w Japonii paść musi. Nie byłabym sobą i nie byłabym szczera milcząc. Aby swobodnie i bez patyny rozbuchanej ekscytacji cokolwiek napisać, muszę (wybaczcie)
brawo!!!!!! wspaniałe chłopaki!!!!!! biało-czerwoniiiiiiiiIIIIII!!!!!!!
(czyli) dać upust swoim ekscytacjom, które - chowane po kieszeniach przez 15 dni i 11 meczów - musiały wygryźć dziurę i spłynąć szerokim strumieniem po nogawkach*. Teraz na spokojnie (przynajmniej w założeniach) można wyliczyć nasuwające się po owych długich zmaganiach myśli. Pierwsza i najważniejsza ma postać całkiem przyjemną, gdyż ponieważ bo udowadnia podważaną (codziennie) tezę, iż na mężczyzn jednak można liczyć. Przynajmniej na niektórych. I że zawsze, absolutnie każdorazowo, mężczyźni ci zdolni są dostarczać nam emocji. Nawet wówczas, gdy zdawać by się mogło, że wszystko jasne, z Egiptem, Chinami czy Japonią na przykład. Ostatecznie słowo staje się ciałem, ale ile nerwów niepotrzebnych? Ile wniosków rozwodowych składanych całej reprezentacji i wszystkim jej członkom z osobna?** Ile inwektyw rzucanych w stronę psujących zagrywkę?*** Ale za to właśnie kocha się ten sport – nigdy nic nie wiadomo. Nawet, gdy w tie-breaku prowadzimy 13:9. Tego jednego nie mogę przeżyć. Zmarnować takie prowadzenie to, powiedzmy sobie szczerze, rosyjski śmiech na sali i lanie po polskich tyłkach aż ścierpną. Tym, którzy zerwali się o trzeciej nad ranem by ujrzeć ów przykry obrazek, muszę się do czegoś przyznać. To wszystko przeze mnie… To ja, jak tu stoję, popełniłam grzech zaniedbania i zwyczajnie zasnęłam. No dobrze, nie tak całkiem zwyczajnie, w pozycji gotowej do startu i z ręką na pilocie, ale zasnęłam. Jak to się stało – nie wiem – ale efekt widać. Rozczarowałam chłopców w Japonii. Byli tak moją nieobecnością zdumieni i zakłopotani, że o grze już mowy nie było… Wybaczcie.
W ten sposób z 3 meczów, które dane mi było obejrzeć na żywo (się pracuje, się cierpi) widziałam tylko 2. Na całe szczęście jest Nowe Warpno. Ono uratowało honor polskiego klubu kibica i chylę przed nim czoło.
Tak więc mamy zapewnioną olimpiadę. I to bez orzełków na koszulkach. Może niech PZPN spróbuje je schować głęboko do szafy? Może wtedy się uda…? A jak nie, to mam dla panów piłkarzy alternatywę. Nazywa się sepak takraw i jest siatkówką nożną. Dla każdego coś miłego.

*tak, majtki przez głowę i dziki pisk małolat
** może z jednym małym wyjątkiem, którym jest Kubuś
*** ale Bartek troszkę się poprawił, i chwała Najwyższemu

piątek, 2 grudnia 2011

Poszła baba do lekarza bo uparta

Czyli o tym, jak dalece posunięta jest moja bezkrytyczna wiara w uzdrowienie. Ciała. Nadzieję na naprawę niefizycznego stanu rzeczy utraciłam bowiem już dawno temu. Gdzieś w okolicach tabliczki mnożenia i ojcowego paska fruwającego nad moją zrozpaczoną niezdolnością do pomieszczenia w głowie tej cholernej arytmetyki. Nieuleczalna niesprawiedliwość świata, wówczas, wraz z razami, objawiła mnie się. Gdy przestało piec i potoki łez podeschły na obrażonych policzkach, pogodziłam się z tym, iż pewne ułomności systemu trzeba przyjąć, a walczyć należy z innymi, tymi, które są do przerobienia. Za takowe uznałam brak właściwej diagnozy po wizycie u osławionej pani doktor od nic pani nie jest. Powyższe odebrałam jako zniewagę z jednej, a kpinę z drugiej strony i w związku z tymiż afektami zawzięłam się w sobie szalenie i postanowiłam, iż owej znachorce udowodnię, jak bardzo się myli. Nu pagadi! Zatem chorowania ciąg dalszy, przeto idziemy do specjalisty bardziej ukierunkowanego na mój, umiejscowiony między biustem a oczami, problem – czyli wizyta u laryngologa.
Doktor okazuje się znów być kobietą. Czynnik nie rzutujący na charakter kontaktu, no chyba że się trafi na PMS. Tutaj i medycyna, i psychologia interpersonalna pozostają bezradne. Ale należy być dobrej myśli, gdy zakłada się najgorsze, więc poprosiłam o widzenie. Nowa pani doktor – może z racji rangi dyplomu - zademonstrowała na dzień dobry swoją dumną wyniosłość, każąc czekać na się ponad tydzień. Przyjęłam odległy termin audiencji z bólem, aczkolwiek w pokorze, wszakże wiadomym jest, że kolejka rzecz święta, a sacra winno się celebrować. Cierpliwość moja – tłumaczyłam sobie – nagrodzona zostanie godziwie w postaci trafnej a przerażającej diagnozy (no przynajmniej suchoty, tak lirycznie się kojarzą, od razu dodałyby mi pisarskiego animuszu). Nic bardziej błędnego. Królowa bowiem, kolejna nieczuła w kitlu*, wywlokła mnie z panteonu chorych na (nie)śmiertelną sławę za włosy. Dokładniej zaś za język. Język - to jedyne, co mi zostawiła. Dobre i to, choć nie w takim pragnęłam go widzieć usytuowaniu. Kwalifikacja choroby przez doktórkę jest niejednoznaczna i wybiegająca myślę poza zakres moich ku niej zwierzeń. Otóż za dużo mówię**. Brzmi jak wyrok, nie jak diagnoza. W zasadzie nie wiem, czego ma dotyczyć, co poddane zostało badaniu: głowa czy gardło. Nie udało mi się też wywiedzieć, czy to choroba przewlekła, czy ostry, acz przejściowy stan nagły. Nam, maluczkim, nie jest dane orientować się w tajnikach magicznej sztuki medycznej. Jak się dobrze zastanowić, to siły nadprzyrodzone miały tu całkiem spory udział. Pani doktor bez zbytniego ceregielenia się orzekła, iż gardło niedysponowane, bo się biedne zdziera – w pracy zapewne. Nie zapytała przy tym o moją profesję. Znaczy zapewne ją znała. Skąd?! Ha! Właśnie! Fenomen! Choroba zawodowa stwierdzona bez rozpoznania zawodu. Wszak żem nauczycielka. A że swego wyuczonego, zacnego zawodu nie wykonuję i raczej parać się nim będę – to insza inszość. Ważne, że pani doktor wiedzę ma, receptę da, uśmiechnie się tajemniczo i poprosi kolejnego pacjenta. Uprzejmie, acz stanowczo.
Przez całą tę historię jedno przeziera pokrzepienie: ma być pite. Stoi jak byk na recepcie. No skoro tak…

P.S. Pani Wandy nie spotkałam. Widać zdrowa.

* zmowa czarownic – o tym za chwilę
** ja? Boże broń!

wtorek, 29 listopada 2011

Panowie siatkarze szaleją

wprost. Zadziwiają świat i siebie samych. No bo dziwimy się, choć cieszymy się. Czy też dziwimy się i ni to ciesząc - czekamy na trach. Wielką kreskę na śliskiej nawierzchni sukcesu. Bo pies musi być gdzieś pogrzebany, choćby pod lodem, choćby pod parkietem. Potem - myślimy (bo nie mówimy, mówią wszyscy dobrze, bo to stosowne tak się głośno cieszyć w atmosferze patriotycznej pomyślności) - potem będziemy szukać dziury w całym i w parkiecie, w zmianie czasu, może nawet w trenerze. To potem. Teraz jest poklask i radość i szał. Tylko czy ktoś obejrzał choć jeden mecz...?

sobota, 26 listopada 2011

chorowanie po polsku

Sezon niedomagań w pełni. Gdzie nie spojrzeć, tam choróbsko. Gawiedź kasła, cherla, prycha, gorączkuje, lamentuje. Wirus ogólnonarodowego cierpienia. Recepty nie ma, bo ile przypadków zachorowań, tyle indywidualnych kuracji. Co jedna, to lepsza. Najskuteczniejszym antybiotykiem zdaje się być L4. Bez niego szans na powrót do zdrowia brak. Wypowiadam się w tej materii nie tyle na podstawie medycznej wiedzy, co własnych obserwacji ludzkich zachowań. Dlatego ośmielam się wystosować apel do nowo mianowanego pana ministra od niezdrowia Polaków: panie Bartoszu, zrefunduj pan zwolnienia. One tak są współobywatelom potrzebne. Proszę pomyśleć, jakie z tego wyniknąć mogą korzyści: miast inwestować w niesprawdzone szczepionki, wystarczy zapchać pacjentów świstkiem uzdrawiającej kartki. I już.
Może wówczas młoda pani doktor, którą czas jakiś temu zaszczyciłam wizytą, podjęłaby tę heroiczną decyzję i dała mi coś więcej, niż błogosławieństwo w postaci nic pani nie jest i następny proszę! Ja oczywiście z wielką atencją podchodzę do erudycji pani doktor, bardzo też szanuję jej czas, którego chroniczny brak podkreślała osłuchując mnie naprędce (zanim na dobre zdążyłam się rozebrać). Chylę czoła przed wkładem jej doświadczenia i wiedzy w rozwój wielkiej machiny, zwanej służbą zdrowia. Dlatego niewiadomą pozostaje dla mnie, dlaczego tak wykształcona i zapracowana lekarka nie stwierdziła w moim zdrowiu żadnych nieprawidłowości. Nawet po tym, jak zszarganym przez chrypę głosem opowiedziałam jej (pośpiesznie, by nie zabierać swą historią zbyt wiele cennego czasu) o trwającym kilkanaście bez mała tygodni kaszlu, i gardełku zbolałym, i uszku, co dręczy mnie świdrującym a nieprzyjemnym wrażeniem zmysłowym. Czuję się obojętnością pani doktor na moje cierpienie nieco zraniona. Kto jak kto, ale ona – myślałam - mnie wysłucha, zrozumie, po główce pogłaska, nos do góry podniesie i wytrze, wsparciem posłuży. Kolejne z serii rozczarowań.
I tak wyszłam, pełna goryczy i śluzu w głowie, i dalej na swój sposób choruję. Moja metodyka przechodzenia schorzeń różnej maści zbliżona jest do tysięcy innych, żyjących w poczuciu obowiązku, pracujących kobiet. Czyli coś mi tam strzyka, coś mnie tam boli, ale zaraz przestanie. Przesadne rozczulanie się nad sobą nie jest dobre, więc powyższa strategia jest całkiem zdrowym podejściem do choroby. Znam jednak niewiasty, które za pomocą takiej to racjonalnej oceny sytuacji i swoich dolegliwości wylądowały ostatnimi czasy na stole operacyjnym, stąd też moje niedawne spotkanie ze specjalistką chorób wewnętrznych – na wszelki zapobiegliwy. By nie poruszać już kwestii mojego rozżalenia wynikiem tych odwiedzin, przejdę do skróconego opisu odmiennych zgoła sposobów chorowania. Zacząć trzeba od tych, których wszelkie niedyspozycje organizmu dotykają najokrutniej. Czyli panowie. No jak już zachoruje się mężczyźnie, to koniec świata i wszyscy święci pańscy. Być może tak jest, że ich boli bardziej. Nie mam możliwości sprawdzenia, więc sądów wydawać nie będę. Pozwolę sobie tylko podziwić się trochę skali niemocy, jaka ogarnia panów, gdy na przykład przeziębienie, czy nie daj Boże angina. Tylko współczuć. Samodzielne sporządzenie herbaty graniczy wówczas z cudem. Co by to było, gdyby płci niepięknej dane było rodzić dzieci..? Gatunek ludzki stałby się chronionym. I z pewnością wzrosłoby becikowe.
Dzieci za to chorują na złość rodzicom i pracodawcom. Ot tak, by im trochę skomplikować funkcjonowanie i odciążyć panie przedszkolanki. Złośliwość kiełkuje w nas od małego.
No i na koniec część nas, która do chorowania upoważniona jest niejako z urzędu. Sędziwa starszyzna społeczeństwa. Ta, co to dla rozrywki czy z braku innego zajęcia zalega ławki w przychodnianych korytarzach, a potem stoi w kilkunastoosobowych aptecznych kolejkach. Połamani i schorowani, na tyle jednak dziarscy, by w niezwykle żarliwy sposób wykłócać się o pierwszeństwo wejścia do gabinetu lekarza. Zaciekłe jatki, o których można by rozwlekłe eseje pisać. Nie wszyscy jednak potrzebują lekarskiej diagnozy, by poczuć się chorym – na zasadzie Polaku, lecz się sam. Często zdrowotne problemy uświadamiają reklamy leków i/lub tak zwanych suplementów diety. Po skonsultowaniu się z telewizorem wybierają się po niezbędne specyfiki do apteki, koniecznie tej taniej, niezależnie od tego, że najbliższa jest tuż za rogiem, a ta tania na drugim końcu miasta. Przybywają doń z odległych rejonów, opuszczając swe ciemne domostwa w falowcach, kilka razy cofając się w pół drogi, bo nie pamiętają, czy zamknęli drzwi na pięć, czy tylko na cztery spusty. Wyprawa to nie byle jaka, ponieważ cel oddalony jest o kilka linii tramwajowych. Za górami, za lasami, za kilkoma dzielnicami, o godzinie siódmej zero pięć wsiada więc pani Wanda do pojazdu komunikacji miejskiej. Z racji wieku przejazdy ma darmowe, a i całkiem komfortowe, gdyż kultura wymaga ustępowania miejsca starszym. I nie ma znaczenia, że cały tramwaj pusty – pani Wanda chce siedzieć właśnie tutaj, więc spadaj młody. Tego, kto spróbuje ze starszą panią wchodzić w dyskusję (przecież jest sporo wolnych miejsc) czeka zażarty lincz, a nawet ciężar laski na karku. Wycofuje się więc szybko, pozwalając zwyciężczyni rozkokoszyć się przy oknie. Zaczyna się przerywana przesiadkami podróż. Cel zostaje osiągnięty przed dziesiątą. Zadowolona pani Wanda zajmuje miejsce w już ukonstytuowanej kolejce. Nie jest dziś źle, zaledwie dziesięć, do piętnastu osób. Najwyżej na pół godziny stania. I kiedy nareszcie okienko i miła pani farmaceutka oddają się do jej dyspozycji, pada sakramentalne rutinoscorbin proszę. Farmaceutka (nadal miła), ona już zna te numery, zapobiegliwe zapytuje: całe opakowanie? Odpowiedź jest krótka i treściwa: jeden pasek.
Starym można albo być, albo się czuć. Ta druga opcja to choroba śmiertelna, na którą nie pomogą nawet leki za grosz.

czwartek, 17 listopada 2011

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie.
Ostatnio widziano ją na bocznicy miasta uciech i trosk. Choć może to wcale nie była ona. Może czyjaś podobna, nie do końca prawdziwa, przeceniona przez właściciela, blada w oczach postronnych. Moja jest kapryśna i nieprzewidywalna, ale jak dotąd w miarę regularna. Nie oddalała się zbytnio, chyba że na czas zbioru jagód. Nie jest pierwszej świeżości, zmarszczka czy dwie, ale ma takie urocze dołeczki w źle skrywanym półuśmiechu, które – gdy się żłobią w jej chłodnej skórze – mimowolnie wstrzymują ruch uliczny. A może to tylko zwykły grymas. Znaki rozpoznawcze: długie, pyszne, falujące włosy krętych pomysłów. Służyła nimi jak treską. Gdy stosunek słów do desygnatów przybierał nierównomierność proporcji, gdy trzeba było znaleźć ujście, wygadać się i się nie wygadać, zrobić sobie dobrze w i na głowie. Może to dlatego? Nie chciała już działać w imię cudzych korzyści? Pragnęła miłości bez zobowiązań?
W każdym razie, gdybyście ją spotkali (może być wszędzie: na balkonie - lubi zwisać dyndając nogami, pod wycieraczką - czasem potrzebuje intymności, w kubku z kawą – pija mocną, czarną) i gdyby wydało się wam stosownym napomknąć jej o mej tęsknocie, to ją zaczepcie. Tylko ostrożnie, jest dość nerwowa. Tak ma. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Zaginęła. Moja mała przyjaciółka Wena.
Co ją spłoszyło? Może żałość jesiennych posiłków, gdy do talerza zarówno ze śniadaniem, jak i obiadem zagląda przez okno czarna depresja? A zima przed nami długa, panie. Może ta pogoń za nie wiem czym. I ona też nie wiedziała. A może postanowiła poprawić sobie byt i znaleźć lepszą pracę? Obiecywałam jej zmianę, lepsze warunki, fundusz socjalny, ale przy obecnej koniunkturze trzeba było odsuwać te plany na po kryzysie. I się pewnie wkurzyła. Bo co miesiąc to samo. Po gwałtownym hurraentuzjazmie wywołanym odnotowanym wpływem na konto, bez ostrzeżenia i wręcz grubiańsko szalona radość zamienia się w rozpacz bezdenną. Znaczy dno jest, ale finansowe. Sytuacja powyższa zachodzi cyklicznie jak teleexpress, chociaż na teleexpress się czeka, a na takie występy bynajmniej; i na nic solenne postanowienie, że to był ostatni raz. To jak detoks na nutellę. Ma moc sprawczą do pierwszej łyżeczki.
Wena, słońce, ale co ty? Na kasę lecisz? Wracaj do domu. Słoik czeka.

niedziela, 6 listopada 2011

W pogoni za

Czasu jest brak. Na wszystko, nie tylko na lenistwo. Nie wyrabiamy się z niczym, pędząc za ciągle odjeżdżającym pociągiem rzeczy ważnych i pilnych. Z tyłu, na peronie zostają cuchnące od wyrzutów sumienia zaległości, sprawy i rzeczy na potem. Zapchany kibel zarobienia. W biegu jemy i kochamy, czytamy i sikamy, każda podejmowana czynność naznaczona jest piętnem pośpiechu. Odpoczywamy na stojąco, przestępując z nogi na nogę, obawiając się bolesnych konsekwencji chwilowego oddechu. Relaks staje się towarem luksusowym, jego cena wciąż rośnie. Mrozimy wzrokiem zegarki, które puchną od rozpaczliwych prób wstrzymania pędu wskazówek. Nie bacząc na ilość pełnionych świadczeń, powiększamy zbiór niezbędnych zadań, jakby tych bieżących było mało. Kradniemy sobie coraz więcej z życia, bo należy być na czasie. Uczymy się zatem i rozwijamy, zaciągając na to dług niebytu w bycie. Zaczyna doskwierać deficyt godzin w dobie, dni w miesiącu. Akceptujemy to, gdyż tego wymagają czasy, poza tym seria wyrzeczeń ma się kiedyś zwrócić. Bardzo nieokreślone kiedyś.
Zatrzymać zdoła nas tylko gwałt, rewolucja. Czyjaś śmierć, choroba, obserwowana w najbliższym otoczeniu drastyczna utrata tego, o co z takim trudem walczyliśmy i co wydawało się być celem. Nagle następuje przeorganizowanie, stajemy nadzy na środku skrzyżowania odartego z drogowskazów. A my nie lubimy braku wytycznych, kompletnie się wówczas gubimy i nie wiemy, w jakim kierunku podążyć. I staje się nieszczęście, płacz, bo przecież ktoś zabrał dziecku zabawkę i nie nauczył gry w klasy.
Dobrze, że nie stoimy w miejscu. Ale kurs obsługi urządzenia do nicnierobienia na wypadek awarii systemu by się przydał. Ciekawe, czy udałoby się przeprowadzić w Polsce eksperyment sjesty. Koniecznie obowiązkowej, ustawowej, ważnej jak obecność na pasterce – tak, by poczuwali się do niej wszyscy. Już widzę obłęd w oczach narodu. Ale gdyby się, załóżmy, udało – to może i kryzys byśmy zdzierżyli, i autostrady pokończyli. Recepta na sukces: nie dążyć do niego po godzinach.
Wyłączmy się czasem, nie gońmy - jak to mówi pewna dama - własnego ogona. A ona wie, co mówi i dlatego też dedykuję jej dzisiejsze dywagacje. Wspaniała kobieta, która podjęła męską decyzję i zdecydowała się na spełnienie marzenia, na które dziewięćdziesiąt dziewięć procent populacji chronicznie nie ma czasu i środków. Ale nie ma się czemu dziwić. Nie jest głupią cipą. I ma swoją pasję. Zgodnie z powyższym kiedy tylko może (i gdy nie może) ściąga służbową garsonkę, wbija się w motocyklowy kombinezon i dosiada swojej śnieżynki, która ma za zadanie powieźć ją za granicę świata obowiązków, pism, szefów, umów, terminów, rachunków, zakupów, codziennych prozaiczności. Śnieżynka posiada czterosuwowy silnik, dwa koła i zostawia za sobą kreskę na polach, szutrach, w lasach, czyli wszędzie tam, gdzie jej offroadowa, okurzona i nierzadko ubłocona pani czuje się najlepiej. Teraz obie damy czeka przejażdżka życia. Dwa tygodnie na marokańskich piaskach. Dwa tygodnie totalnego zwrotu w funkcjonowaniu. Dwa tygodnie zmagań nie z klientami, a z żywiołem pustyni. Dwa tygodnie na sprawdzenie, czy ma prawo marzyć o niemożliwym: kompletnym resecie. I czy ma na to siłę. Nie tylko fizyczną. Megi, trzymamy kciuki. Niech twoja biała klacz wróci oblepiona afrykańskim piachem i nieśmiertelnym zwycięstwem. 
Trzeba mieć dziką odwagę, by spełniać marzenia.
Megi, tylko się nie zgrzej. I nie zapomnij okularów przeciwsłonecznych.
Zapraszam do śledzenia relacji z marokańskiej przygody:
megio.blogspot.com