poniedziałek, 5 września 2011

Odgórnie wymyślone

Stojąc na szczycie ma się wrażenie, że to, co na dole traci znaczenie. Perspektywa władzy, zmiana skali i rozmiaru. Teraz ja jestem górą, mogę skorzystać z tej krótkiej chwili przewagi i się pomądrzyć. Jak Kordian na Mont Blanc. Jam jest posąg człowieka na posągu świata
No ok, nieco mniejsza górka i nieco mniejsza improwizacja, ale jaka podniosła. W zamyśle. I w kontekście osobistej sztuki rzecz jasna. Jak już się wdrapało na wyżyny, to się i na nie wzniesie. I pofilozofuje.
Wieje. Trochę utrudnia to zadanie. Zasapany myśliciel bardziej zajęty skostniałymi paluchami, niż segregacją idei.
Zimno kurczę.
Wiatr się chichra do rozpuku. Wygwizdał górnolotne zapędy. Szyderca.
Dobra, olać. Dziś się nie uda. Pogapię się.
Podglądanie innych może mieć dwie konsekwencje: albo odciąga od własnych spraw, albo na zasadzie porównań o nich przypomina. Gdy patrzysz na koniec czyjegoś świata chcesz być tym mądrym i palec podnosząc w ewangelickim uniesieniu wygłosić: Poczekajcie! Powstrzymajcie czarne skrzydeł myśli! Ale cokolwiek powiesz będzie to bełkot nierozumny, czcze chrzanienie. Bo nie potrafisz nic zrobić. Nie potrafisz pomóc sobie, nie mianuj się mentorem innych. Nawet z pozycji nad, jako ten, który przeżył, ten, który wlazł na górkę - nic nie zdziałasz. Jeśli jest taka konieczność, trzeba upaść, by wstać. Pozwól na to tym, którzy pod chmurami i widzą tylko jedno rozwiązanie: kamienistą ścieżkę w górę. I nawet, gdy przepaść świata ciemna przeraża głębią, nie wyciągajmy dłoni. Nawet w dobrej wierze. Niech idą, niech dotrą na szczyt samodzielnie. Otrzepią piach pretensji, skonfrontują prawdy własne i cudze. Tak, nie zdystansujesz się. Ale nic ci nie pozostaje, jak tylko czekać i patrzeć, co stanie się tam, w dole.
Dobre intencje pomagają, gdy nie są narzucane.
Ja nie mogę, i nikt nie może, o Boże! Boże.

sobota, 3 września 2011

Westerplatte obronione

i honor też. Medal numer dwa do kolekcji. Ładny, dizajnerski.
No musiałam się pochwalić.
Dzisiejszy bieg dał też, prócz satysfakcji, naukę. Że należy być pokornym i przezornym. Że nie jesteśmy mocarzami. Że należy mierzyć siły na zamiary i cieszyć się nawet wówczas, gdy sukces jest mniej spektakularny od zamierzonego.
Bieganie jest fajne. I już.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Maraton empirii

Tydzień obrodził w wiele maratonów.
Gruby go przebiegł. Gruby moim bohaterem jest. Teraz i zawsze. A na pewno do czasu, w którym udałoby mi się zdziałać to, co on. Czyli przebiec ponad 42 kilometry w ulewie słońca nad sobą i falach piasku pod sobą. Czyli nieprędko albo nigdy. Nie jestem hardcorem. Tchórzem jestem tak naprawdę. A trwoga narasta, bo teraz to już nie wypada  tylko biegać. Teraz trzeba biec jak po śmierć i to bez butów, bo z buciorami do trumny ładować się nie godzi. Nic to, jeszcze raz gratulacje. Pełen szacunek i może kiedyś. Z naciskiem na moż(rz)e.
Megi z kolei zrobiła pół maratonu. Z tym, że ona butów nie zdjęła i jeszcze przyczepiła do nich koła. Ja z takim urządzeniem ujechałabym najwyżej do najbliższej lampy. Zakładając, że po drodze nie zdarzyłyby się przygody w stylu gimnastyki artystycznej, lampa stałaby się niezwykle widowiskowym punktem zagospodarowania miejskiej przestrzeni. Hardcor w wykonaniu Megi polegał jednak nie tyle na tym, że lampy nie zaliczyła (są tacy, którzy potrafią jej nie objąć). Ona zerwała się w wyżej wymienionym celu w niedzielny poranek, a tak naprawdę każdy szanujący się człowiek wówczas dopiero kładł się spać.
I to był właśnie mój maraton. Maraton lekkości, bo balast został zwalony około szesnastej w piątek. Tak runął o podłoże, że impetu starczyło na dwie doby. Maraton radości, bo uśmiechać się jest dobrze. Maraton muzyki (grało wszystko), deszczu (nikomu nie przeszkadzał), biegu (w sumie w najmniejszym stopniu, lawirowanie między kroplami w poszukiwaniu taksówki to jednak też bieg), maraton dobrej nocy do białego rana (które przyszło nagle, zbyt nagle). Życie. Potrafi być jednak piękne. Nawet bez bagażu. Bez niego się da. Bo z życia trzeba brać, pełnymi garściami, bez oglądania się za siebie, mając zaplecze odpowiedniego towarzystwa. Mówią: nieważne gdzie, byle w dobrej lidze. Liga jest najpierwsza.
No ale. Zejdźmy trochę z drabiny uciech, bo były też maratony mniej imponujące. Na przykład taki maraton zdziwienia w wykonaniu panów siatkarzy. Nieładnie. Mają szczęście, że miłość łaskawa jest, cierpliwa jest, i ślepa też. Ale swoje widziała. I żeby to był ostatni raz! No. Już dobrze. Mają szczęście, że ze wschodnimi sąsiadami pokazali co nieco, bo inaczej byłby rozwód (kłamię oczywiście, ale może jak postraszyć, to się wezmą do roboty. I zagrywki. Czasu niewiele. Jakieś dwa tygodnie).
Ale ale! To nie wszystkie zaliczone ostatnio maratony. Jest jeszcze ten taneczny. Pięknym krokiem i podskokiem można tańczyć godzin kilka - gdy się potrafi. A ona daje radę. No, spróbuj któryś. Po godzinie usiądziesz z płaczem na parkiecie. A ona cóż, ona płaczu nie słucha. I tańczy. Olala, i to jak. Widziałam, wiem, co mówię. Znaczy: piszę. Bo jak mówię, to nie zawsze nad tym panuję. Dlatego pisanie jest bezpieczniejsze.
Mamy też do kolekcji maraton pierwszych razów. Pierwsze mule. Pierwsze poszerzenie ciasnoty postrzegania. Pierwszy zwrot akcji w tasiemcowym serialu o zapadłej bohaterce. Pierwsze postanowienie bez ciśnienia. Pierwsza obietnica obietnicy. Pierwsza kiecka jak dla dziecka. No, nie pierwsza, ale tak do ludzi to pierwsza od czasów przedszkola, do którego się nie chodziło, bo go nie było. Pierwsze brane na poważnie myśli o wyrwaniu z odrętwienia. Bo przecież kiedyś się w końcu oduroczy, bo byli tacy, co wierzyli, że tam dojdą, że się uda. Byli i nie wybyli. To jest najważniejsze.    
Każdy ma swoją drogę na maraton.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Przypominajka

Moi drodzy, pragnę przypomnieć tym, którzy mogą nie pamiętać, że w najbliższy piątek 26 sierpnia rozpoczyna się Memoriał Huberta Wagnera, co oznacza ni mniej, ni więcej, a nawet dokładnie tyle, że nasi panowie siatkarze przez trzy dni będą dostarczać nam sporych emocji. Obecność obowiązkowa - jeśli nie w Katowicach, to przed odbiornikami telewizyjnymi. Jest jeszcze czas na to, by zorientować się, czy macie w pakiecie odpowiedni kanał (tv publiczna znów wydaje się być ignorantem), a jeśli nie, to kto ze znajomych ma. No. To tyle.
Kto wygra mecz?

23.08.
Do pierwszego meczu pozostały niespełna 3 doby.  Jak znalazł na nastaw. Nastaw nastąpił. Zapisy trwają. Co niektórzy jeszcze się wahają, mam nadzieję, że to minie
tak, właśnie o tym mowa

26.08. godz. 20.00
Godzina zero. Zaraz zepną się siatkarskie poślady i serca kibiców. Jest jeszcze chwila na odwiedziny w lodówce. I za chwilę można się drzeć. Byle nie za cicho.

środa, 17 sierpnia 2011

Pocztówka z północy

Z Nigdzie przeniosę was do innego raju. Już nie mojego, nie roszczę sobie doń praw, czasem tylko korzystam z łaskawości losu i przyjaciół i spędzam w jego ramionach kilka dni. Ten raj  jest kobietą. Piękną, ale – jak mówią - zimną i srogą. Nieprzystępną. Do tego niezwykle foszastą – często płacze. Skrapla w deszczu animozje. Pretensje o to, że nie jest upalną Iberią. Dlatego też, wybierając się z nią na randkę winno się pamiętać o kurtce z kapturem i ciepłych gatkach.
Norwegia. Odległa kraina poprzeszywana językami fiordów na soczystym dywanie zieleni rozłożonym wśród śmiertelnie poważnych skał. Kraj fizycznie bardziej jednak bliski, niż mazurskie jeziora czy warszawska palemka. Podróż do stolicy trwa teraz około ośmiu godzin (łączę się w bólu), do krainy ło(so)sia natomiast dotrzesz w niespełna dwie, wliczając w to odprawę i odbiór bagażu. I zanim jeszcze opuścisz strefę wolnocłową czujesz, że jest inaczej (nie z powodu zakupów w Baltonie). Zastanawiasz się, w czym tkwi różnica. Czy w ludziach, którzy nie wiadomo dlaczego uśmiechają się do ciebie (chcą czegoś?). Zaczynasz podejrzewać odpowiedź już po kilku minutach w aucie, podczas których podziwiasz przez szybę widoki i zaczynasz operę ochów i achów, której nie przestaniesz grać do samego końca urlopu.
Na czym polega odmienność Norwegii? Wyczerpujące studium komparatystyczne porównujące Polskę z tym krajem mogłoby przekroczyć objętościowo pojemność niniejszego posta, dlatego napomknę tutaj tylko parę różnic, na które w trakcie kilku (zawsze za) krótkich wypraw zwróciłam uwagę.
Lasy, fiordy, górskie klimaty, wszystko to wszyscy wiedzą i są na to przygotowani. Niemniej jednak są zdumieni i oszołomieni, bo rozmiar i forma zastanego po kilkakroć przekraczają wyobrażenia i zdjęcia podpatrzone w internecie. Bo w naszej Polsce też przecież ładnie, jak się zapuścić na prowincję, to sielanka aż miło. A jednak to nie to samo. Norweska natura bije  polską jedną, prostą cechą: schludnością. Z rodzimych pejzaży przykładowo: milusie jeziorko, przyjemny lasek, a pod krzakami i na plaży wspomnienia po wczasowiczach w postaci pustych puszek coli, butelek wyborowej i zużytych kondomów (te ostatnie zapełnione). Nie uświadczysz tego u północnych sąsiadów. Jeśli się jakimś cudem natkniesz na taki obrazek, to możesz mniemać, że byli tu nasi. Hipoteza granicząca z pewnością. Podobno jednak stereotyp Polaczka Cwaniaczka nie funkcjonuje w Norwegii tak, jak na zachodzie. To budujące. Na pewno przyczyniają się do tego pewne wysokiej klasy jednostki obywatelstwa polskiego (znam!), które uczciwą pracą powiększają od lat norweski dochód narodowy i nie pozostawiają po sobie niesmaku. Tylko to muszą być ludzie, którzy przejmują ichniejszy styl życia i reguły, które go regulują. Na przykład właśnie dbanie o porządek. Segregacja śmieci funkcjonuje w Skandynawii zgodnie z założeniem i nikt się nie zastanawia nad celowością wyrzucania papieru oddzielnie bo i tak potem wszystko leci do jednej śmieciarki. Cudownym wynalazkiem są maszyny do odzysku puszek, butelek i plastików. Wrzucasz tygodniowy zbiór i wpada ci sto koron. Bajka. Ekologia może się opłacać.
Nawiązując do koron. Okrutny temat. Drożyzna paskudna, przynajmniej dla polskiej sakiewki. Chleb w przeliczeniu na złotówki kosztuje około 10 zł (ten tańszy), woda 0,5l – ok. 8 zł, o cenę piwa nawet nie pytajcie. Dlatego też między innymi kwitnie czarny rynek (znaczy ja nie wiem; słyszałam). Tyskie nawet z podwójną, potrójną przebitką opłaca się bardziej, niż miejscowe piwo. Tylko sza, bo dilerzy się obrażą.
Alkohol nie tylko jest w Norwegii drogi, on tam bywa zakazany. Spirytus traktowany jest jak narkotyk i za jego posiadanie (czy tam spożywanie, ale kto by się odważył) grozi kryminał. Wyłączając piwo, trunki można zakupić tylko w sklepach monopolowych, których jest w każdym miasteczku po jednym. Czynne do osiemnastej. W ogólnodostępnych marketach dostępne jest jedynie piwo, którego nie sprzedadzą ci jednak po dwudziestej, mimo tego, że sklep zamykają godzinę, dwie później. Normalnie prohibicja. Czy to świadczy o wstrzemięźliwości Norwegów? Bynajmniej. Zimy są dłuuugie i ciemne. Każdy radzi sobie, jak może*. Wystarczy spędzić tam kilka deszczowych dni, by zrozumieć.
Ale wróćmy do norweskiego ładu i porządku. Są wszechobecne. Poukładane wioseczki, harmonijne przestrzenie pocięte w pola i łąki, i te domy. Z góry przepraszam za rozlazły romantyzm, ale jakie one są urocze! W zasadzie każda zagroda dopieszczona, trawka przystrzyżona, biały płotek, i owe charakterystyczne elewacje z drewnianych paneli malowanych na biało, czasem rudo lub bordowobrązowo. Rzadko zdarza się tynkowane odstępstwo od powyższego wzornictwa. Dba się przy tym o detale, rzeźbione okiennice, lampiony i kwiaty na zewnątrz, słodkie firanki i światła w oknach. No cuda (ostrzegałam, że będzie rozwlekle i tkliwie). Na tym przemiłym obrazku brakuje tylko... gospodarzy. Gdzieś się pochowali. Można przespacerować się przez całą wioskę na golasa i nie uświadczyć jej mieszkańca. Nie dość, że statystycznie jest ich mało, to jeszcze się kryją po kątach. O tym, że sąsiad jest w domu informuje jedynie auto pod garażem. Pewnie się socjalizują na facebooku. Dziwny naród. Czas wolny spędzają podobnie, to jest na ustroniach - tak zwanych hytte, prostych domkach gdzieś na łonie natury, często bez prądu. Chyba dobrze im się żyje w mocno akcentowanej symbiozie z przyrodą. Byłaby tragedia w przeciwnym razie. Lub przynajmniej spleen.
Z ekscentryzmów miejscowych najbardziej utkwiła mi w pamięci trawa na domach. Jakby mało jej było wokoło, trzeba jej jeszcze nasadzić na dachach. I ta wyjątkowo bywa zapuszczona. Inne, trudne do pojęcia przez polskie umysły realia skandynawskie to pozapalane non stop światła w i wokół domostw oraz remonty dróg, które są w idealnym stanie. A, i podobno uwielbiają korki (bo jest na nie deficyt). Tylko raz dane mi było ujrzeć norweski tłum. Górski szlak turystyczny w okolicy Rjukan, niezwykłe zagęszczenie Norwega na metr kwadratowy. Ale i taka konfiguracja, mimo sportowego stylu życia, zdarza się od święta.
Podsumowując: Cisza. Odludzie. Spokój. I zapierające dech widoki, po odbiór których nie musisz się wcale teleportować na drugi koniec kraju, wystarczy wyjść na taras. No i wspomnieć trzeba o „innej gęstości powietrza i wody”. Proszę tylko nie pytać, o co chodzi**.
Ale przede wszystkim Norwegia jest nieprzewidywalna. 36 stopni na termometrze za oknem. Obok zdumienia raduje się nierozsądna część charakteru, która cichaczem zakamuflowała w walizce bikini. Ma się czasem więcej szczęścia niż rozumu. W tak szalenie niemożliwych okolicznościach przyrody nabierasz odwagi i skaczesz ze skalnego urwiska do wody. Uszy bolą potem cały dzień i wiesz, że nigdy więcej tego nie zrobisz, ale liczy się satysfakcja faktu dokonanego. A potem polski żubr w norweskim lesie i parę westchnień typu jest bosko do kolekcji. 
Łosia ani trolla spotkać się, niestety, nie udało. Za to nimfy wodne tak.
Acha. Mają najlepszą na świecie czekoladę. I ten ser z toffi pod packą malinowej marmolady....

* jak zamkną sklep przed nosem, można jeszcze się spakować i wyjechać na wakacje do ciepłych krajów. I, o zazdrości przeogromna, oni to robią... Podobno państwo dofinansowuje Norwegom wczasy, zapewne po to, by depresja nie żyła w narodzie. Niech żyje król!
** Do Pana Gospodarza: blondynka dowiedziała się dziś, że im głębsza woda, tym jej wyporność większa. Nie potwierdził tego jeszcze żaden fachowiec, ale widzę w tym sens. Ha, i co teraz?

piątek, 12 sierpnia 2011

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie

Nie powiem gdzie, nie powiem kiedy. Teraz, całkiem niedawno bądź tak dawno temu, że nikt nie pamięta, by się kiedykolwiek zadziało. Pewnego nieokreślonego razu. Daleko stąd a właściwie bardzo blisko. Na Dzikim Zachodzie Polski, a może na Wschodzie; a może wcale nie w Polsce – Gdzieś. Nigdzie. Dokładnie tam i dokładnie wtedy zdarzyła się Odpowiedź. Przyszła znienacka, nieproszona i bez pukania, ale Odpowiedzi już tak mają, że nie zawsze są kulturalne. Dlatego czasami uznajemy je za fałszywe i nadal szukamy innej. Błądzimy tak czasem do końca życia. To podobno całkiem ludzkie.
Prawdziwe Odpowiedzi jednak, zauważone czy nie, przychodzą. Kwestia tego, czy chcemy je widzieć i gdzie nas spotykają. Najłatwiej je przyuważyć w miejscu, które jest dla nas bardzo ważne. Niektórzy na przykład pragną doświadczyć jej w kościele. To podobno najłatwiejszy sposób. Ale w rzeczywistości najtrudniejszy z możliwych. Drepczemy do świątyń w poszukiwaniu objawienia, ale gubimy skupienie już między pierwszym a drugim czytaniem. Odpowiedź natomiast zostaje przy schodach i czeka, aż wyjdziemy. Niestety, wychodząc jesteśmy tak zagrani w roli zadumania, że mijamy ją, czasem nawet się o nią potykamy, ale nadal nic. Żadnego odkrycia.
Z tego powodu Odpowiedzi szukają innych źródeł ujścia. Takich, które mogą być dla nas wyraźnym sygnałem, że należałoby się za Nimi rozejrzeć. Jeśli są sprytne, wybiorą w tym celu fragmenty świata, które tkwią głęboko w naszych jaźniach przykryte poszewką mityczności. To takie miejsca, usytuowane – owszem, w realiach – ale bardziej w nas, w naszej pamięci, w naszych sercach i mocno podgrzewane płomykiem tęsknoty. Miejsce – Legenda. Prywatny raj, o którym wiemy, ale nie dążymy do niego za wszelką cenę, wystarczy nam to, że jest. Tęsknota to ważny składnik całości, ponieważ nadaje sens Legendzie. Trzeba dotykać jej rzadko, przede wszystkim zaś do niej wzdychać. Wszystko po to, by nieliczne momenty spotkań z nią były przeżyciem tak silnym i uduchowionym, że na długo pozostawią w nas uczucie spełnienia i pozwolą cierpliwie czekać na następne dotknięcie absolutu. Być może za kilka lat, może tylko w snach.
Mam to szczęście, że moje magiczne miejsce odwiedzam średnio raz w roku. Pewnie nawet mogłabym częściej, ale nie o to chodzi. Podtrzymywanie mitu to również sztuka umiaru. Zbyt częste zetknięcia mogłyby naruszyć otoczkę ideału. Tam wszystko jest bowiem idealne, możliwe że tylko dla mnie, ale to nawet dobrze. Ciężko jest dzielić się swoimi świętościami. Sakrum przeszywa mnie już, gdy się tam zbliżam, na skrzyżowaniu zapomnianych szos, w brzozowej alei wspomnień. Powietrze pachnie inaczej, niebo ma więcej gwiazd, kolory są bardziej intensywne a drzewa uśmiechają się do ciebie, choć wcale nie muszą. Ludzi zbyt wielu tam nie ma. Jest za to cisza, odurzająca i wciągająca, obiecująca prawdę. Należy tylko dobrze się wsłuchać. Jestem, słucham.
I kiedy zdaje się, że już niczego nie powinno brakować, bo mamy tu i teraz wyśnioną, wyczekaną kwintesencję naszego ja, to coś zakłóca odbiór. Obraz wydaje się niepełny, nad ogniem fruwają iskry jak błędy w matriksie. Wtedy przychodzi Odpowiedź.
Miejsca tworzą ludzie.

środa, 3 sierpnia 2011

W ramach wtrętu

Nie wytrzymam, muszę. Skomentować kilka delikatnych, acz wyraźnie zarysowanych zarzutów o brak. No właśnie, czego? Użyto różnych określeń: pisarstwo, wena. Ha. Usiedzieć nie mogę, swędzi połechtana duma, ale mimo wiary we własne pióro nigdy na poważnie nie klasyfikowałam jego wytworów jako spełniających wyżej wymienione wymogi. No gdzie tam, pisarzem to można nazwać Bułhakowa, poetą Mansztajna, muza odwiedza takież szanowne mniej lub bardziej osobistości, ale ja? Ja tam lubię pisać. I cieszę się, że ktoś lubi toto czytać. Albo bezpieczniej będzie: że ktoś czyta. Pokłon oczywiście składam do samiuśkiej podłogi wam wszystkim, śledzącym moje tutaj poczynania, i w żadnym wypadku nie namawiam do zaprzestania. Muszę jednak sprostować, bo głupio aż: proszę nie przeceniać paraliterackiej działalności U. Czyli inaczej: oprócz bloga Fongrafki otwórzcie czasem jakąś książkę innego autora. Zezwalam (tym bardziej, że ja nigdy żadnej nie napisałam). Jeśli kiedyś będę mogła zweryfikować powyższe, to wszystkich odwiedzających niniejszego bloga zaproszę na suto zakrapiany wieczór autorski z tortem i świeczkami.
I w ten oto przemiły sposób temat bardzo zgrabnie stoczył się na manowce krainy alkoholowej. Mili moi, następuje konfrontacja z rzeczywistością, polegająca na porzuceniu cytrynówkowego dopalacza. Megi stwierdziła, iż brak pisarstwa oznacza brak żółtego. No to ja udowodnię, że nie. Żółtego nie ma, bo należy się ograniczać. No dobra, trzeba. Nie wszystko bowiem można mieć, prawda dość oczywista i znana. Choć, wbrew tej wiedzy, istnieje ciągły niedosyt i to nieprzyjemne odczucie, że ma się o wiele za mało. Znamy? Tak. Pensje za małe, urlopy zbyt krótkie, domy za ciasne. Zdarza się każdemu ponarzekać na swój los, mnie też. Ale wiecie co, w niedzielę włożyłam w uszy słuchawki i biegnąc, słuchałam radiowego wywiadu z kimś, kto mógłby nas wiele nauczyć. Bohaterką rozmowy (i moją osobistą) była młoda dziewczyna, Kubanka. Opowiadała o swoim życiu teraz, w Polsce i kiedyś, na rodzinnej wyspie. Kwestia luk w naszym posiadaniu i osiąganiu nagle się kurczy. Łyso się robiło, gdy ta pogodna dziewczyna próbowała przekazać nam, Polakom, że mamy wszystko i że tego dokumentnie nie doceniamy. Przeszła wiele i mówiła o tym – owszem, że łzami – ale i radośnie; każde jej słowo było uśmiechnięte. I roztańczone, jak świat, z którego pochodzi. Biedny, ale szczęśliwy. Świat ludzi nie posiadających kompletnie nic, a mimo to wychodzących na ulicę, zespalających się ze współbraćmi w niedoli muzyką, i w jej rytm znoszących niedostatki. Kiedy zapytasz Kubańczyka, jak leci (nie ma pracy, nie ma pieniędzy, nie ma perspektyw, za to ma przeliczną rodzinę liczącą na obiad i dziurawy dach nad głową), to odpowie ci: wspaniale! Zapytaj o to samo Polaka (ma piękne nowe mieszkanie, właśnie wymienił auto, na ambitną pracę, dobrze ubraną żonę i dzieci w prywatnym przedszkolu), usłyszysz: tak sobie, bądź: ech… I tym ech może zakończę, bo nic tu nie trzeba dodawać.
Powiem jeszcze tylko w ramach podsumowania, że konieczność limitowania pewnych przyjemności nie musi być postrzegana przez pryzmat niekorzyści. Dlatego też nie płaczcie za cytrynówką. W ogóle nie płaczcie, radujcie się!
No. I miałam nie pisać a napisałam.

wtorek, 2 sierpnia 2011

Spokojnie, jestem

tylko chwilowo mnie nie ma
ale zaraz wracam
tak myślę
i nie myślę
bo od myślenia to - sami wiecie
zjem ciasteczko
wam też radzę
znaczy: polecam

ogarnę się z materią i będę

poniedziałek, 25 lipca 2011

Tydzień trzeci: odpoczywanie

Po tak intensywnym paśmie wydarzeń, podczas których organizm mój zmuszany był do aktywności na wysokiej częstotliwości, należało pomyśleć o regeneracji. W końcu ile można się spinać. Każdy ma prawo do odrobiny relaksu. Mówiąc relaks miałam na myśli leniwą sobotę w pidżamie, domowe spa, obłożenie się zaległymi czasopismami lub wetknięcie nosa do książki*, która nie przestała na mnie patrzeć z wyrzutem. Odrobina leniwego egoizmu. Wszystko po to, by zrzucić z barków ten trzymający od dawna ucisk i – oczywiście - by zapomnieć o poniedziałku i innych mało przyjemnych kwestiach. Zupełne wyłączenie na bodźce zewnętrzne. Udało się może owo wyłączenie, ale nie dzięki odprężeniu, a michałówce.
Kto ciekawy, zapraszam. Jest taki lokal w Sopocie, nieco oddalony od wydeptanego traktu, znajdujący się w Domu Nauczyciela. Zwie się bodajże Belfer. Pachnie peerelem? I słusznie. Wchodząc na teren Belfra, cofasz się o jakieś 30 lat. Miejscowa kuchnia podobno ma kilka specjalności, nie próbowałam. Mogę się wypowiedzieć jedynie na temat frytek (bez rewelacji) i michałówki właśnie. Ta ostatnia to popisowa nalewka zakładu. Podawana w kryształowych karafkach, rozlewana do kieliszków, w których z winy specyfikacji nie może zbyt długo przebywać, dlatego należy je czym prędzej opróżniać. I teraz niespodzianka: wyczuwalnie pędzona na cytrusach. Wskazuje na to zabarwienie i posmak. Rozwijając wątek smaku, to zdecydowanie pierwsze skrzypce (i trąbki i bębny i akordeony, a nad ranem piskliwe organki) gra w tej bajce spirytus. Albo inna moc, w każdym razie nieczysta.
Co bardziej sprytni zapytają, czy to może jakaś konkurencja dla cytrynówki z wesołego domku. Powiem tak: jeśli ktoś nad subtelną przyjemność stawia sobie szorstką radochę a od wyrafinowanej degustacji woli prostą, nastawioną na rauszowe doznania konsumpcję, to i owszem. Szkoda dla nich wówczas sławetnej cytrynówki. Ona nie jest dla każdego, na nią trzeba zasłużyć. W zasadzie to zastanawia mnie, czy nie nadać jej jakiegoś specjalnego imienia. Otwieram konkurs na nazwę, propozycje proszę składać w nieprzekraczalnym terminie kolejnego nastawu.
Wracając do michałówki. Była urodzinowa, michałowa. Świętowanie święta rzecz, ale kiedy w sobotni poranek (gdzieś w okolicach jedenastej) budzisz się i masz przed oczami kalejdoskop wczorajszych wrażeń, a planowałeś spokojny, kulturalny, kojący zszargane zdrowie weekend, to przychodzi do splątanej głowy jedna myśl: michałówka to podłość bytu. I rozumiesz ból pana Andrzeja, który jest jak motyl przesadnie zmęczony**. I tę prostą prawdę: alkohol ma dobre, ale też złe strony. Melodia szumi w uszach, towarzyszy ci cały potargany dzień. Z jednym się tylko nie zgadzasz w tym momencie cichego cierpienia: nie rozumiesz dalece posuniętego optymizmu autora, gdy ten intonuje ja wam mówię jest dobrze, jest dobrze, jest dobrze ale nie najgorzej jest. Wszystko wszystkim proszę pana, ale zachowajmy trzeźwą ocenę niezbyt korzystnej sytuacji.  
Nie udało się za pierwszym, to musi się udać za drugim podejściem. Młodość ma swoje prawa, ale organizm swoje granice - i kategorycznie zażądał spowolnienia chciwej pasji życia. Ja tam kłótliwa nie jestem, się zgodziłam. Pokłosie tej uległości da się zauważyć w  postaci częstszej paraliterackiej (wy)twórczości z jednej strony i – z drugiej  - w napoczęciu kolejnej książki. Przyznać jednak muszę, że jako czytelnik jestem niereformowalna – trzy zrezygnowane pozycje leżą na półce łypiąc spode łba z nadzieją. Każdej z osobna poświeciłam kilka chwil, rozdziałów, połechtałam jak kobietę komplementem i kwiatami – po czym zostawiłam na rzecz innej. Rzeczywistość jest brutalna. Do wszystkich jednak mam zamiar wrócić. A one, głupie, czekają. Wybaczcie jednak, nowa lekturowa miłość bije je w aktualnym rankingu. Ale o tym innym razem.

* albo książek; o tym później
** http://www.youtube.com/watch?v=VQkd0wPOt0c

sobota, 23 lipca 2011

Tydzień drugi: kibicowanie

W stepie szerokim, którego okiem nawet sokolim nie zmierzysz
stała blondynka w bieli, czerwieni, wypatrywała rycerzy...

Parafraza zawarta w podtytule zdradziecko mnie demaskuje. Mądre dziewczynki cechuje wrodzony rozsądek; w efekcie nabytych przez lata doświadczeń wiedzą, że prawdziwych mężczyzn już nie ma; nawet tych mniej niż bardziej rycerskich. A tu, proszę, uchowała się taka, co nadal wierzy w Mikołaja. Wiecie, zawsze pod choinką znajdą się takie podarki, które nie wiadomo, kto zapakował. Poświąteczne dochodzenie nie odkrywa tajemnicy, dlatego sądzić trzeba, iż to sam Święty. Na tej samej zasadzie funkcjonuje religia żywej męskości. W końcu wiara z założenia ma być ślepa – to czego nigdy nie widziałeś, to czego nigdy nie słyszałeś.
Budujący jest fakt, że takich, jak ja, jest więcej. Zapełniają one hale podczas rozgrywek siatkarskich i narkotyzują się oparami testosteronu.
Moi państwo, tak. Jestem aktualnie zakochana w kilkunastu bez mała chłopcach. Tutaj nie obowiązuje reguła, że młodzież musi dorosnąć, zgolić kilka pierwszych wąsów, by można było nań spojrzeć. Ech. Proszę mi wybaczyć, ale co to są za pośladki! Ramiona! Nie tacy mali rycerze… Co jeden, to lepszy. I nawet rudy daje radę. Tak zwane  ciacha.
Teraz chwila na komentarze czytelników płci niepięknej na temat słabej kondycji współczesnych kobiet (jakie my jesteśmy powierzchowne, proste, itepe). Już? Mogę dalej? Dziękuję.
Bo tak naprawdę fascynacja siatkarzami* opiera się na prostym mechanizmie. Chodzi o to, że im wychodzi. Prezencja jest wypadkową ciężkiej pracy. Bo chyba nikt nie wątpi, że medale okupione są potem i krwią. Dajmy na porównanie polskich piłkarzy. Ktoś chce dyskutować? Jestem za tym, żeby PZPN zamienił się budżetem z Polskim Związkiem Piłki Siatkowej. Albo najlepiej cały złożył mu w daninie, w zamian całując stopy Gruszki. To i tak byłoby zbyt wiele.
Lubię emocje, mecze siatkarzy dostarczają ich w dawce satysfakcjonującej. Można sobie pośpiewać, pokrzyczeć, popłakać, potańczyć, czasem schować się za kanapą, ogólnie: przypomnieć sąsiadom o swoim istnieniu. Jest Kurek, jest impreza. No i właśnie, drugi tydzień lipca stanął pod znakiem Ligi Światowej. Blondynka kibicuje.
Mam to ogromne szczęście, że w kolorowy volleyball world wprowadziła mnie Kobieta Znająca się Na Rzeczy. Ale ale! nie ułatwia to sprawy, gdyż jest ona nauczycielką wymagającą, i choć nie każe cytować z pamięci wymiarów i rozmiarów sami wiecie czego (nie wątpię, że je zna), to spróbuj strzelić gafę w stylu a dlaczego nie gra Świderski? Ten wyraz twarzy mówi wówczas wszystko: wzbudzasz moją litość, człowieku. Tak że uwaga, panowie - chcecie rozgrywać, nauczcie się zagrywać.
Nareszcie nasze podatki zaczynają przynosić wymierne korzyści: mamy taką na przykład Ergo Arenę, na której dzieją się rzeczy rangi wykraczającej poza płot okalający przydomowe podwórko. Grzechem byłoby więc oglądać rozgrywki panów siatkarzy w telewizorze, gdy za miedzą można ich powąchać. Moja prywatna mentorka - główny kierownik zamieszania - należy do grona optymistów marzycieli. Choć mało kto stawiał na to, by Polacy mieli stanąć na pudle ligi, ona z miesięcznym wyprzedzeniem zakupiła bilety na finały właśnie i nakazała szykować biało-czerwone kreacje. Im zaś bliżej finału, tym sytuacja przedstawiała się gorzej. Nie żeby dramatycznie, ale obawa była. A jak trwoga, to – wiadomo - do Boga. Modlitwa o mecz. Żarliwe błagania niewiast o pomyślność mężczyzn, okupione fantami. Dokładnie, w dzisiejszych czasach kapitalizmu nawet z Bogiem trzeba dobijać interesu. Kto ma uszy, niechaj słucha. Panie Boże, niech IM się  uda, niech NAM się uda, jeśli zobaczymy ICH w niedzielę, będziemy CO TYDZIEŃ na mszy
Słowo się rzekło. Można mnie odpytywać z homilii. Tym samym zamykam usta wszystkim, którzy zwą mnie złą kobietą. Ha! I co teraz powie?
A mecz? Naprawdę nie słyszeliście, jak się darłam…? Argentyńskie niebo płakało nad nami.
P.S. Na zakończenie muszę sobie pozwolić na pytanie, które kieruję do mentorki. Pani słucha: Wszyscy grają pięknie, a i tak wygrywa Brazylia. Tak mnie pani nauczyła. I co ja mam teraz z tym zrobić? Pogubiłam się.

*mowa teraz o polskiej reprezentacji, aczkolwiek niekoniecznie trzeba się ograniczać; nawet u Rosjan można coś interesującego wynaleźć