środa, 8 czerwca 2011

Być jak Forrest Gump

Są piękne. Przyciągają spojrzenia, budzą emocje. Wychodzą przed szereg rzeczy zwykłych. Eksperci ocenili je bardzo wysoko, pochwalili, zaklaskali. A teraz należą do mnie. Stoją sobie dumnie przed drzwiami, cieszą oko. Zachwycają kolorem (seledynowe!), smukłą linią, a przede wszystkim przeznaczeniem.
Moje buty do biegania.
Naprawdę ładne, ale okrutne. Przeżyliśmy razem ciężkie chwile. Niemal rok trwał między nami ciągły, niemy dialog. One całym swym jestestwem zaznaczały swoją obecność, ja starałam się jej nie zauważać. Czy można ignorować obiekt swojej admiracji? Ależ tak. Jeśli przypomina ci o słabych stronach twojego charakteru, wprawiając przy tym w stan irytującego wstydu, to do perfekcji opanujesz sztukę puszczania mimo uszu wysyłanych przezeń sygnałów. Będziesz znajdować dziesiątki argumentów usprawiedliwiających swoje (niegodne biegacza) postępowanie. Pogoda paskudna (huragan prawie!), biorytm jest niekorzystny, pranie trzeba nastawić, do książki zajrzeć, paznokcie obciąć. Zresztą brak czasu i natłok obowiązków jest najłatwiejszą i społecznie akceptowalną wymówką, nie tylko przed uprawianiem sportów. Ostatecznie jednak limit pretekstów się kończy i niebieskie osiągają swój cel. Sznurowadła zostały zawiązane, Rubikon przekroczyć czas.
Moment ten jest preludium do ciemnej strony mocy.   
Historia dramatu zaczyna się, jak już wspomniałam, rok temu. Kilka lat zbierania się w sobie, kilka miesięcy gadania i oto przynoszę ze sklepu pudło z nowiuśkimi śmigaczami. Ich zadaniem jest zrobienie ze mnie bogini atletyki, podniesienie pośladków i skopanie rozpanoszonego lenia. Wiara w ich moc jest tak wielka, że pełna nowo odkrytej energii puszczam się w las. Całkiem dobry początek. Tralalala, fajnie jest. Biegnę sobie, buty też. Aż tu nagle jakiś zgrzyt: coś przerywa niezły rytm…
Od razu spieszę z podpowiedzią, że nie była to nieodparta chęć wyplucia płuc. Ta i owszem, pojawiała się, i to zanim na dobre kończyła się rozgrzewka. Bariera okazała się z innej zbudowana materii. Bardzo cienkiej i wypełnionej bezbarwnym płynem. W terminologii medycznej nazywa się to pęcherzem.
Musicie przyznać, że to przynajmniej złośliwe. Kiedy już zbierasz swoją szanowną i masz tyle zacięcia, by nie zrezygnować, to na drodze twojej nowo odkrytej determinacji staje jakiś bąbel. Może gdyby był jeden, incydentalny, to pominęłoby się go milczeniem, przekłuło, posyczało i zapomniało. Ale bąbel nie z tych. On się rozmnaża. Nowo narodzony pojawia się każdorazowo na bliznach swych poprzedników. Jak głowy lernejskiej Hydry.
Pokonywanie własnych słabości trochę się zatem skomplikowało. Tym samym zamysł stworzenia z siebie sportowca-amatora też. Bo działa to tak, że jeden negatywny bodziec eliminuje z dwa pozytywne. Więc każdy nowy pęcherz ma większą moc (nie)sprawczą, niż liczne argumenty przemawiające za wyjściem na trening (ależ to brzmi - trening! Tak, to te chwile, gdy gonisz własny oddech i nie wiesz sama, czy to on przyspiesza, czy ty zwalniasz). Ale wracając do butów. No są, ale sprawiają ból. Jesteśmy w punkcie wyjścia. Biegać, czy nie biegać - oto jest pytanie.
Odpowiedź przyszła razem z nowymi potrzebami. A zwłaszcza jedną, zupełnie niezwiązaną ze sportem. Można powiedzieć: natury psychicznej. Punktem wyjścia stała się konstatacja, iż osobnik dotknięty problemem jest dla otoczenia nosicielem wirusa - lepiej trzymać się z daleka. Niby nie zaraża, ale. Zarażony zostaje ze swym zmartwieniem sam, a stąd bliska droga do obłędu. Przed szaleństwem trzeba uciekać, najskuteczniej na własnych nogach. Biegniesz, a to, co cię goni zostaje z tyłu. Myśli, obrazy, słowa, dźwięki, ludzie, gesty, lęki. Przez godzinę nie ma tego wszystkiego, jest droga i to, co za zakrętem. Razem z potem spływa ciężar, a problemy tracą moc. Najważniejszą kwestią jest wytrzymanie podbiegu, wyrównanie oddechu, wyprzedzenie deszczu. Zaczynasz lubić swoje pęcherze i zakwasy, bo one są bólem, który da się znieść. Stopy krwawią, ale głowa ma lżej. Zaczynasz kochać bieganie, bo ono cię uwalnia. Słyszysz swój oddech, czujesz serce, rozmawiasz z nimi, rozumiesz je. I nie zależy ci na wynikach, ważne jest po prostu biec przed siebie. Taka filozofia.
Nie jestem odkrywcą, wiadomo. O takiej roli sportu powiedziano już chyba wszystko. A ja dołożę swoje trzy grosze i powiem:
Run, U., run!
Kiedyś zrozumiem.

środa, 1 czerwca 2011

Lody, karuzela i cukrowa wata

Jesteśmy dorośli i tak chcemy być traktowani. Są jednak takie błędy w matrixie, które przypominają nam o naszej dziecięcej naturze. Nagle mamy ochotę paść na kolana i z tej perspektywy, po kryjomu lub otwarcie, podglądać świat skonstruowany z klocków lego. Tęsknotę za szczenięcymi latami, świecowymi kredkami i kręconym bąkiem świetnie uwidacznia oszałamiający rozwój kinderbiznesu. Najfajniejsze zabawki kupujemy sobie po osiągnięciu statusu dorosłego, ze ściśniętym sercem obserwując, jak maltretują je nasze własne pociechy. Dzieci są okrutne i za grosz nie mają poszanowania własnego mienia. Nawet, jeśli jest nim zdalnie sterowany jeep ze sprężynowym zawieszeniem i światłami włączającymi się podczas jazdy.
Swoją pierwszą lalkę Barbie kupiłam sobie jakoś tak w okolicach pełnoletniości. Brak markowej lali był mi, pamiętam, bolesny, jednak nadrabiałam w towarzystwie profesjonalnym domkiem na full wypasie. Były meble (drewniane!), agd, miniludziki, wszystko.  Made in ciocia z Niemiec. Czad, jedyny taki nabytek we wiosce.
Teraz mam misia. Zająca dla ścisłości. Nazywa się Antoś i w przeliczeniu pluszowych lat na ludzkie liczy sobie już jakieś 30 roczników. Jest to wiek uprawniający go do spania ze mną w jednym łóżku, co czasem czyni. Antoś oprócz uroku osobistego ma groch w tyłku i klapnięte uszy. Podarował mi go dziadek na dziewiętnaste urodziny. Podobno zobaczył go w sklepie, chwycił za bety i przywlókł. Zamiast kwiatka. Dowcip, impuls czy tęsknota? Pewnie wszystkiego po trochu. Nie bez kozery jestem wnuczką Stanisława.
Fajnie byłoby - chociaż czasami - bezkarnie zamanifestować infantylność, wypiąć się na powagę dorosłości i martwić jedynie kończącą się porcją lodów. Dzień Dziecka to doskonała ku temu okazja. Przyzwolenie na dyspensę od bycia dojrzałym i serio. Dziś zupełnie nie byłam serio. Zapragnęłam być małą dziewczynką chociaż jedno popołudnie; znalazłam kogoś, kto potrzebował tego samego, co ja - i tak wyruszyłyśmy, dwie gówniary, na wagary od dorosłości. Szlajałyśmy się po mieście bez obcasów, jadłyśmy lody, budyń i chipsy, zaczepiałyśmy gadżety na wystawach, chichrałyśmy się z byle czego, ale największą frajdą były gokarty. Dwie wyrośnięte, piszczące mistrzynie kierownicy na torze, z rozwianymi włosami i grupą zazdrosnych gapiów. W dechę. Bez myślenia o jutrze. Z nadzieją na jeszcze.
Kto jeszcze wątpi w leczniczą moc dziecinności, niech spróbuje karuzeli. Albo waty cukrowej. Ich smak przypomni  znaczenie słowa radość.
Szczyptą pieprzu do tego lukrowego torcika jest jedno dziecko. To zza ściany. Cholerny bachor wydziera się tak, jakby już wiedział, co go czeka za naście/dziesiąt lat. Pozdrowienia dla sąsiadów. Może pocieszy ich fakt, że nie tylko oni mają nieprzespane noce.
Noc. Grzeczne dzieci idą spać. Niegrzeczne też.

sobota, 28 maja 2011

Return

Za chwilowy niebyt przepraszam. Zdarza się najlepszym, nawet mnie (tu ukłon w stronę autorki teorii, że wstydzimy czy też boimy się przyznać głośno do faktu, iż jesteśmy w czymś dobrzy; albo lepsi – by nie użyć słowa na zet). I choć stwierdzone zostało, że napisać coś jest mi łatwiej, niż powiedzieć, czasem lepiej - dla zdrowia własnego i innych - pomilczeć. Jeśli nikogo to nie uzdrowi, to na pewno nie zaszkodzi. Nie namawiam bynajmniej do unikania rozmów. Wymowne milczenie jest ostatecznością, należy je stosować w sytuacjach, kiedy słowa mogą już tylko skrzywdzić. Mój okres posuchy słowa minął (chyba) i teraz będę już (chyba) z regularnością mniejszą bądź większą zaznaczać swoją tu obecność. I do obrzydzenia perorować. Nie ma lekko, chcieliście – macie*.
Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, ostatni nieobecny tu miesiąc nie był straconym. Zaowocował wieloma innymi, zaniedbywanymi dotąd aktywnościami, które korzystnie wpłynęły na całokształt zwany U. Odebrałam na przykład sporo uwag adresowanych bezpośrednio do mnie, dotyczących nieprzystawalności przymiotów do znaczeń. W skrócie chodzi o to, jak nasze zalety stać się mogą naszymi wadami. Na pewnym przykładzie: szczerość. Cecha, zdawałoby się, pożądana i szanowana. Tylko nie zawsze ułatwiająca życie. Myślę, że każdy z nas przynajmniej raz wybrał kłamstwo dla „większego dobra”, „mniejszego zła” lub przynajmniej świętego spokoju. Prawdomówność nie jest w cenie. Tak to sobie jakoś urządziliśmy, że często nawet nie uznajemy własnych udawanych zachowań za nieszczere. Bywa, że wraz z upływem czasu przyjmujemy je za prawdziwe, zaczynamy wierzyć w zmyślone i nie wiadomo kiedy dokonujemy przesunięć w postrzeganiu prawdy i kłamstwa. Ale załóżmy jednak, że jesteśmy na wskroś uczciwi. Do tego stopnia, że nie uciekamy się do półprawd, i zamiast mówić bywało lepiej stwierdzamy dobitnie, że jest tragicznie. Jeśli liczymy wówczas na zrozumienie, doświadczymy zdziwienia. I w efekcie zostaniemy odsunięci. Za swoją – i tu uwaga - obcesowość.
Szczerość, którą nazwać można globalnie uczciwością wynika zapewne z chęci czynienia dobrze. Innym, rzecz jasna. Cnota pierwsza klasa. Kiedy słyszysz więc Czyniący Dobro Człowieku, że byłeś za dobry, mało tego – że twoja dobroć cię zgubiła – to w łeb biorą wszystkie wpajane ci od małego wartości. To jak z tym nadstawianym drugim policzkiem - z tą maleńką różnicą, że wcale nie chciałeś, by cię bito. Ty się tego nawet nie spodziewałeś. Razem z kwitnącymi siniakami dojrzewasz więc do myśli, że musisz zrobić wszystko, by nie dopuścić do kolejnego lania. Chcesz stać się bezwzględny.
Co się z tym wiąże? Egoizm. Dotąd nieustannie ci go brakowało, ale poczytywałeś to sobie za plus. Dawałeś wiele od siebie, starałeś się dla kogoś, przedkładałeś czyjeś zadowolenie nad własny interes. Summa summarum zostajesz z ręką w nocniku, a ci, dla których się zdzierałeś potrafią cię jeszcze obwinić (bądź współwinić) za swoją/twoją/naszą/waszą porażkę. Jaki wniosek? Należy brać, nie dawać, bo patrzenie na innych się zwyczajnie nie opłaca.
Z drugiej strony ci sami, którzy zarzucali mi brak egoizmu, reagują nerwowo na jego u mnie oznaki. Choćby najmniejsze. Wówczas egoizm staje się na powrót (i na krótko) tym, czym jest: samolubstwem. Ale to pewnie dlatego, że każdy jednostkowy egoizm podpina wszystko pod siebie, nie toleruje obcego i źle go odbiera.
Zostało jeszcze jedno. To zarzut, który usłyszałam już dawniej, teraz tylko chciałabym dokładnie mu się przyjrzeć. Perfekcjonizm (bądź do niego nieustanne dążenie). Taa. Niby nie ma się do czego przyczepić. Poszukiwanie ideału nie jest chyba czymś złym, lepiej, żeby coś było doskonałe, niż na przykład mierne. W myśl tej zasady starasz się i pocisz, poprawiasz co tam masz do poprawienia, jesteś najsroższym sobie krytykiem i nagle dowiadujesz się, że twój perfekcjonizm jest chory. Że ma podłoże w źle skrywanych kompleksach. Przy jednoczesnym podkreśleniu twoich niedostatków (!) Czy ktoś to rozumie?
Może i jest w tym ostatnim odrobina prawdy. Ale tylko kapka, zupełnie zdrowa i niegroźna. Wszystkim takiej życzę, będziemy wówczas tylko lepsi.
W toku powyższego wytworzył nam się nowy słownik:
I. szczerość to obcesowość
II. dobroć generuje bezwzględność
III. egoizm to najważniejsza z cech
IV. perfekcjonizm jest wyrazem naszego zakompleksienia
Można się pogubić. Jedynym, co w takiej sytuacji ratuje od podcinania żył jest świadome odrzucanie owego nieszczęsnego dekalogu. Co nam w tym pomoże? Własny rozsądek i intuicja. Bo bywają  ludzie źli, są bezczelni, groźni czy tacy, którzy własną niezdarnością i niezdolnością do trafnych przemyśleń krzywdzą innych. Ale wiemy przecież, że otaczają nas osoby pozytywne, życzliwe i chcące dla nas jak najlepiej. Takie, które nas lubią, kochają bądź lada chwila polubią i pokochają na śmierć i życie. I o nich w tym całym młynie chodzi. Cała reszta jest niczym.

Acha. Wcale nie lubię gotować. Ja po prostu lubię dobrze zjeść. Gotowanie jest niekoniecznie szczęśliwą wypadkową tego procesu**.

* informacja dla tych, którzy wcale nie chcieli: skargi i zażalenia przyjmowane są w każdy ostatni czwartek miesiąca w biurze spraw niezałatwionych (z założenia i z premedytacją).
**to tak na fali szczerości i odkrywania siebie. Czy ktoś ma się zamiar obrazić? Zapraszam.  

piątek, 22 kwietnia 2011

O ludziach

Stosunki międzyludzkie to strasznie skomplikowana sprawa. Słowo „strasznie” znalazło się tu nie bez powodu. Potrafimy być dla siebie wilkami, najbliżsi to jednocześnie nasi najdoskonalsi oprawcy. Zależy ci na kimś bardzo? To właśnie ta osoba cię zrani! Robi to, powiedzmy, nieświadomie. Nie zastanawia się nad konsekwencją niby nic nie znaczących gestów, które - kumulując się – wybuchną jak bomba w waszym uporządkowanym, cudownym życiu. Ty nie pozostajesz dłużny, bomba cyka. Jakaś niepotrzebna krytyka, złe słowo rzucone nie w czas, niezauważona potrzeba bliskości, rozmijanie się, proza codzienności. Gdy przebywa się z kimś w jednym domu/środowisku – a raczej są to ludzie nam najważniejsi – nietrudno o rysę na szybie. A szkło się ugina. Może pęknąć. Gdy to zrobi, zazwyczaj jest za późno. Cholernie ciężko załatać dziurę, która powiększała się stopniowo przez lata. Są już nawet specjaliści od tego – terapeuci, mediatorzy. Za pieniądze (dzisiaj już wszystko ma swoją cenę) starają się pomóc tym, którzy przestali widzieć szansę porozumienia/zrozumienia. A jeśli tych pieniędzy się nie ma i/lub brak w nas chęci na pomoc z zewnątrz – co wtedy? Powiększa się grono ludzi, do których mamy żal, pretensje, nawet wrogów. Gniew zajmuje miejsce pozytywnych emocji. A wystarczyłoby w porę się otrząsnąć, zauważyć błędy, pomyśleć nad kolejnym złośliwym komentarzem, a przede wszystkim – rozmawiać. Teraz nie ma na to mody. Za mało czasu, brakuje godzin, każda wyliczona jest na działania mające polepszyć nam życie. Wszystko dla dobra naszych najbliższych przecież. Gdzieś gubimy jednak to, co najważniejsze. A cierpią na tym wszyscy wkoło. Oprócz koniecznych skrępowanych uścisków w święta nie utrzymujemy kontaktów z rodzicami, bo mamy do nich pretensje o to, że zaniedbali własną wychowawczą misję. Z siostrami i braćmi jesteśmy skłóceni o podział schedy bądź nierównomiernie rozłożoną miłość rodzicielską. Nasze dzieci poszły nieodpowiednią drogą, więc niech nie liczą na nasze wsparcie. Mąż/żona już nas nie rozumie, więc rozwód. Przyjaciel nie interesował się należycie naszymi problemami, więc luzujemy kontakty. Takich historii są tysiące, miliony. Wystarczyłoby zapukać do sąsiadów i posłuchać ich opowieści. Ludzie! Zwariować można! Zatrzymajcie się na chwilę i pomyślcie! Bo za chwilę będzie za późno. Jeśli już nie jest.

piątek, 8 kwietnia 2011

Dywagacji część trzecia. I ostatnia. Acz najdłuższa

O kryzys tożsamości głośno oskarżamy Amerykę. Narzekamy, że zła i że zauroczyła nas złudną bajką, która, gdy jej się dobrze przyjrzeć, nie reprezentuje żadnych wartości.
W tym mieście nie ma cmentarza
Poza tym wszystko tutaj jest
Kupno i sprzedaż, ręka i czoło
Spotkanie na samym dnie*
Załamujemy ręce nad amerykanizacją życia, która uniemożliwia nam odkrycie i pielęgnowanie naszej rodzimej kultury. Ameryka wyziera z każdego kąta. Ameryka tu, Ameryka tam. Ameryka wszędzie. Madonna, shopping, McDonalds, aniołki Charliego. Ciężko wzdychamy, obserwując zalew niskiej i niższej kultury popularnej zza wielkiej wody. Zarazem jednak korzystamy z tych nie-dobrodziejstw, chłoniemy je, zjadamy, przerabiamy na swoją modłę. Ameryka jest niedobra, ale jakoś nam pasuje. Trzeba zadać sobie pytanie, czy nie próbujemy zwalić na nią winy za brak własnego zdecydowania. Bo nie potrafimy wybrać wśród ogromu proponowanych rozwiązań. Gubimy się sami, a nie Ameryka nas gubi. Gdy damy sobie bowiem możliwość wyboru, mamy szansę dostąpić samorealizacji. Kultura jest źródłem cierpienia człowieka - twierdził Freud - w sytuacji podporządkowania bowiem się traci. Ale, panie Zygmuncie, świat kultury stworzony przez człowieka stał się dla niego tak samo niezbędny do życia, jak wcześniej dobra natury. Można kulturę negować, krytykować, ganić, ale jakieś punkty odniesienia trzeba przyjąć, bo ona jest naszym wytworem, naszym dzieckiem.
Można zaryzykować stwierdzenie, że to, co dawniej znajdowano w filozofii i religii, dziś ukrywa się w maskach kultury popularnej. Jeśli uważnie dokona się wyboru, to Ameryka okaże się dobrym programatorem naszej tożsamości. Są piosenki, w których bardziej, niż o wartość muzyczną, chodzi o teledyski i prężące się w nich półnagie dziewczęta. Ale jest też muzyka Nory Johnes, której nie można odmówić popularności. Są tasiemcowe seriale o Herkulesie, który ramię w ramię z Janosikiem walczy w słusznej sprawie dyskryminowania kobiet, ale kino ambitne na tym nie cierpi. Ono na tym zyskuje. Poza tym, dzisiaj również dowiadujemy się, jak żyć, i to z katedr i ambon. Przykładów jest może mniej, ale za to jakie są mocne. Nadal palą się świece w intencji Jana Pawła II. Rozmiary i formy solidaryzowania się w żałobie po tym wielkim człowieku zaskoczyły wszystkich, a nie powinny.
U.29: Taaak, mamy jako naród polski genetycznie zaprogramowany romantyczny syndrom zbiorowego cierpienia. Tyle, że nie za wiele on ze sobą niesie. To takie zamaszyste, pokazowe demonstracje braterstwa, które nie mają żadnej silnej podbudowy. Przypomnijmy sobie, co działo się dokładnie rok temu po smoleńskiej katastrofie. Chwila wspólnej zadumy, po czym wystarczył mały zapłon, by rozpętać krzyżową wojnę pełną zajadliwej nienawiści do tych, którzy jeszcze przed chwilą łączyli się z nami w zadumie i smutku.
U.23: No tak, ale pamięć papieża jest zupełnie innym przykładem. Tutaj raczej nie ma podziałów. On nie stał się przyczyną żadnych konfliktów. Nawet, jeśli ktoś nie do końca jest przekonany o słuszności jego beatyfikacji, nie przykuwa się do obelisku na placu św. Piotra w akcie sprzeciwu. Wszyscy są zgodni co do tego, że Wojtyła był wielkim autorytetem.
U.29: A komentarze sugerujące, że po papieżu zostaną nam kremówki, natomiast do jego encyklik mało kto zajrzy? I po tych kilku latach ja się pytam – kto przeczytał choćby jedną? Hę?
U.23: Nie musimy ich studiować, by dawać przykład trwałości wiary i religii. Globalizacja nie spowodowała zmiany wiary na formę łatwo przyswajalnej, rozpuszczalnej religii-instant. Owszem, musi być ona dostępna, a elektroniczny kościół to nic złego, szybciej trafi do ludzi. Potrzebujemy wspólnot, tożsamość społeczeństwa jest tak samo ważna, jak indywidualna. W zasadzie czy może to nie jest jedno i to samo...? Przykładem ciągłej aktualności wiary w ponowoczesnym świecie są choćby takie kapele, jak cytowana już Armia i jej teksty. Posłuchajcie. I to koniecznie głośno.
To nie tożsamości, ani nawet wolności, szukamy. Wolność nie istnieje, paradoksalnie nie ma jej w ponowoczesnych czasach demokracji. Gdybym była WOLNA, prowadziłabym uroczy, mały sklepik pod nazwą „Sprzedaż marzeń”, w którym równie wolni jak ja klienci, za grosze i uśmiech kupowaliby jedyne w swoim rodzaju bibeloty: papeterię z aksamitnymi, czerwonymi wstążeczkami, ręcznie wyrabiany, ceramiczny pojemnik na kawę (samodzielnie mieloną, rzecz jasna).
U.29: No, i mamy. To się zdecydowanie zmieniło. Zanudziłabym się w tym sklepiku na śmierć! Już nie mówiąc o groźbie bankructwa. Straszne.
U.23: Ale nadrobiłabyś zaległości lekturowe.
U.29: No nie wiem. Na papeteriach nie zarobiłabym nawet na książki, które wolę kupować, niż wypożyczać. Książka ma być moja, bo lubię sobie na niej gryzmolić i zaznaczać co ciekawsze fragmenty. A VAT rośnie….
U.23: No ładnie. Za kilka lat będę mieć coraz więcej dziwnych fobii. Aż strach się bać. W każdym razie sklepik raczej nie powstanie. Układ, który sami sobie stworzyliśmy, nie pozwala mi na to, a przynajmniej długo jeszcze nie pozwoli. Jest totalne zniewolenie – tym, co trzeba, co wypada, czego nie wolno, jak można, a jak nie. Nakazy, zakazy, normy – ale to my sami je sobie ustanowiliśmy. Prawo, moda, tradycja, praca – tutaj wybór jest koniecznością, coś wybrać trzeba. Złotego środka nie znajdziemy nigdy. Gdyby nagle ogłosić, że dnia tego i tego, o godzinie tej i tej, ustaną wszelkie ograniczenia i przepisy, nastałaby anarchia i ciekawe, czy nie koniec świata. Trzeba więc cieszyć się, że bezustannie pracujemy nad własną tożsamością, a nie martwić się kryzysem.
Sprzedaż marzeń – dzielenie się szczęściem. Bo to szczęścia pragniemy. Jeśli uda się nam osiągnąć je między zakupami w centrum handlowym a lekcjami angielskiego – to dobra nasza.
U.29: Całkiem niedawno ktoś zapytał się mnie tutaj, co jest najważniejsze w życiu człowieka. Odpowiedziałam (bardzo wymijająco), że drugi człowiek. Ale ta ogólnikowa odpowiedź jest też bardzo konkretna, i całkiem wpasowuje się zagadnienie naszej tożsamości. Jesteśmy tym, kim chcemy być dla innych i wśród innych.

Na koniec: Moja skromna wypowiedź dotycząca tożsamości stałą się też nagle intertekstualną przygodą z moim własnym słowem. Przychylam się do tego, że SŁOWO w interakcji z innym punktem widzenia, innym kontekstem, staje się na nowo. Prowadzi do powstania wciąż nowych konkretyzacji**. Słowo na dobrą sprawę jest bezbronne, odbiorca może z nim zrobić, co zechce, tylko pytanie: co z tego wynika? Dlatego też nie zgadzam się ze zdaniem, że słowo jest ostateczne, nawet, jeśli wydrukowane. Co sekundę może zmienić swe nacechowanie semantyczne, emocjonalne, interpretacyjne. Stąd propozycja: „wpisz się w tekst, zmień go, przekształć, przewróć, wymaż” odebrałam niemal jako prowokacyjną zaczepkę. Zrób, co chcesz? Dobrze! Wręcz doskonale. Tylko zastanawiam się (bez żadnych osobistych wycieczek), czy w momencie podjęcia decyzji o puszczeniu tekstu w czas i przestrzeń, wzięta została pod uwagę możliwość długotrwałego wciskania klawisza Backspace? Ale bez obawy – polemika nie zawsze jest zupełną negacją. Jak widać.
Fajnie tak sobie czasem pogadać ze sobą.

U.23: Nom.

* Fragment tekstu piosenki z repertuaru zespołu Armia, Utopia z płyty Pocałunek mongolskiego księcia. Polecam!

** Konkretyzacji, czyli spotkania się komunikatu i jego odbiorcy. Termin wprowadzony przez Romana Ingardena, dotyczy w zasadzie dzieła sztuki literackiej, ale doskonale można go przenieść na inne pola odczytań. Ingarden wprowadził novum w postaci uznania odbiorcy za współtwórcę dzieła, jako tego, który uzupełnia, dopełnia szkielet utworu, jednak niejednokrotnie zniekształca go i zmienia. Zainteresowanych zapraszam do lektury Ingardena: Z teorii dzieła literackiego. Ja – co stwierdzam bez żalu - już nie muszę tego czytać. Ale kiedyś musiałam.

czwartek, 31 marca 2011

Dywagacji ciąg dalszy

U.23 zakończyła swoje dywagacje na globalnej wiosce:
U.23: Mamy informacje o tym, co dzieje się z ludźmi na drugiej stronie globu i co więcej – możemy na to zareagować. Mamy ludzkość połączoną wspólną wiedzą i wspólnym zagrożeniem. Każdy, kto urodził się przed II wojną światową, ma być emigrantem w czasie, gdyż wzrastał pod niebem, na którym nie przelatywały satelity. Młode pokolenie zaś satelity traktuje jako coś normalnego. Zdaje sobie sprawę z łatwości unicestwienia życia
U.29: …i jednocześnie kompletnie nie pojmuje tej siły.
U.23: Teraz pisze się wiadomości sms i e-mail, i bez tej formy komunikacji ciężko wyobrazić sobie funkcjonowanie. Z zasłyszanej w radiu informacji wiem, iż według przeprowadzonych niedawno badań korzystanie z poczty internetowej „zabiera” 10% inteligencji.
U.29: Ciekawe, czy z perspektywy czasu już nie więcej?
U.23: Jedyne, co wykonujemy w miarę regularnie, to sprawdzanie, czy nie mamy nowych wiadomości. Takie rozkojarzenie prowadzi do ograniczenia naszego potencjału intelektualnego. Wydaje się, że z internetu korzystał już każdy, a telefon komórkowy to teraz absolutna konieczność.
U.29: Wydaje się nawet, że takie formy komunikacji zaczynają zastępować realne. Sugestywna może być tutaj reklama jednej z telewizji cyfrowych, w której pewna aktorka paraduje w papuciach i pidżamie po dworcu, sklepie czy banku, co ma pokazać technologiczne udogodnienia internetu. Nie musisz wychodzić z domu, by załatwić swoje sprawy. Trudno nie zgodzić się, iż we wspomnianych powyżej sytuacjach internet pozwala oszczędzić czas. O ile wygodniej jest kupić bilet siedząc przy komputerze, niż jechać na dworzec, odstać swoje w kolejce do informacji, potem w kolejce do kasy tylko po to, by potem usłyszeć na peronie z megafonu: „Pociąg relacji Kołobrzeg-Białystok jest opóźniony dziewięćdziesiąt minut. Opóźnienie może ulec zmianie” (i nikt się nie łudzi, że „zmiana” oznacza „zmniejszenie”). We wspomnianym spocie reklamowym pokazana jest jednak druga strona udogodnień, jakie dają nam nowoczesne środki komunikacji. W tych samych kapciach i śpiącej jeszcze fryzurze pani artystka siedzi przy stoliku z koleżanką zatopiona w kawie i ploteczkach. Nawet tutaj masz, człowieku, łatwiej: naprawdę nie musisz wychodzić z domu, na spotkanie ze znajomymi też. Pogadasz sobie z nimi na czacie, na Facebooku, ewentualnie wyślesz maila. I święty spokój.
Zygmunt Bauman wypowiedział się ostatnio, że towarzystwo wchodzi do naszych pokoi przez ekran komputera zamiast drzwiami*. Podaje, że potrzeba natychmiastowego kontaktu, dzięki której tak oszałamiająco rozwinął się rynek portali społecznościowych, to nowa forma narkotyku. Dlatego, że samotność nas przeraża, a my zabijamy ten strach posiłkując się najłatwiejszym i najbardziej dostępnym z możliwych narzędziem: klawiaturą. Taka sama obietnica tego, że nigdy nie będziemy sami była wcześniej powodem kariery walkmanów. Zapełniały one jednak pustkę ciszy wokół nas tylko w pewnym stopniu, zapomnieć o niej pozwolił dopiero internet. Młody człowiek wciągnięty w Facebooka twierdzi, że w ciągu jednego dnia może zdobyć 500 przyjaciół. Jak to brzmi. Komunikacja wirtualna wygrała z realną. Dlaczego? Ponieważ dostęp do internetu jest nieograniczony i zawsze, o każdej porze dnia i nocy, możemy sobie wygenerować złudne towarzystwo. Dodatkowo tutaj nie ma zobowiązań. Przyjacielowi offline musisz w razie potrzeby pomóc, tych online traktuje się inaczej. Zawsze można użyć opcji „Niedostępny” bądź klawisza „Delete” i problem z głowy. Jak podsumowuje to Bauman, nigdy nie byliśmy wolni do tego stopnia. Ale ta wolność jest groźna, ponieważ pokazuje nam, że aby uniknąć samotności, wyeliminowaliśmy ze swego życia prawdziwego partnera. Że zacytuję Baumana: To wynalazek w rodzaju piwa bezalkoholowego albo beztłuszczowego masła.
U.23: Skoro szalony wiek dwudziesty zmienił zasady gry, to dwudziesty pierwszy nie będzie gorszy
U.29:… raczej lepszy?
U.23: …i tak, jak w poprzednim stuleciu rzeczywistość stawała się bardzo, bardzo szybko, tak teraz „jest” szybciej, szybciej, jeszcze szybciej. Możemy być tak rozpędzeni, że tego już nie zauważamy. A gdzie miejsce na refleksję o własnej tożsamości? Wpisując w wyszukiwarce internetowej hasło „kultura”, można doszukać się naprawdę zaskakujących rzeczy. Czy to znak naszych czasów? Zapewne tak i w równym stopniu nie.

Nie za wiele pozwoliłam się dziś wypowiedzieć U.23, następnym razem obiecuję będzie inaczej.

*fragmenty wykładu wygłoszonego w listopadzie 2010 roku na konferencji „Kultura 2.0. Kultura odnawialna”, przedrukowanego w Wysokich obcasach 1 (4).

niedziela, 27 marca 2011

Wstęp do dywagacji*

* Zanim zaczniesz czytać, zapoznaj się z definicją słowa „dywagacje”. To wyjaśni wszelkie twoje ewentualne wątpliwości dotyczące sensu tego wpisu.

Kilka dobrych lat temu, będąc mało poważnym dorosłym, popełniłam superpoważny elaborat na dość poważny temat. Teraz, kiedy jestem (jak mniemam) trochę mniej niepoważna, czytam to coś i się dziwię. Głównie dlatego, że to całkiem niezły tekst, a ja jestem sobie najsroższym i najmniej przychylnym krytykiem. Upływ czasu jednak, nawet jeśli nie dodał mi zbyt wiele powagi, to zmienił nieco mój światopogląd, gdyż z paroma natenczas postawionymi sądami dziś bym się nie zgodziła. Pisałam o kryzysie podmiotu we współczesnej kulturze. Taa, grubo. Podmiot, czyli człowiek jednostkowy (ja, ty, ale nie my), źródłem zaś jego kryzysu miał być między innymi zanik SŁOWA (nie: słowa). Zagadnienie nie straciło na aktualności, więc zacytuję (z niewielkim retuszem) samą siebie. Dla rozróżnienia dywagacje sprzed sześciu lat podpiszę niezwykle sugestywnym i tajemniczym U.23, dzisiejsze ich komentarze – U.29. I proszę się skupić na treści, nie liczeniu. 

U.23: Mamy XXI wiek. Brzmi dumnie. Wielka nadzieja (nawet, jeśli ma się poczucie, że płonna) na lepsze.
U.29: Przepraszam, muszę, bo to takie napompowane, aż infantylne! Ale w ten sposób zaczęłam, więc to uszanujmy.
U.23: Właśnie. A więc: Udało się przeżyć XX stulecie, które zaserwowało chyba wszystko: dwie wojny światowe, eksplozję nauki i techniki, triumfalny pochód cywilizacji, totalitaryzm i utopię, komedię i tragedię. Tragikomedię. Upadki, wzloty, upadki, upadki…
U.29: Znowu!
U.23: !!!
U.29: Dobra, już. Tylko dlatego, że dalej będzie lepiej.
U.23: No. Obecnie bardzo chętnie używa się pojęcia kryzysu – kultury, sztuki, tożsamości. Dzisiejszą ponowoczesną epokę określa się jako nietożsamą, reprezentowaną przez człowieka zagubionego, rozrywanego sprzecznościami, niezdecydowanego. Do głosu dochodzi ironia, parodia, groteska – jako odpowiedź na brak możliwości zbilansowania zysków i strat. Brakuje stałego punktu oparcia i jednocześnie trwa rozpaczliwe jego poszukiwanie. Wszystko się pomieszało – zawaliło? Na setkach tysięcy kart próbuje się ów stan kryzysu wyjaśnić, bądź chociaż opisać, przy czym większość tych interpretacji emanuje rezygnacją. Że oto wyparowała nadzieja na racjonalną przebudowę, stworzenie „globalnej” krainy szczęśliwości. Że nauki społeczne sprzedają pasty do zębów, psychologia szkoli zaprogramowanych na uśmiech i uprzejmość sprzedawców, a pedagogika pilnuje, by masy zgadzały się z takim stanem rzeczy. Że sztuka to produkcja.
U.29: Nieźle.
U.23: Dziękuję. Kontynuując temat ponowoczesności i mnogości teorii (TEORII, TEorii, itd.), które usilnie starają się ubrać świat w system. Ale brakuje im na to słów. Nie opisują zatem rzeczywistości, ale czy władczo narzucają wiedzę? Każdy trzeźwo/samodzielnie myślący człowiek (jakkolwiek abstrakcyjnie by to nie brzmiało) po zapoznaniu się z teorią jakoś się do niej ustosunkowuje, nie identyfikuje się z nią od razu, a najczęściej w ogóle.
U.29: I tu bym polemizowała. Jesteśmy rozleniwieni i z ulgą przyjmujemy zastane teorie, nie musząc silić się na własne.
U.23: Faktycznie, na forum przytakujemy niektórym, ogólnie przyjętym opiniom, ponieważ panicznie boimy się odtrącenia spowodowanego innością. Pragniemy być INNI, ale TACY SAMI i, jak dotąd, nie udało się to chyba nikomu. Ciężko pogodzić akceptację (TAKI SAM) i jednocześnie podziw (INNY). Nasze pokręcone czasy wygenerowały miliony rozwiązań, a żadne nie są doskonałe. Doskonałość jako taka nie istnieje, chyba w bajkach, chociaż i w nich ostatnio zachodzą rewolucje – taki na przykład Harry Porter ma ludzkie wady i zdarza mu się omdleć. Nie do końca przekonuje mnie pogląd, jakoby problemy z nowoczesną tożsamością spowodowane były zastąpieniem tradycyjnych, wspólnotowych układów bezosobowymi organizacjami. Te tradycyjne będą zawsze, w mniejszym lub większym stopniu, ale nigdy nie stracą siły oddziaływania edukacyjnego, wychowawczego, sprawczego.
U.29: Z tą siłą to też chyba różnie jest, ale nie o tym my tutaj, więc pominę. W dalszych częściach U.23 rozwleka się na temat różnych koncepcji owych wspólnot stworzonych przez bardzo mądre głowy. Praca powstała w takim właśnie celu: miała być przytakiwaniem cudzym teoriom po to, by ktoś decyzyjny zaaprobował to wpisem w indeks. Studia nie uczą kreatywności. Wracając jednak do naszego ogarniętego impasem podmiotu. U.23 kończy wywód o wspólnotach podpartych tradycją (bądź jej brakiem) stwierdzeniem o pojawieniu się nowego rodzaju społeczności – globalnej, obejmującej całą kulę ziemską. 

Dla tych, którzy dotrwali mam dobrą wiadomość: na dziś to koniec. Pozostawię was teraz w nieznośnym oczekiwaniu na ciąg dalszy.
Podpowiedź: jest tego trochę, więc jak coś, to sugeruję przeskoczyć z dwa wpisy.

wtorek, 15 marca 2011

Był sobie chłopiec, czyli jubileuszów ciąg dalszy

Pozostając w klimacie celebrowania rocznic opowiem wam historię o kimś, komu dziś należy winszować. Nie zdradzę, który raz, zresztą w przypadku tegoż solenizanta nie rzutowałoby to jakkolwiek na całokształt, ani nawet na jego część. Powodem tego jest nieśmiertelna dziecięca jego dusza. I nie o zdziecinnienie tu idzie, a raczej pierwiastek prawdziwości, jaką mają w sobie dzieci. Dopóki oczywiście nie odkryją facebooka. By nie podpierać się oczywistymi imionami, nazwijmy solenizanta jeszcze bardziej oczywistym, gdyż zupełnie trafionym przydomkiem: Jutrzenka. Tak go nazywam na własny użytek, pod taką postacią figuruje w moim telefonie. Początkowo widniał w nim pod swoim imieniem i nigdy nie mogłam go znaleźć. Jutrzenka ostatnio nie dzwoni często, a nawet bardzo rzadko. Za każdym takim razem, choćby się go nie słyszało długi czas, rozmawia się z nim tak samo - jakby dopiero co dzwonił, wczoraj czy w zeszłą sobotę. Czy macie czasem takie wrażenie, że znacie kogoś jednocześnie doskonale i w ogóle? Jutrzenka jest dla mnie takim fenomenem.
Historia naszej znajomości osiągnie niedługo pełnoletniość. Mogłoby to oznaczać, że kopaliśmy razem babki z piasku i wiemy o sobie wszystko. Otóż nie. Nie tylko dlatego, że nasze metryki na to nie wskazują ani też nie ze względów na kilometry dzielące nasze piaskownice i wioski. Głównym powodem jest mgła zasnuwająca początki naszej przyjaźni. Przez chwilę zastanawiałam się, czy mogę użyć tego słowa, a teraz jest mi wstyd za to zawahanie. To taka specyficzna, ale przyjaźń. Mam nadzieję, że się Jutrzenka ze mną w tej kwestii zgodzi. Osobliwa ta przyjaźń ma w sobie wiele niewiadomych. Pierwsza i najważniejsza dotyczy zapomnienia. Z mojej, niestety, strony. Potraficie wytłumaczyć zjawisko zapomnienia o kimś na lata? Wymazaniu z pamięci listów, które się do kogoś pisało, wspólnych tematów, wydarzeń..? Nie ma w tym żadnej traumy, spychania do nieświadomości dramatycznych, związanych z kimś epizodów. Nic z tych rzeczy. Jutrzenka był, jak ja, niezwykle zdolnym dzieckiem. No nikt nie powinien być zdziwiony. A że oboje jesteśmy zodiakalnymi rybami, to talenty nasze realizowaliśmy na konkursach polonistycznych. I tak się poznaliśmy, na jednej z wielu międzyszkolnych olimpiad. „Ludzi coraz więcej, a człowieka coraz mniej”. Nigdy nie zapomnę tej wystudiowanej z panią od polskiego rozprawki. Podsuwała mi przed finałem wojewódzkim kilka zgrabnych prac, nie wiem nawet czyjego autorstwa, sugerując dogłębne zapoznanie się z ich treścią i mając nadzieję, że konkursowe tematy podpasują pod wyuczone frazy. Ja faktycznie niemal na pamięć wykułam całe akapity, niektóre pamiętam do dziś lepiej niż dziesięć przykazań*. Tylko pani polonistka, pracując usilnie nad moją formą prozatorską, nie pomyślała o jednym: że z jednego kompletu klocków nie da się zbudować wszystkich zamków warownych. W rezultacie napisałam piękne wypracowanie kompletnie nie na temat. Ale nie samymi wygranymi człowiek żyje. Ważne było to, że dzięki staraniom pani polonistki jeździłam na te olimpiady i Jutrzenka też jeździł. A że, jak już wspominałam, mieszkaliśmy w odległych wioskach, a internetu i komórek wówczas nie było, pisało się listy. Poczta Polska to siła. Kopię jednego z tych listów po wielu latach Jutrzenka przesłał mi już za pomocą internetu. Najważniejszym poruszanym w nim zagadnieniem była prośba o publikacje dotyczące Kelly Family. Prośba została spełniona, bo Jutrzenka to solidna firma. Jestem teraz szczęśliwą posiadaczką książki o Kellych. Tylko szukał tej książki trochę długo. Kilkanaście lat.
Potem jest dziura w pamięci, o której już wspominałam i której się wstydzę. Jak dodać do tego fakt, że oboje w tym czasie kontynuowaliśmy szkolną karierę w tym samym liceum, to chowam się ze swoim zażenowaniem pod stołem. Ale jak widać przyjaźni naszej pisane były inne losy. Na nowe tory skierował ją Jutrzenka. Znalazł mnie na portalu społecznościowym, na którym nie wypadało wówczas nie być, i naprawdę spokojnie przyjął fakt mojej wątłej pamięci. Musiał mieć przednią zabawę, kazał zgadywać, kto zacz. Ubaw po pachy.
Od tamtego czasu minęło kilka lat. Widzieliśmy się w tym czasie tylko jeden raz, dzielą nas teraz dwa morza. Pamiętne spotkanie, niejeden żołądek pewnie je jeszcze pamięta. Ale tak, jak kiedyś odległość między wioskami, tak teraz odległość między krajami nie jest problemem. Można założyć słuchawki i rozmawiasz z Jutrzenką, jakby był za ścianą. I te rozmowy, czasem głupie dywagacje, a czasem niewymuszone acz poważne dyskusje – rozmowy te są kwintesencją Jutrzenki. Trudno to wyjaśnić, ale nawet kilka słów może postawić do pionu. Jutrznio ty moja, pewnie to kiedyś przeczytasz. Bardzo Ci dziękuję, żeś jest, chłopie. Tylko odzywaj się częściej. Żonę pozdrów. A jak spłodzisz dzieci, to każ im pisać listy do przyjaciół. Wszystkiego najlepszego stary koniu.

*Z tymi przykazaniami to nie jest dobry przykład. Wszyscy staramy się ich nie pamiętać.

sobota, 12 marca 2011

Refleksje jubileuszowe

Po ostatnim wpisie odebrałam kilka niepokojących sygnałów od ludzi zmartwionych moim stanem psychofizycznym. Nagle okazuje się, że alkohol jest tabu. Że jest – owszem – dla ludzi, że do picia, ale już nie do mówienia o nim (choć rozwiązuje nawet najbardziej skołowaciałe języki), a już w ogóle nie powinno się o nim pisać. Może nie tyle o nim, co o swojej do niego sympatii. I teraz każdy objaw mojej słabszej formy postrzegany jest jako wynik, że zacytuję, „przesadzenia z alkoholem”. Tłumaczę to sobie tak: praworządni obywatele bardzo chętnie z tobą wypiją, wrodzona przyzwoitość nakazuje im jednak pomijać ów proceder milczeniem. Tak na wszelki wypadek, by zapobiec ewentualnym podejrzeniom o nadużycia. Gdy odkryją, że któryś z towarzyszy alkoholowej degustacji zaczyna o tym pisać, rodzi się popłoch. Obawa, że na jaw wyjdzie ich współudział. A że najlepszą obroną jest atak, prewencyjnie okazują zatroskanie moim „problemem”. Dlatego, zgadując ich intencje i wykazując się niezwykle dojrzałym zrozumieniem, oficjalnie ogłaszam, że nikogo nie obsmaruję. Możecie spać spokojnie, teczki wasze będą czyste.
A tak poważnie, to uważam, że lepiej być w dzisiejszych czasach mniej lub bardziej świadomym alkoholikiem, niż znieczulać się używkami innej maści. Tu przynajmniej wiemy, czym sobie szkodzimy, sprawdziło to wielu przed nami. Ogrom wszelakich świństw dostępnych w obiegu jest podejrzewam tam wielki, jak moja ignorancja w tym temacie. Ale dobrze mi z tą niewiedzą.  
Kontynuując temat mojej kondycji i korzystając z okazji kolejnego jubileuszu, chciałam sobie publicznie po-używać trochę na sobie samej. Że wiecie, takie podsumowanie tego, co się w życiu schrzaniło i tego, czego się dotąd spaprać nie dało. Można sobie na przykład wziąć czystą kartkę, byle nie za dużą (bo im mniej analizowania, tym lepiej), podzielić ją na dwie części i mieć nadzieję, że in plus zajmie przynajmniej połowę. Nie wszyscy jednak potrafią nazwać po imieniu swoje wady i zalety. Można narzędziem badawczym uczynić telefon i mierzyć własną wartość częstotliwością składanych przezeń życzeń. Tylko wówczas istnieje ryzyko, że ten będzie milczał i bilans wyjdzie niekorzystnie. W dodatku zdołamy w ten sposób odnotować wszystkich, którzy „winni byli pamiętać” a jakoś zapomnieli - i draka gotowa. Można też urządzić huczną imprezę i sprosić kogo się tylko da, a potem poustawiać prezenty w stos aż po sufit. Gorzej, jeśli stos nie sięgnie nawet stołu, a wydatki poniesione na imprezę drastycznie uszczuplą budżet.
Można też ostatecznie nie robić nic, w tym również nie myśleć o cyfrach, które znalazłyby się na torcie. Spróbowałam tego ostatniego i prawie się udało. Z tym ignorowaniem peselu tylko nie do końca wyszło. Zawsze można pocieszać się faktem, że za rok będzie….poważniej.
I weź tu nie pij.

piątek, 25 lutego 2011

winny jest nałóg

Kontynuując temat wyskokowy. Mój pierwszy w pełni autorski alkohol. Wybór padł na cytrynówkę. Nalewka niezbyt rasowa, ale w lodówce studenckiego mieszkania jest jak Dom Perignon. Na decyzję o uruchomieniu produkcji tego właśnie trunku złożyło się kilka czynników. Pierwszym i najważniejszym bodźcem była nasza polska gościnność. Młodożeńców wita się chlebem i solą, nowych lokatorów zaś czym chata bogata. A gdy chata biedna, bo żacka, wita się – no właśnie? Czym? Mnie powitano złotym napojem autorstwa Ewki. Pierwsze majowe upały, człowiek zlany potem i zasypany kartonami, sklepy na cześć pracy niepracujące, a w całym mieszkaniu brak wody (prócz tej w kranie, która zamiast walorów smakowych charakteryzowała się czasem żółtordzawą, czasem rdzawoceglastą barwą, w żadnej z postaci niezachęcającą do degustacji). I wtedy to, niczym oaza zbłąkanemu na pustyni, ukazała się mym oczom ona. Słoneczna, złocista, w butelce po Napoleonie, piękna. Zapoczątkowała dozgonną miłość do Ewki i – oczywiście – jej córki, która tamtego majowego popołudnia serwowała w kieliszkach do szampana kanarkowy płyn. Porcje były wymierzone z iście aptekarską precyzją, czyli spore. Tak się rodzą prawdziwe przyjaźnie.
Szybko okazało się, że bez cytrynówki studenckie mieszkanie niewiele jest warte, więcej nawet – że bez niej prace dyplomowe absolutnie nie mają szans się napisać. Niestety, Ewka na nadążała z produkcją. A promotorzy się niecierpliwili, terminy goniły i takie tam. Zmuszone sytuacją wzięły się więc studentki do roboty. I tu kolejny raz przydały się farmaceutyczne zdolności pierworodnej Ewki. Bo cytrynówkę zrobić może przy niewielkim wysiłku każdy, ale zrobić t a k ą  - to już potrafi niewielu. Trzeba znać proporcje, wiedzieć, ile, jak i kiedy mieszać, w jaki sposób i w którym momencie przecedzić, itepe. Przepisów jest tyle, ilu wytwórców, a wszyscy oni prawdopodobnie każdorazowo zastanawiają się nad udoskonaleniem swojej receptury. Nam się przez zupełny przypadek udało za pierwszym razem najlepiej. Kolejnym partiom czegoś tam zawsze brakowało, a to za mało klarowna, a to zbyt gorzkawa. Nie przeszkadzało to bynajmniej w konsumpcji do ostatniej kropli. Korzyści takiej domowej rozlewni były niewymierne (integracja między pokojami) i mierzalne (magisteria obronione na piątki).
Człowiek jednak dojrzewa, wyrasta z gówniarskich upodobań, poważnieje (z założenia). Nadchodzi taki dzień, gdy po porannej kawie i jajkach na półmiękko stwierdza, że czas na kolejny krok. Powstaje w jego dorosłej głowie zarys nowego celu. Zrobi wino. A co.
Jeśli kawa była za słaba lub jajka za twarde, istnieje niebezpieczeństwo pozostawienia dopiero co wygenerowanego projektu w sferze niematerialnej na długo bądź na zawsze. Tak może się zadziać nie tylko w przypadku śmiałego planu stworzenia winiarskiej manufaktury. Ten smutny koniec może dotknąć wiele różnych koncepcji zanim w ogóle zostaną wdrożone w życie: od czytania książek po regularne uprawianie sportów. Zakładamy jednak, że jajka były idealne a kofeina odpowiednio skoncentrowana. Nadal mamy zapał, mamy gąsior, skombinowaliśmy owoce. Nic tylko działać.
Bardzo ważna rada: jeśli mamy mentora (czytaj: kogoś, kto wie na dany temat więcej od nas a nawet już tego kiedyś próbował), skorzystajmy z jego pomocy. On poczuje się mądry i ważny, a my nie schrzanimy kilku kilogramów jabłek. Jak się ma w życiu trochę szczęścia, to mentor dostarczy – prócz cennych wskazówek – odpowiednie drożdże i aparaturę do szybkiego ogarnięcia owoców. Jak się ma tego szczęścia trochę więcej, mentor pójdzie z tobą na pachtę, gdy w połowie wyciskania zabraknie jabłek. I będzie dzielnie skakał przez płot ze skrzynką papierówek.
Poświęcenie procentuje, dlatego po kilku już (cierpliwość jest sztuką…) miesiącach nastąpiła uroczysta degustacja wina, o którym nawet mentor wypowiedział się, że „niezgorsze”. Jak wielkim to było komplementem można powiedzieć teraz, gdy ojciec chrzestny owego trunku, mentorem dotąd zwany, okazał się mistrzem w tym fachu. Zaczynał całkiem niepozornie, amatorsko, od sopockiej piwniczki z kilkoma bulgoczącymi balonami, by po jakimś czasie wygrywać krajowe i międzynarodowe konkursy na ważone tradycyjnymi metodami trunki. Talent ma chłopak, nie ma co, i szacunek mu się należy nawet mimo tego, że zdradził nalewki na rzecz piwa. Zanim stał się taki sławny, użyczył jeszcze receptury na miód pitny. Za jego zapewne błogosławieństwem trójniak wyszedł jak złoto, ale zostało po nim już tylko słodkie wspomnienie i kilka zdjęć u sąsiadów.
Z tym miodem może być jak z cytrynówką – pierwszy może znokautować kolejne. W kuchennych zapasach stoi kilka słojów przywiezionego ze wsi miodu. Czekają na swój dzień. Być może przyjdzie taki czas, że człowiek ruszy tyłek i wleje ów miód do gara. A na razie, w geście pokory, wróciłam do cytrynówki. Na cześć Ewki i w celach zdrowotnych. Wszakże zimę mamy straszną i trzeba wzmacniać odporność.
Reasumując, kradzione owoce są receptą na sukces.