piątek, 8 kwietnia 2011

Dywagacji część trzecia. I ostatnia. Acz najdłuższa

O kryzys tożsamości głośno oskarżamy Amerykę. Narzekamy, że zła i że zauroczyła nas złudną bajką, która, gdy jej się dobrze przyjrzeć, nie reprezentuje żadnych wartości.
W tym mieście nie ma cmentarza
Poza tym wszystko tutaj jest
Kupno i sprzedaż, ręka i czoło
Spotkanie na samym dnie*
Załamujemy ręce nad amerykanizacją życia, która uniemożliwia nam odkrycie i pielęgnowanie naszej rodzimej kultury. Ameryka wyziera z każdego kąta. Ameryka tu, Ameryka tam. Ameryka wszędzie. Madonna, shopping, McDonalds, aniołki Charliego. Ciężko wzdychamy, obserwując zalew niskiej i niższej kultury popularnej zza wielkiej wody. Zarazem jednak korzystamy z tych nie-dobrodziejstw, chłoniemy je, zjadamy, przerabiamy na swoją modłę. Ameryka jest niedobra, ale jakoś nam pasuje. Trzeba zadać sobie pytanie, czy nie próbujemy zwalić na nią winy za brak własnego zdecydowania. Bo nie potrafimy wybrać wśród ogromu proponowanych rozwiązań. Gubimy się sami, a nie Ameryka nas gubi. Gdy damy sobie bowiem możliwość wyboru, mamy szansę dostąpić samorealizacji. Kultura jest źródłem cierpienia człowieka - twierdził Freud - w sytuacji podporządkowania bowiem się traci. Ale, panie Zygmuncie, świat kultury stworzony przez człowieka stał się dla niego tak samo niezbędny do życia, jak wcześniej dobra natury. Można kulturę negować, krytykować, ganić, ale jakieś punkty odniesienia trzeba przyjąć, bo ona jest naszym wytworem, naszym dzieckiem.
Można zaryzykować stwierdzenie, że to, co dawniej znajdowano w filozofii i religii, dziś ukrywa się w maskach kultury popularnej. Jeśli uważnie dokona się wyboru, to Ameryka okaże się dobrym programatorem naszej tożsamości. Są piosenki, w których bardziej, niż o wartość muzyczną, chodzi o teledyski i prężące się w nich półnagie dziewczęta. Ale jest też muzyka Nory Johnes, której nie można odmówić popularności. Są tasiemcowe seriale o Herkulesie, który ramię w ramię z Janosikiem walczy w słusznej sprawie dyskryminowania kobiet, ale kino ambitne na tym nie cierpi. Ono na tym zyskuje. Poza tym, dzisiaj również dowiadujemy się, jak żyć, i to z katedr i ambon. Przykładów jest może mniej, ale za to jakie są mocne. Nadal palą się świece w intencji Jana Pawła II. Rozmiary i formy solidaryzowania się w żałobie po tym wielkim człowieku zaskoczyły wszystkich, a nie powinny.
U.29: Taaak, mamy jako naród polski genetycznie zaprogramowany romantyczny syndrom zbiorowego cierpienia. Tyle, że nie za wiele on ze sobą niesie. To takie zamaszyste, pokazowe demonstracje braterstwa, które nie mają żadnej silnej podbudowy. Przypomnijmy sobie, co działo się dokładnie rok temu po smoleńskiej katastrofie. Chwila wspólnej zadumy, po czym wystarczył mały zapłon, by rozpętać krzyżową wojnę pełną zajadliwej nienawiści do tych, którzy jeszcze przed chwilą łączyli się z nami w zadumie i smutku.
U.23: No tak, ale pamięć papieża jest zupełnie innym przykładem. Tutaj raczej nie ma podziałów. On nie stał się przyczyną żadnych konfliktów. Nawet, jeśli ktoś nie do końca jest przekonany o słuszności jego beatyfikacji, nie przykuwa się do obelisku na placu św. Piotra w akcie sprzeciwu. Wszyscy są zgodni co do tego, że Wojtyła był wielkim autorytetem.
U.29: A komentarze sugerujące, że po papieżu zostaną nam kremówki, natomiast do jego encyklik mało kto zajrzy? I po tych kilku latach ja się pytam – kto przeczytał choćby jedną? Hę?
U.23: Nie musimy ich studiować, by dawać przykład trwałości wiary i religii. Globalizacja nie spowodowała zmiany wiary na formę łatwo przyswajalnej, rozpuszczalnej religii-instant. Owszem, musi być ona dostępna, a elektroniczny kościół to nic złego, szybciej trafi do ludzi. Potrzebujemy wspólnot, tożsamość społeczeństwa jest tak samo ważna, jak indywidualna. W zasadzie czy może to nie jest jedno i to samo...? Przykładem ciągłej aktualności wiary w ponowoczesnym świecie są choćby takie kapele, jak cytowana już Armia i jej teksty. Posłuchajcie. I to koniecznie głośno.
To nie tożsamości, ani nawet wolności, szukamy. Wolność nie istnieje, paradoksalnie nie ma jej w ponowoczesnych czasach demokracji. Gdybym była WOLNA, prowadziłabym uroczy, mały sklepik pod nazwą „Sprzedaż marzeń”, w którym równie wolni jak ja klienci, za grosze i uśmiech kupowaliby jedyne w swoim rodzaju bibeloty: papeterię z aksamitnymi, czerwonymi wstążeczkami, ręcznie wyrabiany, ceramiczny pojemnik na kawę (samodzielnie mieloną, rzecz jasna).
U.29: No, i mamy. To się zdecydowanie zmieniło. Zanudziłabym się w tym sklepiku na śmierć! Już nie mówiąc o groźbie bankructwa. Straszne.
U.23: Ale nadrobiłabyś zaległości lekturowe.
U.29: No nie wiem. Na papeteriach nie zarobiłabym nawet na książki, które wolę kupować, niż wypożyczać. Książka ma być moja, bo lubię sobie na niej gryzmolić i zaznaczać co ciekawsze fragmenty. A VAT rośnie….
U.23: No ładnie. Za kilka lat będę mieć coraz więcej dziwnych fobii. Aż strach się bać. W każdym razie sklepik raczej nie powstanie. Układ, który sami sobie stworzyliśmy, nie pozwala mi na to, a przynajmniej długo jeszcze nie pozwoli. Jest totalne zniewolenie – tym, co trzeba, co wypada, czego nie wolno, jak można, a jak nie. Nakazy, zakazy, normy – ale to my sami je sobie ustanowiliśmy. Prawo, moda, tradycja, praca – tutaj wybór jest koniecznością, coś wybrać trzeba. Złotego środka nie znajdziemy nigdy. Gdyby nagle ogłosić, że dnia tego i tego, o godzinie tej i tej, ustaną wszelkie ograniczenia i przepisy, nastałaby anarchia i ciekawe, czy nie koniec świata. Trzeba więc cieszyć się, że bezustannie pracujemy nad własną tożsamością, a nie martwić się kryzysem.
Sprzedaż marzeń – dzielenie się szczęściem. Bo to szczęścia pragniemy. Jeśli uda się nam osiągnąć je między zakupami w centrum handlowym a lekcjami angielskiego – to dobra nasza.
U.29: Całkiem niedawno ktoś zapytał się mnie tutaj, co jest najważniejsze w życiu człowieka. Odpowiedziałam (bardzo wymijająco), że drugi człowiek. Ale ta ogólnikowa odpowiedź jest też bardzo konkretna, i całkiem wpasowuje się zagadnienie naszej tożsamości. Jesteśmy tym, kim chcemy być dla innych i wśród innych.

Na koniec: Moja skromna wypowiedź dotycząca tożsamości stałą się też nagle intertekstualną przygodą z moim własnym słowem. Przychylam się do tego, że SŁOWO w interakcji z innym punktem widzenia, innym kontekstem, staje się na nowo. Prowadzi do powstania wciąż nowych konkretyzacji**. Słowo na dobrą sprawę jest bezbronne, odbiorca może z nim zrobić, co zechce, tylko pytanie: co z tego wynika? Dlatego też nie zgadzam się ze zdaniem, że słowo jest ostateczne, nawet, jeśli wydrukowane. Co sekundę może zmienić swe nacechowanie semantyczne, emocjonalne, interpretacyjne. Stąd propozycja: „wpisz się w tekst, zmień go, przekształć, przewróć, wymaż” odebrałam niemal jako prowokacyjną zaczepkę. Zrób, co chcesz? Dobrze! Wręcz doskonale. Tylko zastanawiam się (bez żadnych osobistych wycieczek), czy w momencie podjęcia decyzji o puszczeniu tekstu w czas i przestrzeń, wzięta została pod uwagę możliwość długotrwałego wciskania klawisza Backspace? Ale bez obawy – polemika nie zawsze jest zupełną negacją. Jak widać.
Fajnie tak sobie czasem pogadać ze sobą.

U.23: Nom.

* Fragment tekstu piosenki z repertuaru zespołu Armia, Utopia z płyty Pocałunek mongolskiego księcia. Polecam!

** Konkretyzacji, czyli spotkania się komunikatu i jego odbiorcy. Termin wprowadzony przez Romana Ingardena, dotyczy w zasadzie dzieła sztuki literackiej, ale doskonale można go przenieść na inne pola odczytań. Ingarden wprowadził novum w postaci uznania odbiorcy za współtwórcę dzieła, jako tego, który uzupełnia, dopełnia szkielet utworu, jednak niejednokrotnie zniekształca go i zmienia. Zainteresowanych zapraszam do lektury Ingardena: Z teorii dzieła literackiego. Ja – co stwierdzam bez żalu - już nie muszę tego czytać. Ale kiedyś musiałam.

czwartek, 31 marca 2011

Dywagacji ciąg dalszy

U.23 zakończyła swoje dywagacje na globalnej wiosce:
U.23: Mamy informacje o tym, co dzieje się z ludźmi na drugiej stronie globu i co więcej – możemy na to zareagować. Mamy ludzkość połączoną wspólną wiedzą i wspólnym zagrożeniem. Każdy, kto urodził się przed II wojną światową, ma być emigrantem w czasie, gdyż wzrastał pod niebem, na którym nie przelatywały satelity. Młode pokolenie zaś satelity traktuje jako coś normalnego. Zdaje sobie sprawę z łatwości unicestwienia życia
U.29: …i jednocześnie kompletnie nie pojmuje tej siły.
U.23: Teraz pisze się wiadomości sms i e-mail, i bez tej formy komunikacji ciężko wyobrazić sobie funkcjonowanie. Z zasłyszanej w radiu informacji wiem, iż według przeprowadzonych niedawno badań korzystanie z poczty internetowej „zabiera” 10% inteligencji.
U.29: Ciekawe, czy z perspektywy czasu już nie więcej?
U.23: Jedyne, co wykonujemy w miarę regularnie, to sprawdzanie, czy nie mamy nowych wiadomości. Takie rozkojarzenie prowadzi do ograniczenia naszego potencjału intelektualnego. Wydaje się, że z internetu korzystał już każdy, a telefon komórkowy to teraz absolutna konieczność.
U.29: Wydaje się nawet, że takie formy komunikacji zaczynają zastępować realne. Sugestywna może być tutaj reklama jednej z telewizji cyfrowych, w której pewna aktorka paraduje w papuciach i pidżamie po dworcu, sklepie czy banku, co ma pokazać technologiczne udogodnienia internetu. Nie musisz wychodzić z domu, by załatwić swoje sprawy. Trudno nie zgodzić się, iż we wspomnianych powyżej sytuacjach internet pozwala oszczędzić czas. O ile wygodniej jest kupić bilet siedząc przy komputerze, niż jechać na dworzec, odstać swoje w kolejce do informacji, potem w kolejce do kasy tylko po to, by potem usłyszeć na peronie z megafonu: „Pociąg relacji Kołobrzeg-Białystok jest opóźniony dziewięćdziesiąt minut. Opóźnienie może ulec zmianie” (i nikt się nie łudzi, że „zmiana” oznacza „zmniejszenie”). We wspomnianym spocie reklamowym pokazana jest jednak druga strona udogodnień, jakie dają nam nowoczesne środki komunikacji. W tych samych kapciach i śpiącej jeszcze fryzurze pani artystka siedzi przy stoliku z koleżanką zatopiona w kawie i ploteczkach. Nawet tutaj masz, człowieku, łatwiej: naprawdę nie musisz wychodzić z domu, na spotkanie ze znajomymi też. Pogadasz sobie z nimi na czacie, na Facebooku, ewentualnie wyślesz maila. I święty spokój.
Zygmunt Bauman wypowiedział się ostatnio, że towarzystwo wchodzi do naszych pokoi przez ekran komputera zamiast drzwiami*. Podaje, że potrzeba natychmiastowego kontaktu, dzięki której tak oszałamiająco rozwinął się rynek portali społecznościowych, to nowa forma narkotyku. Dlatego, że samotność nas przeraża, a my zabijamy ten strach posiłkując się najłatwiejszym i najbardziej dostępnym z możliwych narzędziem: klawiaturą. Taka sama obietnica tego, że nigdy nie będziemy sami była wcześniej powodem kariery walkmanów. Zapełniały one jednak pustkę ciszy wokół nas tylko w pewnym stopniu, zapomnieć o niej pozwolił dopiero internet. Młody człowiek wciągnięty w Facebooka twierdzi, że w ciągu jednego dnia może zdobyć 500 przyjaciół. Jak to brzmi. Komunikacja wirtualna wygrała z realną. Dlaczego? Ponieważ dostęp do internetu jest nieograniczony i zawsze, o każdej porze dnia i nocy, możemy sobie wygenerować złudne towarzystwo. Dodatkowo tutaj nie ma zobowiązań. Przyjacielowi offline musisz w razie potrzeby pomóc, tych online traktuje się inaczej. Zawsze można użyć opcji „Niedostępny” bądź klawisza „Delete” i problem z głowy. Jak podsumowuje to Bauman, nigdy nie byliśmy wolni do tego stopnia. Ale ta wolność jest groźna, ponieważ pokazuje nam, że aby uniknąć samotności, wyeliminowaliśmy ze swego życia prawdziwego partnera. Że zacytuję Baumana: To wynalazek w rodzaju piwa bezalkoholowego albo beztłuszczowego masła.
U.23: Skoro szalony wiek dwudziesty zmienił zasady gry, to dwudziesty pierwszy nie będzie gorszy
U.29:… raczej lepszy?
U.23: …i tak, jak w poprzednim stuleciu rzeczywistość stawała się bardzo, bardzo szybko, tak teraz „jest” szybciej, szybciej, jeszcze szybciej. Możemy być tak rozpędzeni, że tego już nie zauważamy. A gdzie miejsce na refleksję o własnej tożsamości? Wpisując w wyszukiwarce internetowej hasło „kultura”, można doszukać się naprawdę zaskakujących rzeczy. Czy to znak naszych czasów? Zapewne tak i w równym stopniu nie.

Nie za wiele pozwoliłam się dziś wypowiedzieć U.23, następnym razem obiecuję będzie inaczej.

*fragmenty wykładu wygłoszonego w listopadzie 2010 roku na konferencji „Kultura 2.0. Kultura odnawialna”, przedrukowanego w Wysokich obcasach 1 (4).

niedziela, 27 marca 2011

Wstęp do dywagacji*

* Zanim zaczniesz czytać, zapoznaj się z definicją słowa „dywagacje”. To wyjaśni wszelkie twoje ewentualne wątpliwości dotyczące sensu tego wpisu.

Kilka dobrych lat temu, będąc mało poważnym dorosłym, popełniłam superpoważny elaborat na dość poważny temat. Teraz, kiedy jestem (jak mniemam) trochę mniej niepoważna, czytam to coś i się dziwię. Głównie dlatego, że to całkiem niezły tekst, a ja jestem sobie najsroższym i najmniej przychylnym krytykiem. Upływ czasu jednak, nawet jeśli nie dodał mi zbyt wiele powagi, to zmienił nieco mój światopogląd, gdyż z paroma natenczas postawionymi sądami dziś bym się nie zgodziła. Pisałam o kryzysie podmiotu we współczesnej kulturze. Taa, grubo. Podmiot, czyli człowiek jednostkowy (ja, ty, ale nie my), źródłem zaś jego kryzysu miał być między innymi zanik SŁOWA (nie: słowa). Zagadnienie nie straciło na aktualności, więc zacytuję (z niewielkim retuszem) samą siebie. Dla rozróżnienia dywagacje sprzed sześciu lat podpiszę niezwykle sugestywnym i tajemniczym U.23, dzisiejsze ich komentarze – U.29. I proszę się skupić na treści, nie liczeniu. 

U.23: Mamy XXI wiek. Brzmi dumnie. Wielka nadzieja (nawet, jeśli ma się poczucie, że płonna) na lepsze.
U.29: Przepraszam, muszę, bo to takie napompowane, aż infantylne! Ale w ten sposób zaczęłam, więc to uszanujmy.
U.23: Właśnie. A więc: Udało się przeżyć XX stulecie, które zaserwowało chyba wszystko: dwie wojny światowe, eksplozję nauki i techniki, triumfalny pochód cywilizacji, totalitaryzm i utopię, komedię i tragedię. Tragikomedię. Upadki, wzloty, upadki, upadki…
U.29: Znowu!
U.23: !!!
U.29: Dobra, już. Tylko dlatego, że dalej będzie lepiej.
U.23: No. Obecnie bardzo chętnie używa się pojęcia kryzysu – kultury, sztuki, tożsamości. Dzisiejszą ponowoczesną epokę określa się jako nietożsamą, reprezentowaną przez człowieka zagubionego, rozrywanego sprzecznościami, niezdecydowanego. Do głosu dochodzi ironia, parodia, groteska – jako odpowiedź na brak możliwości zbilansowania zysków i strat. Brakuje stałego punktu oparcia i jednocześnie trwa rozpaczliwe jego poszukiwanie. Wszystko się pomieszało – zawaliło? Na setkach tysięcy kart próbuje się ów stan kryzysu wyjaśnić, bądź chociaż opisać, przy czym większość tych interpretacji emanuje rezygnacją. Że oto wyparowała nadzieja na racjonalną przebudowę, stworzenie „globalnej” krainy szczęśliwości. Że nauki społeczne sprzedają pasty do zębów, psychologia szkoli zaprogramowanych na uśmiech i uprzejmość sprzedawców, a pedagogika pilnuje, by masy zgadzały się z takim stanem rzeczy. Że sztuka to produkcja.
U.29: Nieźle.
U.23: Dziękuję. Kontynuując temat ponowoczesności i mnogości teorii (TEORII, TEorii, itd.), które usilnie starają się ubrać świat w system. Ale brakuje im na to słów. Nie opisują zatem rzeczywistości, ale czy władczo narzucają wiedzę? Każdy trzeźwo/samodzielnie myślący człowiek (jakkolwiek abstrakcyjnie by to nie brzmiało) po zapoznaniu się z teorią jakoś się do niej ustosunkowuje, nie identyfikuje się z nią od razu, a najczęściej w ogóle.
U.29: I tu bym polemizowała. Jesteśmy rozleniwieni i z ulgą przyjmujemy zastane teorie, nie musząc silić się na własne.
U.23: Faktycznie, na forum przytakujemy niektórym, ogólnie przyjętym opiniom, ponieważ panicznie boimy się odtrącenia spowodowanego innością. Pragniemy być INNI, ale TACY SAMI i, jak dotąd, nie udało się to chyba nikomu. Ciężko pogodzić akceptację (TAKI SAM) i jednocześnie podziw (INNY). Nasze pokręcone czasy wygenerowały miliony rozwiązań, a żadne nie są doskonałe. Doskonałość jako taka nie istnieje, chyba w bajkach, chociaż i w nich ostatnio zachodzą rewolucje – taki na przykład Harry Porter ma ludzkie wady i zdarza mu się omdleć. Nie do końca przekonuje mnie pogląd, jakoby problemy z nowoczesną tożsamością spowodowane były zastąpieniem tradycyjnych, wspólnotowych układów bezosobowymi organizacjami. Te tradycyjne będą zawsze, w mniejszym lub większym stopniu, ale nigdy nie stracą siły oddziaływania edukacyjnego, wychowawczego, sprawczego.
U.29: Z tą siłą to też chyba różnie jest, ale nie o tym my tutaj, więc pominę. W dalszych częściach U.23 rozwleka się na temat różnych koncepcji owych wspólnot stworzonych przez bardzo mądre głowy. Praca powstała w takim właśnie celu: miała być przytakiwaniem cudzym teoriom po to, by ktoś decyzyjny zaaprobował to wpisem w indeks. Studia nie uczą kreatywności. Wracając jednak do naszego ogarniętego impasem podmiotu. U.23 kończy wywód o wspólnotach podpartych tradycją (bądź jej brakiem) stwierdzeniem o pojawieniu się nowego rodzaju społeczności – globalnej, obejmującej całą kulę ziemską. 

Dla tych, którzy dotrwali mam dobrą wiadomość: na dziś to koniec. Pozostawię was teraz w nieznośnym oczekiwaniu na ciąg dalszy.
Podpowiedź: jest tego trochę, więc jak coś, to sugeruję przeskoczyć z dwa wpisy.

wtorek, 15 marca 2011

Był sobie chłopiec, czyli jubileuszów ciąg dalszy

Pozostając w klimacie celebrowania rocznic opowiem wam historię o kimś, komu dziś należy winszować. Nie zdradzę, który raz, zresztą w przypadku tegoż solenizanta nie rzutowałoby to jakkolwiek na całokształt, ani nawet na jego część. Powodem tego jest nieśmiertelna dziecięca jego dusza. I nie o zdziecinnienie tu idzie, a raczej pierwiastek prawdziwości, jaką mają w sobie dzieci. Dopóki oczywiście nie odkryją facebooka. By nie podpierać się oczywistymi imionami, nazwijmy solenizanta jeszcze bardziej oczywistym, gdyż zupełnie trafionym przydomkiem: Jutrzenka. Tak go nazywam na własny użytek, pod taką postacią figuruje w moim telefonie. Początkowo widniał w nim pod swoim imieniem i nigdy nie mogłam go znaleźć. Jutrzenka ostatnio nie dzwoni często, a nawet bardzo rzadko. Za każdym takim razem, choćby się go nie słyszało długi czas, rozmawia się z nim tak samo - jakby dopiero co dzwonił, wczoraj czy w zeszłą sobotę. Czy macie czasem takie wrażenie, że znacie kogoś jednocześnie doskonale i w ogóle? Jutrzenka jest dla mnie takim fenomenem.
Historia naszej znajomości osiągnie niedługo pełnoletniość. Mogłoby to oznaczać, że kopaliśmy razem babki z piasku i wiemy o sobie wszystko. Otóż nie. Nie tylko dlatego, że nasze metryki na to nie wskazują ani też nie ze względów na kilometry dzielące nasze piaskownice i wioski. Głównym powodem jest mgła zasnuwająca początki naszej przyjaźni. Przez chwilę zastanawiałam się, czy mogę użyć tego słowa, a teraz jest mi wstyd za to zawahanie. To taka specyficzna, ale przyjaźń. Mam nadzieję, że się Jutrzenka ze mną w tej kwestii zgodzi. Osobliwa ta przyjaźń ma w sobie wiele niewiadomych. Pierwsza i najważniejsza dotyczy zapomnienia. Z mojej, niestety, strony. Potraficie wytłumaczyć zjawisko zapomnienia o kimś na lata? Wymazaniu z pamięci listów, które się do kogoś pisało, wspólnych tematów, wydarzeń..? Nie ma w tym żadnej traumy, spychania do nieświadomości dramatycznych, związanych z kimś epizodów. Nic z tych rzeczy. Jutrzenka był, jak ja, niezwykle zdolnym dzieckiem. No nikt nie powinien być zdziwiony. A że oboje jesteśmy zodiakalnymi rybami, to talenty nasze realizowaliśmy na konkursach polonistycznych. I tak się poznaliśmy, na jednej z wielu międzyszkolnych olimpiad. „Ludzi coraz więcej, a człowieka coraz mniej”. Nigdy nie zapomnę tej wystudiowanej z panią od polskiego rozprawki. Podsuwała mi przed finałem wojewódzkim kilka zgrabnych prac, nie wiem nawet czyjego autorstwa, sugerując dogłębne zapoznanie się z ich treścią i mając nadzieję, że konkursowe tematy podpasują pod wyuczone frazy. Ja faktycznie niemal na pamięć wykułam całe akapity, niektóre pamiętam do dziś lepiej niż dziesięć przykazań*. Tylko pani polonistka, pracując usilnie nad moją formą prozatorską, nie pomyślała o jednym: że z jednego kompletu klocków nie da się zbudować wszystkich zamków warownych. W rezultacie napisałam piękne wypracowanie kompletnie nie na temat. Ale nie samymi wygranymi człowiek żyje. Ważne było to, że dzięki staraniom pani polonistki jeździłam na te olimpiady i Jutrzenka też jeździł. A że, jak już wspominałam, mieszkaliśmy w odległych wioskach, a internetu i komórek wówczas nie było, pisało się listy. Poczta Polska to siła. Kopię jednego z tych listów po wielu latach Jutrzenka przesłał mi już za pomocą internetu. Najważniejszym poruszanym w nim zagadnieniem była prośba o publikacje dotyczące Kelly Family. Prośba została spełniona, bo Jutrzenka to solidna firma. Jestem teraz szczęśliwą posiadaczką książki o Kellych. Tylko szukał tej książki trochę długo. Kilkanaście lat.
Potem jest dziura w pamięci, o której już wspominałam i której się wstydzę. Jak dodać do tego fakt, że oboje w tym czasie kontynuowaliśmy szkolną karierę w tym samym liceum, to chowam się ze swoim zażenowaniem pod stołem. Ale jak widać przyjaźni naszej pisane były inne losy. Na nowe tory skierował ją Jutrzenka. Znalazł mnie na portalu społecznościowym, na którym nie wypadało wówczas nie być, i naprawdę spokojnie przyjął fakt mojej wątłej pamięci. Musiał mieć przednią zabawę, kazał zgadywać, kto zacz. Ubaw po pachy.
Od tamtego czasu minęło kilka lat. Widzieliśmy się w tym czasie tylko jeden raz, dzielą nas teraz dwa morza. Pamiętne spotkanie, niejeden żołądek pewnie je jeszcze pamięta. Ale tak, jak kiedyś odległość między wioskami, tak teraz odległość między krajami nie jest problemem. Można założyć słuchawki i rozmawiasz z Jutrzenką, jakby był za ścianą. I te rozmowy, czasem głupie dywagacje, a czasem niewymuszone acz poważne dyskusje – rozmowy te są kwintesencją Jutrzenki. Trudno to wyjaśnić, ale nawet kilka słów może postawić do pionu. Jutrznio ty moja, pewnie to kiedyś przeczytasz. Bardzo Ci dziękuję, żeś jest, chłopie. Tylko odzywaj się częściej. Żonę pozdrów. A jak spłodzisz dzieci, to każ im pisać listy do przyjaciół. Wszystkiego najlepszego stary koniu.

*Z tymi przykazaniami to nie jest dobry przykład. Wszyscy staramy się ich nie pamiętać.

sobota, 12 marca 2011

Refleksje jubileuszowe

Po ostatnim wpisie odebrałam kilka niepokojących sygnałów od ludzi zmartwionych moim stanem psychofizycznym. Nagle okazuje się, że alkohol jest tabu. Że jest – owszem – dla ludzi, że do picia, ale już nie do mówienia o nim (choć rozwiązuje nawet najbardziej skołowaciałe języki), a już w ogóle nie powinno się o nim pisać. Może nie tyle o nim, co o swojej do niego sympatii. I teraz każdy objaw mojej słabszej formy postrzegany jest jako wynik, że zacytuję, „przesadzenia z alkoholem”. Tłumaczę to sobie tak: praworządni obywatele bardzo chętnie z tobą wypiją, wrodzona przyzwoitość nakazuje im jednak pomijać ów proceder milczeniem. Tak na wszelki wypadek, by zapobiec ewentualnym podejrzeniom o nadużycia. Gdy odkryją, że któryś z towarzyszy alkoholowej degustacji zaczyna o tym pisać, rodzi się popłoch. Obawa, że na jaw wyjdzie ich współudział. A że najlepszą obroną jest atak, prewencyjnie okazują zatroskanie moim „problemem”. Dlatego, zgadując ich intencje i wykazując się niezwykle dojrzałym zrozumieniem, oficjalnie ogłaszam, że nikogo nie obsmaruję. Możecie spać spokojnie, teczki wasze będą czyste.
A tak poważnie, to uważam, że lepiej być w dzisiejszych czasach mniej lub bardziej świadomym alkoholikiem, niż znieczulać się używkami innej maści. Tu przynajmniej wiemy, czym sobie szkodzimy, sprawdziło to wielu przed nami. Ogrom wszelakich świństw dostępnych w obiegu jest podejrzewam tam wielki, jak moja ignorancja w tym temacie. Ale dobrze mi z tą niewiedzą.  
Kontynuując temat mojej kondycji i korzystając z okazji kolejnego jubileuszu, chciałam sobie publicznie po-używać trochę na sobie samej. Że wiecie, takie podsumowanie tego, co się w życiu schrzaniło i tego, czego się dotąd spaprać nie dało. Można sobie na przykład wziąć czystą kartkę, byle nie za dużą (bo im mniej analizowania, tym lepiej), podzielić ją na dwie części i mieć nadzieję, że in plus zajmie przynajmniej połowę. Nie wszyscy jednak potrafią nazwać po imieniu swoje wady i zalety. Można narzędziem badawczym uczynić telefon i mierzyć własną wartość częstotliwością składanych przezeń życzeń. Tylko wówczas istnieje ryzyko, że ten będzie milczał i bilans wyjdzie niekorzystnie. W dodatku zdołamy w ten sposób odnotować wszystkich, którzy „winni byli pamiętać” a jakoś zapomnieli - i draka gotowa. Można też urządzić huczną imprezę i sprosić kogo się tylko da, a potem poustawiać prezenty w stos aż po sufit. Gorzej, jeśli stos nie sięgnie nawet stołu, a wydatki poniesione na imprezę drastycznie uszczuplą budżet.
Można też ostatecznie nie robić nic, w tym również nie myśleć o cyfrach, które znalazłyby się na torcie. Spróbowałam tego ostatniego i prawie się udało. Z tym ignorowaniem peselu tylko nie do końca wyszło. Zawsze można pocieszać się faktem, że za rok będzie….poważniej.
I weź tu nie pij.

piątek, 25 lutego 2011

winny jest nałóg

Kontynuując temat wyskokowy. Mój pierwszy w pełni autorski alkohol. Wybór padł na cytrynówkę. Nalewka niezbyt rasowa, ale w lodówce studenckiego mieszkania jest jak Dom Perignon. Na decyzję o uruchomieniu produkcji tego właśnie trunku złożyło się kilka czynników. Pierwszym i najważniejszym bodźcem była nasza polska gościnność. Młodożeńców wita się chlebem i solą, nowych lokatorów zaś czym chata bogata. A gdy chata biedna, bo żacka, wita się – no właśnie? Czym? Mnie powitano złotym napojem autorstwa Ewki. Pierwsze majowe upały, człowiek zlany potem i zasypany kartonami, sklepy na cześć pracy niepracujące, a w całym mieszkaniu brak wody (prócz tej w kranie, która zamiast walorów smakowych charakteryzowała się czasem żółtordzawą, czasem rdzawoceglastą barwą, w żadnej z postaci niezachęcającą do degustacji). I wtedy to, niczym oaza zbłąkanemu na pustyni, ukazała się mym oczom ona. Słoneczna, złocista, w butelce po Napoleonie, piękna. Zapoczątkowała dozgonną miłość do Ewki i – oczywiście – jej córki, która tamtego majowego popołudnia serwowała w kieliszkach do szampana kanarkowy płyn. Porcje były wymierzone z iście aptekarską precyzją, czyli spore. Tak się rodzą prawdziwe przyjaźnie.
Szybko okazało się, że bez cytrynówki studenckie mieszkanie niewiele jest warte, więcej nawet – że bez niej prace dyplomowe absolutnie nie mają szans się napisać. Niestety, Ewka na nadążała z produkcją. A promotorzy się niecierpliwili, terminy goniły i takie tam. Zmuszone sytuacją wzięły się więc studentki do roboty. I tu kolejny raz przydały się farmaceutyczne zdolności pierworodnej Ewki. Bo cytrynówkę zrobić może przy niewielkim wysiłku każdy, ale zrobić t a k ą  - to już potrafi niewielu. Trzeba znać proporcje, wiedzieć, ile, jak i kiedy mieszać, w jaki sposób i w którym momencie przecedzić, itepe. Przepisów jest tyle, ilu wytwórców, a wszyscy oni prawdopodobnie każdorazowo zastanawiają się nad udoskonaleniem swojej receptury. Nam się przez zupełny przypadek udało za pierwszym razem najlepiej. Kolejnym partiom czegoś tam zawsze brakowało, a to za mało klarowna, a to zbyt gorzkawa. Nie przeszkadzało to bynajmniej w konsumpcji do ostatniej kropli. Korzyści takiej domowej rozlewni były niewymierne (integracja między pokojami) i mierzalne (magisteria obronione na piątki).
Człowiek jednak dojrzewa, wyrasta z gówniarskich upodobań, poważnieje (z założenia). Nadchodzi taki dzień, gdy po porannej kawie i jajkach na półmiękko stwierdza, że czas na kolejny krok. Powstaje w jego dorosłej głowie zarys nowego celu. Zrobi wino. A co.
Jeśli kawa była za słaba lub jajka za twarde, istnieje niebezpieczeństwo pozostawienia dopiero co wygenerowanego projektu w sferze niematerialnej na długo bądź na zawsze. Tak może się zadziać nie tylko w przypadku śmiałego planu stworzenia winiarskiej manufaktury. Ten smutny koniec może dotknąć wiele różnych koncepcji zanim w ogóle zostaną wdrożone w życie: od czytania książek po regularne uprawianie sportów. Zakładamy jednak, że jajka były idealne a kofeina odpowiednio skoncentrowana. Nadal mamy zapał, mamy gąsior, skombinowaliśmy owoce. Nic tylko działać.
Bardzo ważna rada: jeśli mamy mentora (czytaj: kogoś, kto wie na dany temat więcej od nas a nawet już tego kiedyś próbował), skorzystajmy z jego pomocy. On poczuje się mądry i ważny, a my nie schrzanimy kilku kilogramów jabłek. Jak się ma w życiu trochę szczęścia, to mentor dostarczy – prócz cennych wskazówek – odpowiednie drożdże i aparaturę do szybkiego ogarnięcia owoców. Jak się ma tego szczęścia trochę więcej, mentor pójdzie z tobą na pachtę, gdy w połowie wyciskania zabraknie jabłek. I będzie dzielnie skakał przez płot ze skrzynką papierówek.
Poświęcenie procentuje, dlatego po kilku już (cierpliwość jest sztuką…) miesiącach nastąpiła uroczysta degustacja wina, o którym nawet mentor wypowiedział się, że „niezgorsze”. Jak wielkim to było komplementem można powiedzieć teraz, gdy ojciec chrzestny owego trunku, mentorem dotąd zwany, okazał się mistrzem w tym fachu. Zaczynał całkiem niepozornie, amatorsko, od sopockiej piwniczki z kilkoma bulgoczącymi balonami, by po jakimś czasie wygrywać krajowe i międzynarodowe konkursy na ważone tradycyjnymi metodami trunki. Talent ma chłopak, nie ma co, i szacunek mu się należy nawet mimo tego, że zdradził nalewki na rzecz piwa. Zanim stał się taki sławny, użyczył jeszcze receptury na miód pitny. Za jego zapewne błogosławieństwem trójniak wyszedł jak złoto, ale zostało po nim już tylko słodkie wspomnienie i kilka zdjęć u sąsiadów.
Z tym miodem może być jak z cytrynówką – pierwszy może znokautować kolejne. W kuchennych zapasach stoi kilka słojów przywiezionego ze wsi miodu. Czekają na swój dzień. Być może przyjdzie taki czas, że człowiek ruszy tyłek i wleje ów miód do gara. A na razie, w geście pokory, wróciłam do cytrynówki. Na cześć Ewki i w celach zdrowotnych. Wszakże zimę mamy straszną i trzeba wzmacniać odporność.
Reasumując, kradzione owoce są receptą na sukces.

czwartek, 17 lutego 2011

U źródła

Jest tylko jedna twórcza prawidłowość, której - póki co - hołduję: gdy słowa kłębią się gdzieś między czołem a potylicą, ale za nic nie chcą przybrać graficznej postaci - otwórz butelkę. Wino jest sprawdzonym już przez starożytnych panaceum na niemoc wszelkiej maści; i skutecznym, bo mało kto, zastosowawszy takiż specyfik, wedle upodobań kolorystycznych i smakowych, nieczułym pozostanie na własny talent. Może dlatego tak wielu pije do lustra: szukając w sobie artysty lepiej go nie przeoczyć.
Panuje opinia, że alkohol nie rozwiązuje problemów. Też o tym słyszeliście? Po wielu litrach przemyśleń znalazłam, dlaczego. Terapia trunkiem dąży bowiem nie tyle do zlikwidowania problemu, co do samego zdefiniowania go. Nazwij swój kłopot, głośno go wyartykułuj i zobacz, ile to już dało. Przynajmniej wiesz, z czym - prócz choroby alkoholowej w zaawansowanym stadium - walczysz. Jak się boisz, możesz zapisać. W ten sposób masz szansę zostać pisarzem. Skutek uboczny oswajania się z własnym obłędem. Przelanie męczących kwestii na papier (podobno najlepiej żółty i zielonym atramentem – do sprawdzenia) jest prawie jak studium (ciężkiego) przypadku. Z drugiej strony sam wiesz z telewizji, że prawie robi wielką różnicę. Z tego też powodu nigdy nie masz pewności, czy zagłębiasz się w fikcję, czy w duszę autora. Im bardziej ci się wydaje, że każde słowo jest odzwierciedleniem życia pisarza (poety, blogera, piosenkarza), tym bardziej dajesz się złapać w pułapkę zamierzonego efektu. Próba wywołania wrażenia. To jedno łączy sztukę i mass media. No i jeszcze używki.
Wracając do tych ostatnich. Próbowaliście zapewne samorobnych napitków o mniejszej lub większej sile rażenia tak zwanym kopem. Każdy dziadek miał gdzieś tam w swojej piwniczce, w tajemnicy przed babcią bądź w komitywie z nią, magiczny gąsiorek albo dwa. Wino z ryżu, naleweczka z malin, cudownie krzepiące zawartości skrzypiących kredensów lub najwyższych półek w komórce.
Dziadek mój, jak chciał obyczaj, też parał się wyrobem domowych trunków. Niestety, zabierał się do tego latami, skutkiem czego zbyt wielu beczek nie zdążył wytoczyć. Na całe szczęście, gdyż mimo wielu predyspozycji, do wina dziadzio ręki nie miał. Zdążył jednakże zaprezentować swój jabłkowy cudotwór na złotych godach (pięćdziesiąta rocznica ślubu dla niezorientowanych). Napój może nie był szlachetny w smaku, ale siłę miał, co poczuli wszyscy weselnicy bez wyjątku. Babcia też. Uśmiech  dziabniętej babci z czkawką - bezcenne. I niech się Stanisław w niebiesiech nie stroszy, liche było to jego wino, niech przyzna.
Nie tyle z sentymentu do tradycji, co z pobudek bardziej podniebiennych (by nie nazwać tego inaczej) postanowiłam nastawić pierwszą nalewkę. Z amatora degustacji w producenta. Ale o tym kiedy indziej, bo zaschło mi w gardle. Trzeba podlać wyobraźnię.

niedziela, 13 lutego 2011

Pokłosie debiutu

Usłyszałam/przeczytałam kilka miłych słów na temat mojego blogowego debiutu. Za wszystkie na forum kolektywu uniżenie dziękuję. Tym, którzy skarżą się, że ciężko za mną nadążyć mogę tylko powiedzieć, że uprzedzałam. Poza tym wychodzę z założenia, że w tym tkwi cały mój urok. Co poniektórzy, dzięki mojemu zaistnieniu w sieci, po bardzo długim okresie upartego milczenia kliknęli parę zdań, dającym tym samym kłam pogłoskom o swojej śmierci w odmętach rzeki Irwell. Najbardziej spodobała mi się jedna z opinii o moim pierwszym wpisie – że, cytuję: „z jajem”. Ucieszyłam się, bo nie z cyckami, a bardzo nie chciałabym zostać odczytywana tylko i wyłącznie przez pryzmat takich, swoiście babskich, atrybutów. Tym bardziej moich, gdyż - przyznać trzeba - szału nie ma. Bynajmniej się tym nie martwię, a nawet gdybym zaczęła, to światełko w tunelu jest. Na rynku pojawiła się innowacyjna i podobno małoinwazyjna metoda powiększania tego i owego. Poprawy niedoskonałego boskiego dzieła dokonuje się za pomocą strzykawki; ponoć trwa to 40 minut i daje natychmiastowy efekt. Nieźle, co? Acha, dodać trzeba, że opinia o moim pisaniu z jajem męską była, a autor jej z pewnością nie szczędziłby mi krytycznych komentarzy, gdyby takie uznał za niezbędne. Czyli i dobrze, i źle. Dobrze, bo dało się przeczytać. Źle, bo będę pisać dalej.
A co do dalszego pisania. Namówiona przez bardziej doświadczonych ode mnie (a ja słucham dobrych rad) zadecydowałam o kontynuacji bloga na stronie google. Niekoniecznie dlatego, że zgadzam się ze zdaniem, iż jeśli nie ma cię w google, to nie istniejesz. Są różne formy bytu, również pisarskiego. Ale do nich trzeba mieć albo dobrego agenta i kilka wydawnictw na półkach w empiku, albo naprawdę bogate zaplecze talentu. W każdym razie do zmiany miejsca w internecie skłoniły mnie głównie sugestie czytelników (przerywnik; trochę się ponapawam tym wyrazem…. czytelnik, czytelnicy, czytelnikom… fajnie…). Otóż ci ostatni właśnie (dla tych, co nie pamiętają: chodzi o czytelników) narzekali nieco, iż wcale niełatwo odnaleźć bloga, jeśli nie posiłkują się bezpośrednim linkiem. Sprawdziłam, zgadzam się. Brak konkretnego adresu faktycznie może być utrudnieniem dla spragnionych nowej pseudotwórczości U., postanowiłam więc sprawić przyjemność i im, i sobie. I mam tym sposobem własną stronę. Nowe miejsce w sieci załatwia od razu drugą z przeszkód, a mianowicie niemożność pozostawienia komentarza bez uprzedniego zalogowania się. Jak się okazuje, nie wszyscy mają na to ochotę, jedni przez lenistwo, inni z powodu miłości do zwierząt (w myśl zasady: „Jedni nie lubią kotów, inni zostawiać śladu w internecie”). Dlatego też, moi drodzy, zabieram wam wymówkę i zapraszam do dyskusji. Uprasza się jednak o niezadawanie trudnych pytań.
Na stronie Zwierciadła pozostaję, wpisy będą publikowane równolegle w obu miejscach.
Teraz to już nikt mi nie zarzuci, że nie istnieję. Przebiegły uśmiech.
P. S. W celu uiszczenia honorarium za reklamę zabiegu powiększającego biust firmy kosmetyczne i kliniki proszone są o pozostawienie kontaktu w komentarzu. Nie trzeba się logować.

piątek, 11 lutego 2011

się przedstawię

Lektura pewnego tekstu o zwlekaniu chyba zmobilizowała. Miast tylko liczyć na to, że ktoś mnie (wy)słucha, popiszę sobie. Bo o uczciwych słuchaczy dziś trudno. Łatwiej się czyta, nie trzeba od razu zajmować stanowiska. Od postanowienia jednak do realizacji długa droga i na gadaniu się dotąd kończyło. Powodów jest wiele (brak czasu, brak natchnienia, wreszcie brak tematu). Szukając inspiracji można długo nie napisać nic. Wszystko już było. A wiadomym jest, że chciałoby się stworzyć coś innego, zapewniającym tym sobie poczytność i zainteresowanie naśladowców – bo nic nowego nie pozostanie bez echa. Tylko spróbuj na coś pionierskiego wpaść. Ludzie pisali i piszą historie prawdziwe i zmyślone, mądrości i dyrdymały, poradniki (z zasady trochę na wyrost), wspomnienia i reportaże (obowiązkowo przekoloryzowane), opowieści o podróżach w kosmos i w głąb siebie, lektury dla kobiet o mężczyznach (rzecz jasna nieobiektywne), dla mężczyzn o kobietach (jest tylko jedna uczciwa książka na ten temat - składa się z samych pustych stron), dla kobiet o kobietach (takie współczesne romanse, udające, że wcale nimi nie są) i wiele innych, wiecznie powielanych i odtwarzanych rzeczy. I nawet ów fakt wyczerpania się pomysłów w literaturze ktoś już kiedyś stwierdził, mądrze nazwał i opisał, przysparzając tym samym więcej pracy studentom polonistyki. Nie zabłysnę więc stwierdzeniem faktu, że i temat, i forma jego podania są zawsze już wtórne. Moje wypociny z pewnością też – nawet, jeśli nie będę mieć na to niezbitych dowodów. Dlatego myślę, że w pierwszej kolejności się przedstawię, a temat wymyśli się w drugiej kolejności. Albo trzeciej.
Więc jestem U. Umownie. Imiona są nam narzucane, dlatego najczęściej nie oddają naszej prawdziwej natury. I choć swoje nawet lubię, to w ramach demonstracji nie będę go używać. Moja fizjonomia nie jest jakaś charakterystyczna, nie ma też najmniejszego wpływu na podawaną tutaj treść, więc ją pominiemy. Tym bardziej, że może to prowokować to pomyłek, do traktowania U. jako tej, która ją powołała do życia, a to nie tak i proszę o tym pamiętać. Nadmienimy tylko, że autor jest kobietą i przejdziemy dalej. Skupmy się na języku. Jest on, proszę was, w miarę zwyczajny i należyty. Używam znaków interpunkcyjnych i zaczynam zdania wielką literą (nie: z wielkiej litery, czy tak ciężko to, drogie dzieci, zapamiętać?!). Nie przerabiam wulgaryzmów na poetyzmy, to już też zostało wymyślone. Czasem tylko przyssie się do mnie jakieś dziwne słowo, ale chyba na tyle kontekstowo zrozumiałe, że żadną innowacją okrzyknięte nie będzie. Może i nadużywam nawiasów czy wielokropka, one jakoś tak najbardziej pasują, gdy chcę coś dodać lub pozostawić niedopowiedzianym (ale tak, by zostało to odpowiednio odczytanym). Nie jestem też w takim wieku ani po takich przejściach, które skazywałyby moją pisaninę na popularność. Małoletni geniusz z dorobkiem literackim na koncie to nie ja. W ogóle moje konto oficjalnie jest puste, ale – tłumaczę sobie - to tylko dobra wróżba dla b e s t s e l l e r ó w. W kontekście tego ostatniego wyrażę pokrótce swój prywatny stosunek do znanych zapewne wszystkim emotikon; czasem są tak wymowne... Weźmy na przykład powątpiewający uśmieszek – załatwia wszystko w dwa kliknięcia. Tylko, że w akcie solidarności z językiem literackim przyrzekłam sobie nie używać tego typu wynalazków. I tak muszę próbować oddać ironię w słowach. Wracając do wątku głównego (no i mam brzydki zwyczaj zbaczania z tematu – żeby nie było, że nie uprzedzałam. Z tym nie walczę i walczyć nie będę. Choć bywa, że sama się gubię. Przyznaję się do tego raz jeden).
No ale już. Powrót. Było o mnie jako autorce (brzmi pysznie, prawda? Doskonały wygaszacz ekranu, chyba sobie takowy zapodam. Kursywą i pogrubioną czcionką). Wiemy już, że burzliwy okres nastu lat, który mógłby być - wyświechtaną już wprawdzie, ale zawsze - pożywką tematyczną, już za mną. Z drugiej strony nie przeżyłam żadnej wojny, nie przebyłam śmiertelnej choroby, nie wyszłam cudem z jakiegoś kataklizmu czy katastrofy komunikacyjnej (raz tylko uderzyłam autem w dzika, ale to się nie liczy, bo go potem zjadłam), nie zdobyłam żadnego ośmiotysięcznika (w ogóle za mało podróżuję) i nie mam zdolności telepatycznych. Nie jestem wizjonerką. Jestem kobietą. Po prostu.
Panowie, którym ktoś mógł przez przypadek lub czystą złośliwość podesłać link do tego tu oto, zapewne już mi „dziękują, ale nie”, i rozglądają się speszeni, czy nikt ich przypadkiem na tak niemęskim czytadle nie przyłapał. A błąd. Po pierwsze sami nie potrafią dokładnie scharakteryzować pierwiastka kobiecego w piśmiennictwie wszelkiej kategorii. Niby wydaje się to oczywiste, ale gdy trzeba podać konkrety, to już ciężko. Zwierciadło pewnie też podglądają, w cięższych przypadkach nawet Grocholę (bo nic innego nie było w toalecie). Z kolei kobiety (wcale ich nie bronię) jednym tchem wciągają typowo męskie historie z aferami szpiegowskimi, strzelaninami i politycznymi intrygami w rolach głównych. Ja sama na przykład nie przeczytałam żadnej książki wspomnianej Grocholi, liczne grono znanych mi pań również nie, a przecież te książki sprzedają się w tak ogromnych nakładach. Ktoś je przecież kupuje. Stereotypy się nas trzymają dlatego, że my trzymamy się ich. Jeśli coś jest dobrze napisane, to się to dobrze czyta, a o czym traktuje, to już drugorzędna sprawa. Wielu zapewne się ze mną nie zgodzi, ale zatwardziałych mężczyzn uspokoję: o lakierach do paznokci nie będzie. Wprawdzie nie wiem jeszcze do końca, o czym będzie, ale jakoś tak przestałam się tym przejmować.
Najważniejsze, że pierwszy wpis za mną. Brawo U.