piątek, 8 lutego 2013

milcz głupia

w momentach temu podobnych napływ bodźców skuwa wargi. Nie rozchylisz. Nie usłyszysz. Za dużo, by móc powiedzieć. Za mocno, by upubliczniać. Zbyt ostre niejasności na skromnej przestrzeni przekazu. Paranoiczne uzależnienia od. I spod.
Odwagi, mówisz.
Mów dalej, brzmi ładnie. Z pewnością.
Słówko na dziś: absurdalnie. Zdanie na jutro: nie rozumiem. Pytań zbyt wiele. Odpowiedź: 


sobota, 2 lutego 2013

z cyklu: obejrzane. Drogówka

by stało się zadość tradycji, nieczęste wspólne z O. piątkowe wyjścia poświęciłyśmy na kolejny film Smarzowskiego. Widocznie lubimy odpoczywać od własnych krzywd oglądając cudze. Smarzowski ma to do siebie, że dokładnie planuje nam takie wieczory: sadza w kinowych fotelach, nie proponuje popcornu - bo ów źle komponuje się z metalicznym posmakiem krwi, życzy udanego seansu - acz ostrzega przed zbytnim rozluźnieniem. Zahartowany konsument kultury wie to wszystko i do recepcji podchodzi z doświadczonym spokojem. Komedia to nie będzie. Każdorazowo jednak Smarzowski z takich przygotowanych kinomanów robi sobie prywatne widowisko i reżyseruje drugi plan, którego aktorzy nie otrzymują gaż, a nawet sami płacą za odgrywane przez siebie role zgiętych w pół, zastygłych w trwodze odbiorców kultury trudnej. Pan reżyser leje ich po mordach, a oni mu dziękują, że nie są na miejscu tych pierwszoplanowych, czyli że jak gwałt - to najwyżej mentalny, jak śmierć - to złudzeń. Potem jeszcze muszą zapłacić za wychyloną w milczeniu porcję chmielu, nadal w tej samej, niezdrowej dla kręgosłupa pozycji. Dobrze, że można podeprzeć się barem. Poprojekcyjna dyskusja urywa się, nim się zacznie. I tak mniej więcej wyglądają te piątkowe, obliczone na rozrywkę, noce.
Przewidywania wobec Drogówki były więc jasno zdefiniowane. I w zasadzie harmonogram wieczoru został utrzymany. Była cisza w kinie, było gaszenie filmu raciborskim, pesząca radość z posiadania tylko swoich problemów. Ale coś zakłócało repertuar, nie do końca smakowało jak szarlotka z pieprzem. Może chodzi o to, że pan Wojtek tym razem nie znokautował. Zrobił swoje i nie zawiódł, ale zabrakło pourazowych obrażeń. Pacjent będzie żył. Większe zmiany w psychice wywołał nie tyle sam film, co reklamy. A raczej ich brak. Ogłupiały widz nie potrafi się w nowej sytuacji odnaleźć. Zamiast skupiać się na fabule kombinuje, co jest nie tak. Jak wówczas, gdy po raz pierwszy zobaczył smerfy w kolorowym telewizorze. Niby te same, ale jakieś inne.

środa, 30 stycznia 2013

z cyklu: twarze

Poznałam wczoraj Dawida.
Niezwykle miły chłopiec. Moment zawahania – może należało użyć słowa mężczyzna. Jednak nie. Dawid całym swym dziewiętnastoletnim jestestwem stroni od poczucia dorosłości. Choć nie odmawia sobie doświadczenia – przeżył wiele, jak mówi. Mój niezwykle czynny rozmówca podczas piętnastominutowej przechadzki streścił całokształt siebie, odpowiadał na pytania, nim zdążyłam je zadać. Ludzie lubią, gdy ich słucham, już mnie to nie dziwi.
Niedorosłość Dawida sprowadza się do kilku kwestii: 1 – mieszka z mamą, 2 – nie przeszkadza mu, że mieszka z mamą, 3 – lubi mieszkać z mamą. W przypadku chłopca w jego wieku rzecz nie powinna dziwić, ale pewna okoliczność wzbudza tu podejrzliwość: image. Stylizacja Dawida jest, powiedzmy, ekscentryczna. Przynajmniej tak może być postrzegana przez podobnych mi, zdziadziałych tradycjonalistów. Bulwersują nas jeszcze bądź przynajmniej sceptycyzm wzbudzają zakolczykowani młodzi gniewni, obleczeni w czerń, skóry i łańcuchy, koniecznie z wieczorowym (niezależnie od pory dnia) makijażem (niezależnie od rodzaju płci). Ufryzowanie też nieprzypadkowe – starannie przyczesana, niewątpliwie przy pomocy prostownicy skonstruowana grzywka, koniecznie długa, opadająca na pół twarzy, ukrywająca tajemnicę prawego bądź lewego oka. Współczesny pirat ulicy.
Estetyka Dawida obliczona jest nie tylko na podkreślanie młodzieńczego buntu przeciw stetryczałym wszystkim. Wyznacza też jego profesję. Otóż Dawid jest muzykiem. Nie jakaś tam amatorka – gra na gitarze, perkusji, skrzypcach. I nie w garażu przy akompaniamencie sąsiedzkich jęków. Wykonom Dawida towarzyszy poklask publiczności z prawdziwego zdarzenia. Znaczy takiej, która pofatygowała się z ciepłych kapci do pubu, zainwestowała w browar z nalewaka i dokonywała wartościowania odbieranych bodźców dźwiękowych. Jak mogła owa ocena wyglądać nie wiem, ponieważ mimo usilnych prób nie udało mi się odnaleźć repertuaru Dawida i kolegów z zespołu. Nazwy zespołu na wszelki wypadek nie podam, jednak przystaje ona do awanturniczej aparycji frontmana - ma wiele wspólnego z odczuciem mroku, rewolucji, ogólnie niezgody na zastane. Niestety, jest ona jednocześnie kłopotliwa, bo angielska, zaś zespół wykonuje piosenki w językach włoskim i francuskim. A przynajmniej zamierza, bo póki co brakuje mu wokalisty. Dawid od śpiewania się odżegnuje, talentów sobie nie przydaje, w zupełności wystarczy mu mnogość tych, które już posiada. No, może czasem wydrzeć się w refrenie, chóralnie, ale żeby tak sam, to nie. On jest muzykiem.
Muzyk dużo mówił o rodzinie. Że matka całkiem do rzeczy, ale niesamodzielna, zarabia słabo, mieszkanie czynszowe drogie (Sopot!), ojciec nie żyje, starsza siostra ulotniła się do Francji, więc jakoś sobie muszą wespół z rodzicielką radzić. Nie jest darmozjadem, zarabia. Sprzątanie ulic też praca. A jaka potrzebna. Czasem coś wpadnie z koncertu. Studia w perspektywie, muzyczne rzecz jasna. Teraz zaocznie do matury ciągnie, szkoła bezsensowna, ale trzeba, co robić. Ojciec żył z muzyki, on też może. Kwestia zainwestowania odpowiedniej dozy cierpliwości.
Miło, prawda? Nie sądź po łusce, zwłaszcza, że bywa zrzucana.
Zapomniałam dodać, dokąd tak z Dawidem maszerowaliśmy. Wspólny kierunek wiódł nas do szpitala. Szedł odwiedzić koleżankę. A raczej – jak stwierdził – sprawdzić, czy jeszcze żyje. Co się stało? – pytam zatroskana. Co się mogło stać, przedawkowała – odpowiedział w sposób, w jaki się mówi o trądziku młodzieńczym. Po czym, zapewne w celu podkreślenia wagi przeżytego piekła – Widziałaś kiedyś zapaść? Umierał ci ktoś na rękach?
Z łuskami różnie bywa.

Kilka godzin później, zupełnie przypadkowo, dowiedziałam się, że koleżanka Dawida przedawkowała… paracetamol. Jeszcze bardziej przypadkowo spotkałam ją na szpitalnym korytarzu. Wyglądała zupełnie jak on, różniła się kolorem zaczesanej na obrażone oczy grzywki i ledwo wykształcającym się biustem. Szła, królowa sądu ostatecznego, wywyższona kpiącym półuśmiechem, z kroplówką zamiast berła. Co wy wiecie, maluczcy.

sobota, 26 stycznia 2013

opowieści część ostatnia. by stać się wielkim, trzeba pozostać małym

Pan Jerzy ciągnie dalej:
- Bytów - moje gniazdo… jestem tam co roku. Ono budzi mój wewnętrzny spokój. To zawsze było miejsce kosmopolityczne, tolerancyjne, nie stwarzające problemów w rozwoju, oprócz takich drobiazgów, jak moje dochodzenie do artystycznej świadomości. Ale może sam byłem sobie winny, zawsze preferowałem podwórko, naukę pobierałem z doświadczeń, nie z książek. Potem oczywiście musiałem to nadrabiać, ale dopiero w momencie, gdy do tego dojrzałem. Może trochę za późno dojrzałem. Ale dobrze, bo dzięki temu do dziś jestem młody.
Miałem poparcie rodziców w moich młodzieńczych zainteresowaniach sztuką. Widzieli, że się w tym dobrze czuję, popierali mnie więc w działaniach. Był więc Dom Kultury, Kaszubski Zespół Pieśni i Tańca, Klub Piosenki państwa Kujawskich, praca w chórze u pana Grochowskiego. To były takie zalążki. Ciekawym efektem owych działań było to, że nagle, ni stad, ni zowąd zostało mi zaproponowane zorganizowanie wieczoru artystycznego w liceum ekonomicznym. Nigdy się chyba nie dowiem, kto mnie do tego zadania polecił. Tworzę wówczas spektakl, który okazał się wielkim sukcesem, który wywołał w ludziach emocje, łzy. I chyba wówczas tak naprawdę została we mnie obudzona twórcza świadomość. Ja, Jurek Jeszke reżyseruję, piszę teksty, i to działa. Niesamowity impuls. Jak mało trzeba, by młodego człowieka dowartościować... Otwierają się pewne horyzonty, o których człowiek bez odpowiedniego bodźca nawet by nie pomyślał. Ja staram się zresztą tej zasady trzymać do dziś: jak widzę jakiegoś młodego, zdolnego człowieka, staram się wpływać na jego rozwój, generować jego talent.
[by nie być gołosłownym: pan Jerzy jest założycielem i fundatorem „Jerzy Jeszke Art Foundation”, organizacji wspierającej młodych i zdolnych artystów (link)]
- Powoli zbliżamy się do Gdyni. Obudzony na pewne cele, kończę szkołę zawodową. I co można robić? Po zawodowej szkole można było tylko zostać w zawodzie. Albo pójść do technikum, zrobić maturę i spróbować studiów. Niektórzy moi koledzy to zrobili i chwała im za to. Ale pytanie - co ja mogłem zrobić? I tu znowu w grę wchodzi pewnego rodzaju przeznaczenie i wiara w to, co się lubi. Bez najmniejszego zadrgania, bojaźni, czytając przypadkowe ogłoszenie o egzaminach do studia Baduszkowej [studium Wokalno-Aktorskie przy Teatrze Muzycznym w Gdyni] w tajemnicy przed rodzicami napisałem do nich i – zostałem zaproszony. Mimo tego, że – o czym wspominałem w liście do szkoły – nie miałem matury. Ale chciałem, bardzo chciałem. A chcieć to móc, wszyscy to wiedzą, mało kto w to wierzy. Odpisano mi, że nie szkodzi, mam przyjechać. Bo pokażcie nam tego ślusarza, który nie ma poparcia, matury, jest z małego miasteczka, ale ma determinację.
Przygotowując się do egzaminów miałem kilka nieprzyjemnych sytuacji. Zaczęto się ze mnie wyśmiewać. Pukano się po głowie, również w moim najbliższym środowisku. No tak, co też ten ślusarzyna wymyślił… Okazało się, że mój wewnętrzny głos był silniejszy, niż ich śmiech. Ja już staram się tego nie pamiętać. To tak jest, że ci, którzy hamują człowieka w rozwoju, potem są z niego dumni i korzystają z jego sukcesu. Ale to ciężka droga i - o czym zawsze przypominam, o czym młodzi ludzie muszą widzieć - nie wolno się poddać.
Wszystko to jeszcze nic. Jest taki aspekt biografii pana Jerzego, na który patrzę z ogromnym podziwem. Bo on oczywiście dostał się do szkoły Baduszkowej, ukończył ją, został solistą Teatru, później innych, największych scen w kraju i za granicą. I ten człowiek kilka razy w życiu rzucił to wszystko by grać dla biednych i bezdomnych:
- Moje decyzje o tym były w pełni świadome. Wynikały z podświadomości i świadomości, z przygotowania i z wychowania. Rodzice wpoili mi wrażliwość na ludzkie nieszczęście oraz ogromny szacunek do każdego człowieka, kimkolwiek by on nie był. W momentach, kiedy osiągasz sukcesy, kiedy nie wiesz już, co mógłbyś więcej, przychodzi moment refleksji. Kiedy masz pełną lodówkę frykasów, to już ich nie traktujesz jako delicje, bo masz je na co dzień. Widziałem, że tylko wybrana grupa ludzi może sobie pozwolić na smakowanie świata teatru, którego jestem składową. Serce się kraje, pytasz: dlaczego? Przecież sztuka nie może być artykułem elitarnym, ekskluzywnym. Jeśli ktoś sądzi, że tak jest, to jest w błędzie. Jest wówczas biznesmenem, nie artystą. Sztuka ma być ambasadorką humanizmu, nie zapominajmy o tym. Jeżeli mogę wzruszyć moją grą kogoś wysoko postawionego, to chciałbym móc to zapewnić również człowiekowi, którego na to nie stać. Te decyzje o zarzuceniu kariery i graniu dla bezdomnych były w pewnym sensie protestem przeciw systemom, które spotykałem w życiu. Nie przyjmowałem więc propozycji zawodowych, zamieszkiwałem np. w samochodzie, wśród ludzi bezdomnych, i dla nich występowałem. Mniej więcej rok czasu. Trzy razy. Długo, ale tylko wówczas mogłem wśród tego cierpienia odnaleźć radość, dotrzeć do owych biednych ludzi i dać im namiastkę szczęścia. Jakaś taka misja, którą sobie wymyśliłem. Było mi to potrzebne. To mnie wypełniło jako artystę. Do tej pory, gdy otrzymuję propozycję koncertu, pytam: dla kogo i czy go stać. Jeśli go nie stać - zrobię to za darmo. Sztuka jest moją pracą, a tę trzeba chcieć, a nie musieć wykonywać. Jak mógłbym sobie po spektaklu spojrzeć w odbitą lustrem twarz, gdybym nie lubił tego, co robię i nie czuł w tym wartości?
Na pytanie, czy jest w  Bytowie rozpoznawany, nie potrafi odpowiedzieć. - Wiem, że przechadzając się po ulicach ludzie uśmiechają się do mnie, ale ja sam zawsze się uśmiecham, więc bardzo możliwe, że oni uśmiechają się do drugiej uśmiechniętej, a nie: znanej twarzy. Mam tam jednak jeszcze sporo kolegów, znajomych.
Bardzo możliwe, że w nowym roku pojawi się z Bytowie ze swoim repertuarem. - Jest taka propozycja, trwają rozmowy, kreuję pomysł, formę. Myślę, że to ma szansę dojść do skutku. Chciałbym zaangażować do tego świetnych miejscowych muzyków, młodych wykonawców – absolutnie nie chcę się tam sam prezentować jako pomnik. Mam ambicję stworzyć tam taką symbiozę młodej energii z energią „trochę” starszą. Paradoksalnie bywa bowiem, że mi energii brakuje. Wówczas, gdy w pracy zawodowej główne skrzypce zaczyna grać rutyna, gdy brakuje spontaniczności. Potrzebuję wówczas błysku, który jest w oczach młodych, tego uśmiech, zachwytu, zaufania. To samo, co ja kiedyś brałem od starszych kolegów po fachu, daję teraz młodym. Ja się nie chcę zestarzeć. Dlaczego wszyscy mówią, że trzeba się zestarzeć? Nie trzeba. Natura, owszem, musi. Ale my, wewnętrznie, wcale nie. Chyba, że chcemy. Dlatego od czasu do czasu spotykam się z młodzieżą, najbardziej lubię spotkania z młodzieżą teatru gdyńskiego. Oni mi przypominają mnie sprzed lat, to jest fascynujące. Młodzi są głodni doświadczeń. Życzyłbym im, aby nigdy nie ważyli się zwątpić we własne marzenia. Ale muszą działać z czystym sercem. To jest jedyna gwarancja sukcesu.

środa, 23 stycznia 2013

a więc opowieść. o tym, jak nie stać się ofiarą własnego marzenia

Jest więc Jerzy Jeszke. Pan Jerzy pochodzi z Bytowa. Tam się wychował i pobierał pierwsze nauki. Bynajmniej nie związane ze sceną:
Moi rodzice chcieli, bym - jak oni - podchodził do życia pragmatycznie – mówi Jeszke [należy tutaj zdefiniować, czymże jest bytowski pragmatyzm; polega on mianowicie na konieczności posiadania konkretnego fachu]. - Po szkole podstawowej kontynuowałem więc edukację w szkole zawodowej. Zawód: ślusarz. Jeśli mam być uczciwy, to nie mogę powiedzieć, bym od dziecka prowadził byt artysty. Taka uczciwość jest ważna dla ludzi, zwłaszcza młodych, których ciągnie na drogę artystyczną. Moim obowiązkiem jest mówić im, że nie będzie różowo, nie będzie pięknie. Nie wiem, skąd wziął się w naszej cywilizacji pogląd, że należy mówić mniejszą prawdę po to, by kogoś oszczędzić.
To, co się działo w Bytowie - fakt - to były moje pierwsze kroki, lecz one wcale nie były takie legendarne. Nie szukajmy tu bajek. Nawet w Ameryce nieprawdziwy jest mit czyścibuta, który staje się milionerem bez większego własnego udziału. Młodzi ludzie powinni wiedzieć, że bez silnej osobowości (a trudno o silną osobowość w wieku nastu lat), nie będzie spełnionego artysty. To jest strasznie ciężki kawał chleba. Nikt tu nikogo nie klepie po plecach, nie mówi, że robisz wszystko najlepiej, a my ci jeszcze pomożemy i wszystko będzie dobrze. A jeśli już tak jest, to należy być czujnym. Zauważam, że obecnie często stwarza się atmosferę gwiazdy wokół jakiejś twarzy. Promuje się ją, upowszechnia, nagłaśnia – ale nie z powodu jej czystego talentu. Okazuje się, że ów talent jest tylko produktem w danym momencie potrzebnym pewnym instytucjom. To nie jest promowanie sztuki samej w sobie, tylko produktu, z góry narzuconego i uformowanego pod batutę czyiś zysków. Największą krzywdę młodym wyrządza się zabierając im możliwość świadomego wyboru. Wówczas stają się narzędziem, które po jakimś czasie jest niepotrzebne; najczęściej bywa zastępowane innym, nowym. I tu tragedia: odrzucenie. Zadają sobie pytanie: co jest? Przecież byłem taki dobry. Rada: jeżeli chcesz być aktorem, to musisz mieć świadomość, że - owszem - bez talentu, bez samodzielnego podejmowania decyzji, ale przede wszystkim bez ciężkiej pracy, wysiłku fizycznego i intelektualnego, możesz stać się tylko ofiarą swojego marzenia. Nie przeżyjesz go wówczas tak, jak to powinieneś robić - jak małe dziecko. Dzieci przeżywają swoje marzenia, zaś dorośli są swych marzeń ofiarami. Wszystkie trudności, które w procesie urealniania marzeń następują po sobie po prostu muszą być. Trzeba je przejść. Wielu nie wytrzymuje, odpada. Dlatego bardzo doceniam wszelkie przeciwności, które mnie spotkały. Dały mi siłę, ukształtowały mnie. Stąd mój apel do młodych: nie dajcie się odurzyć, omamić obietnicami wielkich, łatwych karier. Jeśli dacie się nabrać, nic wartościowego nie stworzycie, bo będziecie grać pod dyktando tych, którzy decydują o waszych karierach. Nie będziecie istnieć. To się daje teraz zauważyć przy okazji castingów do telewizyjnych programów poszukujących talentów. Nie ma jednak prawdy w tym, że wystarczy być ładnym i zaśpiewać dobrze jedną piosenkę, by zrobić wielką karierę. To jest wszystko kłamstwo, pieniądz, biznes.
Więc prawda. Ważne jest to, by ją mówić. Prawda jest taka: Bytów – wspaniała miejscowość, jedno z najpiękniejszych miasteczek w Polsce. Moja rodzina, moje miejsce, które - niestety - zostało niemal w całości zmodernizowane, nad czym bardzo ubolewam. Takie niewielkie miasteczko ma swoje prawa, swoją kulturę, mentalność. Za moich czasów z takiego miejsca trudno było uciec. Jeżeli nie miało się poparcia logistycznego, jeśli było się zwykłym śmiertelnikiem, trzeba było być bardzo wiernym sobie, aby zdecydować się na wyjście z tego kręgu, dodajmy: bardzo nieprzyjaznego dla rozwoju młodych ludzi. W tej chwili jest oczywiście więcej szans. Ale wówczas kultura oznaczała cztery ściany domu kultury. Nikt nie przygotowywał młodych ludzi do bycia twórcą. Nie próbowano nawet mówić, że można nim być. Nam się narzucało funkcjonowanie odtwórcze, odbiorcze. I nagle zjawia się taki chłopak, jak ja, który gdzieś tam błądzi po tych bytowskich podwórkach, który wcale nie jest rewelacyjnym uczniem, średnim wręcz (szczerze się dziwię, że przechodziłem te klasy). Pragnienie rodziców, bym zdobył jakiś „normalny” zawód przerabiałem na własną modłę. Czyli np. jeśli rzeźbiarz - to w kamieniu, jeśli stolarz - to artystyczny. Rodzice zdawali sobie sprawę, że ja i tak pójdę swoją drogą, ale zależało im, bym jakiś fach miał. To był bilet na przyszłość, w który mnie wyposażali, który dawał im wewnętrzny spokój. A resztę musiałem sobie sam zorganizować.
Gdybym był wzorem edukacyjnym, to kto wie? Może byłbym profesorem, filozofem... Ale ja byłem raczej profesorem zabaw podwórkowych. Mając jakieś dwanaście lat założyłem własne muzeum. Eksponaty wynajdywałem zazwyczaj w ziemi, w ogrodzie. Ten ogród to był wówczas mój świat. Krył pod powierzchnią skarby: stare guziki, pistolet, karabin, hełm, klucze, bogactwo całe. Pomyślałem sobie: dlaczego miałbym tego nie pokazać innym? Oczywiście wstęp był biletowany, pięć groszy bodajże. Albo zbudowałem własne radio. Skąd się to brało? Nic takiego mi nie narzucano, ja chyba czegoś szukałem. To, co siedzi w dziecku, potem wychodzi z młodzieńca, gdzieś tam później kiełkuje. Mam trochę żalu do moich szkolnych pedagogów, oni wiedzieli, że mam duszę małego artysty: ładnie śpiewałem, miałem zdolności plastyczne, taki młodociany animator kultury. Ale nie pokierowano mnie w tę stronę. Mam duży zarzut do systemu, w którym nauczycielem zostawał nierzadko człowiek, który zwyczajnie nie nadawał się do niczego innego. To nie byli ludzie przygotowani do roli wychowawcy. I taka osoba decydowała o przyszłości młodego człowieka. Mówiono mi na przykład: „Jurek, ty chcesz być artystą? Kaktus mi na dłoni wyrośnie, jeśli tak będzie”. Pamiętam, to było momentami przykre. Więcej - z powodu moich artystycznych predyspozycji chciano mnie nawet umieścić w szkole specjalnej… Aby zajmować się edukacją młodych pokoleń, trzeba mieć specjalistyczne, nierzadko wyższe wykształcenie. Ta prawidłowość dotyczy zresztą wszelkich dziedzin życia: masz do czegoś zdolność, to ją dokształć. A nie uznawaj, że sama w sobie jest efektem. Oczywiście teraz generalizuję, byli tacy pedagodzy, który coś zauważyli, i za to jestem niezmiernie wdzięczny. Szkoła zawodowa na przykład - ja nie potrafiłem skonstruować czegokolwiek, to była dla mnie inna rzeczywistość. Pamiętam zadanie - szafka rozdzielcza. Kolegom wychodziły wspaniale. Moja nie trzymała kąta prostego… Zacząłem to potem traktować z humorem, i część pedagogów zmuszona była robić to samo. Oni musieli wiedzieć, że ja w zawodzie ślusarza pracował nie będę. Skończyłem tę szkołę dla rodziców. To zaplecze „na wszelki wypadek”, w które chcieli uposażyć mnie owym zawodowym wykształceniem rodzice przydaje mi się teraz co najwyżej w jakiś podstawowych zadaniach domowych, w dopasowaniu klucza czy przykręceniu śrubki.

wtorek, 22 stycznia 2013

wprowadzenie w opowieść

Jest taki człowiek, który w ostatnim czasie wywarł na mnie ogromne wrażenie. Nie dlatego, że osiągnął międzynarodową karierę. Nie dlatego, że pochodzi z moich rodzinnych stron. Nie dlatego, że do wszystkiego doszedł sam, a zaczynał od zera, jeśli nie z niższego pułapu. Wszystkie te elementy składają się na jego wizerunek zawodowy i prywatny, jednak jest coś, co owe dwa oblicza spaja i jednocześnie dopełnia. Pewne fragmenty życiorysu, pokazujące w nim człowieka w pełni ludzkiego. A to wcale nie jest proste, niezależnie od ilości zjedzonych stron i uściśniętych dłoni. Najtrudniej, myślę, zachować człowieczeństwo, kiedy stajesz się twarzą publiczną, rozpoznawaną i przytwierdzaną do tablicy mniej lub bardziej znanych sław. Tablica - amalgamat - nie zna hierarchii, nie rozróżnia celebryty od artysty. A już z pewnością nie potrafi spośród przyczepionych pinezką nazwisk wyłonić autorytetu. Ten trzeba odnaleźć samemu. Zdarza się jednak, że ów nadarza się niespodzianie, nieszukany. Otwiera usta, ty milkniesz. Słuchasz. Masz do czynienia z fenomenem.
Mój fenomen nazywa się Jerzy Jeszke. To wielki artysta musicalowy, aktor największych sztuk na świecie. Ma sporo za sobą, lecz nadal wierzy w to, co przed nim. Doświadczenia i przeżycia godne szacunku. Osoba, która ma prawo do mierzenia innych swoją miarą – lecz tego nie robi. Miesiąc temu miałam niezwykłą przyjemność rozmowy z nim przy okazji pisania artykułu. Tych, którzy nie znają dorobku pana Jerzego, zachęcam do odwiedzenia jego strony. Może się okazać, że widzieliście go na deskach jednego z polskich teatrów, z którymi, mimo międzynarodowych kontraktów, nadal współpracuje. W Gdyni był to brawurowy Spamalot i rola Króla Artura.
O Jeszke i jego licznych rolach napisano już wiele, powielanie informacji byłoby może nie bezcelowe, ale nieodkrywcze. Moim zamierzeniem był tekst o tym, że chłopak z małego miasteczka może na własnych nogach przejść cały świat, bez butów pożyczanych od możnych popleczników. I jak w tej całej, filmowej wręcz historii może nie stracić pokory, tożsamości, zyskując jednocześnie świadomość własnego potencjału i ogromną życiową mądrość, potęgowaną radością wykonanej pracy. Uśmiech, ten po prostu jest, gdy pan Jerzy opowiada swoją historię. A dodać trzeba, że jest niesamowitym gawędziarzem. Słucha się go z największą przyjemnością. Rozmowa, prowadzona nocą dzięki połączeniu Skype przekroczyła objętością pojemność artykułu, więc większe jej fragmenty umieszczę tutaj. Zapis słów artysty, który jeszcze jako nastoletni chłopak ani miał w głowie teatralną karierę.
Ci, którzy zainteresowani są dalszą lekturą, a niewiele wiedzą o biografii pana Jerzego mogą jeszcze nadrobić zaległości. Internet jest skarbnicą informacji wszelkich, i to jest jeden z tych momentów, kiedy może się ona przydać. A potem – potem posłuchajcie gawędy pewnego sympatycznego człowieka, który - tak się składa - jest wielką gwiazdą.

niedziela, 13 stycznia 2013

pytam

a sufit znów, jak powracający zły sen. Znów jest i znów czarny. Sen powraca jeden. Kilkulatka. Nie mogła się wydostać, opętał ją szałas. Dlaczego w ogóle tam wchodziła. To nie ciekawość. To naiwna głupota, znamię nie do usunięcia spod prawego obojczyka. Gdy zima i skóra blada widać bardziej się eksponuje.
I znowu piosenka, ta nocą pisana, znowu ona. Znów jesteś opowieścią zmęczonych ust. 
A tylko chciałeś dobrze. To nadal twój błąd. 


sobota, 29 grudnia 2012

do zabrania

kilka zdjęć i kilogramów
wspomnienia, które budują i te, które należy zapomnieć
nowe doświadczenia
parę niespełnionych postanowień
przy przewadze tych zrealizowanych
poprzeczka wyżej ustawiona
twarze, których wcześniej nie było
inne uśmiechy; całkiem miłe
szersze horyzonty
głębszy oddech
telefon, który dzwoni rzadziej
ale bardziej przemyślanie
więcej sukienek
i butów do biegania
gorzkie nauczki
brak wielu odpowiedzi
zielony smak satysfakcji
i gorycz w kilku odcieniach
kilka napoczętych jak ciastka książek
i jedna, otwarta, do zapisania
niepokój
drżąca chęć zmian
to wszystko i tylko tyle
zabieram ze starego
i wchodzę w nowy

poniedziałek, 17 grudnia 2012

laurka for ulka

Dotarła, choć z zupełnie innej bajki. Można jeszcze otrzymać coś za nic. Ze zwykłej chęci czyjegoś uśmiechu.
Laurka jest pokaźna w rozmiarze. Technika wykonania niewyszukana, lecz stan artystycznej kreacji usprawiedliwia wszelkie ułomności warsztatu. Poza tym ten, który tworzył wie, że siła wszelkich znaków, nawet świętych, zaprzepaszczona. Bo pada. A w deszczu wszystko płynie. Nawet miasto moich twoich ich snów. Ważne więc, by zachować. Pamięć. Transfuzję wyobrażeń jego jej ich naszych. Metafory, metafory. To taka sztuka zestawiania słów. Jak Joozek, który przez deszcz w oczach stał się Juzkiem. Pomiędzy słowa wbił się byk. Ale z pewnością nie to jest przyczyną. Tylko wstyd, że nie kojarzymy, że pamięć po wojnie utnie się, przemieli na proch. Not again. Wstyd za system. Za chaos. Za kontrolowany. Białe krowy, znak odnowy głów. Taki żart, sfera życzeń.
Dziel na pół. Tańcz. On śpiewa, to jego akwarele. Nie moje, nie. A niebo, niebo gra. Jeśli jest.
Ale i tak warto żyć. Nie raz, nie dwa, nie trzy. Niczego nie będzie żal. Bo to, wbrew pozorom, bardzo pozytywny wpis. I laurka też taka. Wesoła, rozrywkowa. Jak prze-niebieski czas jej powstania. Tylko gdzie ja ją teraz powieszę. W ramy się nie mieści.
Dziękuję.
Tak, wiem, miało nie być zdjęć. Ale inaczej większość z zaglądającej tu mniejszości nie odnajdzie ani pół czytelnego słowa.