środa, 22 lutego 2012

marzenia są

I trzeba je realizować. Dzisiaj zabrzmiało to inaczej. Sensowniej. Dodało odwagi. Ubrało nagą nieśmiałość w kostium założeń. Aspiracje potrzebują niekiedy kopa z zewnątrz. Bo powiedziane zostało, że największym niebezpieczeństwem dla większości z nas nie jest to, że mierzymy za wysoko i nie osiągamy celu, ale to, że mierzymy za nisko i cel osiągamy. Tak mówią Michały. Jeden z nich to Anioł. Żywię nadzieję, że drugi nie sprowadzi mnie na samo dno piekieł wstydu.

sobota, 18 lutego 2012

sobota, 11 lutego 2012

świeczka na torcie

Koniec roku to taki czas, kiedy wypada zrobić jakiś bilans. Co się udało, co schrzaniło - na uzasadnienie powszechnie znanej teorii, że następny rok będzie lepszy i w zasadzie dobrze, że obecny się kończy. Słabe to - co dwanaście miesięcy robimy to samo i nic z tego nie wynika. Dlatego nie pokusiłam się o résumé w grudniu, co więcej dość starannie unikałam wówczas kombinacji komputer + alkohol, aby przypadkiem nie odbiło się to elegijną czkawką. Bo miniony rok naprawdę dobrze, że już się skończył. Tyle na temat. Podsumowania zostawiłam sobie na potem, które się, myślę, zadziało teraz.
Mamy bowiem urodziny. Dziś kończy się pierwszy rok mojej obecności tutaj. Raczkująca impreza. Nie macie galowych strojów i baloników? Nie szkodzi. Przejdziemy od razu do części nieoficjalnej. Pierwszoroczniak. Rozłóżmy przed dzieciakiem rekwizyty – co chwyci: pieniądze, różaniec, książkę czy kielicha? Wieść niesie, że na pierwsze „pierwsze” urodziny zgarnęłam dwie ostatnie. To by się nawet zgadzało. Teraz, rzecz jasna, zaopiekowałabym się walutą. Dla wyrównania życiowego salda.
Świętuję sobie, a co. Minibal na bosaka. Zapraszam do tańca, bo solenizantów jest więcej. To Ty, i Ty. I Ty też. Wszyscy Wy, co częściej bądź rzadziej, regularnie lub przez pomyłkę tu zaglądacie, nabijając statystyki, dzięki którym wodolejstwa nie zarzuciłam. A groziło. Najczęściej zaraz po popełnieniu jakiegoś badziewia. Kilka się zdarzyło, co będziemy ściemniać. Nie jestem aż tak odważna, by ogłaszać konkurs na najwspanialszą tandetę mojego autorstwa*. W ogóle nie jestem odważna, więc zgrabnie zmienię kierunek i skupię Waszą uwagę na Was. Paru znam, widuję tu regularnie, dziękuję uniżenie. Zwłaszcza, gdy słyszę, że przyczyniam się do propagowania czytelnictwa wśród uczulonych na papier (to taka lekko uszczypliwa metafora; adresat wie, o kogo chodzi). Miło też dowiedzieć się, że niekiedy prowokuję uśmiechy. I o to się rozchodzi, wszyscy są kontenci – ja też. Jestem przezadowolona, że w ogóle znajduję odbiorców swoich wywnętrzności – to wersja poprawna politycznie. Ta mniej oficjalna i chyba bardziej szczera została już dawno i w sposób niezwykle trafny określona przez mojego literackiego guru. Stwierdził on, że dla pisarzyny, czy poeciny każde rozprawianie się ze światem naznaczone jest ryzykiem próżnogenności. I że rozprawianie się ze światem za pomocą literatury skazuje na próżność absolutną, która w prostej, jak w pysk strzelił, linii, prowadzić musi do megalomanii. Dodał też, co wynikać może z owej próżności, że referaty pisarzyny czy poeciny zwykle dotyczą jego samego**. Nic dodać, nic ująć, ino pochylić się nad tą złotą prawdą. W związku z powyższym oraz ciekawską stroną mojej natury niezwykle interesują mnie Ci, których rozpoznać nie mogę. Ci, którzy z bliżej nieuzasadnionego powodu czytują tutejsze literowe konstrukcje, a ja za cholerę odkryć nie umiem, kto zacz. Pozdrawiam zatem P. jak Podróżnika, wszelkich mniej lub bardziej Anonimowych, nawet tego znikąd pozdrawiam, choć zalazł nieco za cierpliwość. A może któreś zdradzi się, co? No, ładnie proszę. W końcu coś mi się w prezencie należy. I w nagrodę za trud. Bo, jak to również zauważył wspomniany guru, ludziom zwykło się zdawać, że pisanie to bułka z masłem, że taki pisarzyna, czy poecina nic, tylko siedzi w swojej rozciągniętej na kilka metrów kwadratowych pustelni, oczekując na właściwy moment, tak zwany powiew spustowy, i nikt mu nie przeszkadza (choć przeszkadzają zawsze). Ciężki kawałek chleba powiem(y) Wam, w mojej prywatnej sytuacji tym cięższy, że chleba z niego nie ma. Guru może jeszcze coś tam skubnie, ja - nie.
Korzystając z uroczystego charakteru dzisiejszego wpisu chciałabym się na forum pochwalić. Faktem mianowicie, że blog ten międzynarodowy jest, ba - międzykontynentalny nawet. A jak. Brawa dla wszystkich rozsypanych po świecie, nawet, jeśli kliknęli przez przypadek.
Co więcej, okazuje się, że są i tacy, którzy zechcieli mnie cytować na swoich własnych blogach. To, powiem bez ogródek, bardzo mnie łechce. Muszę uważać, żeby sodowa nie uderzyła zbyt wysoko…
Bez obawy, raczej nie grozi. A jeśli, nie daj Boże, przekroczę tę cienką granicę przyzwoitości, przypomnę sobie słowa Jurka, od którego się wszystko zaczęło, a który na rzeczy się zna. Kiedyś pewnie o tym napiszę. Jurek powiedział, że (cytuję), ładnie, poprawnie i jakąś iskierkę zauważa, co jest oznaką niezwykłej dyplomacji i uprzejmości (a on, uwierzcie, dyplomatą nie jest), a między wierszami jak byk stoi: nie zapędzaj się, maleńka, w samozachwycie. Z całą sympatią pozdrawiam Jurka!
Żeby nie było, trzeba na nowy rok zadeklarować jakiś program naprawczy. Parę projektów jest, takie na przykład o skrawkach literatury wysokiej każdego dnia (no chociaż tygodnia), czy ukierunkowanej i systematycznej gimnastyce ciała. Do tej gimnastyki pogrubiony i wyjustowany odnośnik o kończeniu jej każdorazowo sprintem na ścianę. Może pomoże.
W postulatach znajdzie się też, małym rozstrzelonym drukiem punkt o miłości. Chcę być wiecznie zakochana. W czymkolwiek, kimkolwiek. Zacznę od psa sąsiada.
Dobrze by też było być dobrym. Dla innych. To się podobno zwraca. Jak się zastanowić, to nawet Gargamel był dobrym człowiekiem. Czy Gargamel był człowiekiem? Czy ja nim jestem?
Przede wszystkim zaś: zmądrzeć. To może być najtrudniejsze, no ale przecież coś trzeba zostawić na następny rok.
Z sukcesów minionego roku:
Z dumą stwierdzam, że posiadam przyjaciół. I oni mnie posiadają.
I to, że nadal czytacie niniejszy wpis. A to już osiemdziesiąte trzecie zdanie!

* w zasadzie ta najkoszmarniejsza nie ujrzała nigdy światła wirtualnego; i nie mówię tu o tym wierszu napisanym w siódmej klasie
** Jakobe Mansztajn. Polecam, pewnie nie pierwszy raz.

niedziela, 5 lutego 2012

bo niebo trzeba podnieść już dziś

Czyjeś słowa są czasem najdobitniejsze. Lepiej niekiedy nie używać własnych. Dla zdrowia własnego i wszystkich świętych. W razie czego można zwalić na cytat. Przytoczone kwestie to zawsze nie nasze. A tak, przypałętały się. W zasadzie nie wiadomo, dlaczego.
Zawsze wiadomo. Nie ma przypadków, tylko nie dana nam jest wiedza o ich sensie i źródle. Niezrozumiałe, durne sny są obrazem realizacji wyższych działań, rozgrywanych na odległych planach, nam – maluczkim – zasłoniętych zwiewną kotarą ignorancji. Bo i po co nam to poznanie. Jeszcze będziemy próbowali wyjaśniać, tłumaczyć. Zbyt wiele analiz pociągnie nas na sznurku do piekła. Freud skończył źle, zamknięto mu usta.
Co będzie po drugiej stronie, czy będzie inaczej? Czy będzie lepiej?  
Niemożliwe można posiąść, trudne staje się błahostką, nic nie rozumiem, nic.
A może to i dobrze.
Na niebie ciągły ruch.
Jest już po i można iść.

czwartek, 2 lutego 2012

Wisia

O zmarłych należy mówić dobrze. Zwłaszcza, gdy dobrze mówiło się jeszcze za życia. O tej pani mówią dziś wszyscy. A ile się wie? O zakład idę, że niewiele. Tyle naszej wiedzy, ile zmieści wikipedia. I notatki w podręcznikach młodszych pokoleń. Podkreślam to młodszych. Moje podręczniki pamiętają ową noblowską tragedię. Ja sama, przyznaję uczciwie, niewiele więcej ponad standard przeciętnego obywatela. Parę wersów, papieros za papierosem, i koty. Koty, które niezmiennie kojarzą mi się z maturą. I faktem, że podczas mojego – zdanego zresztą na pięć – ustnego egzaminu z języka polskiego niewiele zdołałam powiedzieć. Nie tyle z powodu znikomej erudycji na temat noblistki, ile z uprzejmości. Nie wypada bowiem przerywać, gdy dyrektor mówi. A gadał z zapałem o kotach Szymborskiej.

Niby się poezji nie rozumie, bo trudna i wyssana z pokręconych palców, co to tylko wiersze klecić potrafią, a nie kroić chleb. Ale jej teksty są znośne nawet dla zdeklarowanych nielirycznych. Są realne. W przeciwieństwie do niej samej. Ona była dziwna. Urojona.

urojona nie do wiary
urojona aż do krwi

Ktoś, z kogo opinią, zwłaszcza w dziedzinie literatury, liczę się bardzo, wypowiedział się właśnie, że jej postać była piękna, ale poezja przeceniona. Że „skróty myślowe” jej autorstwa przekraczały jego możliwości. Dziwię się temu z kilku powodów. Właśnie takie zbitki formułujące świat winny jemu przypadać do gustu. Ta, która myślenie przyrównywała do pornografii, nazywała rzeczy krótko, treściwie, dosadnie, acz bez zbytnich ozdobników:

Obmyślam świat, wydanie drugie,
wydanie drugie poprawione,
idiotom na śmiech,
melancholikom na płacz,
łysym na grzebień,
psom na buty
.

Ale mogę się mylić. Mylę się w wielu kwestiach. W końcu jestem zwykłym zjadaczem bagietek z czosnkiem. Co nie znaczy, że poet(k)om wiedza jest dana

Jak żyć - spytał mnie w liście ktoś,
kogo ja zamierzałam spytać
o to samo

Coś w tym jest. Całkiem niedawno sporo od bohaterki niniejszego wpisu młodszy przedstawiciel tej samej szlachetnej profesji stwierdził, że poeci w ogóle niewiele wiedzą. Ci poeci współcześni. Mogą co najwyżej grać w otwarte karty i z czystym sumieniem przyznać, że jeszcze sobie tego wszystkiego nie poukładali. Ona przyznawała to otwarcie:

Nie znam roli, którą gram,
Wiem tylko, że jest moja, niewymienna
O czym jest sztuka zgadywać muszę wprost na scenie

Ale to chyba świadczy o jej szalonej życiowej intuicji. I – nie chciałabym być stronnicza – wydaje się, że takiej nieuświadomionej mądrości nie mógłby posiąść mężczyzna. Nawet poeta niewspółczesny. Powiedzmy: romantyk. Taki skupiłby się na rozłupywaniu sensu istnienia cierpienia. Ona zaś niczego nie rozkładała na części. Brała całość i ją opisywała. A pisała, że jest dobrze:

Jesteś piękne - mówię życiu -
bujniej już nie można było

i dalej, jakby na dowód tego, że i jej nic nie przychodzi bez trudu:

Staram mu się przypodobać,
przypochlebić, patrzeć w oczy.
Zawsze pierwsza mu się kłaniam
z pokornym wyrazem twarzy.
Zabiegam mu drogę z lewej,
zabiegam mu drogę z prawej,
i unoszę się w zachwycie,
i upadam od podziw
u.

Nie wiem, czy dużo kosztuje wyrażenie clou ot tak, niby od niechcenia. Ja miewam z tym problemy. A kiedy udaje mi się stworzyć tego pozory, uwierzcie – to tylko pozory. I na tym chyba polega różnica między dżunglą amazońską a klombem z bratkami. Dziś na przykład, płynąc na fali ogólnego „przypominania sobie” twórczości poetki, natknęłam się na tak przenikliwą prawdę o sobie, jakby sama Wisława stanęła obok, wyrwała mi ją z trzewi, po czym zamieniła na litery

Godzina z nocy na dzień.
Godzina z boku na bok.
Godzina dla trzydziestoletnich.

Godzina uprzątnięta pod kogutów pianie.
Godzina, kiedy ziemia zapiera nas.
Godzina, kiedy wieje od wygasłych gwiazd.
Godzina a-czy-po-nas-nic-nie-pozostanie.

Godzina pusta.
Głucha, czcza.
Dno wszystkich innych godzin.

Nikomu nie jest dobrze o czwartej nad ranem.
Jeśli mrówkom jest dobrze o czwartej nad ranem
- pogratulujmy mrówkom. I niech przyjdzie piąta,
o ile mamy dalej żyć
.

To niemożliwe, by w tak prosty sposób przepisać czyjś egzystencjalny niepokój.
Żeby było jasne: to nie jest panegiryk. Nie jestem wierną czytelniczką poezji Wisi. Nigdy nie miałam nic przeciwko tej miłej chyba starszej pani, ale żeby szczególnie śledzić jej dorobek, to nie. Jej odejście sprowokowało do paru kliknięć myszą. I - choć oczywiście szkoda, że w takich okolicznościach – to cieszy owo odkurzenie słowa. Cytowany już dziś (mój) autorytet podważa zasadność zbiorowej narodowej żałoby po autorce miłości od pierwszego wejrzenia. Że była w porządku, ale niepotrzebnie pół Polski łka. Tak zrozumiałam intencję nadawcy. Ale jak zwykle – mogę się mylić. Mogę też się z powyższym nie zgodzić. Chyba dobrze, że czujemy potrzebę (nawet, jeśli lekko ostentacyjną) opłakiwania kogoś takiego. Więcej to warte, niż rozwlekła żałoba po Tu-154. I tak, jak Czechowicz przepowiedział w wierszu swój ziemski koniec, tak ona jakby umyśliła sobie lekką śmierć

Śmierć,
kiedy śpisz, przychodzi.
A śnić będziesz,
że wcale nie trzeba oddychać,
że cisza bez oddechu
to niezła muzyka,
jesteś mały jak iskra
i gaśniesz do taktu
.

Śmierć jej nie straszyła. Przeciwnie, pojawia się często, oswojona, bez kosy

Śmierć
zawsze o tę chwilę przybywa spóźniona.
Kto twierdzi, że jest wszechmocna,
sam jest żywym dowodem,
że wszechmocna nie jest.
Nie ma takiego życia,
które by choć przez chwilę
nie było nieśmiertelne
.

Sama autorka, niby że nie poczuwa się do mentorstwa, to wygląda, jakby wpadła do ludzi na parę lat, mimochodem, i wiedząc, że to stan przejściowy

Na chwilę tu jestem i tylko na chwilę:
co dalsze, przeoczę, a resztę pomylę

starała się zarazić optymizmem. Radość, to chyba dobre słowo

Radość pisania.
Możność utrwalania.
Zemsta ręki śmiertelnej
.

I nadzieja, bo nawet rozpacz przynosi korzyści.

Najlepsze w tym wszystkim jest nieśmiałe podejrzenie, że to, co zostawiała po drodze wydaje się być pisane z perspektywy świata po niej

Głupia, głupia,
zadawałam się ze światem

Czyli, że głośne odżegnywanie się od wiedzy nie danej zwykłym śmiertelnikom, to wielka marketingowa ściema. Blaga Szymborskiej. Mam cię. Zrobiło się nieswojo, zapadło milczenie. Prawdy ogólne mają to do siebie.
Jedno jest pewne. Choć zeszła (cichcem) z dyżuru, pomarła bez rutyny. Życzyć takiego finiszu każdemu. A teraz gapi się, i śmieje, jak te klaszczące skrzydłami, spłakane wesołością anioły

Nie patrz tak na nas
tymi swoimi oczami
zanadto otwartymi,
jak oczy umarłych
.

środa, 25 stycznia 2012

koniec bajki

[To znaczy bajka trwa. Ale baśniowo nie jest. Nie ma zamku, nie ma Królestwa, Król(ewicz) się ulotnił, dzieciaki chcą, by je zabawić, w powietrzu wisi granda… trzeba by chyba sił nadprzyrodzonych do odczarowania sprzężenia niebajecznych okoliczności. Ale Czarodzieja też nie ma. Życie.]
[Na skróty: Chłopiec przyprowadził kolegów do parku. Ci chcą poznać Czarodzieja i nie bardzo im się widzi wspieranie Chłopca w wypatrywaniu zatopionego Królestwa Pomyślności.]
[Nie wiesz, o co chodzi? To zacznij od początku, potem możesz spojrzeć tu; jeśli to nie naświetli sytuacji, to i Boże nie pomoże.]

- Ty, frajer, a ten Czarodziej to ci się nie przyśnił, co? - rzucił jeden z chłopców, przerywając ciszę.
- He he, może mama mu wcisnęła bajeczkę na dobranoc!
- Albo lepiej, to taka gra. Wiecie, zamiast Xboxa.
- Haha, jak się nie ma, co się lubi…!
Dzieci zaczęły się naśmiewać z Chłopca, który zupełnie nie wiedział, co robić. Próbował ich uciszyć, ale te, rozbawione, śmiały się coraz głośniej.
- Czarodzieju, pomóż… - wyszeptał zrozpaczony.
Jak spod ziemi wyrósł przed nim sędziwy Staruszek.
- Jesteś! - ucieszył się Chłopiec. - Teraz uwierzą, że nie zmyślam - i nie czekając, aż Czarodziej cokolwiek powie, krzyknął do towarzyszy - Słuchajcie! Jest! I co teraz powiecie?
Chłopcy zamilkli, ale nie wyglądali na zakłopotanych, raczej na zdziwionych. Patrzyli nie na Czarodzieja, który winien przykuwać teraz ich uwagę, a na Chłopca. Patrzyli, a ich wzrok wyrażał tłumione rozbawienie.
- Oni mnie nie widzą, Chłopcze - rzekł Czarodziej.
- Jak to?! Przecież tu jesteś! - krzyknął Chłopiec.
- Rany, gada do siebie! - zawołał jeden z kolegów.
- Wariat! Zupełny oszołom - zawtórował kolejny.
- Ale on tu jest! Tutaj! Zobaczcie! Nie widzicie? Tuuuu…! - krzyczał Chłopiec, a do oczu napływały my łzy bezsilności.
- Chodźcie, wracamy. Szkoda czasu dla dziwaków. Mam nową grę, boksowanie. Naprawdę fajna, możecie przetestować - zaproponował jeden z chłopców.
- Super! - podchwyciła reszta.
I poszli.
- Zostańcie… - prosił Chłopiec cichnącym głosem. Słychać było wyraźnie, jak oddalający się koledzy cały czas się z niego naśmiewali.
- Oni mnie nie ujrzą, przyjacielu - rzekł Czarodziej - nie są do tego zdolni. Ich oczy widzą tylko rzeczy przyziemne, powierzchowne. To, co prawdziwie ważne jest dla nich ukryte.
- Nie rozumiem! - chlipał Chłopiec - przecież ja ciebie widzę, rozmawiam z tobą, jadłeś moje kanapki…
- Tak, zgadza się. Ale ty jesteś wyjątkowy.
- Jaki tam wyjątkowy! Jestem zupełnie zwyczajny. Wyjątkowy to będę teraz, dla całej szkoły. Wszyscy będą mnie pokazywać palcami… Pomyślą, że jestem pomyleniec... Buuuu…
- Mały chłopcze - rzekł Czarodziej - właśnie poznałeś, czym jest stres.
- Wcale nie chcę znać stresu…. A najgorsze.... – zacinał się przez łkanie Chłopiec - najgorsze nie jest to, że stałem się pośmiewiskiem…  Jest mi przykro, że nie zdołałem ci pomóc. Tak bardzo chciałem, żebyś był szczęśliwy!
Gdy wykrzyczał ostatnie słowa, niespodzianie zadrżała ziemia. Chłopiec wytarł piąstkami oczy i otworzył ze zdziwienia buzię. Bo oto – nie wiadomo jak – wszystko zniknęło. I jeziorko, i drzewo z dziuplą, i plecak. Byli tylko on i Czarodziej, a wokoło pustka, wielka i rozległa pustynia. Spieczona ziemia pocięta sznurkami pęknięć. Aż po horyzont.
Wówczas Chłopiec zrozumiał, że nie jest już mały. Tej jednej rzeczy Czarodziej nie musiał mu tłumaczyć. Stał się dorosły, choć zupełnie nie wiedział, jak. Pustka dookoła symbolizowała umysł dorosłego człowieka. Zasmucił się nad utraconym dzieciństwem, w końcu nie zdążył się w nim rozsmakować. Smutek trwał jednak krótko, bo dorosłość ma swoje obowiązki, musiał je wypełnić.
Spojrzał na swoje ręce. Były szerokie, spracowane. To z jednej strony dobrze - pomyślał - skoro jestem duży, łatwiej mi będzie pomóc Czarodziejowi. Ale zaraz, gdzie on jest?
Rozejrzał się. Sekundę temu stał obok Starca, teraz był zupełnie sam.
Nagle zrobiło się zimno i zaczęło padać.  
- Tak jest w dorosłym świecie. Ktoś jest obok, a za chwilę go nie ma - usłyszał w oddali głos Czarodzieja. Nadal był jednak sam.
- Ale czy to nie przysparza ludziom cierpień? Dlaczego zachowują się tak irracjonalnie?
- Ponieważ brakuje im dziecięcej prostolinijności. Są zniewoleni przez miliony, triliony obaw. Każda z nich może pozbawić ich czegoś, co wydaje się im niezbędne. Nie chcąc niczego stracić, ustalają szereg wiążących reguł, których pilnowanie ma uchronić przed upadkiem. To jak zaraza. Musimy otrząsnąć się z własnych lęków, które sami sobie przytroczyliśmy do przepon.
- Jak się ich pozbyć? - zapytał Dorosły Chłopiec.
- Spójrz w dół - odpowiedział głos Czarodzieja.
W jednej chwili, zanim zdążył mrugnąć oczami, znalazł się na ogromnej, ostro zakończonej skale. Oszołomiony i zaskoczony, podszedł do jej krawędzi i natychmiast cofnął się gwałtownie.
- Rany! - odskoczył z krzykiem - Czarodzieju! Przecież tam jest strasznie!
- Uwolnij się, oderwij, skacz! Pozbądź się strachu, on jest tylko twoim wyimaginowanym przeciwnikiem. W rzeczywistości wcale go nie ma.
- Więc jeśli pomyślę, że tej przepaści nie ma, to ona zniknie?
- A czym jest rzeczywistość? To ty ją tworzysz, więc jest tym, czym chcesz, aby była. Musisz tylko i aż uwierzyć, uwierzyć, uwierzyć… – czarodziejski głos brzmiał jak roztańczone echo wśród gór. Dorosły Chłopiec wyprostował się, odetchnął głęboko i rzekł:
- Jeśli to jedyny sposób, by odnaleźć to, czego szukam – zaryzykuję.
I skoczył.
Niewiele pamiętał z tego, co się potem działo. Przez jego ciało i myśli przelatywały obrazy i dźwięki, słowa ludzi, spojrzenia zwierząt, woda z rzek i chmur, światło i ciemność. Nie jest nawet w stanie podać, jak długo tak spadał. Minuta, dwie, trzy lata. Zupełnie niepoliczalny czas. Wie tylko, że się nie bał. Najgorsze było podjąć decyzję, potem już zdał się na los.
Zapytacie, co stało się potem? Co było na dole?
Na dole było królestwo. Tak, dokładnie to, którego szukał! Chłopiec spadł na sam środek pałacowego dziedzińca. Sturlał się troszkę, ale szybko wstał, otrzepał się i pobiegł prosto do królewskiej komnaty. Dziwnym trafem doskonale wiedział, gdzie ona jest. Zupełnie, jakby znał pałac jak swój własny pokój. Otwierał kolejne wrota, aż znalazł się w sali tronowej.
A na tronie siedział Czarodziej. Chłopiec stanął jak wryty:
- Ty? Tutaj? A gdzie jest Król? A może ty jesteś Królem?
- Nie, nie jestem – uśmiechnął się Czarodziej – chwilowo go tylko zastępuję.
- Zastępujesz?
- Tak. Król poszedł na piknik ze swoim ludem. Muszą porozmawiać.
- No tak! Przecież muszą się sobą nacieszyć. Tacy byli pogubieni, i oni, i on.
Czarodziej roześmiał się:
- Poniekąd masz rację, kochany. Byli bardzo zagubieni, ale najważniejsze to odkryć, dlaczego.
- No jak to dlaczego – powiedział Chłopiec – bo Król zaginął. Sam mówiłeś.
- Tak mówiłem, masz rację. Ale nie znałem wtedy całej prawdy, a teraz jest ona dla mnie oczywista. Powodem zaginięcia Króla była egoistyczna miłość jego poddanych.
- Co to znaczy egoistyczna miłość? – zapytał Chłopiec.
- To taka miłość, która nastawiona jest tylko na branie. Nie daje nic od siebie. Pamiętasz, jak ci opowiadałem, iż Król bardzo się dla swoich krajan starał? Dbał o nich, odwiedzał, dogadzał jak tylko mógł?
- Pamiętam…
- No właśnie. A oni? Ci mieszkańcy szczęśliwego królestwa? Co dawali Królowi? Nic. Albo niewiele. Wydawało im się, że im się należy. Że Król jest dla nich. A przecież miłość działa w dwie strony! Nie rozumieli tego.
- I co? Dlatego Król odszedł?
- On nie odszedł. Cały czas był. Tylko czyjeś być może nie zawsze być. Poddani w pewnym momencie przestali Króla widzieć. Widzieli tylko czubki własnych nosów. Obraz Króla zatarł im się. Zdetronizowany władca stał się zwykłym człowiekiem. Nagle jego twarz przestała być rozpoznawana, nikt nie wierzył, że to on właśnie jest utraconą głową państwa. Nawet ja, który byłem tak mądrym i przewidującym jego doradcą – Czarodziej na moment zamilkł, ale szybko otrząsnął się - ja też brałem rozpaczliwe tłumaczenia Króla za urojenia szaleńca. Po licznych, nieudanych próbach przekonania kogokolwiek o swoim jestestwie, Król-Niekról odszedł. Nie mógł patrzeć na rozpad ukochanej ojczyzny, na który nic nie potrafił zaradzić. Uznał, iż wcale nie był dobrym władcą, a to, że tyle lat udawało mu się utrzymać dobrostan na swoich ziemiach, było wypadkową zbiegu okoliczności oraz moich magicznych mieszanin i obrzędów. Tak, stwierdził, że jest winien – Czarodziej zamyślił się. – Ludzie zaś byli zbyt zadufani, by w porę zrozumieć swój błąd. Nie było w nich cierpliwości, ciężko im było prawdziwie wytrwać. Nawet, kiedy zabrakło im Króla – czy walczyli? Czy spróbowali się zmienić? Nie. Zniechęcili się, znudzili; a Król na to patrzył i cicho nikł. Resztę znasz.
- To bardzo skomplikowane, Czarodzieju – Chłopiec słuchał go uważnie. – Tylko dlaczego, będąc bardzo mądrym magiem, nie powiedziałeś im, co mają robić? Mogłeś zapobiec katastrofie.
- Moja moc była zbyt mała. Do tego zadania potrzebna był siła kogoś takiego, jak ty – Czarodziej poklepał Chłopca po ramieniu.
- Jaka siła, co ty opowiadasz? Przecież jestem – to znaczy byłem – tylko małym, zwykłym chłopcem.
- Jakiż z ciebie głuptas – rozczulił się Czarodziej - Nie masz pojęcia, jakim jesteś wspaniałym młodym człowiekiem. No ale właśnie dlatego, że nie zdajesz sobie z tego sprawy, mogłeś przyczynić się do uratowania Królestwa.
- Nadal nie rozumiem.
- Już ci wszystko tłumaczę. Wybawić Królestwo mogła jedynie prawdziwa, bezinteresowna wiara kogoś niewinnego, dobrego i czystego. Kogoś, kto będzie potrafił poświęcić na ten cel coś bardzo cennego. Ty poświeciłeś swoje dzieciństwo. Bardzo ci dziękuję.
Chłopiec zawstydził się. Był jednak tak bardzo uradowany, że jego stary Przyjaciel jest szczęśliwy, że nic już nie mówił.
Wyszli na dziedziniec.
- Spójrz w górę – rzekł Czarodziej.
Wszystko było po staremu. Piękny pałac znajdował się w dolinie, a wyżej, na zielonych łąkach siedzieli uśmiechnięci ludzie. Między nimi siedział po turecku Król. Rozmawiali, gestykulowali, cieszyli się sobą.
- Zaczną na nowo – rzekł Czarodziej. Po chwili ciszy dodał – Spójrz jeszcze wyżej, na niebo.
Chłopiec zadarł głowę wysoko.
-  Przyjrzyj się chmurom – podpowiedział Starzec.
Chwilę trwało, aż Chłopiec odgadł, o co chodzi Czarodziejowi. Na bezchmurnym niebie hasały dwie chmury. Miały podejrzanie znajomy kształt… Jedna była długa i spiczasta, druga mniejsza i okrągła. Przypominały dwie głowy przeglądające się w tafli wody.
- Ha! Tam w górze - to my? – podskoczył Chłopiec.
- Tak, dokładnie, to my.
- Zaraz, zaraz… To znaczy, że jesteśmy w jeziorze? Pod wodą?
- Jesteśmy tam, gdzie są ci, których kochamy.
- Ty jesteś moim przyjacielem, więc jestem z tobą tutaj – rezolutnie odpowiedział Chłopiec. – Ale tam – wskazał palcem niebo – tam jest mama…
- Tęsknisz? Chciałbyś do niej wrócić?
- A to możliwe? W końcu oddałem swoje dzieciństwo... - Chłopiec posmutniał. Pojął wszystko, co Czarodziej mówił mu o tęsknocie.
- Pamiętaj, że w bajkach i w sercach wszystko jest możliwe. Wrócisz do domu. Zasłużyłeś też na nagrodę – tu Czarodziej zniżył głos tajemniczo – spójrz w górę jeszcze raz.
Chłopiec posłusznie zadarł głowę. Na niebie, które było taflą wody znajomego jeziorka, pokazało się więcej chmur. Kilka, nawet kilkanaście.
- O rany, to Wojtek! I Stasiek! I Ania! Wszyscy, cała klasa! Widzą nas tu?
Czarodziej skinął głową z uśmiechem.
- Czarodzieju! Czyli nie będą się ze mnie naśmiewać? Wszystko widzą? Naprawdę wszystko?
- Tak, kochany. Niektórzy potrzebują niezbitych dowodów na istnienie prawdy, no to je im dostarczyłem. Teraz będziesz, haha! – Czarodziej był wyraźnie uradowany – będziesz bohaterem!
- Jesteś wspaniały! Jesteś najlepszym przyjacielem na świecie!!! Serio!!! – wrzeszczał Chłopiec.
- No już, już, wystarczy – Starzec ukradkiem otarł łzę wzruszenia. – Leć!
I zanim Chłopiec cokolwiek zdążył powiedzieć, wszystko rozmyło się jak w tym budyniowym śnie…
Warto jest wierzyć.

Teraz już koniec bajki.

Koniec, powiedziałam.

sobota, 21 stycznia 2012

bajka trwa

[wyrwanym z kontekstu podpowiadam, że w celu ogarnięcia poniższej treści należy zapoznać się z poprzednim wpisem]

Tak więc Chłopiec położył się spać. Mama miała rację. We śnie znalazł się znów nad brzegiem jeziorka. Między drzewami zauważył oddalającą się tiarę Czarodzieja. W te pędy puścił się za niknącą postacią, ale nie mógł jej dogonić. Kiedy zasapany przystanął na chwilkę, Czarodziej nagle znalazł się tuż obok niego. Zmaterializował się z powietrza. Chłopiec próbował coś powiedzieć, ale nie potrafił. W snach tracimy pewne zdolności na rzecz innych. Kiedyś na przykład, w pewnym śnie, Chłopiec poczuł, jak to jest latać. Ale teraz nie mógł ani latać, ani mówić, ani się ruszyć. Mógł tylko stać w miejscu i patrzeć na Czarodzieja, który również mu się przyglądał. Bez słowa. Aż do rana. Przyszło nagle.
Następnego dnia, zaraz po lekcjach, nawet bez kanapki, Chłopiec wyrwał nad bagno. Nie spotkał tam jednak Czarodzieja, nie potrafił nawet odnaleźć tego dziwnego krzaka. Nie było innej rady, trzeba było znów uciec się w sen. Ale sen tym razem nie pomógł. Nikt go w nocy nie odwiedził.
Chłopiec nie zrezygnował. Uparł się odkryć tajemnicę, wierzył, że naprawdę spotkał Czarodzieja. Codziennie odwiedzał jeziorko, spacerował między drzewami. Chętnie kładł się spać, nawet nieco wcześniej, niż zwykle, ale nie przynosiło to oczekiwanego rezultatu. Opowiedział kolegom o swojej przygodzie, ale ci mu nie wierzyli. To nic - tłumaczył sobie Chłopiec - jeszcze im udowodnię, że mówię  prawdę.
Pewnej nocy Czarodziej ponownie odwiedził sen Chłopca. Znów unikał spotkania, znów trzeba go było gonić. Ale Chłopiec po kilku krokach poszedł po rozum do głowy. Stanął w miejscu i czekał. Nie przeliczył się. Nie minęły trzy senne chwile, jak na wprost niego stanął ten, którego ścigał. Był taki sam, jak ostatnio. Wysoki, postawny, w ciemnym stroju do ziemi, z długą, srebrną brodą, w stożkowatej czapie. Minę miał kamienną, oczy przenikliwe i doświadczone.
- Dlaczego mnie szukasz, Chłopcze? - usłyszał pytanie. Ale usta Czarownika były zamknięte, jego twarz nieruchoma.
I wtedy Chłopiec usłyszał swój własny głos, chociaż wcale się nie odzywał:
- Ponieważ chcę cię poznać, chciałbym się czegoś o tobie dowiedzieć.
Niesamowite, jakby mówił myślami!
- Niepotrzebna Ci ta wiedza - odpowiedział Czarownik w niemym dialogu.
- Dlaczego? - zapytał Chłopiec, ale nie uzyskał już odpowiedzi. Wszystko rozlało się i wymieszało w jedną masę, jak sok malinowy na śmietankowym budyniu. Obudził się.
Tym razem chłopiec wiedział, że to nie żarty. Że teraz dojdzie prawdy. A że była sobota, pobiegł nad jeziorko już po śniadaniu. Rozbił obóz się na swoim ulubionym miejscu i zajął się puszczaniem kaczek na wodzie. Dla niepoznaki, niby że wcale nie czatuje.
- Nie rzucaj kamieni do wody, proszę - usłyszał po jakimś czasie. Ręka Chłopca z kamieniem w ręku znieruchomiała.
- Czarodzieju, to ty? - Chłopiec rozglądał się dookoła, ale nikogo nie widział. - Pokaż się, proszę!
- W zasadzie nie wiem, po co. Ale skoro już o tym, to potrafisz mnie ujrzeć, jak mało kto potrafisz; musisz tylko chcieć.
- Bardzo chcę!
- To skup się. Nie ma rzeczy niemożliwych, jeśli tylko czegoś naprawdę pragniemy.
- Nie widzę, gdzie jesteś?
- Jestem ptakiem, którego śpiewu słuchasz. Jestem rośliną, którą poisz, zwierzęciem, które karmisz.
- Jak to?
- Dokładnie tak. Możesz mnie dojrzeć uruchamiając swoje serce. Twoje serce jest otwarte, otwórz więc oczy.
I pokazał się. Nie dał jednak Chłopcu zbyt długo pozostawać pod wrażeniem, gdyż natychmiast przypomniał się ze swoją prośbą - Nie rzucaj kamieni do wody.
- Ale ja tylko puszczam kaczki. Jestem w tym naprawdę dobry.
- Nie rób tego, bo możesz coś uszkodzić.
- Co takiego na przykład?
- Na przykład okno.
- Co?! Ale jak… - nie zdążył jednak dokończyć, gdyż Czarodziej rozmył się w powietrzu.
Chłopiec nie dał się jednak tym razem tak łatwo zbyć.
- Czarodzieju!!! Wracaj natychmiast! Nieładnie tak pozostawiać kogoś w niepewności! Pokaż się i to już!!!!
- Nie krzycz. Nigdy nie wiesz, czy ktoś nie śpi - stanowczość Chłopca widocznie przekonała Czarodzieja, bo zmaterializował się ponownie, tyle że z drugiej strony. Robił to cichutko, bez najmniejszego pyknięcia.
- Ale kto może spać? - Chłopiec był wyraźnie zdezorientowany - Sugerujesz, że tam - tu wskazał ręką na jeziorko - ktoś jest?- ostatnie wyrazy wypowiedział szeptem, jakby obawiając się, że ktoś ich może podsłuchiwać.
- Ja nie sugeruję. Ja to wiem.
- Wiedziałem! Wiedziałem, że tu ukryta jest jakaś tajemnica! - Chłopiec w jednej chwili zapomniał o zachowaniu spokoju. – Musisz mi wszystko opowiedzieć!
- Ciągle tylko wrzeszczysz i do tego nie masz pojęcia, o co się dopominasz - żachnął się Czarodziej.
- A ty bezustannie powtarzasz, że nie potrzebuję znać odpowiedzi. A skąd niby to wiesz? – odpalił, trochę niegrzecznie, Chłopiec.
- W końcu jestem Czarodziejem, no nie?
- Eee, no tak… - zawstydził się Chłopiec, bo zrozumiał, że palnął dużą gafę. I tu oboje parsknęli niepohamowanym śmiechem. Śmiali się długo i głośno, nie mogli przestać, zupełnie, jakby ktoś łaskotał ich w stopy.
W ten sposób nawiązała się serdeczna przyjaźń między Małym Chłopcem a Czarownikiem.
Chłopiec zyskał doskonałego kompana, a Czarodziej uważnego słuchacza. Malec bardzo się przejął historią pogubionego królestwa i jego zagubionego Króla. I choć umysł miał otwarty i wyobraźnię nieposkromioną, to trudno było mu zrozumieć, że tam, pod taflą zarośniętego jeziorka, znajduje się pałac. Mimo wszystko wierzył Czarodziejowi. Dlaczego miałby nie mówić prawdy? Przecież jest bardzo stary, dużo wie, jeszcze więcej widział, zna tyle interesujących historii, nie miałby powodu zmyślać. Ogólnie oszukiwanie jest niemądre. Niczemu nie służy.
Jedno nie dawało Chłopcu spokoju. Czarodziej był bardzo miły, ale rzadko się uśmiechał. W zasadzie w ogóle się nie uśmiechał. Zamiast cienia towarzyszyło mu przygnębienie.
- To tęsknota - powiedział mu kiedyś, chociaż nikt głośno nie zadał pytania. Siedzieli nad brzegiem jeziorka, na zwalonym pniu. Starzec nieruchomo, Chłopiec majtając nogami.
- Brakuje ci twojego królestwa? - odparł na to Chłopiec, domyślił się bowiem, o czym mowa.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo. - Czarodziej zamilkł na chwilę, po czym kontynuował - To tak, jakby ktoś zabrał część ciebie. Odciął sobie kawałeczek. Wyobraź sobie, że miałbyś funkcjonować bez jednej nogi.
- Aj - wzdrygnął się Chłopiec i natychmiast przestał machać nogami.
- No właśnie. Pomyśl sobie, jak by ci jej brakowało. Oprócz oczywistego ograniczenia – nie mógłbyś biegać jak zawsze, skakać i kucać, to jeszcze odczuwałbyś ból. Tylko widzisz, łatwiej zaradzić takiemu, nawet dotkliwemu, ale fizycznemu cierpieniu. Kiedy skaleczysz się w palec, możesz zakleić go plastrem, podmuchać – i zapomnieć. Tęsknota to ból uporczywy, na który nie ma lekarstwa. Nawet czas nim nie jest. A kiedyś myślałem, że jest. Że ból minie, jak mijają pory roku. W tym jednym przypadku nie miałem racji…
Chłopiec zapragnął pocieszyć Czarodzieja. Nie bardzo wiedział, jak się za to zabrać, ale intuicja podpowiadała mu, że dobrą metodą będzie zabawa. Nauczył Czarodzieja grać w palanta. Śmiesznie tak wyglądali, mały chłopczyk w krótkich spodenkach i sędziwy staruszek, wywijający kijem i biegnący w podkasanej sukni za piłką. Nawet zdjął na moment czapkę, bo się w niej zgrzał. Rozgrywki trwały jednak krótko, ponieważ Czarodziej szybko wracał nad brzeg i, jak zwykle, wpatrywał się w taflę wody bez ruchu.
Pewnego dnia Chłopczyk zapytał, dlaczego Czarodziej tak usilnie obserwuje bagienko. Przecież nawet, jeśli miałoby wyschnąć i odsłonić zatopione włości, to na pewno to zauważy. 
- Chłopcze, świat nie jest ani trochę oczywisty. Jeśli wydaje ci się, że przełom nastąpi nagle, to możesz przeoczyć ważny moment i zostać z niczym. Sam powiedz, podlewasz kwiaty każdego dnia, ale nie wiesz, kiedy mogą dzięki temu zakwitnąć. Dlatego ja pilnuję podwodnego królestwa, czekam na znak, by móc zainterweniować. Jestem to winien Królowi.
Chłopiec musiał te słowa przemyśleć. Myślał całą noc, mało spał i był w szkole trochę nieprzytomny, ale natychmiast po lekcjach pognał do Czarodzieja obgadać z nim plan, który urodził się nocą. Noce bywają bardzo produktywne.
- Czarodzieju, możliwe, że twoja skupiona uwaga to za mało. Może potrzeba więcej koncentracji. Będę czuwał z tobą.
I usiedli. Siedzieli tak, bez słowa, do kolacji. Wówczas Chłopiec musiał wracać do domu, a Czarodziej chował się do dziupli. Ale następnego popołudnia kontynuowali bezruch, tak samo w środę, i czwartek, i w następnym tygodniu też. Zastygnięci w ciężkiej pracy.
Lecz nic się nie działo.
Chłopiec stwierdził, że widocznie mają za małą siłę przerobu, i potrzebują w związku z tym posiłków. Tylko kto mógłby ich wesprzeć?
- A może twoi koledzy mogliby nam pomóc..? – nieśmiało zaproponował Czarodziej.
Chłopczyk stropił się nieznacznie. Z powodu zaangażowania w sprawę Czarodzieja kolegów miał trochę mniej, ale mało go to obchodziło. Tacy koledzy to nie koledzy. Nie był dla nich równoprawnym kompanem, nie posiadał nowych gier i zabawek, a to, w czym był dobry, oni traktowali za śmieszne i dziewczyńskie. Na przykład rysowanie. To dobre dla panienek – mówili. Dlatego Chłopiec czuł się trochę urażony i dlatego też tak bardzo wciągnął się w przyjaźń z Czarodziejem. Poza tym nie chciał dzielić się sympatią maga, ale to było jedyne rozwiązanie. Zrozumiał, że musi schować swą dumę do kieszeni i poprosić kolegów o pomoc.
W piątek, na długiej przerwie, opowiedział kolegom całą historię Króla i Królestwa. Powiedział, że mogą przyczynić się do odnalezienia utraconego raju. W zamian za to obiecał spotkanie z prawdziwym Czarodziejem. Dzieciaki były do tej niewiarygodnej opowieści nastawione podejrzliwie i z dystansem, jednak ciekawość przeważyła i po ostatnim dzwonku dały się zaciągnąć do zapuszczonego parku.
- No i gdzie ten twój Czarodziej? - zapytały, gdy znaleźli się na miejscu.
- Poczekajcie. On sam decyduje, kiedy przyjść - uspokajał ich. - Na razie skupmy się na skupieniu. - Po tych słowach porozsadzał wszystkich wzdłuż brzegu bagienka i nakazał mieć baczenie na wszystko.
Bardzo niemądry pomysł: kazać dzieciom siedzieć spokojnie. Już po chwili chłopcy zaczęli rozglądać się na boki, nie potrafili tkwić w jednym miejscu dłużej niż dziesięć minut. Poza tym przyszli zobaczyć Czarodzieja, więc gdzie on jest?
Czy Czarodziej był, czy też nie, dowiecie się, drogie dzieci, innym razem. Teraz grzecznie wyłączcie komputery, bo być może dalsza część bajki zadzieje się w sypialni? Idźcie sprawdzić. Sypialnia może być fabryką baśniowego klimatu… trzeba tylko uruchomić produkcję.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

o chłopcu, który wierzył

Popełniłam bajkę. Bajka była gwiazdkowym prezentem dla mojej kilkuletniej siostrzenicy. Taka próba przeszycia choć paru chwil na fantazję z dobrym zakończeniem, przy braku podobnych w minionym roku. Wedle założeń historyjka miała być krótka, wesoła, kolorowa i z morałem. Z powyższych postulatów spełnić udało się może to ostatnie. Może. Tak przynajmniej wnioskuję na podstawie reakcji obdarowanej, która - gdy zorientowała się, że to koniec i czas na oklaski - wyrecytowała banały o wyższości dobra nad złem i ogólnie wykazała się niezwykle cną oceną rzeczywistości. Zrobiła to stojąc prosto i na jednym wydechu; wyglądała jak podmiot odpytki przy tablicy. Ten podporządkowany, czyli zmuszony niewygodną sytuacją do odpowiadania na trudne i głupie (głupie i trudne) pytania. Poczuła się do tego zapewne zobligowana widząc moje źle skrywane rozczarowanie brakiem jej entuzjazmu z prezentu. A przecież zabawkę też dostała. I słodycze.
Możliwe, że bajka słaba jest, i mała stwierdziła to już na podstawie braku ilustracji. Ale proszę wybaczyć, napisać to ja mogę, ale nie każcie mi malować (i śpiewać).
Koniec końców latorośl ma za zadanie dorysować bajce kontury zewnętrzne, a stopień jakości wewnętrznej sprawdzę tutaj. Czynnikiem kontrolnym będzie ewentualne zainteresowanie i prośby o jeszcze (życzyłabym sobie, by się pojawiły). Baja przydługawa jest i rozmiar jej z pewnością przekracza możliwości przykucia blogowej uwagi na raz, dlatego podzieliłam ją na trzy części. Jeśli nie zdzierżycie jednej, można sobie odpuścić dwie kolejne (to jest życzliwa podpowiedź).
Acha, bajka jest o chłopcu, który wierzył. Wszelkie zbieżności i podobieństwa do osób rzeczywistych są przypadkowe.
A więc, drogie dzieci…:

W niewielkim miasteczku o nieciekawej nazwie mieszkał pewien mały Chłopiec. Na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się niczym szczególnym. Chłopak, jakich wielu. Lubił puszczać kaczki na wodzie, pistacjowe lody z budki na rogu i nauczycielkę przyrody, bo często urządzała wycieczki do lasu. Nie lubił nudy. Nuda była czymś, czego należało się wystrzegać, gdyż powodowała niemiłe łaskotki w brzuchu. Wiecie, takie podobne do burczenia, ale wywoływane przez głód całkiem niefizyczny: rządzę wrażeń. Dlatego też, aby nie dopuścić do rozstroju organizmu, Chłopiec sycił się dniem, jak tylko mógł. Dzieci mają zwykle sporo pomysłów na zapełnianie czasu wolnego, a nasz Chłopiec miewał ich aż nadto. Wyobraźnia godna pozazdroszczenia.
Wymyślił sobie na przykład, że w parku mieszka Czarodziej. Wielki czarnoksiężnik o potężnej mocy, który woli pozostawać incognito w obawie przed naporem interesantów i zwykłych gapiów. Żył tak sobie w ukryciu trzysta, a nawet więcej lat, sam już się pogubił, ile. Wcześniej był wielce znaną osobistością, miał własny pałac i świtę naśladujących go uczniów. Sam Król częstokroć udawał się do niego po radę. Mag, korzystając z tajemnej wiedzy, przygotowywał dla władcy wymyślne specyfiki, ponieważ bardzo zależało mu na dobru państwa. Król wierzył, iż jego panowanie przebiega pomyślnie dzięki własnej mądrości i doświadczeniu, ale na wszelki wypadek prosił Czarodzieja o mikstury i sekretne rytuały. Nie zaszkodzi odpukać w niemalowane. I zabezpieczyć na wypadek kryzysu.
Przyznać trzeba, że królestwo, w którym trzysta lub więcej lat temu mieszkał Czarodziej, było bardzo udane. Ludziom żyło się w nim dobrze, każdy miał swoje zajęcie, które lubił i które dawało mu poczucie spełnienia ważnej społecznie roli. Choćby to było tylko łatanie dziur w spodniach. Wszyscy byli potrzebni i każdy był wyjątkowy. W domach jaśniały wesołe i ciepłe kominki, a ich mieszkańcy mogli przez okna podziwiać umiejscowiony niżej monarszy zamek. Dokładnie tak – pałac, w którym mieszkał Król, miast na otoczonej fosą górze, zbudowany został w niecce, ponieważ władca nie chciał się wywyższać nad swoich poddanych. Co więcej, to nie Król udzielał audiencji swoim obywatelom, tylko sam fatygował się do nich i prosił o widzenie. Chciał żyć wespół ze swoim ludem, chciał znać jego zapatrywania i potrzeby, bolączki i radości. Pragnął dla nich jak najlepiej. Tylko wówczas – uważał – mógł zasłużyć na ich miłość i szacunek.
Stało się jednak coś strasznego, nikt dokładnie nie wie co, ale w rezultacie Król przestał być królem i nastąpił chaos. Doskonale rządzony i szczęśliwy kraj pogrążył się w deprymującym żalu. Poddani, nie mając nad sobą umiłowanego pana stali się nieufni i zamknięci.
Najpierw przestali się uśmiechać. Z każdym niknącym uśmiechem spadał liść z drzewa, a słońce traciło jeden ciepły promyk.
Potem przestali ze sobą rozmawiać. Milknące ludzkie głosy powodowały coraz głośniejszą i bardzo piskliwą ciszę. Niezwykle bolesny niedźwięk.
Na koniec ludzie zaczęli się unikać. Chowali się za murami domostw, jakby bojąc się spotkania drugiego człowieka. W przejmującej pustce na podwórkach migały tylko naprędce zamykane drzwi, słychać było odgłosy ryglowanych zamków i chrzęst kluczy.
I stała się brzydka, mroczna, głucha i nader uparta Jesień. Rozpanoszyła się na polach i wioskach, objęła miasteczka, nie pozwoliła nadejść białej i rozświetlonej styczniowym słońcem Zimie, nie mówiąc już o Wiośnie. Mianowała się jedynie słuszną porą i ogłosiła wieczną, deszczową hegemonię. Smutna i okrutna królowa. W pałacu niedawnego monarchy umościła sobie posłanie. Gwizdała na pamięć o legalnym władcy, wyrzuciła część jego szat za okno, z reszty uczyniła sobie hamak. Razem z nią w murach opuszczonego zamku hulał jej brat, zimny i hałaśliwy Wiatr. Z tej przyczyny ludzie mówili, że w zamku straszy i starali się nie zbliżać doń zbyt blisko. Zresztą i tak unikali spacerów.
Z czasem nawet Jesień z Wiatrem opuścili zamek, taki był wymarły i ponury. Nikt nie chciał w nim mieszkać.
Mijały lata i nic nie zmieniło atmosfery przygnębienia i samotności wśród innych samotnych. Kwiaty nie kwitły, obywatele się izolowali, nawet o Dniu Dziecka nikt nie pamiętał. Z biegiem czasu zapomniano o szczęśliwych czasach i zamierzchłej pomyślności królestwa, które stało się zwykłym krajem, bez korony i berła. Każde kolejne pokolenie miało coraz mniej pamięci o swojej wspaniałej historii. Żyło się z dnia na dzień, zmagało z prozą powszedniości, bez barw, wzajemnej serdeczności i świąt. W końcu nie było już nikogo, kto wspominałby złote czasy dziadów i pradziadów. Nikogo, prócz jednej osoby – Czarodzieja.
On jeden pamiętał i Króla, i pałac, który zalany nieustającym deszczem stał się skrywającym tajemnicę bagnem. Niebo płakało nad utraconym majestatem tak rzęsiście, że zamek, umiejscowiony w dolinie, zupełnie zatonął pod łzami. Zarastający tatarakiem obraz dumnej przeszłości. Czarodziej zamieszkał nad mokradłem, w pniu starego, spróchniałego drzewa. Każdego dnia obserwował uważnie jeziorko w nadziei, że może wróci, wyłoni się dawna świetność.
I tak minęło kilkaset lat. Czarodziej, niezauważany przez nikogo, niezmiennie wypełniał codzienny rytuał. Wstawał, mył zęby, pił mleko z miodem, po czym siadał na brzegu i nieruchomiał w czekaniu. Bał się poruszyć, aby nie przegapić czegoś ważnego. Nigdy nie wiadomo, kiedy i z której strony przyjdzie zmiana. I mimo upływu czasu nie rezygnował.
Dziwicie się, dlaczego nikt czuwającego Czarodzieja nie widział? Bo do tego potrzebne są oczy duszy. Nie takie zwyczajne, służące do oglądania świata i do czytania, ale oczy wewnętrzne, potrzebne do dostrzegania tego, co  najistotniejsze: uczuć. Ludzie już dawno uznali, że uczucia nie są najważniejsze. Woleli doglądać swoich majątków, zwracać uwagę na nowe, błyszczące i drogie przedmioty, dla nich zatracili zupełnie zdolność widzenia tego, co ukryte. Pędzili za swoimi karierami i mijali w tej pogoni Czarodzieja nie dostrzegając go. Niektórzy nawet się o niego potykali, a on i tak pozostawał dla nich niewidzialny.
Nie dostrzegały go też dzieci. Miały swoje supernowoczesne zabawki, gry, roboty, lalki i tak były w nie wpatrzone, że na nic innego nie zważały. Poza tym nad bagnem nie było prądu, więc rzadko tam chodziły. Tylko czasami, gdy trzeba było przynieść kasztanów na lekcję. Dziupla Czarodzieja znajdowała się w kasztanowym drzewie właśnie. Czarodziej podrzucał dzieciakom pod nogi co ładniejsze, lśniącobrązowe owoce, dzieci szybko wypełniały nimi woreczki i pędziły do swoich wypasionych gier. Jego samego nie zauważały.
Tylko jeden Chłopiec nie pozostał ślepy na obecność Czarodzieja. Tak, nasz przyjaciel z początku bajki, pamiętacie go jeszcze? Był trochę inny od swoich kolegów, ale nie wiedział o tym. Tak samo, jak wszystkie dzieci chodził do szkoły, biegał i skakał, bawił się i uczył. Jego dzień nie różnił się od dni jego kolegów do godziny trzynastej. Wtedy kończyły się lekcje i dzieci wracały do domów. Większość czym prędzej jadła zupę i siadała do komputera, aby przejść kolejny poziom w grze. Nasz mały bohater nie posiadał komputera. Ale nie martwił się tym. Miał mnóstwo innych, ciekawych zajęć. Liczył wróble na płocie i pilnował, by żaden się nie zapodział, karmił nie wiadomo czyje koty, żeby miały pełne brzuszki, ścigał się z samolotami na niebie (zawsze wygrywał), podlewał kwiaty w opuszczonym ogrodzie sąsiadów, a wieczorami malował popołudniowe przygody, by ocalić je od zapomnienia.
Pewnego dnia mama pozwoliła mu zabrać kredki na podwórko, ponieważ umyślił sobie, że narysuje najwspanialszą rzecz natychmiast, jak tylko ją ujrzy. To tak, jakby robił zdjęcie. Wrzucił potrzebne przybory do plecaka i pomaszerował nad jeziorko. Bardzo je lubił i często tu przychodził. Nie wiedzieć czemu miejsce to przyciągało go. Mógł na przykład usiąść na murku przy osiedlu, tam tyle się dzieje. Na pewno miałby co narysować. Ale poczłapał dalej. Minął też ogródki działkowe (poligon artystycznej inspiracji) i w końcu dotarł do celu. Usiadł na brzegu, na grubym konarze, który służył mu za ławeczkę i chwilkę odpoczął. Wyciągnął kanapkę, którą przygotowała mu mama i zjadł ją w ciszy.
Lubił ciszę. Często się w nią wsłuchiwał, miała wiele różnych melodii. Na przykład cykanie. Albo nieśmiały szmer maszerujących mrówek. Od czasu do czasu dołączał do nich plusk znad wody. I szum. Falujący, szeleszczący szept liści.
Chłopiec, zastygnięty w słuchaniu, prawie zapomniał o zadaniu, jakie sobie wyznaczył. Sięgnął po szkicownik, kredki i czekał. No jak to na co? Na coś. Wiedział, że się zdarzy. Wierzył w to.
W międzyczasie postanowił namalować krzak, który rósł po drugiej stronie bagienka. Taki nieduży jałowiec, który miał dwa wierzchołki – jeden sterczał prosto do góry, drugi giął się ku ziemi i niemal dotykał igłami wody. Pokrętny i skrzywiony, przyciągnął uwagę Chłopca. Chłopczyk skoncentrował się na pracy (zawsze, gdy był skupiony, wysuwał język; na szczęście nigdy nie udało mu się go przygryźć), domalowywał detale, bardzo się starał.
Kiedy skończył i spojrzał na cały rysunek, aż krzyknął z wrażenia. Na kartce, zamiast krzewu, prezentowała się postać Czarownika! Nie było pierwszego wierzchołka, zamiast niego widniała długa, spiczasto zakończona czarnoksięska czapa. Gałąź, która pochylała się ku dołowi okazała się nogami owiniętymi w czarne sukno togi. Oszołomiony Chłopiec spojrzał czym prędzej na drugi brzeg, a tam co? Nie było ani krzewu, ani Czarodzieja! Nic nie było, a przecież, na skrzydła motyla, coś tam przed chwilą było na pewno! Dowodem jest rysunek!
Chłopiec zerwał się na równe nogi. Rozejrzał się wokoło – cisza, obiegł całe jeziorko – pustka. Był poruszony, ale nie przestraszony. Ci, którzy nie mają powodu, nie mają się czego bać. Jeszcze raz spojrzał na miejsce, gdzie winien być krzak (Czarodziej?), po czym postanowił wrócić do domu i wszystko opowiedzieć mamie. Ona na pewno będzie potrafiła to wytłumaczyć. Mamy są bardzo mądre.
Mama wysłuchała Chłopca uważnie, pogładziła go po głowie i z uśmiechem zapewniła, że jutro na pewno uda mu się rozwiązać zagadkę.
- Odpowiedź przyniesie sen, synku – powiedziała. - Sny są lustrem, w którym odbijają się nasze pytania.
Na dobranoc zrobiła mu kakao. Po kakao noc jest bardziej życzliwa.
Uspokojony Chłopiec położył się spać, aby czym prędzej zacząć śnić.
I wy, drogie dzieci, też już się kładźcie. Dalsza część bajeczki jak (jeśli) będziecie grzeczne.

niedziela, 8 stycznia 2012

nieskładnie


Aparat mowy nie działa, gdy trzeba przekazać clou. Stoję i gapię się na własną niemoc.
Dokładnie ją widzę, jest wyrysowana w oczach, których koloru nie potrafię dziś określić.
A przecież je znam, znam doskonale. Nie raz topiły obłęd, koiły paranoje, wciągały w wir.
Młyn pędzony głosem w płynie, ciekawością w palcach, splotem źrenic, przestrachem trochę.
Plastyczny odbiór niewypowiedzianego rozminięcia w czasie.
Raczej nie będę się dziwić. Za błędy się płaci, potem pije. Taka chrzaniona kolejność.
Z naprawą uszkodzeń już gorzej. Części wymienne nadrdzewiały niewiarą.
Emocje, one jedne niezmiennie są. Nie dają spać, siadają na łóżku, wciskają enter. Poszło.
Przecież wiem, że to moja wina.
Raz jeszcze stwierdzam, że dzieciństwo minęło bezpowrotnie. Trzeba oddać zabawki i iść.
A to, co spotkane na drodze zatrze skreślone na poprzednich stronach zamieszanie. I słowa.
Słowa, które tłuką się w uszach. Przeszłość ma wpływ na dziś i jutro, ale jej nie zmienimy.
Zostaje mieć nadzieję. Ale nie czekać. Walczyć o przyszłość, ryć w uporze trzeba, siec.
A kiedy nam zabraknie sił, zostaną jeszcze morze i wiatr.
Morze. Patrzę w nie, gdy nie mówię wprost, gdy mówię zło. Ale morze jest dobre, daje moc.   
Czerpiesz z niej, wiem.
I tylko cieszy, że rok się skończył.
Echo niesie przeprosiny. W każdym słowie, w każdej linii.

niedziela, 1 stycznia 2012

życzeń nie będzie

Historia o tym, który walczy, jest prawdziwa. To tak w odpowiedzi na liczne zapytania. Perfidia realiów wykracza poza ramy literackiej fikcji. Rzeczywistość ma więcej szyderczej fantazji niż moja ponura wyobraźnia. Ten chłopak naprawdę leży w tym szpitalu. Naprawdę walczy o nogi. Bez nich ciężko mu będzie dogonić samozaparcie i gotowość do rzeczonej walki. Batalii, od której zależy jego życie.
Można rzec, że szczęście i tak. W końcu życie to już wygrał. Mogło zostać zagruzowane w samochodzie. A tak  tylko wywróciło się do góry nogami, jak ono. Nogami, nie kołami. Podkreślam to, bo wierzę. Ale uwierzyć przede wszystkim musi on. Przecież takie rzeczy się zdarzają. Racje medycyny podporządkowane są sile perswazji psychiki. Udało mu się uciec przed jednym wyrokiem, znaczy – potrafi szybko biegać. Trochę potrenuje i inne też pokona. I jeszcze zrobi życiówkę. Podium nowego życia.
Oby wyrok nie minął tego drugiego. Niezależnie od faktu, czy tylko bezmyślność, czy bezmyślność i alkohol, czy bezmyślność, alkohol i fatalny pech skręciły mu kierownicę. Takich, jak on jest i było wielu. Moich, waszych, czyiś znajomych, bliskich, krewnych. Tak, mają swoje historie, może nawet czynniki w nich łagodzące, ale za wyrządzone krzywdy należy płacić. Byłoby sprawiedliwiej, gdyby płacili z własnego portfela. Jak mój kuzyn, który niespełna rok temu zakończył zakrapianą imprezę na drzewie. Miał 24 lata. Kolejnych urodzin obchodzić nie będzie. On zabrał życie tylko sobie, ale bynajmniej nie zmniejszył tym przydanych cierpień. Albo Rafał. Rafała znałam od zawsze, nielekki życiorys prowincjonalnej biedy i braku pomyślności. Może dlatego pił, prawa jazdy nie zrobił, bo po co, po uderzeniu w tę młodą licealistkę zbiegł. Rodzina i koledzy palą teraz znicze na jej grobie, on spędził w więzieniu cztery lata. Kpina.
Na tej samej, podyskotekowej trasie zginęło wielu innych, przez alkohol wlany w swoje lub cudze gardła. Bezsensowna droga krzyżowa kretynizmu. Tam to jest nagminne, jak epidemia patologicznej głupoty. Końca nie widać. Jak o tym nie myśleć, jak zapomnieć?
W dzisiejszych telewizyjnych wiadomościach stujednoletni staruszek podał swój na to sposób: należy żyć nadzieją. I w zasadzie to mogłoby dodać otuchy, nastroić ów wpis na pozytyw. Ale noworocznych życzeń i konfetti nie będzie. Wybaczcie.