a
ten pozrywany pamiętam niewiele na pewno łóżko dobrze znam to łóżko lecz miejsce tym razem inne potem łazienka kojarzę znajoma wchodzi ojciec
i zaczyna prać pierze ręcznie w wannie po lewej a ja na sedesie zdziwienie zażenowanie nie mogę nic zrobić wyjść wygonić nic nie mówię siedzę a on nieskrępowany
pierze chyba już się orientuję że to sen i nie wiem co bardziej urojone czy to
że wlazł czy to że prał czy naprawdę nie mogę inaczej śnić ojca
niedziela, 24 lipca 2016
sobota, 27 lutego 2016
czerwona jak
ten
sen już przebrzmiał choć dziś pamiętam go bardziej a śniło się łóżko jak często
w owym czasie to łóżko nie było dobre i lepiej by było nieprawdą lecz cóż jedno
dobre że w tym śnie złe łóżko zostało zabrane kazali się przenieść ale nie do
innej sali co nic nie zmieniło w realu a do szopy jakiejś mówią czysta i
ogrzewana chcą uspokoić jakoś się nie cieszę a przecież fakt opuszczenia łóżka
powinien mnie cieszyć
a potem już bal takie wesele na bis trwają przygotowania suknia moja a jakby nie moja i pan młody mój a jakby nie mój zresztą nieważne i tak go nie będzie na balu musi pracować
a potem już bal takie wesele na bis trwają przygotowania suknia moja a jakby nie moja i pan młody mój a jakby nie mój zresztą nieważne i tak go nie będzie na balu musi pracować
maluję
paznokcie jak ja teraz założę tę suknię nie wyschły może nie będzie widać
śladów w końcu dół jej czerwony tylko góra znajoma koronki i wątłość
środa, 27 stycznia 2016
sny. chyba cykl
To przez tę powieść. Obrzydliwa, choć mówią, że bardzo dobra. Możliwe, pewnie się
nie znam. Lecz te sny w niej, one mnie zatrzymały. Esencjonalne, płynne i w
zasadzie zrozumiałe, mimo udawanych prób zamazania czytelności, jakby składało
je ze szczątków, jak z klocków, dziecko. A to przecież kobieta, choć męskimi
palcami pisana. Kobieta upadła, czy raczej artystka, to zdaje się tożsame w
obrzydliwej, przynajmniej nie za długiej, książce. Złamana czymś relacjonuje
bez namiętności swe sny, jednym tchem, co się odbija na tekście. Szkoda oddechu
na przecinki czy kropki, mówi ciągle, nie intonuje, zapewne celowo
niejednoznacznie, a jednak sens, mimo że popaprany, nie ucieka. Taka forma prozy
wolnej* która pasuje do snu, jego poszarpania i amorficzności.
Piękne słowo, nowe dla mnie.
I
choć niesmak po lekturze nie zelżał, to ziarno zostało zasiane, tym bardziej,
że sny ostatnio gęste, i nie chcą schnąć, i nie ma czym ich wytrzeć, żadną czynnością,
codziennością. Więc może by je tak uwolnić,
nadać tym samym zbędnych wieloznaczności, przez co staną się mniej wyraźne, a
więc i mniej ważne = spokój. Tylko czy potrafię zdjąć uzdę z konstrukcji, nie
pozbawiając jej komunikatywności, nawet jeśli komunikat jest bezsensowny? i czy warto zadawać to
pytanie skoro nie mam lepszego pomysłu trzeba spróbować bo cóż innego nie znam
odpowiedzi nikt mi nie mówi jak Józefowi o sny Józefa dlaczego ja tak nie mogę
wyśnić co robić mieć jasno i konkretnie podane wstań nie bój się idź zrób weź o
ile byłoby łatwiej ale wiadomo nikt nie mówił że będzie lekko
sobota, 16 stycznia 2016
woda
Jest
Anną, jest Elżbietą. Sarą, Rebeką, Rachelą. Pustym dzbanem, który cierpi z
braku wody. Pyta o sens swej roli głuche dźwięki dudniące w głębokim jak
studnia naczyniu. Zagląda do środka, wyrzuca w czeluść prośby – echo niesie je
w nieznane, może wróci z odpowiedzią. Przykłada twarz do skorupy, nasłuchuje. Słucha,
lecz uszy ma zamknięte. Wrażliwa na każdy ruch czujnie wpatruje się w dno, nie
chce przeoczyć niczego, co może zapowiadać zmianę. A oczy jej głuche, patrzą i
nie pojmują. Zasłonięte przed nią znaczenie, więc zamknięta jest i ona. Sucha.
Pragnie nasiąknąć wodą, użyźnić jałową glebę. Chce wzrastać w tysiące nieprzeliczone! I choć wie już, że jeden znaczy więcej niż dziesięć innych, nie wzruszy wody, nie przeniknie ognia, nie zapali ni jednej z tysiąca gwiazd na niebie, póki smutek trwa przy niej. Patrzy, a nie widzi. Słucha, a nie słyszy. Czy musi zaniemówić, by naprawdę zrozumieć? I składać obietnice, by zostać wysłuchaną?
Pragnie nasiąknąć wodą, użyźnić jałową glebę. Chce wzrastać w tysiące nieprzeliczone! I choć wie już, że jeden znaczy więcej niż dziesięć innych, nie wzruszy wody, nie przeniknie ognia, nie zapali ni jednej z tysiąca gwiazd na niebie, póki smutek trwa przy niej. Patrzy, a nie widzi. Słucha, a nie słyszy. Czy musi zaniemówić, by naprawdę zrozumieć? I składać obietnice, by zostać wysłuchaną?
Saro,
nie śmiej się! Anno – nie płacz. Elżbieto – nie myśl o hańbie. Rachelo, zarzuć
zazdrość. Rebeko, zaufaj cierpliwości. Wszystkie zaufajcie. Bo to, co zakryte
przed wami, stanie się, i to będzie dobre. Wasze przyszłe drogi są już znane,
kolejne dni spisane, nawet włosy policzone.
Zatem
nie martw się brakiem wody, skoro jesteś wodą.
środa, 25 listopada 2015
rozmowa
Chciałabym
z Tobą porozmawiać, lecz nie umiem do Ciebie mówić. Nie mam nawet pewności, czy
jesteś. Chciałabym czuć, że jesteś. Nie czuję nic. Jestem pusta?
Boję
się. Lecz nie ten strach jest najgorszy. Boję się, że zamiast myśleć o Tobie,
skupiam się na sobie. Jakby Ciebie to wszytko nie dotyczyło. Jakbym była tylko
ja. Przepraszam.
Nie
wiem, czy powinnam zwracać się do Ciebie, czy do Boga. Proszę Go o litość, o
Ciebie, ale znów strach – że tak naprawdę proszę o siebie.
Znam
teorię. To żaden wyjątek. Ale ciśnie się to głupie dlaczego ja? Nie tak miało być. Pewnie. Zgubiła mnie pycha?
A
może to tylko próba, którą prawdopodobnie przechodzę niepomyślnie, więc i tak
źle. Nie będzie nagrody, nie usłyszę: tylko cię sprawdzano, już dobrze.
To
ja powinnam Cię pocieszać. Że będzie dobrze, że nic się nie martw. Ale nie
potrafię. Bo nawet nie wiem, jak się do Ciebie zwracać. Czy traktować Cię jak
realny, określony nieznanym mi kształtem byt? Czy może nie został Ci on dany i
muszę go sama wymyślić? A może jesteś Aniołem?
Odezwij
się, podejmij dyskusję, walkę. Potrzebuję tego.
Znowu
ja.
Przepraszam.
niedziela, 6 września 2015
spacer
Szli
dość żwawo, jak się idzie ulicami w zwyczajny dzień do zwyczajnych spraw. Jak zawsze,
zaraz po wyjściu w szum miasta skierowała się w prawo, kilka kroków i znów w
prawo, za róg Zgody i Mściwoja. Tam do niej dołączył. Zrównał się z nią, a ona
automatycznie wsunęła rękę pod jego ramię i tak szli, jak mieli iść całe życie.
Ubrany był w swój nieśmiertelny płaszcz w jodełkę, a pod spodem chyba brązowy
garnitur, nie pamięta dokładnie. Szkoda, że minęła moda na codzienne garnitury.
Kiedyś mężczyźni byli eleganccy nie tylko od niedzieli. Teraz to i w niedzielę
trudno uświadczyć odświętnego męskiego sznytu. Kobiety to co innego. Coś w ich
naturze nie pozwala im na bylejakość. Sama nadal nosi w torebce szminkę. Stanisław
od początku ich małżeństwa wykazywał się ogromnym taktem i zrozumieniem,
cierpliwie czekając w drzwiach na żonę, która z progu cofała się do lustra, by
przeprowadzić obowiązkowy ceremoniał nakładania czerwieni na usta. Gdy się
czasem zapomniała i go pominęła, orientując się po wyjściu, czuła się jakby
nieubrana. Ale nie tym razem. Teraz liczył się tylko spacer. I Stanisław, który
szedł razem z nią.
Nie
patrzyli na siebie, twarze skierowane mieli prosto, zawsze patrzyli do przodu. Teraz
trochę żałuje. I tego, że szli tak szybko. Może, gdyby trochę zwolnili, wiedziałaby
więcej.
-
Radzisz sobie? – zapytał idąc i nie patrząc na nią.
Nie
odpowiedziała, czuła, że nie musi. Wiedziała, że sama jej obecność dała mu odpowiedź. Skręcili
zgodnie w lewo, w 10 Lutego. Świeciło słońce, ruch był niewielki, ale mijali
ich ludzie i samochody. Nikt nie zwracał na nich uwagi.
-
A tobie, jak tam jest? – zapytała, uwieszona na jego prawym ramieniu. Nadal
szli.
-
Dobrze, nie martw się – odpowiedział spokojnie.
Od
początku wiedziała, że to sen. Stanisław nie żył już kilka lat, ale to był
pierwszy raz, gdy jej się przyśnił. Po tym, jak umarł, spodziewała się wielu
snów, w których mieli nadal być razem. Bała się ich – że ją na nowo pogrążą w
żalu, że będzie budzić się i czuć pustkę jeszcze bardziej – ale mimo to ich pragnęła,
czekała na nie, na niego. Tęskniła. Bóg jeden wie, jak bardzo. Stanisław i
Stanisława - para, jakich mało. Koleżanki miały mężów i żadne z tych małżeństw
nie było idealne. A ona, choć rozumiała, że nie zawsze wszystko układa się tak,
jakby się chciało, nie miała na co narzekać. Stanisław adorował ją, tak samo rok,
jak i dwadzieścia lat po ślubie. Odpowiedzialny, kochający, czuły. Wspaniały mąż
i ojciec. Brakowało im tylko jednego: czasu tylko dla siebie. Zawsze coś było:
dzieci, praca, remont. Marzyli o wakacjach we dwoje, podróżach, podczas których
mieli zwiedzać siebie, i tak po prostu odpocząć, ciesząc się sobą. Tymczasem ich
rzadkie – czasy były trudne – wyprawy polegały na nieco pilniejszym, bo w warunkach
polowych, ogarnianiu tego, co zwykle było do ogarnięcia w domu. Niepisanym zwyczajem
stało się też to, że pierwszego dnia urlopu Stanisław brał pod pachę dziewczynki
– los obłaskawił ich trzema córkami – i zabierał je na tyle daleko i długo, by
Stasia mogła odespać przygotowania do wyjazdu. Potem mogła dołączyć do reszty.
Dziewczynki urosły, założyły swoje rodziny, i powoli zbliżał się ten upragniony
czas, gdy Staś i Stasia mogli poświęcić się wyłącznie sobie. „Byle do emerytury”
– mówili i planowali wycieczki. Jak cyniczny bywa los. Zaraz po przejściu na wyczekaną emeryturę
Stanisława niespodzianie zawezwał inny świat. I została sama, a on nie pojawiał
się nawet nocą.
Aż
do dziś. W zasadzie ciężko nawet stwierdzić, że się śnił. Wpadł na chwilę, by się
upewnić, że wszystko u niej w porządku, i uspokoić ją, że u niego też. Pewnie zwlekał
tak długo, bo wiedział, że czas złagodzi jej ból i pozwoli łatwiej przyjąć tę
nagłą wizytę. Miał rację, jak zwykle. Nawet zapomniała o tym śnie, przypomniał jej
się później, gdy emocje snu zelżały. Ale potrafi go bardzo dokładnie odtworzyć.
I swoje w nim czucie, z jednej strony niezwykle rzeczywiste, z drugiej świadome
mary. Nieważne jak, ważne, że znowu razem. Krok w krok, ramię w ramię. Wtedy
nie miała żalu, że tak krótko. Ile mógł trwać ten spacer? Kilkanaście,
kilkadziesiąt sekund? Doszli do skrzyżowania z Władysława, po czym, bez słowa, bez
najmniejszego pożegnania, jakby umówieni, każde poszło w swoją stronę. Ona w
prawo, przez pasy, do doczesnych spraw, on w lewo, tam, gdzie się żyje inaczej.
Żadne nie obejrzało się za siebie.
Tego
też nie może odżałować, rozpamiętując sen sprzed kilkunastu lat. Wszystko było
oczywiste gdy śniła, teraz zrobiłaby wiele, by ukraść choćby sekundę więcej,
słowo więcej, może jakieś spojrzenie, zapewnienie, że na nią czeka. Wpatrywała się
w zdjęcie, zaklinając własny umysł, ale Stanisław nie przyszedł więcej. Może i
dobrze, zestarzała się, już nie jest tą Stasią, co kiedyś. Nie nadążyłaby za
jego szybkim krokiem. Niemniej – spróbowałaby.
niedziela, 16 sierpnia 2015
będzie nie o tym
Ponoć
najważniejszy jest pomysł, plan. Gdy ten jest, całość – mniej lub bardziej
sprawnie – jakoś się wkoło niego przędzie, oplatając podczas realizacji strukturę
ogólnej koncepcji w siatkę szczegółów. Czyli mniej lub bardziej stromo, ale z
górki. Bliżej niż dalej. Czy jakoś tak.
Będzie
wulgarnie: gówno prawda. Wie to na przykład spora liczba noszących się całą,
długą i srogą zimę z zamiarem nowego życia w lepszym, sportowym ciele – gdy
tylko przyjdzie wiosna. Lub właściciele wyrzutów sumienia poczynionych przez
nagromadzone zaległości wszelkiej maści. Ale nie tylko determinacja – czy
raczej jej brak – rozpuszcza jego
wysokość zacny plan w morzu lenistwa. Gdyby tylko od determinacji zależał
wynik, nagłe zrywy entuzjazmu w imię idei niosłyby za sobą pożądane efekty, co
z kolei mobilizowałoby do dalszej wytrwałości, skutkiem czego sukces murowany.
Że w tym murze sporo ubytków, wiadomo. Czyli co jeszcze?
Będzie
myśl złota: Chcesz osiągnąć cel, nie licz na siebie. Sam niewiele zdziałasz bo
a) jesteś leniwy – to poniekąd wina biologii i tradycji, oraz b) jesteś zależny
od wszystkiego i wszystkich – jeśli piekarz zaniemoże, a ty nie masz pomysłu (ha!)
na inne niż buła śniadanie, długo treningu nie pociągniesz. O ile w ogóle go
rozpoczniesz.
Dlatego
plan to jedno, determinanty – drugie. Inaczej: jak będziesz miał szczęście, to
się uda. To wspaniałe wytłumaczenie w sytuacji braku powodzenia – no zwyczajnie
nie poszczęściło się (rozkładamy rączki, biadolimy, odpuszczamy, kapcie, spać).
Będzie
pytanie: czy da się pomóc szczęściu? Może lepiej nie przeszkadzać?
Mimo
wszystko bierność wydaje się najgorszym, czyli żadnym, rozwiązaniem. Sieć
uwarunkowań, w których zanurzona jest każda materia, to chyba też i ty –
podmiot planujący. Więc rób coś (nie pytaj, co, tylko rób), i miej nadzieję, że
pozostałe czynniki będą sprzyjać. Będzie powtórzenie: czyli, że się poszczęści.
Czasem
chyba zapominamy, że o szczęście można prosić. To zdanie, które chciałam
uczynić meritum niniejszego wpisu. Miał traktować o konkretnej kwestii, ale nie
wyszło. Uwarunkowania nie sprzyjały. Albo ja nie potrafię (nie chcę?) wprost. Co
może być czasem i dobre. Przynajmniej nikt się nie obrazi / nie zgorszy / nie
puści pawia. No i znowu dygresja.
Ale
do brzegu. Prosić o powodzenie w realizacji planu. Jakiegokolwiek – na życie,
na wakacje, na czyjś uśmiech. Bywa, że jak prosisz, to zostaje ci dane. Za to,
co się udało – dziękuję. Za to, co zrealizowane nie zostało – dziękuję.
P. S. Wiesz,
Kogo prosić?
piątek, 8 maja 2015
rysunek
Przyzwyczaiłaś
się zapominać, ale czasem, w rzadkich chwilach wyrwanych z kontekstu, znów
jesteś dziewczynką z kredkami. I malujesz, choć nie masz talentu. Trwonisz
kartki i podsuwasz je pod nos tym, którzy z racji sentymentu winni wpadać w
zachwyt, co też czynią, uciekając przy tym wzrokiem na boki. Zdajesz się tego
nie zauważać i robisz swoje, odgradzając się kreskami od faktów. Wolisz bajki,
choćby nawet te nieporadne, kreślone kilkoma tylko barwami, bo kredki
wybrakowane. Nie ma czerwonego, ale jest zielony. I ten biały, zawsze był z nim
problem. Cóż z niego za kolor, skoro go nie widać. Jakby go nie było. Może i
nie ma.
Więc
rysunek. W obliczu technicznych problemów nie ma jak zacząć. Pusty arkusz się
niecierpliwi. Tymczasem bezbarwny król trawiastymi ustami zaprasza na bal.
Impreza na sto dwa. Balony, muzyka i szampan z blaszanych kubków, nie stłucze
się nic. Na szczęście. I będzie kabaret, a potem babeczki, każda z karmelem i
wróżbą. Kto połknie czerwoną karteczkę, ten przegra. Zostanie prezydentem. Bo
czerwony nie istnieje.
Widzi
to król rozwalony na portrecie. Rozbawiony, z rozchełstaną peleryną w groszki
trzyma się za brzuch i śmieje – taki teatr. I na co wam ta cała demokracja –
woła. Nie umiecie jej używać. Krzyczycie głośno, że teraz macie głos.
Rzeczpospolite beczenie, słodkie, głupiutkie owieczki. Świecicie gołymi
tyłkami, jakbyście nadal byli rozebrani. Barany golone na eksportowe swetry.
Tyle waszego samostanowienia. Nie lepiej było ze mną? Ale dobrze, tańczcie,
wszystko jest w porządku, tylko proszę trzymać rytm. Kto zaś za bardzo
podskoczy, tego berłem w łeb. Dla dobra narodu.
Królowa
strofuje małżonka. Zbyt ordynarnie, dziubdziusiu. Do ludzi trzeba inaczej –
pomału, ładnymi zdaniami. Pogłaskać wypada, pokolorować. Jak dobrze to zrobisz,
przyjmą nie za tak, a zielony za czerwony. I zapnij guziki, wyłazi ci tors. W
końcu bal.
Monarszą
dyskusję przerywa awaria. Dostawca prądu, wobec lekceważącego podejścia pałacu
na wezwania do zapłaty, daje obywatelską lekcję szczerości w działaniach. I
stała się ciemność i cisza. Jak dobrze, że jest czarna kredka. Tylko jak
namalować ciszę? Cisza – głupia, przejmująca, wyborcza. Całe szczęście, nie
trwa długo. Za chwilę wszyscy się ockną i skoczą sobie do gardeł. I poleje się
krew. Zielona.
Nie wychodzi mi rysunek. Miała być flaga.
niedziela, 15 lutego 2015
droga
Mam opisać
drogę. Fragment ubitego, realnie istniejącego duktu na pograniczu lasu i
obszaru zmienionego przez ludzkie wysiłki na rzecz udomowienia, na tyle jednak
w zgodzie z naturą, że obie te przestrzenie - pierwotna i ucywilizowana -
współistnieją bez szwanku dla żadnej ze stron. Stwierdziłam, że charakter opisu
uzależniony będzie od momentu, w jaki wetknę drogę w chwili ubierania jej w
słowa. Mówiąc to, miałam na myśli porę roku. Nie pamiętałam wówczas, że już
kiedyś ową drogę opisałam, co diametralnie zmienia znaczenie pory. Kilka lat
temu rzeczona droga prowadziła do odpowiedzi, której wówczas rozpaczliwie
poszukiwałam i którą w punkcie zwieńczenia oznajmiałam samej sobie: że miejsca
tworzą ludzie. Wydawało mi się, że nie tyle odkrywam jakąś prawdę, co
pojmuję jej sens. Wtedy przeświadczona byłam, że pora jest dla mnie niedobra.
Że brakuje mi ludzi właśnie, by poczuć urodę miejsc, zwłaszcza tego, do którego
prowadzi stale przywoływana droga. Że nie mam komu pokazać, jak pięknie, przez
co nie jestem w stanie tak naprawdę się tym cieszyć. Czułam się
niesprawiedliwie samotna, napawałam własną bezradnością i byłam w stanie z
miejsca wymienić wszystkich, którzy byli temu winni. Lista była długa.
Dziś wiem, że
nie potrafiłam wówczas docenić tamtego czasu, ale nie mam o to do siebie
pretensji. Własne szczęście uzależniałam od obecności ludzi, którzy byliby dla
mnie, najlepiej na wyłączność. Nikt nie wskazał mi, że nie tędy droga. Że
pokładając ufność tylko lub przede wszystkim w człowieku, zawsze będę się bać i
nigdy nie doświadczę prawdziwej miłości. Bo to o nią przecież wszystkim chodzi.
Ten, który mi to - nie bez trudu - uświadomił, jest dziś moim mężem. Za co
stale dziękuję Bogu. Bogu, dzięki któremu nie brak mi niczego.
Nie przeczę, że
zrozumienie tego było mozolne i pełne oporów. Ten proces, rzecz jasna, wciąż
trwa. Niby jesteśmy katolikami, jesteśmy chrześcijanami, chodzimy - rzadziej
bądź częściej - do kościoła, korzystamy (słowo - klucz!) z sakramentów,
wierzymy bądź chcemy wierzyć, ale najczęściej nie mamy pojęcia, co się za tym
kryje. Że we wszystkim powinniśmy zawierzyć Bogu, bo wszystko jest od Niego i
dzięki Niemu. Może to nie jest najwłaściwszy sposób dochodzenia do wiary, ale
właśnie to ostatnie mi pomaga. Od kiedy bowiem, pełna rezerwy, podjęłam próby
takiego pojmowania rzeczy, nagle wszystko się odmieniło. Mój mąż wciąż
powtarza, że miłość do Boga jest najlepszą gwarancją jego miłości do mnie. Że
pierwsze to kochać Boga, zaraz potem kochać siebie (niezwykle, wbrew pozorom,
trudne), czego prostą konsekwencją będzie miłość do i od ludzi. W ciągu
niespełna roku otrzymałam to wszystko. Przestałam kogokolwiek obwiniać za moje
dawne krzywdy, zresztą - jakie krzywdy. Sama się do nich przyczyniałam,
nieumiejętnie interpretując to, co było mi dane.
Pewnie, że
łatwiej jest, gdy się tak pięknie układa. Gdybym miała teraz stracić coś z
tego, co w takiej obfitości zostało mi dane, z pewnością zadałabym pytanie:
dlaczego? Mam świadomość, że w mojej miłości sporo jest egoizmu. Miłość za
miłość, co za problem. Dziękczynienie za dobro, proste. Ale nie wiem, co
przyniesie mi czas. Dokąd zaprowadzi mnie moja droga i jak będę nią kroczyć.
Czy uchronię się przed żalem i zwątpieniem, jeśli nagle potknę się o wystający
korzeń lub za zakrętem okaże się, że w dalszej wędrówce zabraknie towarzysza
podroży, który dotąd dźwigał połowę bagażu? Tylko ufność, że ta droga prowadzi
do prawdziwego celu, może pomóc.
Gdybym miała
opisać drogę, tę realną, na pograniczu lasu i pól, charakter opisu uzależniony
byłby od pory, w której tę drogę opowiadam. Kilka lat temu napisałabym, że
zaczyna się w brzozowej alei wspomnień, której już nigdy nie będę przemierzać
jak kiedyś, bo nie ma już tych, którzy byli celem kilkukilometrowej przejażdżki
składanym rowerem. Dzisiaj powiem, że fragment szosy przed zanurzeniem w las to
ogromny dar pamięci radości, którą dane jest mi nieustannie odświeżać.
Potem znak drogowy
i nagłe wejście w zieleń. Kiedyś napisałabym, że nie wróci już czas, gdy babcia
prowadziła mnie na najlepsze pola jagód po jednej stronie drogi i grzybów po
drugiej. Dziś powiem, że miałam ogromne szczęście móc przemierzać ten las z
cudowną istotą, która wiedziała, czym jest miłość.
Skrzyżowanie
dróg i krzyż. Kiedyś napisałabym, że już nie ten, który postawił dziadek, że
stoi nowy, obcy. Dzisiaj z dumą powiem, że pierwszy krzyż postawił mój dziadek,
a babcia dbała o kwiaty wokół niego i zabierała na majówki. Brzmi w
uszach melodia maryjnej pieśni, tak współgrającej z umajonymi łąkami i
cienistymi gajami wokół. Nazbyt sielsko? Ale zgodnie z
prawdą.
Zakręt i nagle
wyłania się dom z czerwonej cegły. Kiedyś napisałabym, że już nie mój, że
zabrali, okradając tym samym z jedynej rodzinnej tożsamości, a walący się dach
symbolizowałby stratę. Dziś wiem, że przeżyłam tam wspaniałe dzieciństwo, czego
nie zmieni fakt obcych ludzi dzierżących klucz. A tego nie można nabyć za
pieniądze.
Kolejny zakręt i
mijamy ruiny innego domu. Kiedyś wspomniałabym o dramacie mieszkającej w nim rodziny, dzisiaj mam nadzieję, że ci, którzy odeszli cieszą się już
lepszym życiem.
I na koniec
kawałek pola z barakowozem. Kiedyś żałowałabym, że przyjeżdżając tu nie mogę
wejść do swojego domu, tylko muszę tu. Teraz jestem wdzięczna, że dane mi było
poznać dobrych i serdecznych ludzi, którzy zapraszają do siebie i udostępniają
miejsce, które jest fragmentem historii ich rodziny.
Rozpalę ognisko
i nie będę, jak kiedyś, rozpamiętywać tego, czego już nie ma. Będę cieszyć z
się z tego, co jest. Że leżę na zielonych pastwiskach, nad wodą, gdzie mogę
odpocząć. Po Pan prowadził mnie po właściwej ścieżce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)