sobota, 9 listopada 2013

Nie klikam lubię to

Ciekawe. I zapewne, z socjologicznego punktu widzenia godne jakiejś niezwykle mądrej czyli rozwlekłej i nieczytanej dysertacji. Fakt upowszechniania wiedzy o członku społeczności na podstawie jego aktywności (lub jej braku) w wielkiej kolektywnej rodzinie internetowych ekshibicjonistów. Niedostateczne dbanie o swoje dobre imię (choć odpowiedniejszym byłoby: twarz) uruchamia lawinę opinii, sądów, zaraz potem wyroków. Nieobecność staje się bowiem zbrodnią, godną przynajmniej ogólnofacebookowego potępienia. Nie publikujesz setek zdjęć dokumentujących twoje nowe doświadczenia – znaczy nie bywasz. Nie upubliczniasz postów na stronach google - znaczy nie piszesz. Nie nabijasz kilometrów na endomondo - znaczy nie biegasz. Jesteś offline – czyli nie ma cię. Nie istniejesz. Nie liczysz się. I nikomu nie przyjdzie do głowy absurdalny pomysł, by, jak kiedyś, zadzwonić i - zapytać. Adresy sieciowe stają się mniej wirtualne, niż te przy ulicy imienia jakiegoś nieznanego lekarza czy nibyznanego pisarza. Przyjacielska pogawędka przy rzeczywistej kawie czy obiedzie to przeżytek. Strata zbyt cennego czasu w tykającym zegarze końca świata ludzi dla ludzi. Mamy nowe, inne, lepsze bo – wygodniejsze. Nie trzeba zbierać tyłka z fotela i przystrajać go w świeże gacie. Można być z każdym nie będąc z nikim, zajadając przypalone pierogi z biedronki w asyście nieco zbyt ciepłego piwa bądź nędznego, ale z promocji wina bez marki. I tak nie widzą. To, co publiczne jest starannie wyreżyserowane. Normalnie oskar się należy. Czy inne złote lwy. Ryczeć się chce. 

niedziela, 27 października 2013

chory film z przerwą na reklamę

Na styku dwóch części filmu o tobie – blok reklam. Marketing własnego rozdźwięku. Medialna rozprawa między tobą a tobą. Sędzia - kalosz, tylko którą parę wybierze? Na razie śledzi obraz na ekranie, migawki jedna za drugą mieszają w systemie ocen. Konkurs reklam. Czas start.
Pierwsza zachwala obejrzaną już połowę. Scenariusz dość żwawy, pełno zwrotów akcji i brak koherentności. Trochę luksusu na przemian z chronicznym debetem na rachunku sumienia i woli. Nieprzespane na emocjach lata, morze wina i huśtawka doznań. Śmiech, dużo śmiechu, całe butle łez. Gwarno, głośno wręcz, ktoś wrzeszczy udając, że to koncert. Odjazd na decybelach histerii. Zmęczenie, ale można je zakryć pudrem i jedziemy dalej. Życie to impreza, więc jest impreza. Wykrzyknik. Lansowany produkt: innowacyjna mieszanka napoju energetycznego i środków psychotropowych. Przed użyciem nie czytaj ulotki dołączonej do opakowania, lecz skonsultuj się z terapeutą, gdyż każdy lęk niewłaściwie stosowany zagraża twojemu życiu lub wątrobie. I nigdy nie pij piwa z kija. Pod kapslem rausz jest lepszy.
Reklama numer dwa. Zdaje się dotykać nietkniętego jeszcze scenariusza. Kursywa na białej kartce pojawia się i znika, nie wie, co dalej. Może tylko podejrzewać. Snuć wizje przemyślane bądź wymyślone. Tak tworzą się filmy najbardziej niezdrowe dla oczu. Tych zza drugiej strony płotu. Sielsko anielsko, mała stabilizacjo pogoni za cholera wie czym witaj. Jesteśmy starsi, jesteśmy mądrzejsi, nie dla nas egzaltacje. Niewzruszeni szumnym naporem młodzieńczego buntu nieważne przeciw czemu, byle przeciw, zapuszczamy korzenie w glebie działki, w którą za dwadzieścia, jak dobrze pójdzie lat wkopiemy fundamenty własnego em z grillem i starannie przyciętym żywopłotem. Spokój, tylko on nas umiłuje. Jedynym szaleństwem będzie ironia wobec tego, co kiedyś, dawno temu pod dachem wiejskiej dyskoteki, tudzież w koedukacyjnej toalecie najbardziej obleganego klubu w metropolii. Będąc ponad to, pobłażliwie przymykamy oko na wspomnienia, bynajmniej nie pobłażając potomnym. Nasze sylwetki niezłomne są, surowe i bez skazy. Gramy w bycie społecznym kręgosłupem. I święcie wierzymy w tę rolę. Na reklamowym banerze okazały napis promujący psychotropy. Bez energy drinków. 
Trzecia reklama urywa się w połowie. Zabrakło czasu antenowego. Zdążyłeś tylko zobaczyć wahanie, wielki złoty znak zapytania na czarnym tle. Zapewne miała to być jedna z tych inteligentnych kampanii z opóźnionym zapłonem, każąca chcącym czy nie konsumentom ulicznych bilbordów przez kilka tygodni zastanawiać się nad jej konceptem. Cóż bowiem oznacza ten symbol na ścianie wieżowca, dlaczego mnie niepokoi, czy przez to wyłapuję go spośród setek komunikatów..? Czy mam się cofnąć do domu, usiąść na kanapie i przemyśleć swoją drogę? Zmienić kierunek, posłuchać wyciszanych głosów, przestać się wić? Napisać od nowa scenariusz, wcielić w inną postać? Drugi plan na wierzch.
A może to taka zabawa w bystrość, kto pierwszy, ten ma rabat.

poniedziałek, 30 września 2013

Dzień chłopaka

Poniedziałek rzuca ci rękawicę. Zwyczajnie szuka zaczepki. Robota się rozjeżdża, jajko gotuje zbyt twardo, rajstopy puszczają złośliwe oko, telefon tarabani jak nakręcony. Z tyłu głowy pięć milionów zaczętych spraw. Żadna nie kończy się jak trzeba lub w ogóle. Nerwówka. Rozglądasz się za ujściem i bierzesz pierwsze, bez jeńców. Chwytasz oszalały telefon i ciskasz na drugą stronę nabojami wypełnionymi decybelami i furią. Bez poważnego powodu i absolutnie niesprawiedliwie.
Gdy po kilku godzinach opada w tobie ferment i zaczynasz żałować, pomysłów na zgrabne przepraszam brak. Więc nie przepraszasz. Na lakonicznie i niby od niechcenia rzucone pytanie, czy się przypadkiem nie złości o poranne wzburzenie, otrzymujesz krótką i bezpretensjonalną odpowiedź. Nie. Bo byłaś wkurzona. A ja – winny czy nie – akurat byłem pod ręką.
Ktoś powiedział, że mężczyźni nigdy nie odgadną kobiet? No to mamy okaz cudu natury. Jest nadzieja. To tak w ramach życzeń, chłopcy. Uczcie się.

piątek, 20 września 2013

koniec niewinności

Tak się jakoś składa, że gdy zimno i źle, pisanie idzie lepiej. Pytanie, czy to ze względu na nieodpartą chęć schowania się przed niekorzystnymi (by nie rzec: wrogimi) bodźcami z zewnątrz pod ciepłą pierzyną laptoka (ach ten slang), czy może ze swoistych właściwości tych a nie innych palców, które, nazwijmy to wprost, smutne są. Ewentualnie ironiczne. W ulubionej postaci melanżem obu powyższych. Po wnikliwej analizie podmiotu piszącego trzeba bowiem stwierdzić, że takie to czynniki nakręcają go, proszę państwa, do wydziergania paru słów. I nie ma tu co lamentować, tak jest i już, a skoro któreś z jakichś trudno wytłumaczalnych względów zagląda tu jeszcze, to z góry ma szlaban na podejmowanie dyskusji.
No bo ten koniec lata. On tak specyficznie nastraja, a może to ta płyta. Artykuł nie jest sponsorowany, ale uczynię darmową reklamę młodemu panu, który i bez niej radzi sobie świetnie. Pan Dawid o śmiesznym nieco nazwisku z siedzeniem w tytule (takie mam skojarzenia, bynajmniej daleko posunięte) świadomie wykorzystał media nastawione na masową rozrywkę i dzięki nim sklecił kompozycję utworów, które zachwycają. Nie tylko mnie, zachwycają wielu, i to uznanych na rynku muzycznym, ale tym rynku stojącym w opozycji do rozwrzeszczanego popodisco udającego rock lub ambicję; jeśli kogoś urażę - nie przepraszam: mamy tego sporo, różne emtiwi, eski, czy inne twory muzykopodobne. Choć nie zdziwiłabym się, gdyby wyżej wspomniane w zgodzie z szanowanymi stacjami muzycznymi pana Dawida promowały – przed pewnymi wartościami uciec się bowiem nie da i nawet obrazoburcy składają w takich razach broń. I właśnie, pan Dawid i jego płyta, idealnie współgrają z chęcią odcięcia się od chłodnego zewnętrza. I nie wiem już, czy to owo wspomniane zimne z zewnątrz, czy słowa śpiewane przez pana Dawida, ale przychodzą refleksje popychające do spisania ich. Czyli, mając na uwadze dzisiejszą wyjściową myśl, niezbyt wesołe. Za chwilę damy spokój panu Dawidowi i będzie mógł śpiewać sobie dalej, ale ten jeden jeszcze raz posłużymy się jego znaną osobą do analizy końca lata w odczuciu skromnej autorki zdań kilku. Koniec lata w znaczeniu daleko niedosłownym. A więc pan Dawid śpiewa o nieznajomym - kimś bliżej niesprecyzowanym; dowolna (bardzo) interpretacja każe tu myśleć o sobie samym jako osobie obcej. I proszę, jakie olśnienie, jaka myśl nagła? Taki młody przecież piosenkarz, a odkrył tajemnicę problemów z komunikacją między ja a inni; coś, czego mędrcy tego świata szukają całe lata na pustkowiach. A tu bach, słuchasz piosenki, i - jeśli uważnie - to cierpniesz. 
Jesteś kimś innym niż byłeś. Jesteś nieznany samemu sobie. A jeśli jesteś uczciwy i szczery uznasz, że jesteś podobny do największego swego wroga. W zasadzie jesteś taki, jak on. Jesteś nim. Witaj, nieznajomy. Nie chciałam twoich rad, a stosuję się do nich.

piątek, 23 sierpnia 2013

pokój 204

Tu nie dociera żaden prawdziwy dźwięk. Choć jest głośno jak w zatłoczonym pociągu. Wszystko jest zmyślone. Nietykalne. Stolik z taniej sklejki i łóżko w kącie. Pstrokaty obrazek z karuzelą. Zbyt jaskrawe światło. Nieistniejący ludzie za ścianą w fikcyjnej polemice. Szklanka do góry dnem. Przeraźliwie cieknąca spłuczka. Krople o parapet. Bezgłośne, a regularnie wiercące umysł. Znów pociąg. Jak w bezsilnym śnie – chcesz podbiec do okna, otworzyć je i wykrzyczeć protest – lecz nie możesz się ruszyć. Głos schnie w gardle, stopy wrastają w podłogę pozbawioną dywanu. A pociąg znika za rogiem, słyszysz tylko milknący stukot kół. I wiesz, że w zasadzie go nie ma, i tego pokoju nie ma, i ścian, i bezradnej ciebie. Jest tylko cisza, której pragniesz, ale nie umiesz. Bo skąd. Uczono, że jest złowroga – jak wszystko, co nieznane. Że, skoro ona już jest – nie ma nic. Koniec. Wszystkiego, świata. Nastąpi czy nie? Legendy, wierzenia, filozofie, nauki. Nawiedzeni i uczeni, kto bardziej czuły bądź mocny próbuje sił w lepieniu teorii. Rozpaczliwe wysiłki w zagłuszaniu histerii. Zagłada nuklearna, pomyłki Majów, wrzenie oceanów, zderzenia galaktyk, czarne dziury, powtórne przyjście Mesjasza, sąd ostateczny, armie Goga i Magoga. Wszystko i nic. Czy może koniec świata to ten z wiersza pana Czesława? I innego nie będzie? W skali mikro następuje co pół sekundy. Tak mówią statystyki. I co dalej? Czy coś? Wieczna nagroda, potępienie? Choćby to piekło, to przynajmniej jakaś kontynuacja. Ktoś wyobraża je sobie jako ciemność, w której zostaje tylko myśl. Bez ciała, bez ducha, brak kształtów, towarzystwa – sama wieczna jaźń w otchłani niczego. Nie. Nie.
Taka oto noc sierpniowa. Pełnia lata, niebo bez księżyca. Niech już lepiej wróci dzień. Niech wypoci chore rojenia. Przychodzą znikąd, niepytane, wypalając dziury w jawie. Bezsenny pokój na rogatkach w sąsiedztwie torów. Okrutny sprawdzian z wiary. Tylko w co.

piątek, 2 sierpnia 2013

kradzież wspomnień. z cyklu: znalezione

I znów. Zniknęłam na długi, roztrwoniony czas. Natura trwonienia spisuje na straty wszelkie przedsiębrane w jego imię działania, tudzież – co wydaje się bardziej w sytuacji marnotrawienia przystające - ich brak. W zasadzie zgadza się to z syntezą miesiąca. Gdyby go bowiem podzielić na pół, pierwszej z powstałych w ten sposób dwu, z racji przedawnienia już się nie pamięta, ta druga zaś nie przyniosła nic wynikowego w formie mierzalnej. Nie zostało spisane żadne słowo. Nie został zmierzony żaden krok. Nieprzeczytana żadna książka. Nieuratowane najmniejsze choćby istnienie. Czyli – nic efektywnego w skali mikroosiągnięć. Jeśli do tego dodać beztroski w swej istocie brak wyrzutów sumienia, zupełny spokój o próżniactwo totalne, otrzymujemy definicję urlopu. To, czy współczesny wyrobnik w powyższy sposób rozumie owo słowo jest kwestią sporną; zdaje się, że większości podobna kompilacja lepiej wychodzi w czas pozaurlopowy. Nie nad tym jednak chciałam dziś dywagować. Wracamy zatem do punktu wyjścia.
A więc czas roztrwoniony. Czas ma to do siebie, że koi i umniejsza. Byle dać mu wolność, jest w stanie skrócić ogromne obszary do szerokości piaskownicy. Wczoraj o siedemnastej zero zero nawet ci, którzy się zreflektowali nie byli w stanie poczuć należytej wagi. Podniosłość to jeszcze nie ból, tym bardziej współodczuwanie. To, co zadziało się sześćdziesiąt dziewięć lat temu zardzewiało w sztywny pomnik przez działanie czasu. Za czterdzieści, pięćdziesiąt lat będzie jeszcze bardziej skostniałe, podobne do obiadów czwartkowych czy legendy o Lechu, Czechu i Rusie. Swoją drogą, czas dowcipny jest. Z historii o braciach robi sobie historyczne wariacje. Ciekawe, o których więcej będą pisać w podręcznikach naszych prawnuków.
Przewertowane podręczniki lądują w nieodwiedzanych kątach. Krztuszą się kurzem i przestają liczyć na przyjaciół. Powód trywialny. Są nieoryginalne i obowiązkowe, stworzone dla wielu i apodyktyczne, przez co mało szanowane i zwyczajnie nudne. Po co ja o tym w wakacje? Bo oto, w czasie łaskawie mi przeznaczonym do trwonienia, włożono mi do rąk przekaz dawnych dziejów, który absolutnie kłóci się z podręcznikowym. Przede wszystkim dlatego, że nie był, jak sądzę, przeznaczony dla obcych autorowi oczu. Prawdziwy, przybrudzony, pokreślony pamiętnik. Pisany odręcznie pochyłym i ładnym jak na mężczyznę (co było jasne od pierwszego zdania) pismem w zeszycie bez linii. Pierwszy wpis – 1 grudnia 1953 roku. Równo sześćdziesiąt lat temu ktoś odgiął pierwszą kartkę i zaczął rozmawiać z samym sobą o sobie. Większej szczerości i jednocześnie gwałtu na miłości siebie nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Czułość przeplatana poczuciem dopuszczania się grabieży napełnia ci palce podczas lektury. Włamujesz się komuś do głowy. To daje władzę, wciąga i nie pozwala na odstawienie. Pragniesz całości, niecierpliwie pędzisz do następnego dnia, karmisz się życiem zwykłego człowieka. Druk tego nie daje. Niebieski atrament na poszarzałym papierze. Wartość niepoliczalna.
Podejrzliwość i przebiegłość nakazała poszukiwać naprędce autora. To ułatwia percepcję. Wiersze Szymborskiej też łatwiej się czyta Jej głosem. Okoliczności odkrycia i połowa pamiętnika trzymały w ułudzie, jakoby autor był przodkiem, i to nawet w prostej linii. Niestety (czyli tak naprawdę stety) Stanisław okazał się być Władkiem. Odkrywamy rok z jego kawalerskiego, dwudziestodziewięcioletniego życia w Gdyni lat sześćdziesiątych. To jest historia. Niewymagająca komentarzy i kontekstu polityki czy religii. Wymagająca refleksji. Tych parę, na które się posiliłam w czasie trwonienia umieszczę następnym razem. Chyba, że znów zniknę. Na czas. Jakiś.

środa, 3 lipca 2013

Z cyklu: znalezione. powrót.

toczą się koła po
nierównej drodze
spojrzenie łamie się na
szybie dla tej godziny
między cudzym a swoim
chaosem

zwyczajny powrót w zwyczajną
niedzielę a jednak było
warto patrzeć w oczy
(zadziwiające jakie myśli
mogą przyjść do głowy
w autobusie)

bo swoje i cudze
wydarte jest istnieniu
liczy się tylko ta droga
niby wśród drzew a jednak
w szczerym polu choć
sklepienie nie przytłacza

w zamknięciu trudno zapomnieć
jaki zapach ma letni wieczór
co jedynie oddala się ku
zatartej linii widnokręgu

tu i tam to tylko
dwa punkty nieskończenie
małe a cała reszta
dokoła niby pory roku
zaczyna się i krzepnie

ludzie śpią nikt nie widzi
że coś w każdej sekundzie
odsuwa się w przeszłość

nieważne gdzie wysiadać
tu albo tam bo są
rzeczy mało ważne
to co zmierza do
przeznaczenia
ciągle krąży drży rozpływa
się tuż za zachodem

a jednak niepokój
w tym spojrzeniu odkryty
jak pestka zakazanego owocu
którą poraził dzień
niespodziewanie jak czyjaś
ręka na ramieniu
na ostatnim przystanku
w małym mieście
gdzie wszystko ma swój koniec
i początek

Powyższe słowa mają kilka lat. Nie są moje. Autor uwiecznił je odręcznie. Niebieskim długopisem. Zatytułował: Powrót. Myślę, że nie będzie miał mi za złe umieszczenia ich tutaj. W końcu to prezent, urodzinowy nawet. Z czasów, gdy rzeczy mało ważne stanowiły zbyt wiele.
Nadal uważam, że to najpiękniejsza i najmądrzejsza rzecz, jaką kiedykolwiek otrzymałam. Wówczas nie potrafiłam stosownie podziękować. Czynię to teraz.

czwartek, 27 czerwca 2013

pytam. z cyklu: przyszło nagle

Pytanie, ile mocy ma Moc. Czy tyle, ile mówią?
Mówią: ma. Czy mają rację?
Kto ma rację? Czym ona jest i w jakie przybrana jest atrybuty? Czy może naga jest i prosta, bez wymyślnej biżuterii prawd?
Prawda. Jedna, bezwzględna choć nieodgadniona czy też zależna od wiatru i krzywizny ust głoszącego?
Czy to, co teraz myślę i czego pragnę jest prawdziwe czy umówione? Jeśli jest wartością bezwzględną czy wystarczy, że zamknę oczy i stanie się?
Ściągam powieki w lekki grymas życzenia. Niech się stanie. Niech zatem będzie, nim otworzę oczy.
Czy już otworzyć?
A jeśli nie zapuka do drzwi i zgasnę w przykrej tonacji zawodu?
Wszystko. Chcę wszystko i chcę teraz. Nasłuchuję. Wszystkiego.

niedziela, 16 czerwca 2013

czarny

Patrzcie go, jaki.
Anioł, a czarny.
Czarne ma skrzydła. Rozpina je grzesznym szelestem na szerokość zguby. To jego władza.
Czarne ma oczy. Głębokie studnie na pohybel cnotom. To jego wyższość.
Nawet myśli ma czarne, niejasne. Nie próbuj czytać, utoniesz. Jego wiedza.
Tylko twarz blada, i ciało świetliste. Naga skóra anioła przyciąga wzrok. Błyszczy od pokus, drwi z twych wartości, wciąga. Nie widzisz kiru, nie dostrzegasz zła, tylko ten kształt. I ruch. Anioł tańczy, powoli, niedbale, sennie. Pobudza biodrami powietrze. Sunie ku tobie, rzęsami przykrywa intencje, coś mruczy w hipnozie. Półuśmiech, te usta, nie rozumiesz, ale poddajesz się. Nieważne, co. Ważne, że. I teraz. Nie ma nic prócz teraz. Jest ciepło, pada, a może to złudzenie. Nie myślisz, czujesz. Pragniesz, by czarny był bliżej, chcesz złapać go w dłonie. Dotknąć. Chwycić za pióra i szarpnąć, wpleść palce i odchylić. Jak głowę, do tyłu, by spić z napiętej szyi zapach. A potem już tylko zdumienie.
Pozwalasz czarnemu na wszystko.
Nie stanowisz odrębności. Wtapiasz się w anioła. Jesteś nim. Masz czarne skrzydła, czarne oczy, i myśli. Jeden organizm, jedno czucie, jeden dźwięk.
I gdyby nie moc hipnozy, gdybyś miał siłę na trzeźwość, mógłbyś posiąść wiedzę, władzę i wyższość. Zgłębić anioła od wewnątrz, przyjrzeć się temu, co chowa pod skrzydłami.  
Patrzcie go, jaki. Nagi anioł. Rozebrany. Rozbrojony. Wylękniony. Słaby. Pisklę. W oczach strach i prośba.
Nie zrób mu krzywdy.