Ciekawe. I zapewne, z
socjologicznego punktu widzenia godne jakiejś niezwykle mądrej czyli rozwlekłej
i nieczytanej dysertacji. Fakt upowszechniania wiedzy o członku społeczności na
podstawie jego aktywności (lub jej braku) w wielkiej kolektywnej rodzinie
internetowych ekshibicjonistów. Niedostateczne dbanie o swoje dobre imię (choć
odpowiedniejszym byłoby: twarz) uruchamia lawinę opinii, sądów, zaraz potem
wyroków. Nieobecność staje się bowiem zbrodnią, godną przynajmniej ogólnofacebookowego
potępienia. Nie publikujesz setek zdjęć dokumentujących twoje nowe doświadczenia
– znaczy nie bywasz. Nie upubliczniasz postów na stronach google - znaczy nie
piszesz. Nie nabijasz kilometrów na endomondo - znaczy nie biegasz. Jesteś offline
– czyli nie ma cię. Nie istniejesz. Nie liczysz się. I nikomu nie przyjdzie do
głowy absurdalny pomysł, by, jak kiedyś, zadzwonić i - zapytać. Adresy sieciowe
stają się mniej wirtualne, niż te przy ulicy imienia jakiegoś nieznanego
lekarza czy nibyznanego pisarza. Przyjacielska pogawędka przy rzeczywistej
kawie czy obiedzie to przeżytek. Strata zbyt cennego czasu w tykającym zegarze
końca świata ludzi dla ludzi. Mamy nowe, inne, lepsze bo – wygodniejsze. Nie
trzeba zbierać tyłka z fotela i przystrajać go w świeże gacie. Można być z każdym
nie będąc z nikim, zajadając przypalone pierogi z biedronki w asyście nieco
zbyt ciepłego piwa bądź nędznego, ale z promocji wina bez marki. I tak nie
widzą. To, co publiczne jest starannie wyreżyserowane. Normalnie oskar się
należy. Czy inne złote lwy. Ryczeć się chce.
sobota, 9 listopada 2013
niedziela, 27 października 2013
chory film z przerwą na reklamę
Na
styku dwóch części filmu o tobie – blok reklam. Marketing własnego rozdźwięku.
Medialna rozprawa między tobą a tobą. Sędzia - kalosz, tylko którą parę
wybierze? Na razie śledzi obraz na ekranie, migawki jedna za drugą mieszają w
systemie ocen. Konkurs reklam. Czas start.
Pierwsza
zachwala obejrzaną już połowę. Scenariusz dość żwawy, pełno zwrotów akcji i
brak koherentności. Trochę luksusu na przemian z chronicznym debetem na
rachunku sumienia i woli. Nieprzespane na emocjach lata, morze wina i huśtawka
doznań. Śmiech, dużo śmiechu, całe butle łez. Gwarno, głośno wręcz, ktoś
wrzeszczy udając, że to koncert. Odjazd na decybelach histerii. Zmęczenie, ale
można je zakryć pudrem i jedziemy dalej. Życie to impreza, więc jest impreza.
Wykrzyknik. Lansowany produkt: innowacyjna mieszanka napoju energetycznego i
środków psychotropowych. Przed użyciem nie czytaj ulotki dołączonej do
opakowania, lecz skonsultuj się z terapeutą, gdyż każdy lęk niewłaściwie
stosowany zagraża twojemu życiu lub wątrobie. I nigdy nie pij piwa z kija. Pod kapslem
rausz jest lepszy.
Reklama
numer dwa. Zdaje się dotykać nietkniętego jeszcze scenariusza. Kursywa na
białej kartce pojawia się i znika, nie wie, co dalej. Może tylko podejrzewać. Snuć
wizje przemyślane bądź wymyślone. Tak tworzą się filmy najbardziej niezdrowe
dla oczu. Tych zza drugiej strony płotu. Sielsko anielsko, mała stabilizacjo
pogoni za cholera wie czym witaj. Jesteśmy starsi, jesteśmy mądrzejsi, nie dla
nas egzaltacje. Niewzruszeni szumnym naporem młodzieńczego buntu nieważne
przeciw czemu, byle przeciw, zapuszczamy korzenie w glebie działki, w którą
za dwadzieścia, jak dobrze pójdzie lat wkopiemy fundamenty własnego
em z grillem i starannie przyciętym żywopłotem. Spokój, tylko on nas umiłuje.
Jedynym szaleństwem będzie ironia wobec tego, co kiedyś, dawno temu pod dachem
wiejskiej dyskoteki, tudzież w koedukacyjnej toalecie najbardziej obleganego
klubu w metropolii. Będąc ponad to, pobłażliwie przymykamy oko na wspomnienia, bynajmniej
nie pobłażając potomnym. Nasze sylwetki niezłomne są, surowe i bez skazy. Gramy
w bycie społecznym kręgosłupem. I święcie wierzymy w tę rolę. Na reklamowym
banerze okazały napis promujący psychotropy. Bez energy drinków.
Trzecia
reklama urywa się w połowie. Zabrakło czasu antenowego. Zdążyłeś tylko zobaczyć
wahanie, wielki złoty znak zapytania na czarnym tle. Zapewne miała to być jedna
z tych inteligentnych kampanii z opóźnionym zapłonem, każąca chcącym czy nie konsumentom
ulicznych bilbordów przez kilka tygodni zastanawiać się nad jej konceptem. Cóż
bowiem oznacza ten symbol na ścianie wieżowca, dlaczego mnie niepokoi, czy
przez to wyłapuję go spośród setek komunikatów..? Czy mam się cofnąć do domu,
usiąść na kanapie i przemyśleć swoją drogę? Zmienić kierunek, posłuchać
wyciszanych głosów, przestać się wić? Napisać od nowa scenariusz, wcielić w
inną postać? Drugi plan na wierzch.
A
może to taka zabawa w bystrość, kto pierwszy, ten ma rabat.
poniedziałek, 30 września 2013
Dzień chłopaka
Poniedziałek
rzuca ci rękawicę. Zwyczajnie szuka zaczepki. Robota się rozjeżdża, jajko
gotuje zbyt twardo, rajstopy puszczają złośliwe oko, telefon tarabani jak
nakręcony. Z tyłu głowy pięć milionów zaczętych spraw. Żadna nie kończy się jak
trzeba lub w ogóle. Nerwówka. Rozglądasz się za ujściem i bierzesz pierwsze,
bez jeńców. Chwytasz oszalały telefon i ciskasz na drugą stronę nabojami
wypełnionymi decybelami i furią. Bez poważnego powodu i absolutnie
niesprawiedliwie.
Gdy
po kilku godzinach opada w tobie ferment i zaczynasz żałować, pomysłów na zgrabne
przepraszam brak. Więc nie przepraszasz. Na lakonicznie i niby od niechcenia rzucone
pytanie, czy się przypadkiem nie złości o poranne wzburzenie, otrzymujesz
krótką i bezpretensjonalną odpowiedź. Nie. Bo byłaś wkurzona. A ja – winny czy
nie – akurat byłem pod ręką.
Ktoś
powiedział, że mężczyźni nigdy nie odgadną kobiet? No to mamy okaz cudu natury.
Jest nadzieja. To tak w ramach życzeń, chłopcy. Uczcie się.
piątek, 20 września 2013
koniec niewinności
Tak
się jakoś składa, że gdy zimno i źle, pisanie idzie lepiej. Pytanie, czy to ze
względu na nieodpartą chęć schowania się przed niekorzystnymi (by nie rzec:
wrogimi) bodźcami z zewnątrz pod ciepłą pierzyną laptoka (ach ten slang), czy
może ze swoistych właściwości tych a nie innych palców, które, nazwijmy to
wprost, smutne są. Ewentualnie ironiczne. W ulubionej postaci melanżem obu
powyższych. Po wnikliwej analizie podmiotu piszącego trzeba bowiem stwierdzić,
że takie to czynniki nakręcają go, proszę państwa, do wydziergania paru słów. I
nie ma tu co lamentować, tak jest i już, a skoro któreś z jakichś trudno
wytłumaczalnych względów zagląda tu jeszcze, to z góry ma szlaban na
podejmowanie dyskusji.
No
bo ten koniec lata. On tak specyficznie nastraja, a może to ta płyta. Artykuł nie jest
sponsorowany, ale uczynię darmową reklamę młodemu panu, który i bez niej radzi
sobie świetnie. Pan Dawid o śmiesznym nieco nazwisku z siedzeniem w tytule
(takie mam skojarzenia, bynajmniej daleko posunięte) świadomie wykorzystał
media nastawione na masową rozrywkę i dzięki nim sklecił kompozycję utworów,
które zachwycają. Nie tylko mnie, zachwycają wielu, i to uznanych na rynku muzycznym,
ale tym rynku stojącym w opozycji do rozwrzeszczanego popodisco udającego rock
lub ambicję; jeśli kogoś urażę - nie przepraszam: mamy tego sporo, różne emtiwi,
eski, czy inne twory muzykopodobne. Choć nie zdziwiłabym się, gdyby wyżej
wspomniane w zgodzie z szanowanymi stacjami muzycznymi pana Dawida promowały –
przed pewnymi wartościami uciec się bowiem nie da i nawet obrazoburcy składają
w takich razach broń. I właśnie, pan Dawid i jego płyta, idealnie współgrają z
chęcią odcięcia się od chłodnego zewnętrza. I nie wiem już, czy to owo
wspomniane zimne z zewnątrz, czy słowa śpiewane przez pana Dawida, ale
przychodzą refleksje popychające do spisania ich. Czyli, mając na uwadze
dzisiejszą wyjściową myśl, niezbyt wesołe. Za chwilę damy spokój panu Dawidowi
i będzie mógł śpiewać sobie dalej, ale ten jeden jeszcze raz posłużymy się jego
znaną osobą do analizy końca lata w odczuciu skromnej autorki zdań kilku. Koniec
lata w znaczeniu daleko niedosłownym. A więc pan Dawid śpiewa o nieznajomym -
kimś bliżej niesprecyzowanym; dowolna (bardzo) interpretacja każe tu myśleć o
sobie samym jako osobie obcej. I proszę, jakie olśnienie, jaka myśl nagła? Taki
młody przecież piosenkarz, a odkrył tajemnicę problemów z komunikacją między ja a inni;
coś, czego mędrcy tego świata szukają całe lata na pustkowiach. A tu bach,
słuchasz piosenki, i - jeśli uważnie - to cierpniesz.
Jesteś kimś innym niż byłeś. Jesteś nieznany samemu sobie. A jeśli jesteś uczciwy i szczery uznasz, że jesteś podobny do największego swego wroga. W zasadzie jesteś taki, jak on. Jesteś nim. Witaj, nieznajomy. Nie chciałam twoich rad, a stosuję się do nich.
Jesteś kimś innym niż byłeś. Jesteś nieznany samemu sobie. A jeśli jesteś uczciwy i szczery uznasz, że jesteś podobny do największego swego wroga. W zasadzie jesteś taki, jak on. Jesteś nim. Witaj, nieznajomy. Nie chciałam twoich rad, a stosuję się do nich.
piątek, 23 sierpnia 2013
pokój 204
Tu
nie dociera żaden prawdziwy dźwięk. Choć jest głośno jak w zatłoczonym pociągu.
Wszystko jest zmyślone. Nietykalne. Stolik z taniej sklejki i łóżko w kącie.
Pstrokaty obrazek z karuzelą. Zbyt jaskrawe światło. Nieistniejący ludzie za
ścianą w fikcyjnej polemice. Szklanka do góry dnem. Przeraźliwie cieknąca
spłuczka. Krople o parapet. Bezgłośne, a regularnie wiercące umysł. Znów
pociąg. Jak w bezsilnym śnie – chcesz podbiec do okna, otworzyć je i wykrzyczeć
protest – lecz nie możesz się ruszyć. Głos schnie w gardle, stopy wrastają w
podłogę pozbawioną dywanu. A pociąg znika za rogiem, słyszysz tylko milknący
stukot kół. I wiesz, że w zasadzie go nie ma, i tego pokoju nie ma, i ścian, i
bezradnej ciebie. Jest tylko cisza, której pragniesz, ale nie umiesz. Bo skąd.
Uczono, że jest złowroga – jak wszystko, co nieznane. Że, skoro ona już jest –
nie ma nic. Koniec. Wszystkiego, świata. Nastąpi czy nie? Legendy, wierzenia,
filozofie, nauki. Nawiedzeni i uczeni, kto bardziej czuły bądź mocny próbuje
sił w lepieniu teorii. Rozpaczliwe wysiłki w zagłuszaniu histerii. Zagłada
nuklearna, pomyłki Majów, wrzenie oceanów, zderzenia galaktyk, czarne dziury,
powtórne przyjście Mesjasza, sąd ostateczny, armie Goga i Magoga. Wszystko i
nic. Czy może koniec świata to ten z wiersza pana Czesława? I innego nie
będzie? W skali mikro następuje co pół sekundy. Tak mówią statystyki. I co
dalej? Czy coś? Wieczna nagroda, potępienie? Choćby to piekło, to przynajmniej
jakaś kontynuacja. Ktoś wyobraża je sobie jako ciemność, w której zostaje tylko
myśl. Bez ciała, bez ducha, brak kształtów, towarzystwa – sama wieczna jaźń w
otchłani niczego. Nie. Nie.
Taka oto noc sierpniowa. Pełnia lata, niebo bez
księżyca. Niech już lepiej wróci dzień. Niech wypoci chore rojenia. Przychodzą
znikąd, niepytane, wypalając dziury w jawie. Bezsenny pokój na rogatkach w
sąsiedztwie torów. Okrutny sprawdzian z wiary. Tylko w co.
piątek, 2 sierpnia 2013
kradzież wspomnień. z cyklu: znalezione
I
znów. Zniknęłam na długi, roztrwoniony czas. Natura trwonienia spisuje na straty
wszelkie przedsiębrane w jego imię działania, tudzież – co wydaje się bardziej
w sytuacji marnotrawienia przystające - ich brak. W zasadzie zgadza się to z syntezą
miesiąca. Gdyby go bowiem podzielić na pół, pierwszej z powstałych w ten sposób
dwu, z racji przedawnienia już się nie pamięta, ta druga zaś nie przyniosła nic
wynikowego w formie mierzalnej. Nie zostało spisane żadne słowo. Nie został
zmierzony żaden krok. Nieprzeczytana żadna książka. Nieuratowane najmniejsze
choćby istnienie. Czyli – nic efektywnego w skali mikroosiągnięć. Jeśli do tego
dodać beztroski w swej istocie brak wyrzutów sumienia, zupełny spokój o
próżniactwo totalne, otrzymujemy definicję urlopu. To, czy współczesny wyrobnik
w powyższy sposób rozumie owo słowo jest kwestią sporną; zdaje się, że większości
podobna kompilacja lepiej wychodzi w czas pozaurlopowy. Nie nad tym jednak chciałam
dziś dywagować. Wracamy zatem do punktu wyjścia.
A
więc czas roztrwoniony. Czas ma to do siebie, że koi i umniejsza. Byle dać mu
wolność, jest w stanie skrócić ogromne obszary do szerokości piaskownicy.
Wczoraj o siedemnastej zero zero nawet ci, którzy się zreflektowali nie byli w
stanie poczuć należytej wagi. Podniosłość to jeszcze nie ból, tym bardziej
współodczuwanie. To, co zadziało się sześćdziesiąt dziewięć lat temu
zardzewiało w sztywny pomnik przez działanie czasu. Za czterdzieści,
pięćdziesiąt lat będzie jeszcze bardziej skostniałe, podobne do obiadów
czwartkowych czy legendy o Lechu, Czechu i Rusie. Swoją drogą, czas dowcipny
jest. Z historii o braciach robi sobie historyczne wariacje. Ciekawe, o których
więcej będą pisać w podręcznikach naszych prawnuków.
Przewertowane
podręczniki lądują w nieodwiedzanych kątach. Krztuszą się kurzem i przestają liczyć
na przyjaciół. Powód trywialny. Są nieoryginalne i obowiązkowe, stworzone dla
wielu i apodyktyczne, przez co mało szanowane i zwyczajnie nudne. Po co ja o
tym w wakacje? Bo oto, w czasie łaskawie mi przeznaczonym do trwonienia, włożono
mi do rąk przekaz dawnych dziejów, który absolutnie kłóci się z podręcznikowym.
Przede wszystkim dlatego, że nie był, jak sądzę, przeznaczony dla obcych
autorowi oczu. Prawdziwy, przybrudzony, pokreślony pamiętnik. Pisany odręcznie pochyłym
i ładnym jak na mężczyznę (co było jasne od pierwszego zdania) pismem w
zeszycie bez linii. Pierwszy wpis – 1 grudnia 1953 roku. Równo sześćdziesiąt lat
temu ktoś odgiął pierwszą kartkę i zaczął rozmawiać z samym sobą o sobie.
Większej szczerości i jednocześnie gwałtu na miłości siebie nie jestem w stanie
sobie wyobrazić. Czułość przeplatana poczuciem dopuszczania się grabieży napełnia
ci palce podczas lektury. Włamujesz się komuś do głowy. To daje władzę, wciąga
i nie pozwala na odstawienie. Pragniesz całości, niecierpliwie pędzisz do następnego
dnia, karmisz się życiem zwykłego człowieka. Druk tego nie daje. Niebieski
atrament na poszarzałym papierze. Wartość niepoliczalna.
Podejrzliwość
i przebiegłość nakazała poszukiwać naprędce autora. To ułatwia percepcję. Wiersze
Szymborskiej też łatwiej się czyta Jej głosem. Okoliczności odkrycia i połowa
pamiętnika trzymały w ułudzie, jakoby autor był przodkiem, i to nawet w prostej
linii. Niestety (czyli tak naprawdę stety)
Stanisław okazał się być Władkiem. Odkrywamy rok z jego kawalerskiego, dwudziestodziewięcioletniego
życia w Gdyni lat sześćdziesiątych. To jest historia. Niewymagająca komentarzy
i kontekstu polityki czy religii. Wymagająca refleksji. Tych parę, na które się
posiliłam w czasie trwonienia umieszczę następnym razem. Chyba, że znów zniknę.
Na czas. Jakiś.
środa, 3 lipca 2013
Z cyklu: znalezione. powrót.
toczą
się koła po
nierównej
drodze
spojrzenie
łamie się na
szybie
dla tej godziny
między
cudzym a swoim
chaosem
zwyczajny
powrót w zwyczajną
niedzielę
a jednak było
warto
patrzeć w oczy
(zadziwiające
jakie myśli
mogą
przyjść do głowy
w
autobusie)
bo
swoje i cudze
wydarte
jest istnieniu
liczy
się tylko ta droga
niby
wśród drzew a jednak
w
szczerym polu choć
sklepienie
nie przytłacza
w
zamknięciu trudno zapomnieć
jaki
zapach ma letni wieczór
co
jedynie oddala się ku
zatartej
linii widnokręgu
tu
i tam to tylko
dwa
punkty nieskończenie
małe
a cała reszta
dokoła
niby pory roku
zaczyna
się i krzepnie
ludzie
śpią nikt nie widzi
że
coś w każdej sekundzie
odsuwa
się w przeszłość
nieważne
gdzie wysiadać
tu
albo tam bo są
rzeczy
mało ważne
to
co zmierza do
przeznaczenia
ciągle
krąży drży rozpływa
się
tuż za zachodem
a
jednak niepokój
w
tym spojrzeniu odkryty
jak
pestka zakazanego owocu
którą
poraził dzień
niespodziewanie
jak czyjaś
ręka
na ramieniu
na
ostatnim przystanku
w
małym mieście
gdzie
wszystko ma swój koniec
i
początek
Powyższe
słowa mają kilka lat. Nie są moje. Autor uwiecznił je odręcznie. Niebieskim
długopisem. Zatytułował: Powrót. Myślę,
że nie będzie miał mi za złe umieszczenia ich tutaj. W końcu to prezent,
urodzinowy nawet. Z czasów, gdy rzeczy mało ważne stanowiły zbyt wiele.
Nadal
uważam, że to najpiękniejsza i najmądrzejsza rzecz, jaką kiedykolwiek
otrzymałam. Wówczas nie potrafiłam stosownie podziękować. Czynię to teraz.
czwartek, 27 czerwca 2013
pytam. z cyklu: przyszło nagle
Pytanie,
ile mocy ma Moc. Czy tyle, ile mówią?
Mówią:
ma. Czy mają rację?
Kto
ma rację? Czym ona jest i w jakie przybrana jest atrybuty? Czy może naga jest i
prosta, bez wymyślnej biżuterii prawd?
Prawda.
Jedna, bezwzględna choć nieodgadniona czy też zależna od wiatru i krzywizny ust
głoszącego?
Czy
to, co teraz myślę i czego pragnę jest prawdziwe czy umówione? Jeśli jest
wartością bezwzględną czy wystarczy, że zamknę oczy i stanie się?
Ściągam
powieki w lekki grymas życzenia. Niech się stanie. Niech zatem będzie, nim
otworzę oczy.
Czy
już otworzyć?
A jeśli
nie zapuka do drzwi i zgasnę w przykrej tonacji zawodu?
Wszystko.
Chcę wszystko i chcę teraz. Nasłuchuję. Wszystkiego.
niedziela, 16 czerwca 2013
czarny
Patrzcie
go, jaki.
Anioł,
a czarny.
Czarne
ma skrzydła. Rozpina je grzesznym szelestem na szerokość zguby. To jego władza.
Czarne
ma oczy. Głębokie studnie na pohybel cnotom. To jego wyższość.
Nawet
myśli ma czarne, niejasne. Nie próbuj czytać, utoniesz. Jego wiedza.
Tylko
twarz blada, i ciało świetliste. Naga skóra anioła przyciąga wzrok. Błyszczy od
pokus, drwi z twych wartości, wciąga. Nie widzisz kiru, nie dostrzegasz zła,
tylko ten kształt. I ruch. Anioł tańczy, powoli, niedbale, sennie. Pobudza
biodrami powietrze. Sunie ku tobie, rzęsami przykrywa intencje, coś mruczy w
hipnozie. Półuśmiech, te usta, nie rozumiesz, ale poddajesz się. Nieważne, co.
Ważne, że. I teraz. Nie ma nic prócz teraz. Jest ciepło, pada, a może to złudzenie.
Nie myślisz, czujesz. Pragniesz, by czarny był bliżej, chcesz złapać go w
dłonie. Dotknąć. Chwycić za pióra i szarpnąć, wpleść palce i odchylić. Jak
głowę, do tyłu, by spić z napiętej szyi zapach. A potem już tylko zdumienie.
Pozwalasz
czarnemu na wszystko.
Nie
stanowisz odrębności. Wtapiasz się w anioła. Jesteś nim. Masz czarne skrzydła,
czarne oczy, i myśli. Jeden organizm, jedno czucie, jeden dźwięk.
I
gdyby nie moc hipnozy, gdybyś miał siłę na trzeźwość, mógłbyś posiąść wiedzę,
władzę i wyższość. Zgłębić anioła od wewnątrz, przyjrzeć się temu, co chowa pod
skrzydłami.
Patrzcie go, jaki. Nagi anioł. Rozebrany. Rozbrojony. Wylękniony. Słaby. Pisklę. W oczach strach i prośba.
Patrzcie go, jaki. Nagi anioł. Rozebrany. Rozbrojony. Wylękniony. Słaby. Pisklę. W oczach strach i prośba.
Nie
zrób mu krzywdy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)