piątek, 23 sierpnia 2013

pokój 204

Tu nie dociera żaden prawdziwy dźwięk. Choć jest głośno jak w zatłoczonym pociągu. Wszystko jest zmyślone. Nietykalne. Stolik z taniej sklejki i łóżko w kącie. Pstrokaty obrazek z karuzelą. Zbyt jaskrawe światło. Nieistniejący ludzie za ścianą w fikcyjnej polemice. Szklanka do góry dnem. Przeraźliwie cieknąca spłuczka. Krople o parapet. Bezgłośne, a regularnie wiercące umysł. Znów pociąg. Jak w bezsilnym śnie – chcesz podbiec do okna, otworzyć je i wykrzyczeć protest – lecz nie możesz się ruszyć. Głos schnie w gardle, stopy wrastają w podłogę pozbawioną dywanu. A pociąg znika za rogiem, słyszysz tylko milknący stukot kół. I wiesz, że w zasadzie go nie ma, i tego pokoju nie ma, i ścian, i bezradnej ciebie. Jest tylko cisza, której pragniesz, ale nie umiesz. Bo skąd. Uczono, że jest złowroga – jak wszystko, co nieznane. Że, skoro ona już jest – nie ma nic. Koniec. Wszystkiego, świata. Nastąpi czy nie? Legendy, wierzenia, filozofie, nauki. Nawiedzeni i uczeni, kto bardziej czuły bądź mocny próbuje sił w lepieniu teorii. Rozpaczliwe wysiłki w zagłuszaniu histerii. Zagłada nuklearna, pomyłki Majów, wrzenie oceanów, zderzenia galaktyk, czarne dziury, powtórne przyjście Mesjasza, sąd ostateczny, armie Goga i Magoga. Wszystko i nic. Czy może koniec świata to ten z wiersza pana Czesława? I innego nie będzie? W skali mikro następuje co pół sekundy. Tak mówią statystyki. I co dalej? Czy coś? Wieczna nagroda, potępienie? Choćby to piekło, to przynajmniej jakaś kontynuacja. Ktoś wyobraża je sobie jako ciemność, w której zostaje tylko myśl. Bez ciała, bez ducha, brak kształtów, towarzystwa – sama wieczna jaźń w otchłani niczego. Nie. Nie.
Taka oto noc sierpniowa. Pełnia lata, niebo bez księżyca. Niech już lepiej wróci dzień. Niech wypoci chore rojenia. Przychodzą znikąd, niepytane, wypalając dziury w jawie. Bezsenny pokój na rogatkach w sąsiedztwie torów. Okrutny sprawdzian z wiary. Tylko w co.

piątek, 2 sierpnia 2013

kradzież wspomnień. z cyklu: znalezione

I znów. Zniknęłam na długi, roztrwoniony czas. Natura trwonienia spisuje na straty wszelkie przedsiębrane w jego imię działania, tudzież – co wydaje się bardziej w sytuacji marnotrawienia przystające - ich brak. W zasadzie zgadza się to z syntezą miesiąca. Gdyby go bowiem podzielić na pół, pierwszej z powstałych w ten sposób dwu, z racji przedawnienia już się nie pamięta, ta druga zaś nie przyniosła nic wynikowego w formie mierzalnej. Nie zostało spisane żadne słowo. Nie został zmierzony żaden krok. Nieprzeczytana żadna książka. Nieuratowane najmniejsze choćby istnienie. Czyli – nic efektywnego w skali mikroosiągnięć. Jeśli do tego dodać beztroski w swej istocie brak wyrzutów sumienia, zupełny spokój o próżniactwo totalne, otrzymujemy definicję urlopu. To, czy współczesny wyrobnik w powyższy sposób rozumie owo słowo jest kwestią sporną; zdaje się, że większości podobna kompilacja lepiej wychodzi w czas pozaurlopowy. Nie nad tym jednak chciałam dziś dywagować. Wracamy zatem do punktu wyjścia.
A więc czas roztrwoniony. Czas ma to do siebie, że koi i umniejsza. Byle dać mu wolność, jest w stanie skrócić ogromne obszary do szerokości piaskownicy. Wczoraj o siedemnastej zero zero nawet ci, którzy się zreflektowali nie byli w stanie poczuć należytej wagi. Podniosłość to jeszcze nie ból, tym bardziej współodczuwanie. To, co zadziało się sześćdziesiąt dziewięć lat temu zardzewiało w sztywny pomnik przez działanie czasu. Za czterdzieści, pięćdziesiąt lat będzie jeszcze bardziej skostniałe, podobne do obiadów czwartkowych czy legendy o Lechu, Czechu i Rusie. Swoją drogą, czas dowcipny jest. Z historii o braciach robi sobie historyczne wariacje. Ciekawe, o których więcej będą pisać w podręcznikach naszych prawnuków.
Przewertowane podręczniki lądują w nieodwiedzanych kątach. Krztuszą się kurzem i przestają liczyć na przyjaciół. Powód trywialny. Są nieoryginalne i obowiązkowe, stworzone dla wielu i apodyktyczne, przez co mało szanowane i zwyczajnie nudne. Po co ja o tym w wakacje? Bo oto, w czasie łaskawie mi przeznaczonym do trwonienia, włożono mi do rąk przekaz dawnych dziejów, który absolutnie kłóci się z podręcznikowym. Przede wszystkim dlatego, że nie był, jak sądzę, przeznaczony dla obcych autorowi oczu. Prawdziwy, przybrudzony, pokreślony pamiętnik. Pisany odręcznie pochyłym i ładnym jak na mężczyznę (co było jasne od pierwszego zdania) pismem w zeszycie bez linii. Pierwszy wpis – 1 grudnia 1953 roku. Równo sześćdziesiąt lat temu ktoś odgiął pierwszą kartkę i zaczął rozmawiać z samym sobą o sobie. Większej szczerości i jednocześnie gwałtu na miłości siebie nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Czułość przeplatana poczuciem dopuszczania się grabieży napełnia ci palce podczas lektury. Włamujesz się komuś do głowy. To daje władzę, wciąga i nie pozwala na odstawienie. Pragniesz całości, niecierpliwie pędzisz do następnego dnia, karmisz się życiem zwykłego człowieka. Druk tego nie daje. Niebieski atrament na poszarzałym papierze. Wartość niepoliczalna.
Podejrzliwość i przebiegłość nakazała poszukiwać naprędce autora. To ułatwia percepcję. Wiersze Szymborskiej też łatwiej się czyta Jej głosem. Okoliczności odkrycia i połowa pamiętnika trzymały w ułudzie, jakoby autor był przodkiem, i to nawet w prostej linii. Niestety (czyli tak naprawdę stety) Stanisław okazał się być Władkiem. Odkrywamy rok z jego kawalerskiego, dwudziestodziewięcioletniego życia w Gdyni lat sześćdziesiątych. To jest historia. Niewymagająca komentarzy i kontekstu polityki czy religii. Wymagająca refleksji. Tych parę, na które się posiliłam w czasie trwonienia umieszczę następnym razem. Chyba, że znów zniknę. Na czas. Jakiś.

środa, 3 lipca 2013

Z cyklu: znalezione. powrót.

toczą się koła po
nierównej drodze
spojrzenie łamie się na
szybie dla tej godziny
między cudzym a swoim
chaosem

zwyczajny powrót w zwyczajną
niedzielę a jednak było
warto patrzeć w oczy
(zadziwiające jakie myśli
mogą przyjść do głowy
w autobusie)

bo swoje i cudze
wydarte jest istnieniu
liczy się tylko ta droga
niby wśród drzew a jednak
w szczerym polu choć
sklepienie nie przytłacza

w zamknięciu trudno zapomnieć
jaki zapach ma letni wieczór
co jedynie oddala się ku
zatartej linii widnokręgu

tu i tam to tylko
dwa punkty nieskończenie
małe a cała reszta
dokoła niby pory roku
zaczyna się i krzepnie

ludzie śpią nikt nie widzi
że coś w każdej sekundzie
odsuwa się w przeszłość

nieważne gdzie wysiadać
tu albo tam bo są
rzeczy mało ważne
to co zmierza do
przeznaczenia
ciągle krąży drży rozpływa
się tuż za zachodem

a jednak niepokój
w tym spojrzeniu odkryty
jak pestka zakazanego owocu
którą poraził dzień
niespodziewanie jak czyjaś
ręka na ramieniu
na ostatnim przystanku
w małym mieście
gdzie wszystko ma swój koniec
i początek

Powyższe słowa mają kilka lat. Nie są moje. Autor uwiecznił je odręcznie. Niebieskim długopisem. Zatytułował: Powrót. Myślę, że nie będzie miał mi za złe umieszczenia ich tutaj. W końcu to prezent, urodzinowy nawet. Z czasów, gdy rzeczy mało ważne stanowiły zbyt wiele.
Nadal uważam, że to najpiękniejsza i najmądrzejsza rzecz, jaką kiedykolwiek otrzymałam. Wówczas nie potrafiłam stosownie podziękować. Czynię to teraz.

czwartek, 27 czerwca 2013

pytam. z cyklu: przyszło nagle

Pytanie, ile mocy ma Moc. Czy tyle, ile mówią?
Mówią: ma. Czy mają rację?
Kto ma rację? Czym ona jest i w jakie przybrana jest atrybuty? Czy może naga jest i prosta, bez wymyślnej biżuterii prawd?
Prawda. Jedna, bezwzględna choć nieodgadniona czy też zależna od wiatru i krzywizny ust głoszącego?
Czy to, co teraz myślę i czego pragnę jest prawdziwe czy umówione? Jeśli jest wartością bezwzględną czy wystarczy, że zamknę oczy i stanie się?
Ściągam powieki w lekki grymas życzenia. Niech się stanie. Niech zatem będzie, nim otworzę oczy.
Czy już otworzyć?
A jeśli nie zapuka do drzwi i zgasnę w przykrej tonacji zawodu?
Wszystko. Chcę wszystko i chcę teraz. Nasłuchuję. Wszystkiego.

niedziela, 16 czerwca 2013

czarny

Patrzcie go, jaki.
Anioł, a czarny.
Czarne ma skrzydła. Rozpina je grzesznym szelestem na szerokość zguby. To jego władza.
Czarne ma oczy. Głębokie studnie na pohybel cnotom. To jego wyższość.
Nawet myśli ma czarne, niejasne. Nie próbuj czytać, utoniesz. Jego wiedza.
Tylko twarz blada, i ciało świetliste. Naga skóra anioła przyciąga wzrok. Błyszczy od pokus, drwi z twych wartości, wciąga. Nie widzisz kiru, nie dostrzegasz zła, tylko ten kształt. I ruch. Anioł tańczy, powoli, niedbale, sennie. Pobudza biodrami powietrze. Sunie ku tobie, rzęsami przykrywa intencje, coś mruczy w hipnozie. Półuśmiech, te usta, nie rozumiesz, ale poddajesz się. Nieważne, co. Ważne, że. I teraz. Nie ma nic prócz teraz. Jest ciepło, pada, a może to złudzenie. Nie myślisz, czujesz. Pragniesz, by czarny był bliżej, chcesz złapać go w dłonie. Dotknąć. Chwycić za pióra i szarpnąć, wpleść palce i odchylić. Jak głowę, do tyłu, by spić z napiętej szyi zapach. A potem już tylko zdumienie.
Pozwalasz czarnemu na wszystko.
Nie stanowisz odrębności. Wtapiasz się w anioła. Jesteś nim. Masz czarne skrzydła, czarne oczy, i myśli. Jeden organizm, jedno czucie, jeden dźwięk.
I gdyby nie moc hipnozy, gdybyś miał siłę na trzeźwość, mógłbyś posiąść wiedzę, władzę i wyższość. Zgłębić anioła od wewnątrz, przyjrzeć się temu, co chowa pod skrzydłami.  
Patrzcie go, jaki. Nagi anioł. Rozebrany. Rozbrojony. Wylękniony. Słaby. Pisklę. W oczach strach i prośba.
Nie zrób mu krzywdy.

czwartek, 23 maja 2013

bezdomność

dom
pudełko z dziurami
spuszczony wzrok
nie tędy droga
brak wspomnień
ironia. gorzka rozkosz
nie ja

i dom
głos w świńskiej kuchni
ziemniaki z parnika
kaflowy piec
Jej kwiaty, wciąż piękne
ściśnięta krtań
nowy krzyż. co stało się ze starym?

tu wrzawa tam cisza
dlaczego ta druga przemawia bardziej
niedosłowna tęsknota
tłumiona bezsilność pod zamkniętymi drzwiami
lecą z nich płaty jak łzy
bo tam, gdzie otwarte, nie chcę wchodzić

Mam klucz. Stary, ciężki. Pasował niegdyś do tych zamkniętych. Teraz nie. Chwilowo. Gdy zamknąć oczy, działa. Dwa obroty w lewo, znajomy chrzęst. 
Zapraszam, wejdź, progi są gościnne.
To nie będzie duży dom. Ale pojemny. Znajdzie się w nim wszystko, co odczuły stopy mieszkańców. Na ścianach zawisną słowa, które padły, a te, które nie zdążyły znajdą swe miejsce na werandzie. Jasnej, przestrzennej, bez cienia na niedomówienia. Tam powiedziane będzie to, co być ma. Przy winie i ptakach.
Dywanów nie będzie, bo pod nie zamiata się odpady ludzkiej ułomności. Drewno ma skrzypieć oddechami ludzi i psów. Nie będzie wątpliwości, tylko bujany fotel. I spiżarnia pełna radości w słoikach.

ta pani wie:
nie szukam niczego więcej
tylko móc pozostać tam

dodaj mi otuchy
zabierz mnie do domu

Nie otwieraj oczu. Otwórz drzwi.


niedziela, 12 maja 2013

koegzystencja

O poezji, że trudna, że taka nieludzka, niepojęta, nie dla nas. Tak mówią. Że tylko autor wie, co miał na tak zwanej myśli. A mnie się wydaje, że często on sam nie wie, podczas gdy wiedzą inni. Ci, co pozbyli się kompleksu poezji. Nie czytają, czują. Bo czuć to nie to samo, co rozumieć. Są tacy, którzy lubią nie rozumieć. I dla nich zacytuję dziś Poetę. Takiego bardzo namacalnego, można Go dotknąć a nawet poprosić o herbatę. Przyniesie. Mówi o sobie: czysta kartka, lecz w rogach zamazany. Dziś po prostu przytoczę Jego wiersz. Taki, którego nie sposób nie czuć. Być może już kiedyś częstowałam jego fragmentem, teraz przepiszę cały. Bo dziś jest dzień szczególny. Niech mówi Poeta, U. milknie. Nagadała się już.

Patrycjusz Dziczek, Pielgrzymka*

ludzie budują domy
aby później móc w nich mieszkać

ludzie sadzą lasy
aby później móc się ogrzać

ludzie szukają ludzi
aby później móc przetrwać

w tym samym czasie
w tej samej masie

ktoś leży na łące

z kawałkiem chleba w kieszeni

i patrzy jak żyją chmury


*z tomu: Polowanie na malinowy śnieg

środa, 8 maja 2013

mały wielki powrót

Ale wróćmy do Człowieka, który wierzył. Pamiętacie, tego, co stał w drzwiach otwartych na dawne Ważne. Jak go zostawialiśmy, był na etapie weryfikacji pojęć. A my, obserwatorzy ukryci za słowami, zastanawialiśmy się, czy pobiegnie. I co pomyśli, kiedy już.
Otóż - pobiegł. Obiecując sobie, że Ważne nigdy nie zmieni się w Najważniejsze.
A kiedy wrócił, pobiegł jeszcze.
I jeszcze.
Śluby wstrzemięźliwości złożone na ołtarze dawnego bożka przebrzmiały niczym dzwony na poranną mszę. W transie zapomniał, że biegł. On lewitował nad asfaltem wygasłego bólu. Bo czuł niesamowitą tęsknotę w nogach. I siłę, której pozwolił wystrzelić jak dzieciak z ostatniej lekcji. W zapamiętaniu odkrywcy - jak niegdyś. Jak miliony jemu podobnych, przekonanych, że są nieliczni, wtajemniczeni w wiedzę wybrańcy absolutu.
Pamięć niecielesnego bólu odstawienia nie pozwoliła mu jednak na szaleństwo do krwi. Gdy czuł mniej, zwalniał. Tak po prostu. Umiar w obłędzie. Beztroski pierdotrucht.
Dogadza sobie tym bieganiem. I wolnością, którą dopiero teraz w nim pojął.
Bardzo proszę.

niedziela, 5 maja 2013

kto wie lepiej

Albo inaczej. To wy macie rację. A ja jestem hipokryzją. Jedną wielką niekonsekwencją. Więcej U. tam, niż tu. Pokaż U. prawdziwą twarz, no już. Przecież wiemy lepiej, co dla ciebie dobre.
Pokażę. Już niedługo.