czwartek, 27 września 2012

to, czego nigdy nie widziałeś

Sezon koncertowy za pasem. Bileciki - niecierpliwe - drżą; płyty - gwałcone - zdzierają; sąsiedzi - edukowani - cierpią. O muzyce było już. Że ludzie śpiewają, niektórzy ludzie, i że śpiewają dobrze. Niektórzy. Doceniam umiejętności, których sama nie posiądę, choćbym nawet bardzo się starała. To jest jedna z tych sytuacji, gdzie nie sprawdza się dewiza mówiąca, iż człowiek potrafi nauczyć się wszystkiego. Ale jest kilka rzeczy najniezbędniejszych, do których – prócz jedzenia, seksu i biegania – należy muzyka. Choć więc śpiewać nie potrafię (natura bywa w szczodrości powściągliwa, poskąpiła mi nie tylko głosu), to nutę czuję. W końcu mam za sobą epizod muzyczny, który posiada namacalne umiejscowienie w czasie (lat temu kilka – powiedzmy - naście) i terytorialne (wiejska szkoła gdzieś na pełnym zakrętów i dziur szlaku z jednego zapomnianego miasteczka do drugiego).
Posiada też nazwę. Orkiestra Dziecięca Promyki, zwana też czasem (krzywdząco) orkiestrą mandolinistów. Mandoliny istotnie stanowiły, prócz tego, że front, to również trzon składowy zespołu. Myślę, że mogło ich być w porywach do dwudziestu (trzydziestu?), w zależności od stanu demograficznego w okolicznych wioskach. Rozbzyczane czoło małoletniej armii grajków. Nie mniej ważne były jednakowoż instrumenty pozostałe, tworzące matematycznie uporządkowane szeregi za półkolem pindolin*. Każdy miał swoje dokładnie wytyczone na holu** miejsce: akordeony (tak zwane pierwsze - nadające melodię oraz drugie – od akordów), gitary (basowa, elektryczna, a jak!), perkusja, organy elektryczne (sztuk dwie lub trzy, dokładnie nie pamiętam, a to dlatego, że zawsze były za plecami – w swej muzycznej karierze, którą rozpoczęłam od cymbałków i mandoliny, doszłam tylko do rzędu akordeonów; ale tych pierwszych, żeby było jasne), jakieś trójkąty, flety, inne przeszkadzajki, i chyba tyle. Czy też aż. Myślę, że nie schodziło z czterdzieściorga dzieciaków, które rokrocznie wymieniały się między sobą, gdyż jedni kończyli edukację, inni zaś zostawali dopuszczani do wielce nobilitowanego krzesełka na wspólnej próbie. Wtorki i czwartki, trzynasta trzydzieści, po ostatnim dzwonku. My i pan Henryk.
Jak ten człowiek to robił, nie wiem, ale pamięć o stworzonej przezeń orkiestrze każe wierzyć w pedagogów z powołania. No naucz Ryśka z czwartej klasy czytać nuty, a potem jeszcze zamieniać je na dźwięki. On nauczył tego kilkuset takich Ryśków, zespół funkcjonował bowiem z dwadzieścia kilka, myślę, lat. Nie chcę skłamać, ale świadczyłyby o tym czarno-białe zdjęcia ze szkolnej gabloty, uwieczniające koncerty w krajach bloku wschodniego. Majstersztyk pana Henryka to istny cud natury, bo nawet wujek google nie ma na ten temat nic do powiedzenia. Szukałam. Przykład na to, że nie wszystko, co się liczy, musi istnieć w internecie.
A dowodem na niebylejakość orkiestry był repertuar. Pamiętam Czardasza, utwory Beatlesów, Elvisa, było nieźle. Zwłaszcza na koncertach, gdzie każde z nas, mimo znienawidzonej, obciachowej muchy pod szyją***, z ukontentowaniem grało swoją partię. Owszem - festyny, odpusty i występy w gminnym domu kultury z okazji dnia matki czy święta edukacji narodowej, ale jedną scenę z prawdziwego zdarzenia zaliczyłam. Jakiś przegląd szkolnych form artystycznych w gdyńskim teatrze muzycznym. Niejaki Turnau też wówczas grał, a na sali mnóstwo ważnych, klaskających i niedowierzających person. Że też na takiej prowincji, proszę, proszę…
W pamięci najbardziej utkwił mi inny koncert, w mniej imponującym otoczeniu. Widownia - wiejska salka, zwykle głucha i nieodwiedzana przez obywateli (chyba, że akurat jakieś wesele czy stypa),  audytorium - rodziny i sąsiedzi, powyciągani spod sklepu i z domostw na bratanie się z kulturą. Cel: wycieczka do Malborka. Dzięki szczodrości publiki został osiągnięty. Nie to było jednak największym sukcesem tamtego występu. Łzy i duma w oczach dziadka, babci, mamy, taty – one zostały zapamiętane, nie krzyżackie mury.
Otworzyłam jakiś czas temu pokrywę pianina i po raz pierwszy od wielu lat wystukałam sekwencję granych niegdyś dźwięków. Love me tender, love me true… Pamiętam.


* mandolin – ze słownika grypsery młodocianych muzyków
** szkoła była w posiadaniu szerokiego asortymentu instrumentów i instrumentalistów, ale profesjonalnej sali prób już nie, więc zajęcia (próby muzyczne z prawdziwego zdarzenia) odbywały się na ogólnodostępnym korytarzu, który – w zależności od zapotrzebowania - robił też za salę gimnastyczną i dyskotekę
*** już naprawdę nic nie będę pisać o tych koszulach z bufiastymi rękawami; nic

niedziela, 23 września 2012

pogrzeb butów

Chciałoby się lepiej. Mocniej. Więcej. Szybciej. Inaczej. Chciałoby się wcisnąć guzik, za pomocą którego uruchomimy uśpioną machinę spełniającą to, co dotąd poza zasięgiem.
Ale chcieć nie znaczy móc. Niemoc rządzi, ona kreuje historię kundli w schronach, tybetańskich mnichów, nieurodzajnych plonów w czas suszy, wyobrażeń o nas samych. Bezsilni, bo sparaliżowani marazmem, dusimy własną wolność. Bez niej jesteśmy plątaniną chwiejnej irytacji. Frustracja rodzi podłość. Taki system obronny. Lecz przed atakami z wewnątrz nie chroni. Jesteśmy zagrożeniem dla samych siebie. I jesteśmy mali, zwłaszcza, gdy myślimy zgoła inaczej. Byle wiatr nas zdepcze. Może więc trochę pokory?
Ja korzę się. Żałuję już w chwili otwierania kłujących ust. Ale nie potrafię ich zamknąć na czas i rzeka nikczemności wylewa się na brodę. Można było inaczej, mniej napastliwie, przecież nie znoszę agresji.
Nie umiem przepraszać.
Pytanie, po co to wszystko. Dla własnych korzyści? Efekty świadczą przeciw. Zresztą, gdzie nie spojrzeć, tam nie warto. Tytułem magistra podcierają sobie tyłki miliony, szanownych profesorów nie ma za co szanować, panowie dyrektorzy, samotni w swych prezesowych fotelach, oglądają własne oblicza na retuszowanych obrazach. Czy nie lepiej by było, jak mówi Poeta, leżeć na łące, z kawałkiem chleba w kieszeni, i patrzeć, jak żyją chmury?
Wyluzować.
Wszystko kiedyś się kończy. Nawet niezmordowane szpilki, które miały być zawsze. Pytanie, czy te, które będą po nich, godnie zastąpią poprzedniczki i będą szły mimo deszczu czy brukowanej nawierzchni. Pytanie, czy ułożą się do stopy.
Dużo tych pytań.
Chciałoby się lepiej. Mocniej. Więcej. Szybciej. Inaczej. To jedyne wytłumaczenie.

poniedziałek, 17 września 2012

powrót z dalekiej podróży

Wycieczka była doszczętnie niezorganizowana. Na bilecie nie wskazano stacji pośrednich. Tak naprawdę nie było na nim też tej docelowej. Tak jakby wszyscy wiedzieli, dokąd zmierzają. I owszem, udają takich. Zgrywają zorientowanych, niewzruszonych, podając konduktorowi spoconą dłonią wymięty świstek. Czasem nawet spytają, od niechcenia jakby, o której planowany jest przyjazd. A konduktor - on wie - spokojnie odpowiada, że za trzy do czterech potknięć. A potem już z górki, na luzie, aż do wyhamowania na jednym z głuchych murów wyrzutów sumienia. Na murze graffiti z niespełnionych farb.
Moja podróż była w sumie wesoła. Z konduktorem polubiliśmy się do tego stopnia, że częstował skonfiskowaną wódką w przedziale dla wtajemniczonych. Miał nawet gitarę pod fotelem, ale o tym się nie mówi. Powiem tylko, że tańczyć można nawet, gdy struny pozrywane. Przez pociąg przewijali się ludzie. Mnóstwo ludzi. Kolorowi, pokraczni, niektórzy zdziwieni towarzystwem. Nie z każdym dało się jechać. Wiercili się, wzdychali niecierpliwie, za ciepło, za zimno. Narzekali.
Podobno ja narzekam. W zasadzie to prawda, choć absolutnie wcale nie. Tłumaczę, że to wrodzone. Pieprzyki z ironią. Mam je po przodkach, nie do usunięcia. Kiedyś w dowodzie osobistym było miejsce na znaki szczególne. Powinni mi tam wpisać te znamiona. Nikt by się wówczas nie dziwił. No bo ja taka z pozoru urocza niby. Że wszystko pięknie i słodko, dopóki nie otworzę ust i nie zmarszczę czoła. Gdzie nie spojrzę, tam smagam spojrzeniem. Zielone oczy krucjaty. Aż wstyd się robi. Mnie. Wstyd.
Ale niech ktoś mi powie, że nie mam racji. No, słucham.
Tak naprawdę jestem miła. Do bólu. Ten pluszowy króliczek, co ściska i tuli, nie jest w stanie zadusić mnie czułością, bo ja jej mam aż nadto. Niespożytkowana jednak, po wejściu w związek z tlenem, przechodzi w lotny stan krytyki. Tyle.
I lubię ludzi. Serio. Nawet, jeśli ci się lubić nie dają. Jak ten środkowy wagon na trasie do niewiadomego celu. Uprzejmie proszę nie otwierać okien. Bo wyskoczą. I to nie ja popchnęłam. No spójrzcie tylko. Twarz anioła.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich towarzyszy podróży. Macham im z peronu, patrzę, jak znikają w tunelu spraw minionych. Teraz podnoszę walizę i idę. Trzeba zrobić pranie.
Wróciłam z dalekiej podróży. Powroty zawsze są dziwne. Nieswoje. Ściany pachną inaczej, kot nie wyciąga się pod drzwiami. No fakt, nie mam kota. Ale jest kilka ulubionych płyt, a na tych podejrzanych ścianach wisi trochę wspomnień. I to one są domem, do którego zawsze będę jechać, choćby na gapę.

wtorek, 21 sierpnia 2012

z lasu

z lasu pochodzą drzewa. Drzewa mnie intrygują*. I ludzie. Ale ci są spróchniali. Kora z nich złazi, odkrywając dziurawe wnętrze. Przez siatkę ubytków widać pień stereotypów, kompleksów, bojaźni. Gałęzie chwiejne, niezdecydowane, drżą scenami z horrorów i baśni. Liście zapłakane nad własną samotnią. Ludzie są słabi, bo są sami. A są sami, bo są w tłumie. Roześmianym, chętnym, obcym.
Drzewa mają inaczej. Nigdy nie wątpią, są tam, gdzie ich miejsce, nie przebierają w znajomościach. Jesteś obok, więc jesteś ze mną. Tak jest i już. Ludzie – ludzie nie lubią spokoju. Komplikują, szumią, gubią. Nie zapuszczają korzeni. A jeśli już, to cierpią więzienie. Nawet, jeśli słodkie.
Nieważne, kim się jest. Zakompleksioną wierzbą czy durnym klonem. Czy opierzasz się na wiosnę zielenią, czy sztywno trzymasz igły uprzedzeń. Nie osiągniesz harmonii, boś nie drzewo. Ty jesteś ten, który je zetnie na regał ikea.
Z lasu wróciłam i stoję. Czy zawrócę?

*diagnoza własna, niepotwierdzona

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

koniec świata. dni otwarte

Miałam napisać coś ładnego. Tylko nie bardzo wiem, co jest ładne. Uroda to mało konkretne pojęcie. I dość mylące. Bo czy, jeśli coś podoba się A, to tym samym i B? Przecież B może  w ogóle nie lubić żółtego. Przykładowo ja do żółtego nie mam żadnych zastrzeżeń. W zasadzie żółty jest w porządku i może towarzyszyć mi w garderobie i na talerzu. Ścianę mam żółtą. Żółty podkoszulek. Ulubiony. Ale załóżmy, że B żółtego nie lubi. Wówczas wszelki wysiłek włożony w starania, język na brodzie i nieprzespana noc pójdą na marne. A ja się lubię wysypiać. Jak każdy porządny obywatel. I jak gros nich nie potrafię tego wykonać. Dlatego poprzestanę na tym i zamienię motaninę języka i czynów na zaproszenie. Do ekspiacji. Bo nadchodzi koniec świata. Udaję się na jego powitanie w asyście własnego potępienia. Wtapiam w zielone oblicze nicości i oczekuję innych dusz, które błądzą. Ciebie. Ciebie. I ciebie też. Brew twa unosi się, jesteś skruszonym grzesznikiem. Albo tylko grzesznikiem. Chwila na zadumę i zgrzyt zębów. A teraz dobra wiadomość. Na końcu świata jest czyściec. Takie miejsce, co przyjmuje wszelkie przewinienia. Bez słowa. Zamyka je w zielonej paszczy i mieli. Czego nie połknie – odda. Bez teczek, wyrzutów sumienia i zaschniętych pretensji. Na końcu świata zmieniają się perspektywy. Można nabrać dystansu pełne usta. Zapraszam.
Teraz mapa, gdyż  O. - słusznie zapewne - uważa, że bez mapy się nie da. Mam dość lękliwe podejrzenia, że nawet najlepiej rozrysowana mapa w tym akurat wypadku na niewiele się zda. Koniec świata to kompletnie zapadły w kosmosie punkt. Trafić tam najłatwiej przez przypadek. Dziadek mój znał takie historie. Ale dziadek już ich nie opowie, ja natomiast muszę spowodować, że czyjeś spragnione odkupienia stopy trafią na odpowiednią ścieżkę. Myślę, że najprościej będzie kierować się przed siebie. Po drodze trzeba minąć Kostarykę, ale minąć, a nie rozbić namiot w oczekiwaniu na samonalewające się drinki z palemką lub bez. Dopuszczalny jest co najwyżej przystanek na siusiu i zabranie dodatkowej porcji pasażerów. Tylko nie wyłączać silnika! Może nie zaskoczyć i trzeba będzie pchać. A to niezbyt miłe, biorąc pod uwagę fakt, że tam często korek. I dalej, na wprost (uwaga na radary). Aż do skrzyżowania rzeczywistości z bajką, jakieś trzydzieści kilometrów za zamkiem. Potem już tylko wiatr we włosach i jazda do lasu. Proszę tylko mieć baczenie na niezidentyfikowane przez jakiekolwiek urzędy pojazdy mechaniczne na trasie. Im ich więcej, tym bliżej celu. Są tacy, co twierdzą, że będą u niego, gdy zapadną się po kolana w zgniłe pole. Może i tak, lato tego roku mokre.
Prawdopodobnie nikt nie trafi. 

poniedziałek, 30 lipca 2012

doznanie fenomenu o czwartej po południu

To było dziś. Popołudnie jak zwykle, przed zmęczonym wieczorem, po przeciętnych trzech kawach. Bez cukru. Z mlekiem. Trzecia nigdy nie smakuje, jak powinna. Może dlatego, że nie palę.
Posuwistym - ale nie, że płynnym, bardziej wleczonym - krokiem zmierzam ku kolejnej dawce strwonionego dnia. Jest pod górę, jak zwykle. Jest ciepło i mokro. Bez rewelacji. Kalafior w sklepowym koszyku przekonuje o bezsensie wszelkiej aktywności. W zasadzie po co ten kalafior. Można było wypiąć się na jego modyfikowaną erudycję i pójść w drugą stronę. Na przykład na plażę.
No tak, ale ma padać.
Więc brnę dalej. Pieczywo, nabiał, nuda. Żeby chociaż coś. Jakiś lokalny armagedon, kłótnia przy kasie czy wywrotka skrzynek z tyskim. Bezwstydny taniec pragnień. Trzeba było wziąć tę mniejszą główkę. Pójdzie na zmarnowanie. Szesnasta pięć i dalej nic.
Dwadzieścia minut później było już po wszystkim. Powietrze jeszcze dyszy z emocji, nie wierzy w złamaną dopiero co przestrzeń.

Ale od początku.
Stała tam. Wyniosła, milcząca sprawczyni parkosyzmów. Mityczna istota, przedmiot kultu mocarzy kilku dziesięcioleci. Wielka, piękna, mocna. Straszna. Zaszeptana legendami, nie zdradza, ile w nich mitu. Lubi, że gadają. A mówią, że wiedźma. Modliszka, pożerająca niewinne nerki dzieci, acz księżą podłością zbrodniarzy nie gardzi. Ssie limfę przez rurkę z wydechów, wypluwa truchła na bruk. Lub wciąga na wieczną niepamięć, nie szukaj porwanych. W jej ochach przeszklonych enigmą przegląda się ciekawość. Trochę się przez to wywyższa, ale nic nie zrobisz. Ma przewagę, jest starsza.
Czarna Wołga, rocznik 77.
Nie wychodzi przed szereg, sącząc cień z ukosa przygląda się światu. Prychająca wyrocznia. Wie, ile kosztuje przyjaźń. Podobno ile miłość, też. Taka mądra. Jak to kobieta po przejściach. Ale nie powie. Każe szukać odpowiedzi, sama milczy jak zaklęta, jak zgwałcona ofiara prawdy.
Czarna Dama sopockich alejek. Dosiada jej Rycerz bez Kopii, był jej kochankiem nie raz. Destrukcyjna namiętność wypala baterie, składa wycieraczki, przegania splin. Nieśmiertelni królowie szos. Na złamanie skręconych kręgosłupów. Cwał, szał, srebrna gałka błyszczy w mroku.

Każdy chce, każdy pragnie, ale nie wszystkim jest dane. Zanurzyć się w jej przestronne, ciepłe wnętrze. Trzeba odwagi – to jedno, zaproszenia – drugie. Piętnaście po czwartej trzasnęły drzwi, zadrżały uda, kalafior przetoczył się w torbie. Jestem częścią historii, której nie znam. Przejażdżka po torze niewiedzy. Dziesięć minut, na które spuszczę zasłonę uśmiechu. Dziesięć minut to dużo czasu. Można wjechać na szczyt. Nawet dwa razy. Podobno.

wtorek, 24 lipca 2012

m jak moda na seks

Serialami Polska stoi. Seriali się nie ogląda, ale się je zna. Zamknięte za szybką plazmy komplikacje zaplątane w zębowy aparat niełatwych losów sztucznych nas. Sztucznych, bo nieprawdziwych, zmontowanych z paranoi i niemożliwości. Lubimy te obłąkane historie, w końcu takie wyjęte z pudełka zdrowego rozsądku. Między jednym a drugim blokiem reklam nieco zaciera się szary wtorek nudnych widzów. Wena, telenowela, bareizm. Skrywana ciąża i miłość do własnej siostry. Intrygi w przedszkolu, morderstwo za kanapkę z pleśniowym serem. Dostateczna porcja cudzych problemów i ekscytacji. Nie my, oni.
Wpatrzeni w ekran nie zauważamy, jak te przerysowane role pęcznieją i puchną, nie mieszczą się w pudle, wyłażą do pokoju. Siadają w waszych ulubionych fotelach, chwytają pilota i zmieniają kanał. I kto ma teraz władzę? Kto patrzy, kto gra? Jaki jest twój udział w spektaklu? Telenowela trwa, odcinek trzy tysiące pięćset dwudziesty siódmy. Reżyser jest bezlitosny, masz dążyć ku destrukcji. Zabij swoje ja, teraz masz być nim. Z nim. Nie, nie z tamtym. Ten był czterdzieści odcinków temu. Teraz podpal dom. Już w nim nie mieszkasz. Co taki zdziwiony, tragedia musi być, inaczej nie ma komedii. A na koniec wino z bąbelkami. Świętujesz porażkę szacunku do siebie i całego planu zdjęciowego.
Zagrani, zafajdani, zgubieni.
Wyłączcie telewizor. Telewizja kłamie. Wcale nie kochasz własnej siostry. Nie daj sobie wmówić.

sobota, 21 lipca 2012

ucieczka z ostatniej lekcji

Przez moment byłam znów dzieckiem. Rozbawionym małolatem skaczącym w kaloszach po mokrym piachu. Dziewczynką, co chciała być chłopcem. Rozhuśtaną formą bezkarności. Przez moment nie było problemów ważniejszych niż siusiu i wyścigi w opróżnianiu kubka. Liczyły się tylko chwytane w locie uśmiechnięte oczy. Rozmowy o rzeczach, które niczemu nie służą. Bo nie muszą. Zgadywanki i tańce w nierytm. Gąski, gąski do domu. Patyczek i dziurka.
Na moment zsunął się plecak codziennych bied. Wypadł piórnik z poukładanymi według wzrostu ołówkami. Rozsypały się i nie trzeba było ich zbierać. Przyjemna lekkość barków. Całkiem miło.
Dlaczego piaskownica nie może trwać wiecznie? Jak tylko z niej wyjść, obręcz zaciska się w dobrze znany, markotny ból. Tam, wysoko. W okolicy serca i jaźni.

niedziela, 15 lipca 2012

samotność konsumenta

Chwilowo milczę, co nie znaczy, że nie dzieje się. Się dzieje, i w zasadzie mogłoby trochę przestać, bo człowiek ograniczonym stworzeniem jest i spać musi. Gdyby zaś chciał ogarnąć wszystko, co się dzieje, nawet w zupełnie subiektywnie wyselekcjonowanej przestrzeni, musiałby nie tylko zrezygnować z luksusu zażywania snu, co jeszcze jakieś perpetuum mobile dostosować do potrzeb homo bywającego. To jednak w sferze życzeń pozostaje, skutkiem czego ja bywam zmęczona i niedosycona, a wy pozostawieni bez regularnych notek. Z tą moją regularnością to naprawdę, kiepsko jest, i boleję nad tym bardzo. Jak już się zaprę i staram z równą częstotliwością wprowadzać w życie czynności przeróżne, to jakaś złośliwa mikroapokalipsa skutecznie wszystko ucina. Dobrze, że choć do pracy regularnie wstaję i się udaję. W przeciwnym razie mogłoby być nieciekawie. Choć z pewnością nienudno.  
Co do regularności i pracy jeszcze: dowiedziałam się ostatnio, że najlepiej publikować posty w czwartki - z powodu piątków. Piątki podobno są takimi dniami, gdy strudzeni tygodniem wyrobnicy cudzych majątków przeszukują internet w poszukiwaniu lektury, która skutecznie zajmie ich do regulaminowej szesnastej. Ja się tam na internetowym marketingu nie znam, ale jeśli to prawda, to nawet tej reguły trzymać się nie potrafię. Na usprawiedliwienie mam obietnicę nowego, będącego owocem mej aktualnej ganianiny. W myśl przyjętej niedawno, zdrowej zasady: raczej percepcja, niż kreacja. Tę ostatnią zostawmy artystom. Tajemnicy z tego nie robię, a nawet staram się pewne jednostki do owej włóczęgi wespół ze mną zaprząc. Z miernymi, niestety, efektami. Słowo-klucz: kultura. Jak padnie, to wszyscy na tak, w aprobacie pełnej i w ogóle entuzjazm i przyklaskiwanie. Gdy w ślad za nim konkretna idzie propozycja, ubrana nierzadko w zgrabną formę zaproszenia – to już gorzej. Wiadomo, praca, dom, dzieci, psy, rybki, ogródek do wyplewienia, nagły atak bólu zęba. Sprawy oczywiste i niezbywalne. Na powyższych kultura zawsze traci. Poza tym łatwiej wydać 30 polskich złotych na trzy (dwie? nie jestem rozeznana w cenach) paczki papierosów, niż na sztukę teatralną czy niszowy koncert. Ale to kwestia priorytetów. Niemniej jednak upraszam szanownych czytelników, by mi wyrzutów z powodu braku wspomnianej blogowej regularności nie czynili, gdyż czas swój ostatnio pożytkuję na inne aktywności. Może nie tak ważne, jak wieczorne siusiu psa (nie posiadam póki co), czy wyrywanie chwastów z pietruszkowych grządek (nie posiadam również, i deklaruję, iż posiadać nie będę), ale w mojej osobistej hierarchii stojące wysoko. Przyznaję też, że dotąd zaniedbywane, również z powodu aktywności zgoła innych. Tym bardziej więc angażuję się teraz w celu minimalnego choćby nadrobienia zaległości. I dobrze mi z tym, choć czasem ciężko (serce słabe, organizm nie ten, w plecach strzyka, słowem – albo lepiej bez słów).
Jeśli ktokolwiek chciałby poczuć się powyższymi dywagacjami urażony, to z góry tego zabraniam, gdyż absolutnie w nikogo wymierzone nie są. Jeśli natomiast sprowokowały kogoś do chęci chociaż czynnego udziału w kulturze szeroko pojętej, a tym samym do sporadycznego towarzyszenia mi, będzie mi niezmiernie miło. Planuję w najbliższym czasie akcję zorganizowanego bytowania z wybranym wydarzeniem, niektórzy mogą spodziewać się zaproszeń. Jeśli nastąpi oddźwięk, to może cyklicznie..? Znaczy: regularnie..? Ale wstrzymuję na razie wodze fantazji. Póki co jestem, bardziej tam, niż tu, ale zawsze gdzieś w okolicy.
Na koniec tego wpisu o niczym muszę odnotować pewien istotny fakt, mogący większości ujść uwadze. Mamy tego lata zatrzęsienie biedronek.