poniedziałek, 30 lipca 2012

doznanie fenomenu o czwartej po południu

To było dziś. Popołudnie jak zwykle, przed zmęczonym wieczorem, po przeciętnych trzech kawach. Bez cukru. Z mlekiem. Trzecia nigdy nie smakuje, jak powinna. Może dlatego, że nie palę.
Posuwistym - ale nie, że płynnym, bardziej wleczonym - krokiem zmierzam ku kolejnej dawce strwonionego dnia. Jest pod górę, jak zwykle. Jest ciepło i mokro. Bez rewelacji. Kalafior w sklepowym koszyku przekonuje o bezsensie wszelkiej aktywności. W zasadzie po co ten kalafior. Można było wypiąć się na jego modyfikowaną erudycję i pójść w drugą stronę. Na przykład na plażę.
No tak, ale ma padać.
Więc brnę dalej. Pieczywo, nabiał, nuda. Żeby chociaż coś. Jakiś lokalny armagedon, kłótnia przy kasie czy wywrotka skrzynek z tyskim. Bezwstydny taniec pragnień. Trzeba było wziąć tę mniejszą główkę. Pójdzie na zmarnowanie. Szesnasta pięć i dalej nic.
Dwadzieścia minut później było już po wszystkim. Powietrze jeszcze dyszy z emocji, nie wierzy w złamaną dopiero co przestrzeń.

Ale od początku.
Stała tam. Wyniosła, milcząca sprawczyni parkosyzmów. Mityczna istota, przedmiot kultu mocarzy kilku dziesięcioleci. Wielka, piękna, mocna. Straszna. Zaszeptana legendami, nie zdradza, ile w nich mitu. Lubi, że gadają. A mówią, że wiedźma. Modliszka, pożerająca niewinne nerki dzieci, acz księżą podłością zbrodniarzy nie gardzi. Ssie limfę przez rurkę z wydechów, wypluwa truchła na bruk. Lub wciąga na wieczną niepamięć, nie szukaj porwanych. W jej ochach przeszklonych enigmą przegląda się ciekawość. Trochę się przez to wywyższa, ale nic nie zrobisz. Ma przewagę, jest starsza.
Czarna Wołga, rocznik 77.
Nie wychodzi przed szereg, sącząc cień z ukosa przygląda się światu. Prychająca wyrocznia. Wie, ile kosztuje przyjaźń. Podobno ile miłość, też. Taka mądra. Jak to kobieta po przejściach. Ale nie powie. Każe szukać odpowiedzi, sama milczy jak zaklęta, jak zgwałcona ofiara prawdy.
Czarna Dama sopockich alejek. Dosiada jej Rycerz bez Kopii, był jej kochankiem nie raz. Destrukcyjna namiętność wypala baterie, składa wycieraczki, przegania splin. Nieśmiertelni królowie szos. Na złamanie skręconych kręgosłupów. Cwał, szał, srebrna gałka błyszczy w mroku.

Każdy chce, każdy pragnie, ale nie wszystkim jest dane. Zanurzyć się w jej przestronne, ciepłe wnętrze. Trzeba odwagi – to jedno, zaproszenia – drugie. Piętnaście po czwartej trzasnęły drzwi, zadrżały uda, kalafior przetoczył się w torbie. Jestem częścią historii, której nie znam. Przejażdżka po torze niewiedzy. Dziesięć minut, na które spuszczę zasłonę uśmiechu. Dziesięć minut to dużo czasu. Można wjechać na szczyt. Nawet dwa razy. Podobno.

wtorek, 24 lipca 2012

m jak moda na seks

Serialami Polska stoi. Seriali się nie ogląda, ale się je zna. Zamknięte za szybką plazmy komplikacje zaplątane w zębowy aparat niełatwych losów sztucznych nas. Sztucznych, bo nieprawdziwych, zmontowanych z paranoi i niemożliwości. Lubimy te obłąkane historie, w końcu takie wyjęte z pudełka zdrowego rozsądku. Między jednym a drugim blokiem reklam nieco zaciera się szary wtorek nudnych widzów. Wena, telenowela, bareizm. Skrywana ciąża i miłość do własnej siostry. Intrygi w przedszkolu, morderstwo za kanapkę z pleśniowym serem. Dostateczna porcja cudzych problemów i ekscytacji. Nie my, oni.
Wpatrzeni w ekran nie zauważamy, jak te przerysowane role pęcznieją i puchną, nie mieszczą się w pudle, wyłażą do pokoju. Siadają w waszych ulubionych fotelach, chwytają pilota i zmieniają kanał. I kto ma teraz władzę? Kto patrzy, kto gra? Jaki jest twój udział w spektaklu? Telenowela trwa, odcinek trzy tysiące pięćset dwudziesty siódmy. Reżyser jest bezlitosny, masz dążyć ku destrukcji. Zabij swoje ja, teraz masz być nim. Z nim. Nie, nie z tamtym. Ten był czterdzieści odcinków temu. Teraz podpal dom. Już w nim nie mieszkasz. Co taki zdziwiony, tragedia musi być, inaczej nie ma komedii. A na koniec wino z bąbelkami. Świętujesz porażkę szacunku do siebie i całego planu zdjęciowego.
Zagrani, zafajdani, zgubieni.
Wyłączcie telewizor. Telewizja kłamie. Wcale nie kochasz własnej siostry. Nie daj sobie wmówić.

sobota, 21 lipca 2012

ucieczka z ostatniej lekcji

Przez moment byłam znów dzieckiem. Rozbawionym małolatem skaczącym w kaloszach po mokrym piachu. Dziewczynką, co chciała być chłopcem. Rozhuśtaną formą bezkarności. Przez moment nie było problemów ważniejszych niż siusiu i wyścigi w opróżnianiu kubka. Liczyły się tylko chwytane w locie uśmiechnięte oczy. Rozmowy o rzeczach, które niczemu nie służą. Bo nie muszą. Zgadywanki i tańce w nierytm. Gąski, gąski do domu. Patyczek i dziurka.
Na moment zsunął się plecak codziennych bied. Wypadł piórnik z poukładanymi według wzrostu ołówkami. Rozsypały się i nie trzeba było ich zbierać. Przyjemna lekkość barków. Całkiem miło.
Dlaczego piaskownica nie może trwać wiecznie? Jak tylko z niej wyjść, obręcz zaciska się w dobrze znany, markotny ból. Tam, wysoko. W okolicy serca i jaźni.

niedziela, 15 lipca 2012

samotność konsumenta

Chwilowo milczę, co nie znaczy, że nie dzieje się. Się dzieje, i w zasadzie mogłoby trochę przestać, bo człowiek ograniczonym stworzeniem jest i spać musi. Gdyby zaś chciał ogarnąć wszystko, co się dzieje, nawet w zupełnie subiektywnie wyselekcjonowanej przestrzeni, musiałby nie tylko zrezygnować z luksusu zażywania snu, co jeszcze jakieś perpetuum mobile dostosować do potrzeb homo bywającego. To jednak w sferze życzeń pozostaje, skutkiem czego ja bywam zmęczona i niedosycona, a wy pozostawieni bez regularnych notek. Z tą moją regularnością to naprawdę, kiepsko jest, i boleję nad tym bardzo. Jak już się zaprę i staram z równą częstotliwością wprowadzać w życie czynności przeróżne, to jakaś złośliwa mikroapokalipsa skutecznie wszystko ucina. Dobrze, że choć do pracy regularnie wstaję i się udaję. W przeciwnym razie mogłoby być nieciekawie. Choć z pewnością nienudno.  
Co do regularności i pracy jeszcze: dowiedziałam się ostatnio, że najlepiej publikować posty w czwartki - z powodu piątków. Piątki podobno są takimi dniami, gdy strudzeni tygodniem wyrobnicy cudzych majątków przeszukują internet w poszukiwaniu lektury, która skutecznie zajmie ich do regulaminowej szesnastej. Ja się tam na internetowym marketingu nie znam, ale jeśli to prawda, to nawet tej reguły trzymać się nie potrafię. Na usprawiedliwienie mam obietnicę nowego, będącego owocem mej aktualnej ganianiny. W myśl przyjętej niedawno, zdrowej zasady: raczej percepcja, niż kreacja. Tę ostatnią zostawmy artystom. Tajemnicy z tego nie robię, a nawet staram się pewne jednostki do owej włóczęgi wespół ze mną zaprząc. Z miernymi, niestety, efektami. Słowo-klucz: kultura. Jak padnie, to wszyscy na tak, w aprobacie pełnej i w ogóle entuzjazm i przyklaskiwanie. Gdy w ślad za nim konkretna idzie propozycja, ubrana nierzadko w zgrabną formę zaproszenia – to już gorzej. Wiadomo, praca, dom, dzieci, psy, rybki, ogródek do wyplewienia, nagły atak bólu zęba. Sprawy oczywiste i niezbywalne. Na powyższych kultura zawsze traci. Poza tym łatwiej wydać 30 polskich złotych na trzy (dwie? nie jestem rozeznana w cenach) paczki papierosów, niż na sztukę teatralną czy niszowy koncert. Ale to kwestia priorytetów. Niemniej jednak upraszam szanownych czytelników, by mi wyrzutów z powodu braku wspomnianej blogowej regularności nie czynili, gdyż czas swój ostatnio pożytkuję na inne aktywności. Może nie tak ważne, jak wieczorne siusiu psa (nie posiadam póki co), czy wyrywanie chwastów z pietruszkowych grządek (nie posiadam również, i deklaruję, iż posiadać nie będę), ale w mojej osobistej hierarchii stojące wysoko. Przyznaję też, że dotąd zaniedbywane, również z powodu aktywności zgoła innych. Tym bardziej więc angażuję się teraz w celu minimalnego choćby nadrobienia zaległości. I dobrze mi z tym, choć czasem ciężko (serce słabe, organizm nie ten, w plecach strzyka, słowem – albo lepiej bez słów).
Jeśli ktokolwiek chciałby poczuć się powyższymi dywagacjami urażony, to z góry tego zabraniam, gdyż absolutnie w nikogo wymierzone nie są. Jeśli natomiast sprowokowały kogoś do chęci chociaż czynnego udziału w kulturze szeroko pojętej, a tym samym do sporadycznego towarzyszenia mi, będzie mi niezmiernie miło. Planuję w najbliższym czasie akcję zorganizowanego bytowania z wybranym wydarzeniem, niektórzy mogą spodziewać się zaproszeń. Jeśli nastąpi oddźwięk, to może cyklicznie..? Znaczy: regularnie..? Ale wstrzymuję na razie wodze fantazji. Póki co jestem, bardziej tam, niż tu, ale zawsze gdzieś w okolicy.
Na koniec tego wpisu o niczym muszę odnotować pewien istotny fakt, mogący większości ujść uwadze. Mamy tego lata zatrzęsienie biedronek. 
  

niedziela, 1 lipca 2012

nowy właścicielu mojego zegarka

Gratuluję doskonałego wyboru! Niniejszym stałeś się posiadaczem niezwykle gustownego, kobiecego, przyjemnego zegarka. Z pewnością doceniasz jego walory, nie zainteresowałbyś się nim bez powodu. Decyzję o jego nabyciu podjąć musiałeś szybko, bez rozglądania się na boki. Tak, wiem, prawa rynku są jasno określone i okrutne: nie ty, to ktoś inny. Tym bardziej gratulacje.
Chciałabym dać ci kilka cennych wskazówek dotyczących twego nowego drobiazgu. Jest delikatny i kruchy, jak jego poprzedni właściciel, dbaj więc o niego. Nie używaj niezgodnie z przeznaczeniem i – broń Boże – nie odpinaj w miejscu publicznym! Możesz tym skusić los i innych, podobnych Tobie. Z całym szacunkiem, rzecz jasna.
Jeśli zatrzyma się nagle, to znak, że i ty winieneś na moment przystanąć. Ruch wznowisz wciskając złotą gałkę. Czas zacznie się na nowo.
Możesz tego nie wiedzieć, ale zegarek ten posiada własną historię. Odnoś się doń z miłością, w końcu niesie ze sobą wiele ludzkich emocji. Pod szkłem ukryte ma pomyślności i łzy, perypetie i rozstrzygnięcia, losy. Mam nadzieję, że sprawi ci wiele radości. Mnie sprawiał. Był przyjemnym wspomnieniem pewnego fragmentu mojego życia. Wartość sentymentalna? Tak, ale nie przejmuj się. Skup się na swoim. W końcu masz coś, co jeszcze wczoraj należało do mnie: pamięć. 
     
 

sobota, 23 czerwca 2012

z wizytą u niedźwiedzia

bez antenowej ciszy, przeszklonych ścian dzielących majestat tych, co mówią od przeciętności tych, co słuchają, bez nastroju głębokiego wtajemniczenia, zagadki drugiej strony lustra, konieczności wyłączenia telefonów pod groźbą śmierci. Po prostu. Naprzeciw tego, który dzierży władzę - czyli mikrofon - od lat, bez powinności bicia pokłonów i całowania w słynną mistrzowską dłoń, w atmosferze spotkania przy kawie, a nie oficjalnej audiencji u papieża polskiej hierarchii muzyki.
Niedźwiedź siedzi. Z rękoma na kolanach, jak uczeń pod srogim okiem wychowawcy, uśmiecha się skromnie. Onieśmielenie nikłym audytorium? Sześć osób na krzyż przyszło do króla. Wstydź się, narodzie.
Ten jednak tkwi na miejscu, niewzruszony, acz sympatyczny. Uśmiecha się nadal. On wie. Ten spokój to chwila. W następnej będzie siła.
Moc nadchodzi wraz z pierwszym słowem, z dobry wieczór tak znanym od lat. Niedźwiedź przemówił. Aż dziwnie to widzieć, świętokradczy gest ciekawskiego zuchwalca. Zawstydzony poddajesz się urokowi fal, płynących w eter spod waszych stóp. Jesteś częścią pisanej na szpulach historii.
I nagle krach. Kameralne grono rozpycha napływająca z ulicy gawiedź. Wszyscy chcą zdjęcie z niedźwiedziem, parcie na mikrofon wyzwala zew krwi. Deptanie po piętach, okrutne trzaskanie drzwi, szelest aparatów, awantury o lepsze pozycje. Pani zasłania mi widok! A pani od kiedy ogląda radio? Oblepiony, święty stolik pana z radia. Szczęśliwcy dopadli kantów ołtarza. Pozdrawiam babcię Małgosię, babcię Marysię, dziadka Stasia i dziadka Henia, ciocię Helenę i Jolę z drugiej ce. Z czających się reklamówek wysypują się książki spragnione autografów. Panie niedźwiedź, ludzie się gapią – a nie mieli słuchać? Ten podpisuje, pozuje, taki spokojny w szaleńczych błyskach lamp. Chciałam zrobić zdjęcie i ja. Ale nie wyszło, jakieś takie zamazane. I dobrze. Nie należy burzyć porządku rzeczy. Trzeba zostawić pewne ideały w kategoriach nieuchwytnej iluzji, za mistyczną obudową odbiornika.
Radio wychodzi do ludzi. Niechże już czyni to kościół. Byle nie odłam toruński.

Magia radia? Tak, ale jak dawniej, mniej bezpośrednio, z odrobiną tajemnicy.
Tysiąc pięćset osiemdziesiąte szóste wydanie listy za nami.
    

niedziela, 17 czerwca 2012

za twoim przewodem

Moc wszystkiego. Mnogość. Ludzie, twarze, barwy, głosy. Miasta, krzyki, wrzeń niedosyt. Tańce, śpiewy, smak i zapach święta. Flagi, szale, rozedrgane gardła. Tyle tego. Pospolite ruszenie narodu. Najważniejsze kwestie to długość trawy, spalone marzenia, wybór bramkarza i nagły brak piwa. W atmosferze respect strumienie z kuroniówkowych i poselskich kies zapełniają czarę ofiary na wspólny, wyższy cel: przełamania zakorzenionej w polskich genach martyrologii. Promile przelane za zwycięstwo, o którym mówili wszyscy, lecz mało kto w nie tak naprawdę wierzył. Istotne jest powstanie, płakać krwią będziemy, ale to potem. Bo my mamy w zwyczaju porywać się na silniejszego przeciwnika z namiastką armii uzbrojonej kpiną, nie orężem. Co nie znaczy, że tym razem nie spuścimy przyłbic i nie ruszymy ślepo na rzeź. Cel: przezwyciężyć fatum historycznych porażek, od króla Stasia po mundiale kończone na fazach grupowych eliminacji. Dziejemy się wspólnie, czujemy podobnie. Nawet, jeśli poza strefami kibicujemy zgoła innym bożkom. Polosceptycyzm blaknie na tle euroentuzjazmu. Słowa: wiara, nadzieja i miłość puchną od nadużywania. Wiara, że my wam wszystkim pokażemy. Mamy stadiony, autostrady, ekrany w barach, nasi tramwajarze nauczyli się sell ticket. Jesteśmy fajni i kolorowi. Nadzieja, że w to uwierzą. Że my uwierzymy. Miłość do piłkarzy, deklarowana z każdego okna i na rogu każdej ulicy. Jesteśmy z wami!
Tak było jeszcze wczoraj. Dzisiaj solidarność jakoś tak ucichła. Biało-czerwone szale zsunęły się z karków, które znów zgięły się od cierpiętniczej codzienności. No przecież oni (już nie my) zawsze zawalają mecze o wszystko. Przerzucam kanały telewizyjne i z trudem odnajduję tak dobrze już znany piłkoszał. Tu pani opowiada o Sandomierzu, tam kino familijne, nie ma eurogorączki, piłkarskich ekspertów, kibiców, którzy jeszcze nie położyli się spać.
Kilku rzeczy się jednak nauczyłam. Czasem remis to przegrana. Czasem remis to wygrana. Czasem zaś lepiej być rozsądnym. Ale przecież – nic się nie stało. Polacy, nic. Ponad proroctwa staropolskich wieszczów. Chciał nam przykład dać Franciszek, jak zwyciężać mamy. Ino nie wyszło. Słowiański los.
Dla jasności: i ja w tym szale byłam, w kibica się bawiłam, a com widziała i słyszała, w refleksje zamieniłam. Wszelkie uszczypliwości i podobieństwa do tragizmów historii są zupełnie nieprzypadkowe i wynikają z poczucia niesprawiedliwości faktem łożenia na pobory związanych krawatami i układami panów z pzpn, którzy tyle mają do czynienia ze sportem, ile uda im się upchnąć w kieszeniach markowych garniturów.
Rodacy! Jeśli chcecie kibicować Polakom w grupie śmierci, to przerzućcie kanał na siatkarzy. Ci panowie wygrywają, i to w wielkim stylu, bez stadionów i stref kibica. Można? Można.

niedziela, 3 czerwca 2012

w odpowiedzi będzie cisza

Powiedzieli, co mieli. Nie do powiedzenia. Do przemilczenia. Słów już za dużo, zdań namiętnych rzuconych w polemicznej gorączce z obronnych murów zamkniętych ich. Dyskusja nie zmienia perspektyw. Każda ze stron obstaje przy swoim.
Wiatr nie wgłębia się w podskórne czucie. Zostaje na powierzchni, zachłyśnięcie nie grozi. Tak jest dobrze, tak wygodnie i zawsze można powiedzieć, że przecież to wcale nie on. On wiał nieopodal, ale nie tam. Alibi na nieobecność w topieli.
Królewna nadal śni. Sen daje władzę, moc kreacji i reżyserską butę. Nie musi nic ponad zachciane. Absolutna monarchini swego lasu. Elegancko przyjmuje oddawaną jej cześć. Nieusłużne tylko drzewa, ale im wolno. Z racji ukorzenienia w płynnej glebie snu. I tak nikt nie rozumie języka ironii sączącej się żywicą doświadczenia z kory, która nie takie rzeczy widziała. Drzewa są ponad to, co śmiertelne. Nawet królowie ich nie wzruszają. Mają dystans. Patrzą, ale nie mówią. Widzą, lecz słowa nie pisną. Trzymają prawdę w korzeniach. Niewzruszone.

Królewna i wiatr. Mieli tyle wspólnego. Rozumieli swoje nieprzystawalności. Ona łaskawie gościła go w swym lesie. On życzliwie przyjmował proszenia. Wpadał wichrem między słowa i palce, robił zamieszanie i znikał. Zgodnie z warunkami dwustronnej umowy o grzech, który chce się popełnić. Niespisane reguły, według których wpadali na siebie czasem, wikłając się w festiwal gier i zabaw, udając zaangażowanie błahostkami. Permanentny dzień dziecka. Schadzki urządzane w chwilach otępiałych przez przygodę. Muzyka w rytm zapomnienia. Igraszki na nosie powagi. Rozwlekłe polemiki na wybitnie niepoważne tematy. O falach, że takie zawzięte. Mogłyby przecież czasem zmienić obiekt zaczepek i nie bić tak uparcie tylko o brzeg. O tym, że gdy pada, to nie pod mostem. O skłonności do ulotności. O kisielowej konsystencji chmur.

Mimo tak niepodobnych kręgosłupów i zgoła różnych żyć poza lasem - pojmowali się. Przenikali wzajemnie swe płaszczyzny, odkrywali ich skrawki nie zdradzając nic. Zgoda następowała co do jednego - niczego nie brakuje. Jest tyle, ile trzeba. Nie trzeba nic. Tylko czasem odrobinę czegoś przyjemnego. Dziecięca szczerość bycia. Popsuta przez dorosłość. Bo gdy tylko dopuszczono do głosu poważne argumenty, piaskowy zamek runął, zdeptany wielką stopą obaw i zarzutów.
Powiedzieli, co mieli. Nie do powiedzenia. Do przemilczenia. Słów zabrakło. Drewniana cisza.
  

piątek, 25 maja 2012

mówi wiatr

Królewno.
Próżne twe modły o me nawrócenie. Jestem wiatr, jestem stary. Przeżyłem więcej, niż twe materialne ciało może unieść.
Dziecko.
Nie szarp się. Ja wszystko wiem, nie mówisz mi nic, czego bym nie znał. Przewiałem wiele miejsc i czasów, dotknąłem bólu i rozkoszy, chłonąłem wschody i zachody epok, żyłem i umierałem po wielokroć. Po każdej śmierci ubierałem się w nową, nienamacalną szatę, każda kolejna młodszą była i mniej dojrzałą od poprzedniej. Dla niepoznaki i ulgi. Gdybym nie wdziewał maski beztroski, musiałbym zadmuchać słońce grubymi chmurami tkanymi z czarnej przędzy cierpień. Niewiedza jest błogosławieństwem, które już na mnie nie spłynie. By nie pamiętać, muszę się zapominać. Zagrywać wieczny bal, puszczać krew z przepełnionych chmur, by skroplić choć chwilę szczęścia.
Taką chwilą jesteś ty, królewno.
Znalazłem cię przypadkiem, dlatego w ciebie wierzę i dlatego to jest dramat. Jak wszystkie muzy jesteś schowana. Trzeba cię wyłuskiwać z kartonowych zakładek przyziemnej książki o teraz. Każde teraz jest nieciekawe, składa się z takich samych, geometrycznie przystawalnych elementów, udawanych niespodzianek, przewidywalnych scen. Zawsze w jedną stronę, według ściśle ustalonego harmonogramu, z wymierzoną porcją efektu. Wszelkie odstępstwa są zaplanowane, nie dziwią mnie. To kobiety, o które już przed wiekami toczono zaciekłe wojny, choć piękno ich nie mogło wskrzesić tych, co polegli w imię cudzej ku nim miłości. To przywódcy, za którymi ślepo szły narody, pozwalając, by czyjeś nieuzasadnione szaleństwo było jedynym epitafium na ich bezimiennych mogiłach. To odkrywcy, wierzący w swą boską moc tworzenia tego, na co tylko natknęli się w swej wędrówce przez dany im czas. Wizjonerzy miotający ze szczytów zaklęcia, które nie zbawią nikogo, tym bardziej ich samych. Mimo wyraźnych rys oślepiali sobą tłumy, roznamiętniali rzesze spragnionych wcielonego ideału. Tym samym stanowili pewien ewenement współczesności. Nie można odebrać im sławy. Tyle tylko, że wszyscy oni byli, już nie są, a ja jestem. Muszę być i muszę trwać, cieszyć swe oczy pięknymi śmiertelnymi, o których wiem, że wkrótce przeminą, a ja zostanę sam. Z rozwianą pamięcią i tęsknotą. Gdybym miał ich opłakiwać, zamęczyłbym i siebie, i doczesność. Gdybym miał tkwić w żałobie po nich, smagałbym zeźlonym deszczem niewinnych żyjących, siekłbym ich gradem własnej straty. Gdybym chciał być słaby, cierpiałbym i całemu światu kazałbym cierpieć ze mną.
Gdybym.
Nie martwiej, Królewno. Oczy twe pełne współczucia. Niepotrzebnie. Jestem wiatr, jestem silny. Swobodny, niestały, ulotny i zimny. Zakochuję się na gwałtownie – w ludziach, czasach, drzewach, słowach - by po chwili zbeznamiętnieć. Nie ma we mnie tych, którzy odeszli. Ty też odejdziesz. Teraz bywam dla ciebie. Zapalam się jak miliony już razy, zgasnę niedługo. Bierz, ile zdołasz, ogrzej się rozdmuchanym mną ogniem, ale nie licz, że wykrzesam z siebie więcej. Nauczyłem się stygnąć, kiedy trzeba. Jest mi z tym lekko, nie tracę nic. Nie muszę starać się o wieczne trwanie. Czy to bylejakość? Ucieczka, mówisz? To jedyna droga. Wszystkie inne prowadzą donikąd. Tak jest dobrze.
Nie patrz tak na mnie, Królewno. Jestem wiatr, jestem słaby.