masz komu złożyć życzenia?
sobota, 9 czerwca 2012
niedziela, 3 czerwca 2012
w odpowiedzi będzie cisza
Powiedzieli, co mieli. Nie do
powiedzenia. Do przemilczenia. Słów już za dużo, zdań namiętnych rzuconych w
polemicznej gorączce z obronnych murów zamkniętych ich. Dyskusja nie zmienia
perspektyw. Każda ze stron obstaje przy swoim.
Wiatr nie wgłębia się w podskórne czucie. Zostaje na powierzchni, zachłyśnięcie nie grozi. Tak jest dobrze, tak wygodnie i zawsze można powiedzieć, że przecież to wcale nie on. On wiał nieopodal, ale nie tam. Alibi na nieobecność w topieli.
Wiatr nie wgłębia się w podskórne czucie. Zostaje na powierzchni, zachłyśnięcie nie grozi. Tak jest dobrze, tak wygodnie i zawsze można powiedzieć, że przecież to wcale nie on. On wiał nieopodal, ale nie tam. Alibi na nieobecność w topieli.
Królewna nadal śni. Sen daje
władzę, moc kreacji i reżyserską butę. Nie musi nic ponad zachciane. Absolutna
monarchini swego lasu. Elegancko przyjmuje oddawaną jej cześć. Nieusłużne tylko
drzewa, ale im wolno. Z racji ukorzenienia w płynnej glebie snu. I tak nikt nie
rozumie języka ironii sączącej się żywicą doświadczenia z kory, która nie takie
rzeczy widziała. Drzewa są ponad to, co śmiertelne. Nawet królowie ich nie
wzruszają. Mają dystans. Patrzą, ale nie mówią. Widzą, lecz słowa nie pisną.
Trzymają prawdę w korzeniach. Niewzruszone.
Królewna i wiatr. Mieli tyle wspólnego. Rozumieli swoje nieprzystawalności. Ona łaskawie gościła go w swym lesie. On życzliwie przyjmował proszenia. Wpadał wichrem między słowa i palce, robił zamieszanie i znikał. Zgodnie z warunkami dwustronnej umowy o grzech, który chce się popełnić. Niespisane reguły, według których wpadali na siebie czasem, wikłając się w festiwal gier i zabaw, udając zaangażowanie błahostkami. Permanentny dzień dziecka. Schadzki urządzane w chwilach otępiałych przez przygodę. Muzyka w rytm zapomnienia. Igraszki na nosie powagi. Rozwlekłe polemiki na wybitnie niepoważne tematy. O falach, że takie zawzięte. Mogłyby przecież czasem zmienić obiekt zaczepek i nie bić tak uparcie tylko o brzeg. O tym, że gdy pada, to nie pod mostem. O skłonności do ulotności. O kisielowej konsystencji chmur.
Mimo tak niepodobnych kręgosłupów i zgoła różnych żyć poza lasem - pojmowali się. Przenikali wzajemnie swe płaszczyzny, odkrywali ich skrawki nie zdradzając nic. Zgoda następowała co do jednego - niczego nie brakuje. Jest tyle, ile trzeba. Nie trzeba nic. Tylko czasem odrobinę czegoś przyjemnego. Dziecięca szczerość bycia. Popsuta przez dorosłość. Bo gdy tylko dopuszczono do głosu poważne argumenty, piaskowy zamek runął, zdeptany wielką stopą obaw i zarzutów.
Powiedzieli, co mieli. Nie do
powiedzenia. Do przemilczenia. Słów zabrakło. Drewniana cisza.
piątek, 25 maja 2012
mówi wiatr
Królewno.
Próżne twe modły o me nawrócenie.
Jestem wiatr, jestem stary. Przeżyłem więcej, niż twe materialne ciało może
unieść.
Dziecko.
Nie szarp się. Ja wszystko wiem,
nie mówisz mi nic, czego bym nie znał. Przewiałem wiele miejsc i czasów,
dotknąłem bólu i rozkoszy, chłonąłem wschody i zachody epok, żyłem i umierałem
po wielokroć. Po każdej śmierci ubierałem się w nową, nienamacalną szatę, każda
kolejna młodszą była i mniej dojrzałą od poprzedniej. Dla niepoznaki i
ulgi. Gdybym nie wdziewał maski beztroski, musiałbym zadmuchać słońce grubymi
chmurami tkanymi z czarnej przędzy cierpień. Niewiedza jest błogosławieństwem,
które już na mnie nie spłynie. By nie pamiętać, muszę się zapominać. Zagrywać
wieczny bal, puszczać krew z przepełnionych chmur, by skroplić choć chwilę
szczęścia.
Taką chwilą jesteś ty, królewno.
Znalazłem cię przypadkiem,
dlatego w ciebie wierzę i dlatego to jest dramat. Jak wszystkie muzy jesteś
schowana. Trzeba cię wyłuskiwać z kartonowych zakładek przyziemnej książki o
teraz. Każde teraz jest nieciekawe, składa się z takich samych, geometrycznie
przystawalnych elementów, udawanych niespodzianek, przewidywalnych scen. Zawsze
w jedną stronę, według ściśle ustalonego harmonogramu, z wymierzoną porcją
efektu. Wszelkie odstępstwa są zaplanowane, nie dziwią mnie. To kobiety, o
które już przed wiekami toczono zaciekłe wojny, choć piękno ich nie mogło
wskrzesić tych, co polegli w imię cudzej ku nim miłości. To przywódcy, za
którymi ślepo szły narody, pozwalając, by czyjeś nieuzasadnione szaleństwo było
jedynym epitafium na ich bezimiennych mogiłach. To odkrywcy, wierzący w swą
boską moc tworzenia tego, na co tylko natknęli się w swej wędrówce przez dany
im czas. Wizjonerzy miotający ze szczytów zaklęcia, które nie zbawią nikogo,
tym bardziej ich samych. Mimo wyraźnych rys oślepiali sobą tłumy, roznamiętniali
rzesze spragnionych wcielonego ideału. Tym samym stanowili pewien ewenement
współczesności. Nie można odebrać im sławy. Tyle tylko, że wszyscy oni byli,
już nie są, a ja jestem. Muszę być i muszę trwać, cieszyć swe oczy pięknymi
śmiertelnymi, o których wiem, że wkrótce przeminą, a ja zostanę sam. Z rozwianą
pamięcią i tęsknotą. Gdybym miał ich opłakiwać, zamęczyłbym i siebie, i
doczesność. Gdybym miał tkwić w żałobie po nich, smagałbym zeźlonym deszczem
niewinnych żyjących, siekłbym ich gradem własnej straty. Gdybym chciał być
słaby, cierpiałbym i całemu światu kazałbym cierpieć ze mną.
Gdybym.
Nie martwiej, Królewno. Oczy twe
pełne współczucia. Niepotrzebnie. Jestem wiatr, jestem silny. Swobodny,
niestały, ulotny i zimny. Zakochuję się na gwałtownie – w ludziach, czasach, drzewach,
słowach - by po chwili zbeznamiętnieć. Nie ma we mnie tych, którzy odeszli. Ty też
odejdziesz. Teraz bywam dla ciebie. Zapalam się jak miliony już razy, zgasnę
niedługo. Bierz, ile zdołasz, ogrzej się rozdmuchanym mną ogniem, ale nie licz,
że wykrzesam z siebie więcej. Nauczyłem się stygnąć, kiedy trzeba. Jest mi z
tym lekko, nie tracę nic. Nie muszę starać się o wieczne trwanie. Czy to
bylejakość? Ucieczka, mówisz? To jedyna droga. Wszystkie inne prowadzą donikąd.
Tak jest dobrze.
Nie patrz tak na mnie, Królewno.
Jestem wiatr, jestem słaby.
środa, 16 maja 2012
po inwokacji. polemika wciąż
Nie przedstawiono głównych
bohaterów. Historyjka z wiatrem w tle zarysowała ledwie postać adresata. Kim
jest wiatr? Nie wie nikt. On sam nie wie. Gubi się. Choć pewien jest swej
egzystencjalnej świadomości. Szaławiłą się zwie i obnosi, duszę filozofa skrywa
przed światem. To ma swój urok.
W dialog z wiatrem wchodzi ona.
Rzeźbiona w lodzie królewna, z poszarpaną wiedzą o przeszłym, zewnętrznie
usztywniona gorsetem. Sznurki luzuje za zamkniętymi drzwiami, na salonach -
dama.
Królewna i wiatr – dwa bieguny na
wspólnym, krótkim torze. Zaskakujące połączenie smaków. Niesamowita kongruencja
cieni.
To był sen. Śniła ona. Sen
przyszedł bladym z niewyspania świtem, nieco spóźniony, płochliwy w swym
krótkim żywocie. Był o lesie, soczystym i mglistym, prócz lasu nic. Tylko te
drzewa, zrumienione świeżowiosenną zielenią, dzieliły się rannymi wrażeniami
nad drogą. Droga prosta, długa, zarzucona kamykami jak słowami na wiatr.
Właśnie, wiatr. Też tam był.
Mówił do niej, ale nie mogła
zrozumieć szumu. Skupiona i spięta wsłuchiwała się w niego, daremnie. Używał
innego niż zwykle języka. Nie tego stworzonego z nieskończonych bo po co zdań.
Porozumienie ponad słowami dzięki słowom innym – teraz go nie było.
Pobiegła drogą nie patrząc za
siebie, szukając fal, komunikacji. Niecierpliwie wciągała powietrze, tłumiła
chęć krzyku. Hałas mógłby roztłuc sen w drobną piekącą sól.
Drzewa szeptały za nią, podawały
sobie liście wieści, z ust do ust, z konara na konar plotka. Że niestabilny, w
końcu wiatr. Że ktoś tu kogoś chyba nie pojął. Że szara złość, choć miała być
tylko radość srebrzysta. Kolory całkiem podobne, wystarczy sypnąć blaskiem,
lecz zabrakło ręki, by sięgnąć po pył.
Oddech gubi foremność, już nie
bieg, już gonitwa. Za czym gonisz, głupia? Za wiatrem?
Nie! Nie słuchasz mnie, nie
słuchasz, choć miałeś! Miałeś być, by zagiąć czasem prostotę leśnej drogi przez
dni. Rozwiewać niewymyślną trasę wprost, opatrzyć ją zakrętami, koniecznie
ostrymi, zmieniającymi perspektywę chwil. Chwil, podkreślam. Bo gdyby tylko te
zakręty, obracalibyśmy się w kółko, jak ogłupiałe psy goniące własne oskubane
ogony.
Czemu więc pędzi po linii prostej
w te wycofane drzewa? Irytujące badyle. Zupełnie jak w nieśnie. Wiatr chowa się
za pniami.
Nie zgadzam się.
Stop.
Galopada w mech się składa. Ciało
spływa miękko w dół, osuwa się, zdyszane, w trawę. Las jaśnieje z wolna.
Doskonale, idzie dzień, wybudzi z rojonego dialogu. I choć spokój, to odkryty
właśnie brak porozumienia dotyka szorstkimi palcami drgającego wgłębienia szyi.
Ono woli inny dotyk. Kryształowe pocałunki zachwytu. I tylko tego oczekuje.
Niczego więcej. Dlatego żal, stąd zdziwienie.
Wietrze, póki jeszcze włada nią
sen: wszystko nie tak. Rozdmuchałeś swoje paranoje do rozmiaru samouwielbienia.
Jesteś pełen czarującej wolności, wyzwalasz lotną beztroskę, lecz nikt nie chce
cię mieć na własność, zapakowanego i poskładanego w kostkę. Nie dlatego, że i
tak się wymkniesz przez szparę w pudełku. Dla ciebie po prostu nie ma tu
miejsca, twoje miejsce jest w innym lesie. Ten las jest dla ciebie gościnny,
lecz nie możesz w nim zamieszkać. Wolnych pokoi brak, jest komplet.
Wiesz o tym.
Wiedzieć to już dużo. Do czynić
trzeba dorosnąć. Kiedyś – traktuj to jak obietnicę i groźbę – kiedyś ktoś cię
tego nauczy. Nie ma takich barier, których nie można skruszyć. Trochę strach,
bo być może zadeptujesz swą prawdziwą naturę. A królewna? Ona tylko chce
połechtać tobą swą próżność. Unieść się czasem na fali twej wyobraźni,
posiedzieć na bursztynowej chmurze nad głowami codziennych strapionych. Jak
królowa chwili, absolutna, apodyktyczna i – w tym krótkim momencie – jedyna.
Królowe potrzebują adoracji, karmią się fascynacją spijaną ze słów. Więc co
mówisz, wietrze? Nie rozumiem.
Bo bursztyn to przyjemność. Nie
wiedziałeś?
Wietrze.
czwartek, 10 maja 2012
enilhtaed. polemika z wiatrem
Na
początku było słowo. Słowa nie są tylko. Słowa są aż. Kolory rzucane przez nie
na płótno potrafią stworzyć coś dobrego, coś ciepłego, zgoda. Lecz ze słowami
należy się liczyć, bo niepoliczone rozbiegają się po placu zabaw. Obsypują
piaskownicę, obsiadają huśtawkę. Myślą tylko o harcach. Przestają znaczyć
swoje, blakną i tracą istotę. Potem ciężko je zebrać do kupy. Sensownej i
pierwotnej. Potem trzeba tłumaczyć i przepraszać, nawet, gdy nikt nie jest
winny. Zawsze ktoś jest winny.
Wietrze
-
Nie
można ranić oczu widokiem błędu bycia sobą. Bardziej boli brak widoków. Ból ten
nienazwany jest, wynika z nie wiadomo czego. Więc nie ma czego wybaczać. Przedziwne
uczucie.
Brak
realności. Nie tak trudno go doświadczyć, dotknąć. Przez moment, krótki,
oszukany moment się zdarza. I nie jest o pogodzie. Jest o niczym. Tyle tego
niczego, aż drżą fundamenty pojmowania abstrakcji. Ale nikt nie zatrzyma dla
nierealnej chwili świata. Chmury ciekną nadal, ciała niebieskie obracają się
bez zgrzytu bez ustanku. Przeciągasz się z błogiego snu, otwierasz oczy – i
widzisz odarcie ze złudzeń, choć były ciepłe i miłe w dotyku. Szarość dymi jak
dymiła, codzienność jest jak zwykle. Pytanie – dlaczego nie można dłużej spać?
Zaciskasz powieki, starasz się jeszcze trochę pośnić.
Starać
się można. Postarać. Tyle, że uczciwie, a to trudne. Tchórze uciekają od
wysiłku. Tłumaczą to własną beznadzieją. Proste, tandetne, słabe. Postarać.
Nowy słownik
pojęć.
Wietrze
-
Włączony
mózg nie jest groźny. Straszniejsze jest wyłączenie. Dziura wypalona enterem
piecze solą.
Retrospekcje.
Nikt ich nie pojmie. Nie można pojąć siebie, przyjdzie taka chwila, że nie
zrozumiesz nic. I wówczas jesteś przegrany. Musisz się poddać. Nie ufaj
niczemu. Tym bardziej faktom.
Strach.
Nie bój się. Przynajmniej o tym nie myśl. Szklana mantra: wszyscy jesteśmy
uparcie sami. Ale potrafimy samotnieć w stadzie, w zasadzie nie potrafimy
inaczej. Tak nas uformowano. Miejsce dla znajdzie się zawsze, jeśli poodkurzać
kąty. Jeśli. Pytanie, czy nas na to stać, czy mamy dość siły. Przelatujesz
przez rozłożone ramiona, rozpięte palce. Uważaj, łapacze wiatru w końcu
zrezygnują.
Kolory.
Biały to wdzięczność. Za zachwyt. Niebieski – szacunek. Za szczerość. Zielony –
strach i nadzieja. Czerwony – niedosyt. Bursztyn – kto odgadnie bursztyn?
Paleta kredek. Namaluj. Stwórz. Laurkę dla i z radości.
Ambiwalencja.
Boimy się, ale brniemy w niemożliwe. Czy dlatego, że podskórnie wyczuwamy
bliskość, czy może jesteśmy desperatami? Jesteśmy pogubieni, wietrze. Bez
wyjątku.
Na
każdą ranę jest plaster. Trzeba tylko wiedzieć, jaki. Zabawa innymi? Wszyscy
dla mnie, ja dla nikogo? – na krótko. Dłużej niż chwilę nie wytrwasz. Krótką,
oszukaną chwilę. Poczujesz nieprawdę. Dobro ogrzewa się tylko przy dobrze.
Skoro mu ciepło, nie może być zmyślone.
Może
się rozbiega. Może się rozwieje. Marzenia. Nadzieje. By zobaczyć coś. Coś ponad
nic. Myśl. Mrugaj, mrugaj usilnie. Może zobaczysz.
Dzień, noc. Jasność, ciemność.
Słońce, chmury. Wieje, szumi. Cisza, krzyk. Kobieta, mężczyzna. Paradoks.
Jesteś
czy starasz się być?
Wietrze
niedziela, 6 maja 2012
porykiwania i coś jeszcze
Śpiewać
każdy może. Popularna, powszechnie znana, nieprawdziwa prawda. Przykład na to,
jak społeczne przyzwolenie na kłamstwo robi z niego arcymądrą sentencję, której
nagle zaczynamy przytakiwać, niepomni na punkt wyjścia, jakim był zdrowy
(niegdyś) rozsądek. Bo śpiewać nie jest źle, jak się śpiewa dobrze. Dlatego z
reguły nie śpiewam, chyba że inni robią to głośniej i/lub gorzej. Najlepiej w
pierwszej z powyższych konfiguracji. Nie liczę tych rzadkich sytuacji, gdy mam
pewność, że nie będę słyszana bądź też nikt nie domyśli się, kto jest autorem
wątpliwej urody dźwięków. Zawsze jednak istnieje ryzyko zdemaskowania, więc na
podobne rozluźnienie pozwalam sobie stosunkowo rzadko, wówczas, gdy jest ono
konkretnie uzasadnione. Na przykład łaskotaniem w brzuch bądź meczem w doborowym,
jednoosobowym klubie kibica. No dobra, czasem też w podróży. Whitney niech mi
wybaczy. Jest już ponad to.
Ale
muzyka, rzecz jasna, nie jest mi obojętna. Każdy lubi taką czy inną. Jednemu
nóżka drgnie przy dubstepie, ktoś inny zabuja się przy walcu. Moja sąsiadka
uwielbia na przykład kolędy. Regularnie około ósmej rano każdego dnia. W
akompaniamencie niezmiennie odkurzacz. Nie jesteśmy predysponowani do
dźwiękowej oziębłości. To nas różni od krokodyli. Ja sama mam słabość do
różnych, często nader odmiennych, form muzycznych. Wielu zna mnie z upodobania
do rockowego przytupu. Koleżanki (i koledzy) nie rozumieją tych moich
szarpidrutów, mi zaś ciężko je (ich) przekonać, że ów ryk ma sens i że
wrzeszczą do wyraźnej linii melodycznej. Cóż, dla jednych wyraźna, dla innych
jazgot. Koleżankom (i kolegom) wybaczam ignorancję, pogodziłam się już z
faktem, że na pewnych koncertach towarzyszyć mi nie będą. Z małymi wyjątkami,
które niniejszym serdecznie pozdrawiam. Przy melodii się upieram, gdyż stanowi
ona niezmienny parametr ulubionego mi, nazwijmy go: mocnego, repertuaru. No i
tekst, ale to już nikogo nie dziwi. Najlepiej, żeby był niematerialny, acz
dosłowny. Wyraźny, chociaż nieoczywisty. Niepoprawna fantastka? Skądś jednak
czerpię. Wiarę w przekaz, a nie tylko moc gitarowych ścian od lat buduję na
repertuarze Armii. Odsyłam do niej nie pierwszy zapewne raz. Złap w gimnazjum
pierwsze lepsze dziecię i zapytaj czy wie, kim jest Budzyński. Nie wie. Z
wszystkich możliwości, które przyjdą mu do głowy z racji miejsca odpytki, jedna
będzie trafiona. Poeta. Szaleniec.
Wszyscy
artyści to wariaci. Ci prawdziwi artyści.
To mnie
pociąga. Szaleństwo. Niekoniecznie wykrzyczane. Im więcej dni dotkniętych stopą
wysuwającą się spod ciepłej kołdry, tym częściej wynajduję muzykę niewzmocnioną
gitarowym piecem. Pociągają mnie subtelności. Lubię te ulotne chwile, gdy dobry
wokal wygrywa mi na nosie miękki zachwyt. Widać go kątem oka, jak sobie
podryguje, w rytmie uzależnionym od pory dnia i aktualnej konstelacji
wewnętrznego kosmosu. Niektóre z tych pląsów są szczególnie plastyczne, ryją
ośrodki odbioru zmysłów tak dogłębnie, że nie sposób przestać słyszeć. I chodzi
taka muzyka ze mną od rana do rana, bez przerwy na sen. Ostatnio do obiadu i
poduszki śpiewa mi pewna młoda dama, niespokojna dusza z Olsztyna, Julia
Marcell. Nie będę tu rozpisywać się na temat jej determinacji w dążeniu do
celu, jakim jest śpiewanie, a co za tym idzie wydawanie płyt, koncertowanie i
inne kwestie towarzyszące tej profesji. Zrobiły to już media, zainteresowani
odnajdą informacje bez problemu. Ja chciałabym powiedzieć o marcelowym
fenomenie oglądanym z fotela prywatnej fascynacji. Czytelnik utworów Julii – i
nie chodzi tu tylko o tekst – zostaje zarażony nietuzinkową kreacją od
pierwszych nut. Świeża – mimo, że nieinnowacyjna, radosna – choć miejscami
poważna, doskonale zaprojektowana muzyka. Tu nic nie jest przypadkowe i
wszystko ma przełożenie na całość. A jest ona - szukam odpowiedniego
określenia… - usnuta z przyjemności. Tak. I co najmniej ją daje podczas
odbioru. Kilka dni temu otrzymałam dużo więcej, ale to nie dziwi, koncerty mają
niebagatelną siłę rażenia. Z tym naddatkiem, że zazwyczaj płyta jest lepiej
skomponowana, bo wolna od uchybień i niedociągnięć technicznych, a w tym
przypadku – zupełnie nie. Duży ukłon za umożliwienie takiej recepcji zwykłym
śmiertelnikom, którzy zakupując bilet zapragnęli trochę światła. Dostali całą
dyskotekę. Ukontentowanie ciekło strużką potu wzdłuż zachwyconego kręgosłupa.
Miło, dobrze, rozlewnie.
No a
teraz trochę o słowach. Chyba nikt nie myślał, że je przemilczę? Nie do
zrobienia, nie ze mną. Miłość do panny Julii wprawdzie od słów się nie zaczęła,
ale słowa ją przypieczętowały. Są tak niepojęte, że całkowicie zrozumiałe.
Mała, obłąkana czarownica, która funkcjonuje nocami (późno w nocy leżałam i drżałam, późno w nocy nigdy nie śpię). Ale
to dobrze, noc uwalnia prawdziwe twarze, które poranne światło natychmiast
zamyka pod bladymi maskami reguł. Panna Julia to artystka, nie może więc być
stabilna (nie wiem, czego chcę, ale chcę
teraz). Trafia do mnie, eh. Tym i wieloma innymi, wtrąconymi mimochodem,
półzdaniami w zwrotkach. Szanuję z urzędu każdego, kto potrafi oddać prozaiczne
prawdy niebanalnie składając głoski. Ból powszedniości i dążenie ku destrukcji
streściła w dwóch lakonicznych wersach - jesteśmy
zadrutowani / chcę się dostać do ognia. Pragnienie i jednoczesny lęk: daj mi więcej niż to i obiecaj / że to nie
na zawsze, albo że zostanie przeklęte. Nieprzystawalność: moja krew jest tak głośna, nie pozwala mi
mówić. Jest zbyt beztroska, świat
zbyt narwany. Podobna kompilacja nie
ma racji bytu w ukołnierzykowanym bycie. Ona to wie. Akceptuje. Świadomość
nauczyła się chować do torebki. Wie, że nikt jej nie zatrzyma. Wie, że nie
dorośnie. Pójdzie odetchnąć do innego pokoju,
po czym wróci. I nadal będzie Julią z Olsztyna.
Więcej
nie mogę, bo czuję ją i każdy jej rozedrgany element. Jeszcze napiszę za dużo.
O niej lub o sobie. Myślę, że mogłybyśmy się polubić.
słów składanie - niedoczekanie
zmądrychwstanie racz mi dać, Panie
myślobranie nie w moim stanie
zdań igranie spisz na kolanie
piątek, 4 maja 2012
dzień dobry
Jeśli wierzyć mędrcom, ten deszcz
jest energią; energia dobrego miejsca, która spadła na szczęśliwą ze spotkania
skórę. Pachnie domem, mokrą trawą, wszystko w porządku. Każdemu takiego poranka
życzę!
sobota, 28 kwietnia 2012
z palca wyssane
zróbmy
eksperyment
pooddychajmy
dłońmi
one są takie
doskonałe
mogą
mówić śmiać się płakać
wiele
rozumieją
marszczą
się na myśl o chłodzie
schną
przy braku ognia
bledną
od chmurzastych dni
i mądre
są
dysponują
papilarną wiedzą o kosmosie
zazwyczaj
milczą
nie
pchają się na scenę
cicha
inteligencja neuronów
tajemnice
jądra ziemi szepczą
nie
wszyscy mogą słyszeć
a mimo
to głoszą
z
katedry ślą dogmaty
uparcie
niezawzięcie stale
misja
nie skraca im wzroku
znają
smak rozkoszy
dotykają
jej często
splatają
w palcach radość
bębnią
za rozpędzonym sercem
w rytm
nie są
im obce emocje
lubią
rozpieszczać i czuć
zagłaskać
je trudno
znają
umiar
doskonale
wyważają ciężar
potrafią
dać spokój gdy
trzeba
uważaj
na manus siłę
w
opuszkach jest moc
serdeczna
wskazująca mała
nie
lekceważ
mogą
zaskoczyć intencją
spodziewaj
się nieznanego
paznokcie
wpijają w nerw
za
niezawinione mordy
pięścią
w brzuch
kremem
szacunku je oblecz
muśnij
atencją
a sypną
garścią dobrodziejstw
nauczą
manualna
projekcja świata
to co
wydaje się nieuchwytne
jest do
zrobienia
własnymi
rękoma
zróbmy
eksperyment
pooddychajmy
dłońmi
chwyćmy
los
oklaski
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
niedziela, 22 kwietnia 2012
zapach wiosny
Nosi
mnie. Palce swędzą nad klawiaturą, szukają ujścia. Długo błądziły uganiając się
za odpowiednim kształtem, długo go nie znajdowały. Cierpiały przez to bezgłośnym
jękiem, wstydziły się własnej przykrej niemocy. Próbowały ją zalepiać wymuszonymi,
niespontanicznymi kawałkami powycinanymi z powietrza i kurzu, bez szczególnej
wartości i spodziewanej jakości. Brakowało impulsu, iskry w lampce, prądu.
Zamiast nich sceptycyzm. Rozpływał się w żyłach, coraz głębiej i szerzej, rozczapierzał
w znieruchomiałych dłoniach czarną krew akinezji. Brakło barw. Znikąd pomocy.
Nieprzystawalność
to przekleństwo.
W mało
oczekiwanym acz wyczekiwanym momencie przetarło się. Kolory zza chmur zadrżały
nieznanymi odcieniami, subtelności nowych tonów każą dociekać praprzyczyny. Czy
to oddech porannego lasu pod stopami? Czy język coraz bardziej zuchwałego
słońca na policzkach? Może po prostu zrozumienie praw rządzących naturą? Każde
wzniesienie ma swój szczyt, tak więc kiedyś będzie z górki. Noc nad ranem się
odczerni. Niemoc, choćby przeraźliwie rozwlekła, znudzi się i zniknie. Nie było jeszcze takiej zimy, której nie wyparłaby wiosna. A wówczas
-
Tak to
widzę: ultrazielona biel źrenic – pytanie. W odpowiedzi błękit wyblakły
czerwienią zachodu. A może to wschód? Co rozsypało kredki na widnokręgu?
Początek czy koniec?
Nieważne.
Jest dobrze. Płynnie jest.
Kot
mruczy obok, przygląda się z falistym spokojem. Pod lewym okiem ma łzę, co
nigdy nie spływa. Mądrość wielu żyć. Po co się zrywać, samo przyjdzie.
Wiedział.
Naśladować
go nie sposób. Kręcę się, motam, nabuzowana wzbierającym entuzjazmem. Idzie w
górę, gdzieś z okolic przepony. Już objął ramiona, masuje kark. Już się nie
wzbraniam, przecież przyjemnie. Lecz zamiast odprężenia pobudzenie, podniecenie
cisnących się na oczy słów. Co z oczu, to z wnętrza.
Oczy.
Ocean ciekłej szczerości. Przepłynąć, zachłysnąć się. Dać się pozanurzać. Najpiękniejsza
obietnica, wymownie nieznośna, niecierpliwa, ciekawa. Jeszcze bez szkicu,
kontur niejasny. Nawet nie wiadomo, czy z tego tworzywa da się coś
wyrzeźbić. To nieistotne. Liczy się zagadka, co kwitnie beztroskim uśmiechem. Kąciki
ust unoszą się, chciałyby odsłonić zęby, jeszcze nieśmiało, jeszcze ostrożnie,
ale natarczywie. Poddaj się życiu, płyń razem z nim. Pod prąd tylko, gdy nikt
nie patrzy. Wtedy można sapać.
Nie ma
nic lepszego od wolności. Nie ograniczaj się.
Bursztyn.
Subskrybuj:
Posty (Atom)