czwartek, 10 maja 2012

enilhtaed. polemika z wiatrem

Na początku było słowo. Słowa nie są tylko. Słowa są aż. Kolory rzucane przez nie na płótno potrafią stworzyć coś dobrego, coś ciepłego, zgoda. Lecz ze słowami należy się liczyć, bo niepoliczone rozbiegają się po placu zabaw. Obsypują piaskownicę, obsiadają huśtawkę. Myślą tylko o harcach. Przestają znaczyć swoje, blakną i tracą istotę. Potem ciężko je zebrać do kupy. Sensownej i pierwotnej. Potem trzeba tłumaczyć i przepraszać, nawet, gdy nikt nie jest winny. Zawsze ktoś jest winny.
Wietrze -
Nie można ranić oczu widokiem błędu bycia sobą. Bardziej boli brak widoków. Ból ten nienazwany jest, wynika z nie wiadomo czego. Więc nie ma czego wybaczać. Przedziwne uczucie.
Brak realności. Nie tak trudno go doświadczyć, dotknąć. Przez moment, krótki, oszukany moment się zdarza. I nie jest o pogodzie. Jest o niczym. Tyle tego niczego, aż drżą fundamenty pojmowania abstrakcji. Ale nikt nie zatrzyma dla nierealnej chwili świata. Chmury ciekną nadal, ciała niebieskie obracają się bez zgrzytu bez ustanku. Przeciągasz się z błogiego snu, otwierasz oczy – i widzisz odarcie ze złudzeń, choć były ciepłe i miłe w dotyku. Szarość dymi jak dymiła, codzienność jest jak zwykle. Pytanie – dlaczego nie można dłużej spać? Zaciskasz powieki, starasz się jeszcze trochę pośnić.
Starać się można. Postarać. Tyle, że uczciwie, a to trudne. Tchórze uciekają od wysiłku. Tłumaczą to własną beznadzieją. Proste, tandetne, słabe. Postarać.
Nowy słownik pojęć.
Wietrze -
Włączony mózg nie jest groźny. Straszniejsze jest wyłączenie. Dziura wypalona enterem piecze solą.
Retrospekcje. Nikt ich nie pojmie. Nie można pojąć siebie, przyjdzie taka chwila, że nie zrozumiesz nic. I wówczas jesteś przegrany. Musisz się poddać. Nie ufaj niczemu. Tym bardziej faktom.
Strach. Nie bój się. Przynajmniej o tym nie myśl. Szklana mantra: wszyscy jesteśmy uparcie sami. Ale potrafimy samotnieć w stadzie, w zasadzie nie potrafimy inaczej. Tak nas uformowano. Miejsce dla znajdzie się zawsze, jeśli poodkurzać kąty. Jeśli. Pytanie, czy nas na to stać, czy mamy dość siły. Przelatujesz przez rozłożone ramiona, rozpięte palce. Uważaj, łapacze wiatru w końcu zrezygnują.
Kolory. Biały to wdzięczność. Za zachwyt. Niebieski – szacunek. Za szczerość. Zielony – strach i nadzieja. Czerwony – niedosyt. Bursztyn – kto odgadnie bursztyn? Paleta kredek. Namaluj. Stwórz. Laurkę dla i z radości.
Ambiwalencja. Boimy się, ale brniemy w niemożliwe. Czy dlatego, że podskórnie wyczuwamy bliskość, czy może jesteśmy desperatami? Jesteśmy pogubieni, wietrze. Bez wyjątku.
Na każdą ranę jest plaster. Trzeba tylko wiedzieć, jaki. Zabawa innymi? Wszyscy dla mnie, ja dla nikogo? – na krótko. Dłużej niż chwilę nie wytrwasz. Krótką, oszukaną chwilę. Poczujesz nieprawdę. Dobro ogrzewa się tylko przy dobrze. Skoro mu ciepło, nie może być zmyślone.
Może się rozbiega. Może się rozwieje. Marzenia. Nadzieje. By zobaczyć coś. Coś ponad nic. Myśl. Mrugaj, mrugaj usilnie. Może zobaczysz.

Dzień, noc. Jasność, ciemność. Słońce, chmury. Wieje, szumi. Cisza, krzyk. Kobieta, mężczyzna. Paradoks.
Jesteś czy starasz się być?
Wietrze
  

niedziela, 6 maja 2012

porykiwania i coś jeszcze

Śpiewać każdy może. Popularna, powszechnie znana, nieprawdziwa prawda. Przykład na to, jak społeczne przyzwolenie na kłamstwo robi z niego arcymądrą sentencję, której nagle zaczynamy przytakiwać, niepomni na punkt wyjścia, jakim był zdrowy (niegdyś) rozsądek. Bo śpiewać nie jest źle, jak się śpiewa dobrze. Dlatego z reguły nie śpiewam, chyba że inni robią to głośniej i/lub gorzej. Najlepiej w pierwszej z powyższych konfiguracji. Nie liczę tych rzadkich sytuacji, gdy mam pewność, że nie będę słyszana bądź też nikt nie domyśli się, kto jest autorem wątpliwej urody dźwięków. Zawsze jednak istnieje ryzyko zdemaskowania, więc na podobne rozluźnienie pozwalam sobie stosunkowo rzadko, wówczas, gdy jest ono konkretnie uzasadnione. Na przykład łaskotaniem w brzuch bądź meczem w doborowym, jednoosobowym klubie kibica. No dobra, czasem też w podróży. Whitney niech mi wybaczy. Jest już ponad to. 
Ale muzyka, rzecz jasna, nie jest mi obojętna. Każdy lubi taką czy inną. Jednemu nóżka drgnie przy dubstepie, ktoś inny zabuja się przy walcu. Moja sąsiadka uwielbia na przykład kolędy. Regularnie około ósmej rano każdego dnia. W akompaniamencie niezmiennie odkurzacz. Nie jesteśmy predysponowani do dźwiękowej oziębłości. To nas różni od krokodyli. Ja sama mam słabość do różnych, często nader odmiennych, form muzycznych. Wielu zna mnie z upodobania do rockowego przytupu. Koleżanki (i koledzy) nie rozumieją tych moich szarpidrutów, mi zaś ciężko je (ich) przekonać, że ów ryk ma sens i że wrzeszczą do wyraźnej linii melodycznej. Cóż, dla jednych wyraźna, dla innych jazgot. Koleżankom (i kolegom) wybaczam ignorancję, pogodziłam się już z faktem, że na pewnych koncertach towarzyszyć mi nie będą. Z małymi wyjątkami, które niniejszym serdecznie pozdrawiam. Przy melodii się upieram, gdyż stanowi ona niezmienny parametr ulubionego mi, nazwijmy go: mocnego, repertuaru. No i tekst, ale to już nikogo nie dziwi. Najlepiej, żeby był niematerialny, acz dosłowny. Wyraźny, chociaż nieoczywisty. Niepoprawna fantastka? Skądś jednak czerpię. Wiarę w przekaz, a nie tylko moc gitarowych ścian od lat buduję na repertuarze Armii. Odsyłam do niej nie pierwszy zapewne raz. Złap w gimnazjum pierwsze lepsze dziecię i zapytaj czy wie, kim jest Budzyński. Nie wie. Z wszystkich możliwości, które przyjdą mu do głowy z racji miejsca odpytki, jedna będzie trafiona. Poeta. Szaleniec.
Wszyscy artyści to wariaci. Ci prawdziwi artyści.
To mnie pociąga. Szaleństwo. Niekoniecznie wykrzyczane. Im więcej dni dotkniętych stopą wysuwającą się spod ciepłej kołdry, tym częściej wynajduję muzykę niewzmocnioną gitarowym piecem. Pociągają mnie subtelności. Lubię te ulotne chwile, gdy dobry wokal wygrywa mi na nosie miękki zachwyt. Widać go kątem oka, jak sobie podryguje, w rytmie uzależnionym od pory dnia i aktualnej konstelacji wewnętrznego kosmosu. Niektóre z tych pląsów są szczególnie plastyczne, ryją ośrodki odbioru zmysłów tak dogłębnie, że nie sposób przestać słyszeć. I chodzi taka muzyka ze mną od rana do rana, bez przerwy na sen. Ostatnio do obiadu i poduszki śpiewa mi pewna młoda dama, niespokojna dusza z Olsztyna, Julia Marcell. Nie będę tu rozpisywać się na temat jej determinacji w dążeniu do celu, jakim jest śpiewanie, a co za tym idzie wydawanie płyt, koncertowanie i inne kwestie towarzyszące tej profesji. Zrobiły to już media, zainteresowani odnajdą informacje bez problemu. Ja chciałabym powiedzieć o marcelowym fenomenie oglądanym z fotela prywatnej fascynacji. Czytelnik utworów Julii – i nie chodzi tu tylko o tekst – zostaje zarażony nietuzinkową kreacją od pierwszych nut. Świeża – mimo, że nieinnowacyjna, radosna – choć miejscami poważna, doskonale zaprojektowana muzyka. Tu nic nie jest przypadkowe i wszystko ma przełożenie na całość. A jest ona - szukam odpowiedniego określenia… - usnuta z przyjemności. Tak. I co najmniej ją daje podczas odbioru. Kilka dni temu otrzymałam dużo więcej, ale to nie dziwi, koncerty mają niebagatelną siłę rażenia. Z tym naddatkiem, że zazwyczaj płyta jest lepiej skomponowana, bo wolna od uchybień i niedociągnięć technicznych, a w tym przypadku – zupełnie nie. Duży ukłon za umożliwienie takiej recepcji zwykłym śmiertelnikom, którzy zakupując bilet zapragnęli trochę światła. Dostali całą dyskotekę. Ukontentowanie ciekło strużką potu wzdłuż zachwyconego kręgosłupa. Miło, dobrze, rozlewnie.
No a teraz trochę o słowach. Chyba nikt nie myślał, że je przemilczę? Nie do zrobienia, nie ze mną. Miłość do panny Julii wprawdzie od słów się nie zaczęła, ale słowa ją przypieczętowały. Są tak niepojęte, że całkowicie zrozumiałe. Mała, obłąkana czarownica, która funkcjonuje nocami (późno w nocy leżałam i drżałam, późno w nocy nigdy nie śpię). Ale to dobrze, noc uwalnia prawdziwe twarze, które poranne światło natychmiast zamyka pod bladymi maskami reguł. Panna Julia to artystka, nie może więc być stabilna (nie wiem, czego chcę, ale chcę teraz). Trafia do mnie, eh. Tym i wieloma innymi, wtrąconymi mimochodem, półzdaniami w zwrotkach. Szanuję z urzędu każdego, kto potrafi oddać prozaiczne prawdy niebanalnie składając głoski. Ból powszedniości i dążenie ku destrukcji streściła w dwóch lakonicznych wersach - jesteśmy zadrutowani / chcę się dostać do ognia. Pragnienie i jednoczesny lęk: daj mi więcej niż to i obiecaj / że to nie na zawsze, albo że zostanie przeklęte. Nieprzystawalność: moja krew jest tak głośna, nie pozwala mi mówić. Jest zbyt beztroska, świat zbyt narwany. Podobna kompilacja nie ma racji bytu w ukołnierzykowanym bycie. Ona to wie. Akceptuje. Świadomość nauczyła się chować do torebki. Wie, że nikt jej nie zatrzyma. Wie, że nie dorośnie. Pójdzie odetchnąć do innego pokoju, po czym wróci. I nadal będzie Julią z Olsztyna.
Więcej nie mogę, bo czuję ją i każdy jej rozedrgany element. Jeszcze napiszę za dużo. O niej lub o sobie. Myślę, że mogłybyśmy się polubić. 
  
słów składanie - niedoczekanie
zmądrychwstanie racz mi dać, Panie
myślobranie nie w moim stanie
zdań igranie spisz na kolanie
   

piątek, 4 maja 2012

dzień dobry

Jeśli wierzyć mędrcom, ten deszcz jest energią; energia dobrego miejsca, która spadła na szczęśliwą ze spotkania skórę. Pachnie domem, mokrą trawą, wszystko w porządku. Każdemu takiego poranka życzę!

sobota, 28 kwietnia 2012

z palca wyssane

zróbmy eksperyment
pooddychajmy dłońmi
one są takie doskonałe
mogą mówić śmiać się płakać
wiele rozumieją

marszczą się na myśl o chłodzie
schną przy braku ognia
bledną od chmurzastych dni
i mądre są
dysponują papilarną wiedzą o kosmosie

zazwyczaj milczą
nie pchają się na scenę
cicha inteligencja neuronów
tajemnice jądra ziemi szepczą
nie wszyscy mogą słyszeć
a mimo to głoszą
z katedry ślą dogmaty
uparcie niezawzięcie stale

misja nie skraca im wzroku
znają smak rozkoszy
dotykają jej często
splatają w palcach radość
bębnią za rozpędzonym sercem
w rytm

nie są im obce emocje
lubią rozpieszczać i czuć
zagłaskać je trudno
znają umiar
doskonale wyważają ciężar
potrafią dać spokój gdy
trzeba

uważaj na manus siłę
w opuszkach jest moc
serdeczna wskazująca mała
nie lekceważ

mogą zaskoczyć intencją
spodziewaj się nieznanego
paznokcie wpijają w nerw
za niezawinione mordy
pięścią w brzuch

kremem szacunku je oblecz
muśnij atencją
a sypną garścią dobrodziejstw
nauczą

manualna projekcja świata
to co wydaje się nieuchwytne
jest do zrobienia
własnymi rękoma

zróbmy eksperyment
pooddychajmy dłońmi
chwyćmy los
oklaski

    

niedziela, 22 kwietnia 2012

zapach wiosny

Nosi mnie. Palce swędzą nad klawiaturą, szukają ujścia. Długo błądziły uganiając się za odpowiednim kształtem, długo go nie znajdowały. Cierpiały przez to bezgłośnym jękiem, wstydziły się własnej przykrej niemocy. Próbowały ją zalepiać wymuszonymi, niespontanicznymi kawałkami powycinanymi z powietrza i kurzu, bez szczególnej wartości i spodziewanej jakości. Brakowało impulsu, iskry w lampce, prądu. Zamiast nich sceptycyzm. Rozpływał się w żyłach, coraz głębiej i szerzej, rozczapierzał w znieruchomiałych dłoniach czarną krew akinezji. Brakło barw. Znikąd pomocy.
Nieprzystawalność to przekleństwo.
W mało oczekiwanym acz wyczekiwanym momencie przetarło się. Kolory zza chmur  zadrżały nieznanymi odcieniami, subtelności nowych tonów każą dociekać praprzyczyny. Czy to oddech porannego lasu pod stopami? Czy język coraz bardziej zuchwałego słońca na policzkach? Może po prostu zrozumienie praw rządzących naturą? Każde wzniesienie ma swój szczyt, tak więc kiedyś będzie z górki. Noc nad ranem się odczerni. Niemoc, choćby przeraźliwie rozwlekła, znudzi się i zniknie. Nie było jeszcze takiej zimy, której nie wyparłaby wiosna. A wówczas -
Tak to widzę: ultrazielona biel źrenic – pytanie. W odpowiedzi błękit wyblakły czerwienią zachodu. A może to wschód? Co rozsypało kredki na widnokręgu? Początek czy koniec?
Nieważne. Jest dobrze. Płynnie jest.
Kot mruczy obok, przygląda się z falistym spokojem. Pod lewym okiem ma łzę, co nigdy nie spływa. Mądrość wielu żyć. Po co się zrywać, samo przyjdzie.
Wiedział.
Naśladować go nie sposób. Kręcę się, motam, nabuzowana wzbierającym entuzjazmem. Idzie w górę, gdzieś z okolic przepony. Już objął ramiona, masuje kark. Już się nie wzbraniam, przecież przyjemnie. Lecz zamiast odprężenia pobudzenie, podniecenie cisnących się na oczy słów. Co z oczu, to z wnętrza.
Oczy. Ocean ciekłej szczerości. Przepłynąć, zachłysnąć się. Dać się pozanurzać. Najpiękniejsza obietnica, wymownie nieznośna, niecierpliwa, ciekawa. Jeszcze bez szkicu, kontur niejasny. Nawet nie wiadomo, czy z tego tworzywa da się coś wyrzeźbić. To nieistotne. Liczy się zagadka, co kwitnie beztroskim uśmiechem. Kąciki ust unoszą się, chciałyby odsłonić zęby, jeszcze nieśmiało, jeszcze ostrożnie, ale natarczywie. Poddaj się życiu, płyń razem z nim. Pod prąd tylko, gdy nikt nie patrzy. Wtedy można sapać.
Nie ma nic lepszego od wolności. Nie ograniczaj się.
Bursztyn.

piątek, 20 kwietnia 2012

do Zmyślonego

Patrzę na ciebie, widzę cię. Obserwuję. Lecz nie ufam własnym zmysłom. To niemożliwe. Takie rzeczy się nie zdarzają. Pewni ludzie nie istnieją. Niektórych wielomianów nie można wyliczyć. Więc ciebie nie ma. Nie ma też w nas dzieci. One zmuszone były szybko dorosnąć. Zanim zdążyły pomyśleć, wyskoczyły z tenisówek, nie dokończywszy przydziałowej masy budyniu. Dorośli nie siedzą w piaskownicy i nie śpiewają nic nieznaczących rymów. Nie dyndają nogami nad ziemią zbliżającą się i oddalającą w rytm huśtawki. Nie przyznają do strachu przed dentystą. W ogóle udają bardzo odważnych. A ja nie zawsze potrafię schować strach. Zdradzają mnie oczy. Ciebie nie. Ty jesteś taki lekki. Swobodny. Niewymuszony. Dlatego nie wierzę w twoje obawy. Nie wierzę ci. Twierdzisz, że jesteś w stanie zrozumieć zagubienie, a podsuwasz mi pod nos niedościgniony ideał opanowania. Nawet, jeśli w środku wszystko drży. Mówisz: nie ma ideału. Tymczasem epatujesz doskonałymi wzorcami, i to od niechcenia. Wkurza mnie to. Mówisz: nie potrafię przelewać siebie na papier, po czym robisz to w sposób wymagający od czytelnika, odbiorcy, maksymalnego skupienia. Nie dlatego, że źle związane składnią. Dlatego, że dobre. Bardzo. Nieoczywiście oczywiste. Mnie takie nieoczywistości kosztują sporo pracy i zwątpień. Chcąc być szczerym wobec siebie, muszę w obliczu wytworów twojej (nie)świadomości zakwestionować własne umiejętności. Teraz wątpię jeszcze bardziej, teraz chcę zaniechać, rzucić, obrazić się i sobie pójść. Jak dziecko. Ale dzieci przecież nie ma, nie ma. Nie możemy się do nich przyznawać, dlatego siedź cicho, do cholery.
W sześćdziesiąt tygodni i tak nie zdziałasz nowego życia, tak myślę. Mam już blisko do autopsji. Mój deadline, który miał być spektakularny i uwalniający, okazał się mirażem. Prawdziwa śmierć marzeń. Uważaj więc. Może te dziesięć tysięcy godzin trzeba spożytkować inaczej. W końcu dorośleć.
I tak wszyscy jesteśmy sami.
Jesteś zmyślony. Nie ma cię. Oszukujesz. Nieładnie kłamać. Zwłaszcza, gdy ofiara matactwa jest tak niepewna własnego cienia. Gdy chciałaby wierzyć, że ktoś inny, kogo męczy – jak mnie - codzienność, pragnie porozmawiać, a nie powymieniać się przeżyciami. Do tego nie planować korzyści, płynących z takiej niepowszedniej komitywy. Tylko żyć, żyć jakby to był ten ostatni, egzotyczny dzień.
Jesteś zmyślony.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

dziesięć tysięcy godzin

Kim jesteś, by mieć prawo do buty? Hardyś, wydaje ci się, żeś kimś. Że możesz wiele. Dobrze. Bardzo dobrze. Bardzo teatr. Komedia pomyłek. Nieopatrzne złe zakończenie. Ups. Nie myślałeś, że można tak się pomylić. Niespodzianka, oczy pieką straconymi złudzeniami. Ale spokojnie. Masz prawo do drugiego rzutu. Tylko skup się, wiesz już, jakich błędów nie popełniać. Raz, dwa, trzy. No i co to było? Dlaczego znowu słupek? Słaby jesteś, człowieku. Dziesięć. Dziesięć tysięcy godzin. Tyle potrzeba na osiągnięcie mistrzostwa. Zbyt wiele, nie dasz rady. Brak ci talentu. Tak, właśnie jego ci potrzeba. I lustra.
Ale to nie zadziała. Nie potrafisz brać nauczki. Ty patrzysz i widzisz innych. Nie siebie, innych. Złośliwych, nieprzyjaznych, nieżyczliwych egoistów. Kretynów percypujących tylko własne, wypielęgnowane paznokcie. Rozszalałych wariatów, wokół których należy stąpać ostrożnie. Albo pogubionych, zdesperowanych agnostyków, którzy w oczach wypisaną mają prośbę o odrobinę zainteresowania. Chociaż trochę, ciut. Nie patrz, lepiej nie patrz. Tam tylko żal. Spójrz lepiej w głąb. Pogadaj z tym zniesmaczonym ludzikiem. Wytłumacz mu, powiedz...
On może nie zrozumieć. Jest niespokojny, wystraszony. Do tego rozczarowany. Duch wiecznej negacji. Bo poniedziałek. Bo deszcz, gdy nie ma parasola. Brak deszczu, gdy parasol jest. Mandat mimo tego, że pan policjant bardzo sympatyczny. Ciepła zupa. Zupa musi być gorąca… Bezsilność. Samotność. Bo babcia cię oszukała. Wmawiała ci, że jesteś wspaniały, głaskała po głowie, karmiła budyniem. A ty uwierzyłeś. I nadal to robisz. Głupi. Naiwny. Zobacz, chodzą wokół ciebie na palcach…
Nie jesteś wspaniały. Nie jesteś lepszy od innych. Wielu jest lepszych, wielu. Ile jeszcze razy będziesz to odkrywać?

sobota, 7 kwietnia 2012

co znaczy wierzyć

Pewnego dnia stajesz w miejscu. Zatrzymujesz się nagle. Nieważne, co właśnie robisz. Myjesz zęby, patrzysz w niebo czy kupujesz bułkę. Wszystko działa, jak dotąd: woda leci z kranu, zachmurzenie umiarkowane, pani nie ma reszty. A ty ani drgniesz. Masz przed oczami czarne objawienie: własną niemoc sprawczą. Świat nic sobie nie robi z twoich czystych zębów. Deszcz spadnie niezależnie od zaplanowanej garderoby. Zjesz śniadanie czy nie - nic to nie zmieni. Nie jesteś żadną istotną postacią na tej scenie. Twoja rola znaczy mniej niż nieme drzewo w szkolnym przedstawieniu. Zawsze o tym wiedziałeś, ale dzisiejsze, ranne lustro wykrzyczało ci to w twarz. Nieruchomą i milczącą. Odrętwienie.
Przed marazmem się ucieka. Najłatwiejszy i najgorszy sposób na problemy. Chyba, że bieg ten jest jednocześnie pogonią za celem.
Jakiś czas temu pisałam o spełnianiu marzeń. Krótki tekst, w którym zawarte było więcej, niż mieszczą najobszerniejsze traktaty filozoficzne. Kluczową treścią zapakowaną w zdawkowe słowa było zagrożenie, jakim są dla nas samych zbyt nisko umiejscowione dążenia. Zakładać osiągnięcie czegoś, co wydaje się być do zrobienia – to porażka. Trucht na lekki pagórek. Na jego szczycie nie ma spektakularnych widoków. Stawienie czoła prawdziwej, kolosalnej górze – dopiero to może dać smak satysfakcji w ustach. Koniecznie metaliczny - niczym krew, słony - niczym pot, intensywny jak wysiłek włożony w zdobycie wyżyn swoich dyspozycji.
Co zatem mogło być moją górą – celem, której zdobycie miało tak boleć, by przynieść ukojenie i przetrzeć mgłę? Jeśli nie potrafisz ustalić nic nadzwyczajnego do pokonania, weź coś, co udało ci się już osiągnąć i pomnóż przez dwa.
I tak zrodził się zuchwały plan. 21 kilometrów i 97,5 metra.
Tak, lecz plan to jedno, a wykonanie – drugie. Zwłaszcza, gdy nigdy nie przebiegło się więcej, niż 14 kilometrów, a do rzeczonego startu został… miesiąc.
Ale nie ma to, jak wsparcie przyjaciół. Mając takiego Trenera jak ja, każde niemożliwe może się urzeczywistnić. Nawet półmaraton w wykonaniu blondynki. Dodać trzeba: kompletnego amatora w biegach długodystansowych.
Jak się prędko okazało, samozaparcie to nie wszystko. Organizm szybko ściągnął mnie na ziemię. By nie wdawać się w szczegóły powiem tylko: bolało. Zaprzyjaźnij się z bólem, a już nigdy nie będziesz samotny. Dobre sobie. Kiedy chcesz przegonić czarne plamy, kontuzja równa się frustracja. Dziesiątki mądrych, doświadczonych głów miało mnóstwo pomysłów; ilu myślicieli, tyle teorii i terapii. Maści rozgrzewające kontra chłodzące, ćwiczenia rozciągające kontra wzmacniające, nieodpowiednie buty czy zła technika biegu, krzywe plecy, za krótka noga, zdeformowana stopa, problem w diecie bądź nieodpowiednim nawadnianiu… Do tego ta cholerna książka*, która w miesiącu poprzedzającym pierwszy długi bieg wywróciła moje pojmowanie biegania do góry nogami. Dosłownie. Tarahumara. Indianie biegający setki kilometrów w górzystym terenie, mając na nogach prowizoryczne obuwie. Skórzane, własnoręcznie wykonane, naprawdę minimalistyczne sandały. Żadne tam specjalistyczne, amortyzowane Asicsy, wyposażone w pakiet technologicznych bajerów, wspomagających i ochraniających stopy, nogi i co się tylko jeszcze da. Tarahumara biegają bez tych wspomagaczy i biegają nieludzko dobrze. Obok nich człowiek-legenda, Caballo Blanco, białas, który porzucił cywilizację i odważył się wejść w świat urodzonych biegaczy. Otrzymałam instrukcje, by książkę przeczytać, ale wziąć z niej tylko tyle, ile trzeba. Znaczy: nie wariuj kobieto, naucz się spokoju i przekładaj treści na naukę indywidualnie dopasowaną do ciebie i twoich potrzeb. Nie udało się. Ta książka w bardzo nietrafiony czas próbowała mi udowodnić, że najlepsze buty są najgorsze, ponieważ ludzie zostali tak zaprojektowani, by biegać boso. Stopa, idealna boska konstrukcja rozleniwia się w obuwiu, zwłaszcza takim, które pozwala jej na próżniactwo. Czyli, podążając tą ścieżką, kupując moje superwypasione Brooksy, za dwa razy większe pieniądze dostałam dwa razy więcej bólu. No i draka gotowa. Obwiniałam o swoje słabości wszystkich świętych, łącznie z autorem książki, dopiero na końcu siebie. Desperacja narastała, wiara nikła. Do czasu, gdy w trakcie lektury trafiłam na ten oto fragment:
…prawdziwy sekret Tarahumara: otóż oni nigdy nie wyrzucili z pamięci miłości do biegania. Pamiętali, że bieganie było pierwszą prawdziwą sztuką uprawianą przez ludzkość, naszym najpierwszym natchnionym dziełem.
Tylko tyle i aż tyle. Włącz uśmiech, wycisz myślenie, wyłącz kombinowanie. Po prostu biegnij i się tym ciesz. Koniec końców, co mogłam, to zrobiłam. Założenie: pełen luz i zabawa. Do chwili startu nie do końca zrealizowane, ale to pomińmy. Po wystrzale zaś świat się zmienił. Pozwolę sobie w tym miejscu na jeszcze jeden cytat, tym razem z innego dzieła, autorstwa pewnej zacnej zebry: bieganie jest superaśne!** Tydzień temu z pewnością takie było.
A meta… Na mecie schodzi z ciebie całe ciśnienie, wywołane przez obiekcje dotyczące własnych możliwości. Balon nadmuchany do niewiarygodnej objętości odfruwa z piskiem. Pokonałeś swoje demony. Przegoniłeś je. Jesteś zwycięzcą. Zwycięzcy czasem płaczą.
Wracając jeszcze do cytatów. Człowiek  nie przestaje biegać, dlatego że się starzeje. Człowiek się starzeje, dlatego że przestaje biegać. Nie mogłam sobie odmówić.
Kilka dni temu Caballo Blanco wyszedł na swój ostatni bieg. Chciałam nie pisać o swym pierwszym półmaratonie, ponieważ dla prawdziwych biegaczy to „tylko połówka”. Wiadomość o odejściu Caballo zmieniła tę decyzję. Dopiero co się dla mnie narodził, a już umarł. Tydzień temu, w Poznaniu, biegłam trochę dzięki niemu, dlatego dedykuję mu mój prywatny tryumf. Wiem już też, że presja biegu po wynik jest ok., ale to nie jest pierwszy powód, dla którego się biega. Nawet nie drugi. Dzięki, Caballo.
Korzystając z okazji i panegirycznego charakteru, jaki obrał niniejszy wpis, składam na forum podziękowania dla wszystkich, którzy trzymali kciuki. Szczególnie zaś dziękuję tym, którzy faktycznie i fizycznie przyczynili się do mojej osobistej wygranej. Szanowny Trenerze***, Drogi Dyrektorze Sportowy, niesamowity Klubie Kibica – co się będę rozwodzić, sami wiecie.
Co znaczy wierzyć? Wierzyć znaczy walczyć.

* C. McDougall, Urodzeni biegacze
** No co, bajek nie oglądacie?
*** Osoby zainteresowany usługami Najlepszego Trenera na Świecie proszone są o kontakt. Jako pośrednik pobieram dziesięć procent. Płatne z góry.

piątek, 30 marca 2012

Ludek

Skąd się wziął ów przydomek współlokatora – nie wie nikt. Jest kilka teorii, prawdopodobnie żadna nie jest prawdziwa. Wszystkie powstały w oparach doskonałego nastroju, będącego wynikiem działania sił nieczystych oraz mieszanki etanolu i kurzu z książek. Nowy kolega rozgościł się już na dobre w swym surowym królestwie. I Bogiem a prawdą, nikt już nie pamięta, jak wyglądało życie bez niego. Domowa symbioza nastąpiła szybko, choć nie do końca zgodnie z przewidywaniami.
Oczywistym jest, że Ludek mianowany został domownikiem dzięki swemu nienagannemu ułożeniu. Wrażenie zrobił dobre. Wysławiał się ładnie, wyglądał schludnie, do tego nie miastowy, a przyjezdny. Same plusy. Taki grzeczny, kulturalny chłopiec. Szybko udowodnił nam, jak mało jeszcze wiemy o życiu. Grzeczni i ułożeni panowie nie istnieją. Zwłaszcza wśród studenckiej braci.
Ale od początku.
Zaiste, tyle kobiety wiedzą o sobie, ile usłyszą od mężczyzn. Tych, którzy nie mają interesu w naginaniu prawdy. A Ludek, zdaje się, przesadnym pochlebstwom się nie oddaje. Hołduje zasadzie: rób tak, by ci było wygodnie, ale zanadto sobie przy tym nie komplikuj. Prostą wypadkową takiej filozofii jest szczerość. Jak w mordę strzelił szczerość. Od momentu  zajęcia środkowego pokoju współlokator prowadzi obserwacje. Gromadzi w ten sposób argumenty obalające mit dystynkcji dam z klasą. Wysoki sądzie, one śpiewają, choć nie powinny; i potrafią bekać. Nie powiem, co jeszcze. Ja też nie powiem. Jakoś tak się stało, że obawy o brak swobody, związane z posiadaniem w mieszkaniu osobnika płci przeciwnej, zdematerializowały się. Rzec można nawet, iż od momentu, gdy Ludek jest z nami, nasze dobre maniery trochę jakby zdziczały. I absolutnie nie przyczynił się do tego kolega, nadal twierdzę, że to dobrze wychowany człowiek (dodałabym: młody, ale przecież tu sami młodzi). Tylko kwestia kultury osobistej to szerokie i płynne niczym Huang Ho zagadnienie. A gdzie woda, zwłaszcza żółta, tam dowolność interpretacji.
Bo my też prowadzimy badania i czynimy spostrzeżenia. Konstatacje, które są ich rezultatem, dotyczą w zasadzie szerszej populacji, nie samego Ludka. Powiedzmy, że na ich podstawie wysnuć można wzór współczesnego studenta*.    
I oto, jak w dzisiejszych czasach wyewoluował nowy (nad)gatunek: superstudent. Do grona tego zaliczają się raczej panowie. Z prostego powodu: superstudent jest minimalistą. Ogranicza się do jednego. Jedna torba, jeden stół na nogach, jeden stół na kółkach, jedno krzesło, jeden kalendarz (ale z podobiznami wielu pań), jedna strefa czasowa. Zgoła odmienna od naszej. Biorytm superstudenta działa bowiem na nieco innych zasadach. Organizm wybudza mu się około godziny trzynastej. Do czternastej zastanawia się, czy opłaca się wstawać, a potem ci, którzy są nudni i muszą chodzić do pracy wracają z niej, więc naczinajetsia bal. Czy ktoś właśnie stwierdził, że nieprawidłowo przeszedł przez studia? Też tak mam.
Czym żywi się superstudent? Ogólnie jest samowystarczalny, ale kiedy już musi jeść, wstaje z kanapy i w akcie pogardy dla sowitych zapasów od mamy udaje się do tureckiej restauracji, w której serwują mięso o dającej do myślenia powierzchowności i równie zagadkowej narodowości, zawijane z polską cebulą w kawałek pergaminu mejdinczajna. W ten sposób superstudent wspomaga dwie organizacje pożytku publicznego: małą przedsiębiorczość międzynarodową oraz głodne polskie dzieci. Tym ostatnim przypadają w udziale cykliczne paczki żywnościowe przygotowywane przez wspomnianą już, wspaniałą mamę. Uszanowania dla mamusi!
Mimo wyśmienitej diety i ciężkiej pracy superstudent organizm ma słaby. Podatny jest na liczne schorzenia, z których najczęstsze to bóle różnego pochodzenia o nasileniu zawsze za dużym. Mówią, że studenci zbyt dużo piją i dlatego ich boli. A jak mają nie pić, skoro ich boli? Gorzej, gdy tradycyjne specyfiki nie pomagają. Wówczas od razu stół operacyjny. Z tego powodu superstudenci nie mogą sobie pozwolić na chwilę choćby nieuwagi. A jeśli już się zdarzy, to po skomplikowanym zabiegu czeka długa i bolesna rehabilitacja. Trzeba na przykład chodzić w pończosze, leżeć do góry brzuchem i ciężko wzdychać. Koszmar.
Superstudenta cechuje olbrzymia wręcz empatia. Martwi się, przejmuje, angażuje. Dzwoni, czasem nawet nocą, by upewnić się, że wszystko w porządku, nie zjedli cię żadni otyli ludożercy, nie wciągnęła czarna dziura. I zawsze wtedy jakiś taki rozmowny, wesoły i nieśpiący jest. O czwartej trzydzieści dwie.
A, superstudent ma gest. Nie przynosi kobietom kwiatów, od razu całe żywopłoty. Co się będzie ograniczał.
W czym jeszcze superstudenci odstają od stereotypu zwykłego śmiertelnika? Potrafią sprzątać. Tak przynajmniej utrzymują. Nie obawiają się też nowych wyzwań, przykładowo żelazka. Techniki pracy wymyślne, skutki różnorakie. Trzymałem mopa? Trzymałem. Prasowałem koszulę? Prasowałem. Czy podłoga czysta, a koszula bez zagnieceń, to insza inszość. Liczy się odpowiednie kreowanie wizerunku.
Wady? Nieliczne. No, może problemy z nawigacją. W sopockich lasach bywa niebezpiecznie, zwłaszcza nocą, zwłaszcza na mrozie. Tyle się teraz słyszy o tajemniczych zniknięciach, a wyszli tylko do kiosku po papierosy. W kapciach. Gdyby nie telefon do przyjaciela, gatunek ów mógłby być poważnie zagrożony wyginięciem.
Supertudenci posiadają liczne pasje. Hobby modelowego superstudenta musi być nietuzinkowe. Uprawianie sportów czy zbieranie znaczków pocztowych – to dobre dla lam. Jak już kolekcjonować, to coś konkretnego. Na przykład znaki drogowe. Z naciskiem na sygnalizatory świetlne.
Pasje to jedno, talenty – drugie. Superstudent skazany jest na żywot wśród swych licznych uzdolnienień. Ludek na przykład najlepiej na świecie wykonuje męskie partie ludowych piosenek. Barytonem. Artystą jest wszechstronnym, ach skromnym. Śpiewa. Tańczy. I do tego wszystkiego jeszcze pisze. Kto ciekaw, zapraszam tu.
Reasumując: co facet w domu, to nie nuda. A co student, to przygoda. I zagadka, co zastaniesz po weekendzie, gdy zostawisz takiego modela samego „na kwadracie”. Ludek sam w domu. Wynik powyższego eksperymentu poznam w niedzielę. Najgorsze, że nie będę mogła go opisać. To się nie będzie nadawało do publikacji.

* pracuję właśnie usilnie nad zabezpieczeniem się przed ewentualnym pozwaniem o obrazę czci i honoru z jednej strony i krwawą zemstą z drugiej, ale chyba dość nieporadnie… Tłumaczenie, że kolega był punktem wyjścia do niniejszych rozważań, a wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń realnych jest zupełnie przypadkowe raczej na zbyt wiele się nie zda; ale brnąć potrafię jak nikt inny, więc taka niech będzie wersja oficjalna. Uwaga jednak: ostatnio komuś, kogo zastanawia blogowa otwartość napisałam, że nad słowem pisanym ma się kontrolę i to jest przewaga; nie daj się złapać w pułapkę pisanej szczerości. Ty też.