wtorek, 2 sierpnia 2011

Spokojnie, jestem

tylko chwilowo mnie nie ma
ale zaraz wracam
tak myślę
i nie myślę
bo od myślenia to - sami wiecie
zjem ciasteczko
wam też radzę
znaczy: polecam

ogarnę się z materią i będę

poniedziałek, 25 lipca 2011

Tydzień trzeci: odpoczywanie

Po tak intensywnym paśmie wydarzeń, podczas których organizm mój zmuszany był do aktywności na wysokiej częstotliwości, należało pomyśleć o regeneracji. W końcu ile można się spinać. Każdy ma prawo do odrobiny relaksu. Mówiąc relaks miałam na myśli leniwą sobotę w pidżamie, domowe spa, obłożenie się zaległymi czasopismami lub wetknięcie nosa do książki*, która nie przestała na mnie patrzeć z wyrzutem. Odrobina leniwego egoizmu. Wszystko po to, by zrzucić z barków ten trzymający od dawna ucisk i – oczywiście - by zapomnieć o poniedziałku i innych mało przyjemnych kwestiach. Zupełne wyłączenie na bodźce zewnętrzne. Udało się może owo wyłączenie, ale nie dzięki odprężeniu, a michałówce.
Kto ciekawy, zapraszam. Jest taki lokal w Sopocie, nieco oddalony od wydeptanego traktu, znajdujący się w Domu Nauczyciela. Zwie się bodajże Belfer. Pachnie peerelem? I słusznie. Wchodząc na teren Belfra, cofasz się o jakieś 30 lat. Miejscowa kuchnia podobno ma kilka specjalności, nie próbowałam. Mogę się wypowiedzieć jedynie na temat frytek (bez rewelacji) i michałówki właśnie. Ta ostatnia to popisowa nalewka zakładu. Podawana w kryształowych karafkach, rozlewana do kieliszków, w których z winy specyfikacji nie może zbyt długo przebywać, dlatego należy je czym prędzej opróżniać. I teraz niespodzianka: wyczuwalnie pędzona na cytrusach. Wskazuje na to zabarwienie i posmak. Rozwijając wątek smaku, to zdecydowanie pierwsze skrzypce (i trąbki i bębny i akordeony, a nad ranem piskliwe organki) gra w tej bajce spirytus. Albo inna moc, w każdym razie nieczysta.
Co bardziej sprytni zapytają, czy to może jakaś konkurencja dla cytrynówki z wesołego domku. Powiem tak: jeśli ktoś nad subtelną przyjemność stawia sobie szorstką radochę a od wyrafinowanej degustacji woli prostą, nastawioną na rauszowe doznania konsumpcję, to i owszem. Szkoda dla nich wówczas sławetnej cytrynówki. Ona nie jest dla każdego, na nią trzeba zasłużyć. W zasadzie to zastanawia mnie, czy nie nadać jej jakiegoś specjalnego imienia. Otwieram konkurs na nazwę, propozycje proszę składać w nieprzekraczalnym terminie kolejnego nastawu.
Wracając do michałówki. Była urodzinowa, michałowa. Świętowanie święta rzecz, ale kiedy w sobotni poranek (gdzieś w okolicach jedenastej) budzisz się i masz przed oczami kalejdoskop wczorajszych wrażeń, a planowałeś spokojny, kulturalny, kojący zszargane zdrowie weekend, to przychodzi do splątanej głowy jedna myśl: michałówka to podłość bytu. I rozumiesz ból pana Andrzeja, który jest jak motyl przesadnie zmęczony**. I tę prostą prawdę: alkohol ma dobre, ale też złe strony. Melodia szumi w uszach, towarzyszy ci cały potargany dzień. Z jednym się tylko nie zgadzasz w tym momencie cichego cierpienia: nie rozumiesz dalece posuniętego optymizmu autora, gdy ten intonuje ja wam mówię jest dobrze, jest dobrze, jest dobrze ale nie najgorzej jest. Wszystko wszystkim proszę pana, ale zachowajmy trzeźwą ocenę niezbyt korzystnej sytuacji.  
Nie udało się za pierwszym, to musi się udać za drugim podejściem. Młodość ma swoje prawa, ale organizm swoje granice - i kategorycznie zażądał spowolnienia chciwej pasji życia. Ja tam kłótliwa nie jestem, się zgodziłam. Pokłosie tej uległości da się zauważyć w  postaci częstszej paraliterackiej (wy)twórczości z jednej strony i – z drugiej  - w napoczęciu kolejnej książki. Przyznać jednak muszę, że jako czytelnik jestem niereformowalna – trzy zrezygnowane pozycje leżą na półce łypiąc spode łba z nadzieją. Każdej z osobna poświeciłam kilka chwil, rozdziałów, połechtałam jak kobietę komplementem i kwiatami – po czym zostawiłam na rzecz innej. Rzeczywistość jest brutalna. Do wszystkich jednak mam zamiar wrócić. A one, głupie, czekają. Wybaczcie jednak, nowa lekturowa miłość bije je w aktualnym rankingu. Ale o tym innym razem.

* albo książek; o tym później
** http://www.youtube.com/watch?v=VQkd0wPOt0c

sobota, 23 lipca 2011

Tydzień drugi: kibicowanie

W stepie szerokim, którego okiem nawet sokolim nie zmierzysz
stała blondynka w bieli, czerwieni, wypatrywała rycerzy...

Parafraza zawarta w podtytule zdradziecko mnie demaskuje. Mądre dziewczynki cechuje wrodzony rozsądek; w efekcie nabytych przez lata doświadczeń wiedzą, że prawdziwych mężczyzn już nie ma; nawet tych mniej niż bardziej rycerskich. A tu, proszę, uchowała się taka, co nadal wierzy w Mikołaja. Wiecie, zawsze pod choinką znajdą się takie podarki, które nie wiadomo, kto zapakował. Poświąteczne dochodzenie nie odkrywa tajemnicy, dlatego sądzić trzeba, iż to sam Święty. Na tej samej zasadzie funkcjonuje religia żywej męskości. W końcu wiara z założenia ma być ślepa – to czego nigdy nie widziałeś, to czego nigdy nie słyszałeś.
Budujący jest fakt, że takich, jak ja, jest więcej. Zapełniają one hale podczas rozgrywek siatkarskich i narkotyzują się oparami testosteronu.
Moi państwo, tak. Jestem aktualnie zakochana w kilkunastu bez mała chłopcach. Tutaj nie obowiązuje reguła, że młodzież musi dorosnąć, zgolić kilka pierwszych wąsów, by można było nań spojrzeć. Ech. Proszę mi wybaczyć, ale co to są za pośladki! Ramiona! Nie tacy mali rycerze… Co jeden, to lepszy. I nawet rudy daje radę. Tak zwane  ciacha.
Teraz chwila na komentarze czytelników płci niepięknej na temat słabej kondycji współczesnych kobiet (jakie my jesteśmy powierzchowne, proste, itepe). Już? Mogę dalej? Dziękuję.
Bo tak naprawdę fascynacja siatkarzami* opiera się na prostym mechanizmie. Chodzi o to, że im wychodzi. Prezencja jest wypadkową ciężkiej pracy. Bo chyba nikt nie wątpi, że medale okupione są potem i krwią. Dajmy na porównanie polskich piłkarzy. Ktoś chce dyskutować? Jestem za tym, żeby PZPN zamienił się budżetem z Polskim Związkiem Piłki Siatkowej. Albo najlepiej cały złożył mu w daninie, w zamian całując stopy Gruszki. To i tak byłoby zbyt wiele.
Lubię emocje, mecze siatkarzy dostarczają ich w dawce satysfakcjonującej. Można sobie pośpiewać, pokrzyczeć, popłakać, potańczyć, czasem schować się za kanapą, ogólnie: przypomnieć sąsiadom o swoim istnieniu. Jest Kurek, jest impreza. No i właśnie, drugi tydzień lipca stanął pod znakiem Ligi Światowej. Blondynka kibicuje.
Mam to ogromne szczęście, że w kolorowy volleyball world wprowadziła mnie Kobieta Znająca się Na Rzeczy. Ale ale! nie ułatwia to sprawy, gdyż jest ona nauczycielką wymagającą, i choć nie każe cytować z pamięci wymiarów i rozmiarów sami wiecie czego (nie wątpię, że je zna), to spróbuj strzelić gafę w stylu a dlaczego nie gra Świderski? Ten wyraz twarzy mówi wówczas wszystko: wzbudzasz moją litość, człowieku. Tak że uwaga, panowie - chcecie rozgrywać, nauczcie się zagrywać.
Nareszcie nasze podatki zaczynają przynosić wymierne korzyści: mamy taką na przykład Ergo Arenę, na której dzieją się rzeczy rangi wykraczającej poza płot okalający przydomowe podwórko. Grzechem byłoby więc oglądać rozgrywki panów siatkarzy w telewizorze, gdy za miedzą można ich powąchać. Moja prywatna mentorka - główny kierownik zamieszania - należy do grona optymistów marzycieli. Choć mało kto stawiał na to, by Polacy mieli stanąć na pudle ligi, ona z miesięcznym wyprzedzeniem zakupiła bilety na finały właśnie i nakazała szykować biało-czerwone kreacje. Im zaś bliżej finału, tym sytuacja przedstawiała się gorzej. Nie żeby dramatycznie, ale obawa była. A jak trwoga, to – wiadomo - do Boga. Modlitwa o mecz. Żarliwe błagania niewiast o pomyślność mężczyzn, okupione fantami. Dokładnie, w dzisiejszych czasach kapitalizmu nawet z Bogiem trzeba dobijać interesu. Kto ma uszy, niechaj słucha. Panie Boże, niech IM się  uda, niech NAM się uda, jeśli zobaczymy ICH w niedzielę, będziemy CO TYDZIEŃ na mszy
Słowo się rzekło. Można mnie odpytywać z homilii. Tym samym zamykam usta wszystkim, którzy zwą mnie złą kobietą. Ha! I co teraz powie?
A mecz? Naprawdę nie słyszeliście, jak się darłam…? Argentyńskie niebo płakało nad nami.
P.S. Na zakończenie muszę sobie pozwolić na pytanie, które kieruję do mentorki. Pani słucha: Wszyscy grają pięknie, a i tak wygrywa Brazylia. Tak mnie pani nauczyła. I co ja mam teraz z tym zrobić? Pogubiłam się.

*mowa teraz o polskiej reprezentacji, aczkolwiek niekoniecznie trzeba się ograniczać; nawet u Rosjan można coś interesującego wynaleźć

czwartek, 21 lipca 2011

Trzy tygodnie z życia blondynki. Tydzień pierwszy: konstruowanie

I znowu. Zapuściłam się na całe trzy tygodnie nicniepisania. Wytwór wierszopodobny zaistniały ostatnio w tym miejscu bowiem się nie liczy i liczyć nie może. Został on przez jednych określony jako uboczny skutek cytrynówki, a przez drugich za poetyckie zapędy świniopasa, dlatego skuliłam się w sobie i więcej takiej (swa)wolnej twórczości uprawiać nie będę. Się obraziłam. Opowiem więc o tym, co mnie tak skutecznie przez czas jakiś od  należytego pisania odwodziło. A trochę tego jest, bo u blondynek zwykłe dni smakują jak niedzielne ciasto. Nigdy nie wiesz, jakie będzie tym razem.
Tydzień pierwszy minął na nadawaniu namacalnego kształtu masie odrealnionych wyobrażeń, przy sporym udziale potu z czoła i innych płynów*.
Kiedy dama ulega objawieniu, należy obawiać się istoty tej wizji.
Kiedy dama jest blondynką, należy fakultatywnie bać się tego, że wprowadzi ją w życie.
Kiedy blondynka jest zdeterminowana, należy już tylko jej pomóc.
Bo nie ma takich sił na niebie i ziemi, które zdołałyby odwieść ją od spełnienia snu o krainie lodów waniliowo-jagodowych z nutką cytrynowego przebudzenia**.
Od czego zacząć? Zakupy to podstawa, blondynki to wiedzą. Mają moc sprawczą, gdy brak pomysłu i uspokajającą, gdy jest ich zbyt wiele. Chcesz lody, idziesz do sklepu. No to poszła.
Blondynka w castoramie. (Tytuł na dreszczowiec).
I oto zdziwienie. Sezon przecen, a tu żadnych promocji! Czym ma się więc kierować białogłowa, co kupić, co wybrać z obfitości nieznanego..? Zagubienie między sklepowymi regałami, nowe doświadczenie. Trzeba skontaktować się z farmaceutą lub poszukać eksperta. Ekspert był bliżej.
Blondynka: Proszę pana, proszę pana…! Dzień dobry. Czy byłby pan tak miły i powiedział mi, który wałek będzie najlepszy do tej farby?
Pan w żółto-niebieskim wdzianku (bez patrzenia na wiadro): A kto będzie malował? Pani? To ten.
Na mężczyzn zawsze można liczyć***. Niezawodni rycerze Krainy Prostego Podejścia do Życia. Na swych rumakach pędzą przez pola i lasy, zacięci w szalonej gonitwie tak dalece, że bez zatrzymania mijają wieżę z usychającą królewną. Przyłbice niedomyślności zakrywają im oczy, nie widzą, że ta czeka i paznokcie już całkiem zjadła. Jeźdźcy własnej apokalipsy, zapatrzeni w daleki i nieokreślony nawet dla nich cel popędzają ostrogami konie, w impecie podcinają kopią spuszczony dla ich wygody z wysokiego okna warkocz i mkną, niczego nieświadomi, dalej. Smok by się uśmiał.
Błędny rycerz castoramy pognał dalej, ale zakupy, dzięki siłom wyższym i prozaicznemu pośpiechowi, skończone. Ale nie trać na czujności! Gdy niewiasta ma w głowie plan, może nie mieć baczenia na takie błahostki, jak zabranie zakupionego asortymentu do domu. Kto bym tam zważał na takie szczegóły.
Kolejny krok na drodze do odszarzenia otoczenia: malowanie. Czyli blondynka plus pędzel. Czyli kłopoty. Ciężka praca i inwektywy, no jak można zapomnieć o pomalowaniu sufitu?! I dlaczego ta ściana przykleja się do wałka? Drzwi zapomniały o swojej podstawowej funkcji i z przekory czy też w imię nowej namiętności nie zamykają się w ogóle (w zasadzie niegłupie: gdy drzwi pozostają otwarte jest większa szansa, że ktoś zajrzy do środka). Pewne budowle winno się drogą specustawy zrównać z ziemią i zapomnieć o ich istnieniu. I w takich momentach cała moja feministyczna dusza pyta: gdzie ci mężczyźni?!
Cóż, tych nie było. Pocwałowali, ledwo ich już widać na horyzoncie. Kiedy więc dama traci moc, wzywa posiłki. Na wezwanie stawia się przyboczna straż koloru blond. Solidna firma, nie nawala, a i pomysłami zarzuci. Bo żaden wojak nie wpadłby na koncept z potraktowaniem mokrej ściany suszarką do włosów. Albo dwiema. No co, przecież włosom to pomaga. Potrzebujesz fachowca do skręcenia regału? W konkursie na majstra sezonu wygrywa walkowerem płeć nadobna. Ale nie sądź pochopnie, że robota niewiele warta. Majster pierwsza klasa, takiej skrzynki z narzędziami nie powstydziłby się mój tato. Ba, nawet wujek Zenek.
I tak, po licznych podejściach do tematu rzec można: jest. Cytrynowy raj. Jak przyciemni się światło, to nawet ładnie.

*czytaj: remont pokoju
** czytaj: kolor ścian; to przecież oczywiste, wszystko trzeba ci tłumaczyć...
*** chyba, że akurat nie można

czwartek, 14 lipca 2011

Po drugiej stronie

jestem drzewo
jestem ptak
jestem woda
jestem wiatr
wszystkim jestem
nic jest mną

Na szyi ścisk
ta obręcz jest silniejsza od ciebie
Napięcie w ramionach
tam gdzie skrzydła winny być
nie rozwiniesz, podcięte

skóra paruje dźwiękami, co sączą się żlebem w dół
gleba nie wsiąka, oddaje, krztusi się
trzeba zaorać
Grunt westchnie i odda nadmiar
wyrośnie sad
Oszukane jabłka
kto zje pierwszy, będzie znał prawdę
ale wcale nie chce jej znać

Prawda nagle brzmi inaczej, słowa mają nowy kształt
noc już nie znaczy niewiedzy
noc jest zła
światło nie kreśli odpowiedzi
to co niepewne nadaje ton

Pragniesz tak niewiele
niepamięć ważyłaby mniej
dotykasz niewidzialnego, stajesz się nim

Kolor zalewa usta
pustynia śpi
umarłe kwiaty
muszę milczeć
nie potrafię

plastyczna maź faluje, zaprasza, mruży oko, ostrzega DRŻYJ

biegnę cicho
cisza jest groźna
jestem częścią całości
odpowiedzią na zagadkę
nieznanym fenomenem światła i ciemności
uciekaj zostaw to wszystko
giń

wiem, że do mnie mówisz
mówię krzyczę błagam szept
na pierwszy rzut oka
niby pasuje niby autystycznie
ale
przestaję wierzyć

chłodno, brakuje cienia
gorąco, sople z dachu 
grają muzykę pachnącą jaśminem
okrągły rynek z fontanną bez wody
okiennice skrzypią nad głową
powietrze cyka i drży
sza
I śnieg
a płatki głośne, zielone
jak liście, których nie ma
bo w końcu zima

jest w tobie siła, której nie pojmujesz
ten kot, który patrzy co rano
on wie

bańki mydlane kończą tragicznie
nawet te z różowym poblaskiem

ból jest dobry trwa chwilę – chwała trwa wiecznie
gówno prawda

jestem drzewo
jestem ptak
jestem woda
jestem wiatr
wszystkim jestem
nic jest mną

czwartek, 30 czerwca 2011

Przeprowadzka w nowe stare ja

Przepis na podróż w najlepsze strony własnej, zagrzebanej w popiele zapomnienia, tożsamości:
Weź trzy kopy wiary w nowe.
Włącz muzykę na 240 stopni. Niech się powoli nagrzewa. Głośno. Najlepsza jest Armia, ale nie każdy lubi, więc można Comę. Nie schodzić poniżej Pidżamy, grozi zakalcem. Po polsku smakuje najkorzystniej, nie stanie w gardle brak słów czy akcentu.
Drgania basów, podłogi i okien spowodują, że w kluczowym momencie nie opadnie kruche ciasto mobilizacji, a rodzice irytującego bachora zza ściany przestaną słyszeć jego ryk. Hałas i chaos służą ogółowi.
Otwórz piwo. Działa jak drożdże.
Zacznij zapełniać kartony tym, co chciałbyś zabrać ze sobą do nowego życia. Udawaj, że to tylko taka zabawa. Zmylisz przeciwnika. Nie widać go? Złudzenie. Kryje się tuż pod górną powieką.
Pakuj. Za cicho, podkręć. Po co ci te buty? Daleko w nich nie zajdziesz. Poza tym i tak nigdy ich nie założysz. Kibel.
Nie oglądaj zdjęć! To najgorsze, co możesz zrobić! W ten sposób stracisz wszystko: aromat
dawnej potrawy i smak dzisiejszego obiadu. Odłóż. Dziesięć, dziewięć… No, już. Łyk.
Zaczyna brakować kartonów? To opróżnij je i odrzuć wszystko, co niesie ze sobą piętno trzymających w zastoju wspomnień – w końcu nowe życie, nowa jakość.
Tak też źle. Nie ma co włożyć do garnka.
Więc selekcja: na prawo przyprawy ostre, na lewo słodycz. Porówna się i zobaczy.
Waga kuchenna w równowadze. W zasadzie to dobrze dla kubków smakowych. Ale problem logistyczny nie ginie: trzeba zabrać wszystko (oprócz tych cholernych butów). Okrutny miszmasz.
Nie oglądasz telewizji? Najlepszy kucharz potrafi wyczarować wykwintną potrawę z tego, co zastanie. Więc dalej. Mieszaj masę, coś wyrośnie.
Aj, do tego pudełka nie trzeba było zaglądać. Kipi! Zamykamy i zapominamy. Do następnego razu.
Trzy oddechy, łyk i jedziesz. Ha! Tu jesteś! Książko mojego wyrzutu sumienia, miałaś być skonsumowana już dawno. Tak się niby schowałaś, w jawnej tkwiąc kryjówce. Na nowym na pewno się uda. Położymy cię w widocznym miejscu, zaraz obok galerii osobistych priorytetów (ślubny portret dziadków, medal, zdjęcie z drogowskazem).
Długo coś. Szef kuchni robi się głodny. A zajrzyj dokładnie we wszystkie kąty, na pewno jest w nich coś schomikowanego na wypadek przesilenia. To jest właśnie ta chwila. Im mniej balastu znosisz ze schodów, tym na nowym lokum lżej. Budujesz przestrzeń nowego mikroświata.
Zachowaj ostrożność – nie ustawiaj kartonów w zbyt wysoki stos. Ryzyko zawalenia konstrukcji budowanej przez lata. Uważaj, nie zrób sobie krzywdy. Piekarnik parzy, o pakunki można się potknąć. Mówiłam? Mówiłam. Łyk.
Upychanie i duszenie nic nie dało, nadal jest więcej artykułów, niż miejsca w garze. Trzeba się wspomóc sprawdzonymi radami babuni. Worki na śmieci. Przyjmują każdy balast.
No dobrze. Wygląda na to, że ogół zwany ja został skoncentrowany na kilku metrach kwadratowych. Czy to ostatni raz? Nie myśl o tym teraz. Idź spać. Danie musi się zamarynować i przegryźć.
Zielona noc. Jak zawsze nie zapamiętasz snu.
A kiedy stajesz w nowych starych drzwiach, jesteś zmęczony, ale szczęśliwy. Snujesz plany, czujesz przedsmak, podejrzewasz obietnicę ideału na podniebieniu.
A kiedy nie wiesz, od czego zacząć, zacznij od początku.
Bo kiedy nam zabraknie sił, zostaną jeszcze morze i wiatr. I kilka kartonów do rozpakowania.
Gotowe, można podawać. Kosztuj nowe stare. Jadłeś to już wielokrotnie, ale za każdym razem smakuje inaczej. Teraz trochę jak krewetki w czekoladzie. I w tym zaskoczeniu jest siła – nikt tego przed tobą nie próbował. Jesteś kreatorem smaków swojego życia.
Pamiętaj o odpowiednim przybraniu talerza. Może kolor ścian, może nowy mebel. Tak, by właściwie zaakcentować majstersztyk losu.
No i jeszcze jedno. Żaden porządny posiłek nie obędzie się bez odpowiedniego napitku. Cytrynówka come back.
Smacznego!

niedziela, 26 czerwca 2011

Na wczasach w kurorcie...

...obowiązuje pewien bon ton. Etykieta, której winien przestrzegać każdy szanujący się urlopowicz. Odstępstwa są niemile widziane - najczęściej z ukosa, zdarza się, że z wyciągniętym palcem wskazującym.
Przede wszystkim trzeba wiedzieć, jak się nosić. Albo raczej, jak się nie nosić. Kalosze, nawet w kwiaty, nawet w kolorowe, nawet kiedy pada, nie zastąpią na nadmorskim deptaku piętnastocentymetrowych obcasów przymocowanych do stopy za pomocą paru pasków. Na beach party trzeba się zaprezentować, a że inne buty nie zmieściły się w walizce – to cena, którą warto ponieść. Umiejętność poruszania się w takim obuwiu (czasem deski się kończą i trzeba brnąć w piachu) to dar nie lada. I nie wszystkim dany.
Obuwie damskie już wiemy. Panowie bynajmniej nie są zwolnieni z uregulowań w tej materii. Nie ma znaczenia, czy klapek, czy sandał – wybór wedle upodobania. Tutaj z kolei obowiązuje to, co pod butem. Skarpetka mianowicie. Długość - nieco za kostkę, kolor - biały lub czarny, inne barwy byłyby zbytnią ekstrawagancją. Dopuszczalne są napisy typu puma lub ccc.
Ekscentryzm to domena pań. Tu na wiele można sobie pozwolić: kapelusze, świecidełka, sztuczne kwiaty, bransolety, chusty i co tam jeszcze, wszystko w obfitości wizualnej i dźwiękowej. Gwiazdę trzeba widzieć i słyszeć z daleka. Nie tylko dlatego, że usta jej się nie zamykają.
Makijaż. Obowiązkowy. Nigdy nie wiadomo, z której strony nadejdzie sława. Że skwar zalewa złotym potopem plażę – nie stanowi. Czoło gwiazdy musi być odpowiednio przypudrowane, oko podmalowane, odpuścić można sobie co najwyżej szminkę. W końcu stawiamy na naturę.
Repertuar dnia na wywczasach niezmienny. Od rana ciężka praca. Koc, ręcznik, parawan, napoje, pies pod jedną pachą (pisząc pies mam na myśli te małe, ruchliwe, piskliwe zwierzęta, które zapomniały urosnąć, a ktoś przez złośliwość wygolił im część futra), dziecko pod drugą, czasem jeszcze torebunia bo mam świeżo pomalowane paznokcie kochanie -  to zadanie mężczyzny. Kobieta pcha wózek bądź goni własny wdzięk i powab. Główne zajęcie całej rodziny, zaraz po mozolnym umoszczeniu się w grajdole, to posilanie się. Żeby zjeść, trzeba najpierw ustalić, co, a z tym wiąże się wybór miejsca zasłużonego obiadu. Dylemat niebagatelny. Czy rybka, czy pizza, czy schabowy. Czy Pod strzechą, czy U Hanki. Brak zdecydowania i kompromisów. Plażowa wojna domowa.
Ze scen w restauracji:
Jedno dziecko w wózku płacze, bo dostało mleko. Bądź go nie dostało. Drugie, bardziej samodzielne (potrafi walić kończynami w podłogę), płacze, bo chce frytki. Albo colę. W każdym razie płacze. Trzecie, przy sąsiednim stoliku płacze, bo tamte płaczą. Nie słychać własnych myśli ani pani zza bufetu, krzyczącej numer trzydzieści cztery proszę! Anielski chór. Wakacje. Jak miło.
Inna:
On – laptop. Ona – okno. Dyskusja ograniczona do ile można czekać na to piwo, podaj sól czy idę do toalety. Relaks, wypoczynek i cieszenie się sobą.
Z kolei obok zgoła odmienna para. On – sześćdziesiąt plus, niedokładnie zakryte braki w uczesaniu, dobry zegarek. Ona – dwadzieścia plus (bądź minus), długie nogi, trochę za słaby filtr przeciwsłoneczny. Rozmowa wielce ożywiona, on opowiada, ona zachwyca się jego elokwencją, perlisty śmiech, nie mówi: tato.
Korzystając z dobrodziejstw urlopu należy uważać, by upojny wypoczynek zbyt nas nie rozkojarzył. Nadmiar słońca może spowodować, że pomylimy partnera/partnerkę (a tu jesteś, kochanie…), wysłać sms-a nie tam, gdzie trzeba czy zjeść/wypić coś, co przecież nigdy nam nie służyło. Konsekwencje mogą piec bardziej, niż spalone ramiona.
I podstawowa zasada: turysta winien być skwaszony. Okazywanie entuzjazmu niewskazane, tym bardziej, że zawsze jest coś nie tak: za zimno, za gorąco, zbyt wieje, nie wieje, za mało słone, za drogo, za daleko, łóżko za twarde, za głośno, zbyt nudno, źle…
Reasumując: można się zmęczyć odpoczywaniem.
Chyba, że BIEGASZ.
Niewiele jest rzeczy lepszych od uczucia piasku, wiatru i wody pod stopami. Bieg brzegiem morza, boso – żadne najlepsze buty i trasy tego nie zastąpią. To jest ten moment, kiedy jesteś częścią świata, uśmiechniętą i szczęśliwą. Chłoniesz z każdym wdechem i krokiem harmonię, żyjesz. Nie potrafię napisać nic więcej, tego trzeba doświadczyć.

P.S. Tej pani udało się wyśpiewać to, czego mnie nie udało się opisać:
http://www.youtube.com/watch?v=G81xYwWCCAs&feature=related

niedziela, 19 czerwca 2011

49 minut

na moim zegarku; czekamy na oficjalne wyniki, ale i tak czuję się królową. Skąpaną w szampanie.

Godz. 17.10
A więc oficjalne wyniki moi drodzy są jeszcze bardziej optymistyczne: czas netto 00:48:49. I wygląda na to, że jestem 36 damą, która przekroczyła linię mety. Lepszego debiutu nie mogłam sobie wysmarować. I kolanko nie boli!
Niniejszym składam podziękowania i powinszowania Klubowi Kibica. Zdobył niekwestionowane pierwsze miejsce w swojej kategorii. List Gratulacyjny wręczony zostanie osobiście.
Biegam, bo lubię.

sobota, 18 czerwca 2011

Dziewiczy bieg

Dziękuję wszystkim za (niektóre niezwykle cenne) rady przed moim dziewiczym* biegiem. Odpowiadając na kilka zgromadzonych pytań: uczestnicy biegu świętojańskiego podpisują oświadczenie o zdolności do jego odbycia. Jeśli mają stan przedzawałowy, ale złożą podpis na stosownym dokumencie, to zostaną do zabawy dopuszczeni. Komisją lekarską jest tu więc własny zdrowy rozsądek. Pan od psychofizjo napraw twierdzi, że mogę pobiec, więc proszę się nie niepokoić, nie mam zamiaru kończyć imprezy w karetce. Poza tym ominęłyby mnie after party i truskawka. Najważniejsze to ten bieg ukończyć, myślę, że dam fory innym, nie będę walczyć o pudło. Niech mają. I tak, internet to siła. Znajdują cię w nim przeróżne osoby, co czasem jest miłe, czasem nie do końca. Ale, jak to kiedyś powiedział mój dobry, myślę, znajomy - jak cię nie ma w google, to nie istniejesz. Więc jestem.
A temat książki gdzieś tam w głowie się snuł, ale przyznam się szczerze - więcej radości mam z pisania tutaj. Ewentualnych rozczarowanych póki co przepraszam.
Dzisiaj mam zamiar dobrze się bawić, tylko muszę najpierw usunąć to głupie uczucie tremy. Jakby było się czym denerwować, prawda? Właśnie. Idę więc zapchać stres dobrym śniadaniem.
Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie.

* prawa autorskie do nazwy zastrzeżone dla A.

środa, 15 czerwca 2011

I jeszcze

Temat biegania żyje, prowokuje i wzbudza zainteresowanie. Ożywił nieco to miejsce. Przynajmniej widzę, że ktoś mnie czyta. Fajnie. Sympatycznie jest wiedzieć, że nie tylko ja odwiedzam tę stronę. Wracając do biegania – lekkim truchtem przewijają się refleksje. Przepływ powietrza umysł przewietrza. Jest wszystko: zapał i tak zwana zajawka, wiatr we włosach i buchająca nosem uciecha (hej). Lekkość tę jednakże zakłóca kilka detali. Ważą niewiele, ale wszystkie do kupy ciążą na całokształcie. Gdy kształt się jeszcze formował – czyli jak był młodszy - zgoła inaczej to wyglądało. Wiedzieć wam bowiem trzeba, że młodym dziewczęciem będąc dość prężnie udzielałam się sportowo (potem długo, długo* nic, aż do teraz). Przygoda z bieganiem za dzieciaka trwała dobrych kilka lat. Było nas więcej: banda wiejskich smarkaczy, którą ktoś zechciał się zająć i zamiast latać po polach, ganialiśmy po bieżni. Po polach też, ale to nie był berek – myśmy mieli profesjonalne treningi i trenera z prawdziwego zdarzenia. A jak! Kto chciał coś znaczyć na wiosce, musiał przebierać nogami. I tak powstał w pipidówie z pegeerem team, który siał postrach na międzyszkolnych zawodach. Serio serio, zgarnialiśmy wszystkie nagrody i obsadzaliśmy pudło w każdej kategorii wiekowej. Uzbierała się natenczas niezła kupka dyplomów (medali kurczę nie dawali). Należę do osób sentymentalnych, więc mam je do dziś i wszędzie ze sobą targam. Wśród wypłowiałych pamiątek wygranych (a jakże!) biegów ulicznych czy przełajowych są takie unikaty, jak mistrzostwa uczniów szkół wiejskich nieistniejącego już województwa, biegi o puchar burmistrza miasta i gminy czy trójbój obronny młodzików (wspomnienie rzutu granatem w moim wykonaniu – bezcenne). Oprócz nagród i uznania z ówczesnym bieganiem wiązały się jeszcze inne profity - obozy sportowe. Dla wielu jedyna szansa na wakacje poza własnym podwórkiem. Na taki wyjazd trzeba było zapracować – łapali się najlepsi. Praca czy nie – my to lubiliśmy. Bieganie przychodziło tak łatwo, tak po prostu. Wciągało się trampki i poszli..! I najważniejsze – nigdy nikomu nic nie było, nie bolało, nie strzykało. Drużyna nieśmiertelnych, żadnego cackania się, bieg był naturalną funkcją organizmu. A teraz? Stawy nie te, kości nie te, pesel nie ten. Trzeba na każdym kroku przewidywać trzy kolejne, aby przypadkiem nie wdepnąć w łajno i się na nim nie pośliznąć. Nie jeść na ostatnią chwilę, bo kolka i gastryczny dyskomfort. Zainwestować w odpowiednie buty, bo kolanka, piszczele i Bóg wie, co jeszcze. Pamiętać o rozgrzewaniu, rozciąganiu, masowaniu, chłodzeniu… Kiedyś po mocnym biegu miało się porządny apetyt, teraz – można mieć wizytę. U fizjoterapeuty.
I ja u niego byłam, z bólu i wściekłości wyłam. Dziś bardziej z wściekłości, bo kto widział psuć sobie kolano na kilka dni przed startem. Zwłaszcza tym pierwszym i wyczekanym. Klub Kibica i własne sumienie nie pozwoliłyby mi zrezygnować, więc pan doktor miał za zadanie utwierdzić mnie w przekonaniu, że dam radę pobiec. Domeną dobrego rehabilitanta jest to, że potrafi razem z kontuzją naprawić ci psyche. Powiem tylko tyle: w dupę się ugryzę ze złości, jak nie pobiegnę**. A więc sobota, dwudziesta pierwsza zero zero. Będę miała niebieskie buty i niebieskie taśmy na kolanie. Zapraszam, zapisy trwają. Na after party też. Nie ręczę za swoją na nim kondycję***, ale obecność gwarantuję. Jeśli nie duchem, to ciałem na pewno.  

*długo, długo, długo, długo, długo, długo, długo, długo
** czasami bez wulgaryzmu się po prostu nie obędzie
*** mogę nie szaleć na parkiecie do białego rana, co najwyżej do trzeciej; po tym czasie oblegam bar. Ostrzegam każdego, kto spróbuje mnie z niego zdrapać: będę walczyć