czwartek, 21 lipca 2011

Trzy tygodnie z życia blondynki. Tydzień pierwszy: konstruowanie

I znowu. Zapuściłam się na całe trzy tygodnie nicniepisania. Wytwór wierszopodobny zaistniały ostatnio w tym miejscu bowiem się nie liczy i liczyć nie może. Został on przez jednych określony jako uboczny skutek cytrynówki, a przez drugich za poetyckie zapędy świniopasa, dlatego skuliłam się w sobie i więcej takiej (swa)wolnej twórczości uprawiać nie będę. Się obraziłam. Opowiem więc o tym, co mnie tak skutecznie przez czas jakiś od  należytego pisania odwodziło. A trochę tego jest, bo u blondynek zwykłe dni smakują jak niedzielne ciasto. Nigdy nie wiesz, jakie będzie tym razem.
Tydzień pierwszy minął na nadawaniu namacalnego kształtu masie odrealnionych wyobrażeń, przy sporym udziale potu z czoła i innych płynów*.
Kiedy dama ulega objawieniu, należy obawiać się istoty tej wizji.
Kiedy dama jest blondynką, należy fakultatywnie bać się tego, że wprowadzi ją w życie.
Kiedy blondynka jest zdeterminowana, należy już tylko jej pomóc.
Bo nie ma takich sił na niebie i ziemi, które zdołałyby odwieść ją od spełnienia snu o krainie lodów waniliowo-jagodowych z nutką cytrynowego przebudzenia**.
Od czego zacząć? Zakupy to podstawa, blondynki to wiedzą. Mają moc sprawczą, gdy brak pomysłu i uspokajającą, gdy jest ich zbyt wiele. Chcesz lody, idziesz do sklepu. No to poszła.
Blondynka w castoramie. (Tytuł na dreszczowiec).
I oto zdziwienie. Sezon przecen, a tu żadnych promocji! Czym ma się więc kierować białogłowa, co kupić, co wybrać z obfitości nieznanego..? Zagubienie między sklepowymi regałami, nowe doświadczenie. Trzeba skontaktować się z farmaceutą lub poszukać eksperta. Ekspert był bliżej.
Blondynka: Proszę pana, proszę pana…! Dzień dobry. Czy byłby pan tak miły i powiedział mi, który wałek będzie najlepszy do tej farby?
Pan w żółto-niebieskim wdzianku (bez patrzenia na wiadro): A kto będzie malował? Pani? To ten.
Na mężczyzn zawsze można liczyć***. Niezawodni rycerze Krainy Prostego Podejścia do Życia. Na swych rumakach pędzą przez pola i lasy, zacięci w szalonej gonitwie tak dalece, że bez zatrzymania mijają wieżę z usychającą królewną. Przyłbice niedomyślności zakrywają im oczy, nie widzą, że ta czeka i paznokcie już całkiem zjadła. Jeźdźcy własnej apokalipsy, zapatrzeni w daleki i nieokreślony nawet dla nich cel popędzają ostrogami konie, w impecie podcinają kopią spuszczony dla ich wygody z wysokiego okna warkocz i mkną, niczego nieświadomi, dalej. Smok by się uśmiał.
Błędny rycerz castoramy pognał dalej, ale zakupy, dzięki siłom wyższym i prozaicznemu pośpiechowi, skończone. Ale nie trać na czujności! Gdy niewiasta ma w głowie plan, może nie mieć baczenia na takie błahostki, jak zabranie zakupionego asortymentu do domu. Kto bym tam zważał na takie szczegóły.
Kolejny krok na drodze do odszarzenia otoczenia: malowanie. Czyli blondynka plus pędzel. Czyli kłopoty. Ciężka praca i inwektywy, no jak można zapomnieć o pomalowaniu sufitu?! I dlaczego ta ściana przykleja się do wałka? Drzwi zapomniały o swojej podstawowej funkcji i z przekory czy też w imię nowej namiętności nie zamykają się w ogóle (w zasadzie niegłupie: gdy drzwi pozostają otwarte jest większa szansa, że ktoś zajrzy do środka). Pewne budowle winno się drogą specustawy zrównać z ziemią i zapomnieć o ich istnieniu. I w takich momentach cała moja feministyczna dusza pyta: gdzie ci mężczyźni?!
Cóż, tych nie było. Pocwałowali, ledwo ich już widać na horyzoncie. Kiedy więc dama traci moc, wzywa posiłki. Na wezwanie stawia się przyboczna straż koloru blond. Solidna firma, nie nawala, a i pomysłami zarzuci. Bo żaden wojak nie wpadłby na koncept z potraktowaniem mokrej ściany suszarką do włosów. Albo dwiema. No co, przecież włosom to pomaga. Potrzebujesz fachowca do skręcenia regału? W konkursie na majstra sezonu wygrywa walkowerem płeć nadobna. Ale nie sądź pochopnie, że robota niewiele warta. Majster pierwsza klasa, takiej skrzynki z narzędziami nie powstydziłby się mój tato. Ba, nawet wujek Zenek.
I tak, po licznych podejściach do tematu rzec można: jest. Cytrynowy raj. Jak przyciemni się światło, to nawet ładnie.

*czytaj: remont pokoju
** czytaj: kolor ścian; to przecież oczywiste, wszystko trzeba ci tłumaczyć...
*** chyba, że akurat nie można

czwartek, 14 lipca 2011

Po drugiej stronie

jestem drzewo
jestem ptak
jestem woda
jestem wiatr
wszystkim jestem
nic jest mną

Na szyi ścisk
ta obręcz jest silniejsza od ciebie
Napięcie w ramionach
tam gdzie skrzydła winny być
nie rozwiniesz, podcięte

skóra paruje dźwiękami, co sączą się żlebem w dół
gleba nie wsiąka, oddaje, krztusi się
trzeba zaorać
Grunt westchnie i odda nadmiar
wyrośnie sad
Oszukane jabłka
kto zje pierwszy, będzie znał prawdę
ale wcale nie chce jej znać

Prawda nagle brzmi inaczej, słowa mają nowy kształt
noc już nie znaczy niewiedzy
noc jest zła
światło nie kreśli odpowiedzi
to co niepewne nadaje ton

Pragniesz tak niewiele
niepamięć ważyłaby mniej
dotykasz niewidzialnego, stajesz się nim

Kolor zalewa usta
pustynia śpi
umarłe kwiaty
muszę milczeć
nie potrafię

plastyczna maź faluje, zaprasza, mruży oko, ostrzega DRŻYJ

biegnę cicho
cisza jest groźna
jestem częścią całości
odpowiedzią na zagadkę
nieznanym fenomenem światła i ciemności
uciekaj zostaw to wszystko
giń

wiem, że do mnie mówisz
mówię krzyczę błagam szept
na pierwszy rzut oka
niby pasuje niby autystycznie
ale
przestaję wierzyć

chłodno, brakuje cienia
gorąco, sople z dachu 
grają muzykę pachnącą jaśminem
okrągły rynek z fontanną bez wody
okiennice skrzypią nad głową
powietrze cyka i drży
sza
I śnieg
a płatki głośne, zielone
jak liście, których nie ma
bo w końcu zima

jest w tobie siła, której nie pojmujesz
ten kot, który patrzy co rano
on wie

bańki mydlane kończą tragicznie
nawet te z różowym poblaskiem

ból jest dobry trwa chwilę – chwała trwa wiecznie
gówno prawda

jestem drzewo
jestem ptak
jestem woda
jestem wiatr
wszystkim jestem
nic jest mną

czwartek, 30 czerwca 2011

Przeprowadzka w nowe stare ja

Przepis na podróż w najlepsze strony własnej, zagrzebanej w popiele zapomnienia, tożsamości:
Weź trzy kopy wiary w nowe.
Włącz muzykę na 240 stopni. Niech się powoli nagrzewa. Głośno. Najlepsza jest Armia, ale nie każdy lubi, więc można Comę. Nie schodzić poniżej Pidżamy, grozi zakalcem. Po polsku smakuje najkorzystniej, nie stanie w gardle brak słów czy akcentu.
Drgania basów, podłogi i okien spowodują, że w kluczowym momencie nie opadnie kruche ciasto mobilizacji, a rodzice irytującego bachora zza ściany przestaną słyszeć jego ryk. Hałas i chaos służą ogółowi.
Otwórz piwo. Działa jak drożdże.
Zacznij zapełniać kartony tym, co chciałbyś zabrać ze sobą do nowego życia. Udawaj, że to tylko taka zabawa. Zmylisz przeciwnika. Nie widać go? Złudzenie. Kryje się tuż pod górną powieką.
Pakuj. Za cicho, podkręć. Po co ci te buty? Daleko w nich nie zajdziesz. Poza tym i tak nigdy ich nie założysz. Kibel.
Nie oglądaj zdjęć! To najgorsze, co możesz zrobić! W ten sposób stracisz wszystko: aromat
dawnej potrawy i smak dzisiejszego obiadu. Odłóż. Dziesięć, dziewięć… No, już. Łyk.
Zaczyna brakować kartonów? To opróżnij je i odrzuć wszystko, co niesie ze sobą piętno trzymających w zastoju wspomnień – w końcu nowe życie, nowa jakość.
Tak też źle. Nie ma co włożyć do garnka.
Więc selekcja: na prawo przyprawy ostre, na lewo słodycz. Porówna się i zobaczy.
Waga kuchenna w równowadze. W zasadzie to dobrze dla kubków smakowych. Ale problem logistyczny nie ginie: trzeba zabrać wszystko (oprócz tych cholernych butów). Okrutny miszmasz.
Nie oglądasz telewizji? Najlepszy kucharz potrafi wyczarować wykwintną potrawę z tego, co zastanie. Więc dalej. Mieszaj masę, coś wyrośnie.
Aj, do tego pudełka nie trzeba było zaglądać. Kipi! Zamykamy i zapominamy. Do następnego razu.
Trzy oddechy, łyk i jedziesz. Ha! Tu jesteś! Książko mojego wyrzutu sumienia, miałaś być skonsumowana już dawno. Tak się niby schowałaś, w jawnej tkwiąc kryjówce. Na nowym na pewno się uda. Położymy cię w widocznym miejscu, zaraz obok galerii osobistych priorytetów (ślubny portret dziadków, medal, zdjęcie z drogowskazem).
Długo coś. Szef kuchni robi się głodny. A zajrzyj dokładnie we wszystkie kąty, na pewno jest w nich coś schomikowanego na wypadek przesilenia. To jest właśnie ta chwila. Im mniej balastu znosisz ze schodów, tym na nowym lokum lżej. Budujesz przestrzeń nowego mikroświata.
Zachowaj ostrożność – nie ustawiaj kartonów w zbyt wysoki stos. Ryzyko zawalenia konstrukcji budowanej przez lata. Uważaj, nie zrób sobie krzywdy. Piekarnik parzy, o pakunki można się potknąć. Mówiłam? Mówiłam. Łyk.
Upychanie i duszenie nic nie dało, nadal jest więcej artykułów, niż miejsca w garze. Trzeba się wspomóc sprawdzonymi radami babuni. Worki na śmieci. Przyjmują każdy balast.
No dobrze. Wygląda na to, że ogół zwany ja został skoncentrowany na kilku metrach kwadratowych. Czy to ostatni raz? Nie myśl o tym teraz. Idź spać. Danie musi się zamarynować i przegryźć.
Zielona noc. Jak zawsze nie zapamiętasz snu.
A kiedy stajesz w nowych starych drzwiach, jesteś zmęczony, ale szczęśliwy. Snujesz plany, czujesz przedsmak, podejrzewasz obietnicę ideału na podniebieniu.
A kiedy nie wiesz, od czego zacząć, zacznij od początku.
Bo kiedy nam zabraknie sił, zostaną jeszcze morze i wiatr. I kilka kartonów do rozpakowania.
Gotowe, można podawać. Kosztuj nowe stare. Jadłeś to już wielokrotnie, ale za każdym razem smakuje inaczej. Teraz trochę jak krewetki w czekoladzie. I w tym zaskoczeniu jest siła – nikt tego przed tobą nie próbował. Jesteś kreatorem smaków swojego życia.
Pamiętaj o odpowiednim przybraniu talerza. Może kolor ścian, może nowy mebel. Tak, by właściwie zaakcentować majstersztyk losu.
No i jeszcze jedno. Żaden porządny posiłek nie obędzie się bez odpowiedniego napitku. Cytrynówka come back.
Smacznego!

niedziela, 26 czerwca 2011

Na wczasach w kurorcie...

...obowiązuje pewien bon ton. Etykieta, której winien przestrzegać każdy szanujący się urlopowicz. Odstępstwa są niemile widziane - najczęściej z ukosa, zdarza się, że z wyciągniętym palcem wskazującym.
Przede wszystkim trzeba wiedzieć, jak się nosić. Albo raczej, jak się nie nosić. Kalosze, nawet w kwiaty, nawet w kolorowe, nawet kiedy pada, nie zastąpią na nadmorskim deptaku piętnastocentymetrowych obcasów przymocowanych do stopy za pomocą paru pasków. Na beach party trzeba się zaprezentować, a że inne buty nie zmieściły się w walizce – to cena, którą warto ponieść. Umiejętność poruszania się w takim obuwiu (czasem deski się kończą i trzeba brnąć w piachu) to dar nie lada. I nie wszystkim dany.
Obuwie damskie już wiemy. Panowie bynajmniej nie są zwolnieni z uregulowań w tej materii. Nie ma znaczenia, czy klapek, czy sandał – wybór wedle upodobania. Tutaj z kolei obowiązuje to, co pod butem. Skarpetka mianowicie. Długość - nieco za kostkę, kolor - biały lub czarny, inne barwy byłyby zbytnią ekstrawagancją. Dopuszczalne są napisy typu puma lub ccc.
Ekscentryzm to domena pań. Tu na wiele można sobie pozwolić: kapelusze, świecidełka, sztuczne kwiaty, bransolety, chusty i co tam jeszcze, wszystko w obfitości wizualnej i dźwiękowej. Gwiazdę trzeba widzieć i słyszeć z daleka. Nie tylko dlatego, że usta jej się nie zamykają.
Makijaż. Obowiązkowy. Nigdy nie wiadomo, z której strony nadejdzie sława. Że skwar zalewa złotym potopem plażę – nie stanowi. Czoło gwiazdy musi być odpowiednio przypudrowane, oko podmalowane, odpuścić można sobie co najwyżej szminkę. W końcu stawiamy na naturę.
Repertuar dnia na wywczasach niezmienny. Od rana ciężka praca. Koc, ręcznik, parawan, napoje, pies pod jedną pachą (pisząc pies mam na myśli te małe, ruchliwe, piskliwe zwierzęta, które zapomniały urosnąć, a ktoś przez złośliwość wygolił im część futra), dziecko pod drugą, czasem jeszcze torebunia bo mam świeżo pomalowane paznokcie kochanie -  to zadanie mężczyzny. Kobieta pcha wózek bądź goni własny wdzięk i powab. Główne zajęcie całej rodziny, zaraz po mozolnym umoszczeniu się w grajdole, to posilanie się. Żeby zjeść, trzeba najpierw ustalić, co, a z tym wiąże się wybór miejsca zasłużonego obiadu. Dylemat niebagatelny. Czy rybka, czy pizza, czy schabowy. Czy Pod strzechą, czy U Hanki. Brak zdecydowania i kompromisów. Plażowa wojna domowa.
Ze scen w restauracji:
Jedno dziecko w wózku płacze, bo dostało mleko. Bądź go nie dostało. Drugie, bardziej samodzielne (potrafi walić kończynami w podłogę), płacze, bo chce frytki. Albo colę. W każdym razie płacze. Trzecie, przy sąsiednim stoliku płacze, bo tamte płaczą. Nie słychać własnych myśli ani pani zza bufetu, krzyczącej numer trzydzieści cztery proszę! Anielski chór. Wakacje. Jak miło.
Inna:
On – laptop. Ona – okno. Dyskusja ograniczona do ile można czekać na to piwo, podaj sól czy idę do toalety. Relaks, wypoczynek i cieszenie się sobą.
Z kolei obok zgoła odmienna para. On – sześćdziesiąt plus, niedokładnie zakryte braki w uczesaniu, dobry zegarek. Ona – dwadzieścia plus (bądź minus), długie nogi, trochę za słaby filtr przeciwsłoneczny. Rozmowa wielce ożywiona, on opowiada, ona zachwyca się jego elokwencją, perlisty śmiech, nie mówi: tato.
Korzystając z dobrodziejstw urlopu należy uważać, by upojny wypoczynek zbyt nas nie rozkojarzył. Nadmiar słońca może spowodować, że pomylimy partnera/partnerkę (a tu jesteś, kochanie…), wysłać sms-a nie tam, gdzie trzeba czy zjeść/wypić coś, co przecież nigdy nam nie służyło. Konsekwencje mogą piec bardziej, niż spalone ramiona.
I podstawowa zasada: turysta winien być skwaszony. Okazywanie entuzjazmu niewskazane, tym bardziej, że zawsze jest coś nie tak: za zimno, za gorąco, zbyt wieje, nie wieje, za mało słone, za drogo, za daleko, łóżko za twarde, za głośno, zbyt nudno, źle…
Reasumując: można się zmęczyć odpoczywaniem.
Chyba, że BIEGASZ.
Niewiele jest rzeczy lepszych od uczucia piasku, wiatru i wody pod stopami. Bieg brzegiem morza, boso – żadne najlepsze buty i trasy tego nie zastąpią. To jest ten moment, kiedy jesteś częścią świata, uśmiechniętą i szczęśliwą. Chłoniesz z każdym wdechem i krokiem harmonię, żyjesz. Nie potrafię napisać nic więcej, tego trzeba doświadczyć.

P.S. Tej pani udało się wyśpiewać to, czego mnie nie udało się opisać:
http://www.youtube.com/watch?v=G81xYwWCCAs&feature=related

niedziela, 19 czerwca 2011

49 minut

na moim zegarku; czekamy na oficjalne wyniki, ale i tak czuję się królową. Skąpaną w szampanie.

Godz. 17.10
A więc oficjalne wyniki moi drodzy są jeszcze bardziej optymistyczne: czas netto 00:48:49. I wygląda na to, że jestem 36 damą, która przekroczyła linię mety. Lepszego debiutu nie mogłam sobie wysmarować. I kolanko nie boli!
Niniejszym składam podziękowania i powinszowania Klubowi Kibica. Zdobył niekwestionowane pierwsze miejsce w swojej kategorii. List Gratulacyjny wręczony zostanie osobiście.
Biegam, bo lubię.

sobota, 18 czerwca 2011

Dziewiczy bieg

Dziękuję wszystkim za (niektóre niezwykle cenne) rady przed moim dziewiczym* biegiem. Odpowiadając na kilka zgromadzonych pytań: uczestnicy biegu świętojańskiego podpisują oświadczenie o zdolności do jego odbycia. Jeśli mają stan przedzawałowy, ale złożą podpis na stosownym dokumencie, to zostaną do zabawy dopuszczeni. Komisją lekarską jest tu więc własny zdrowy rozsądek. Pan od psychofizjo napraw twierdzi, że mogę pobiec, więc proszę się nie niepokoić, nie mam zamiaru kończyć imprezy w karetce. Poza tym ominęłyby mnie after party i truskawka. Najważniejsze to ten bieg ukończyć, myślę, że dam fory innym, nie będę walczyć o pudło. Niech mają. I tak, internet to siła. Znajdują cię w nim przeróżne osoby, co czasem jest miłe, czasem nie do końca. Ale, jak to kiedyś powiedział mój dobry, myślę, znajomy - jak cię nie ma w google, to nie istniejesz. Więc jestem.
A temat książki gdzieś tam w głowie się snuł, ale przyznam się szczerze - więcej radości mam z pisania tutaj. Ewentualnych rozczarowanych póki co przepraszam.
Dzisiaj mam zamiar dobrze się bawić, tylko muszę najpierw usunąć to głupie uczucie tremy. Jakby było się czym denerwować, prawda? Właśnie. Idę więc zapchać stres dobrym śniadaniem.
Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie.

* prawa autorskie do nazwy zastrzeżone dla A.

środa, 15 czerwca 2011

I jeszcze

Temat biegania żyje, prowokuje i wzbudza zainteresowanie. Ożywił nieco to miejsce. Przynajmniej widzę, że ktoś mnie czyta. Fajnie. Sympatycznie jest wiedzieć, że nie tylko ja odwiedzam tę stronę. Wracając do biegania – lekkim truchtem przewijają się refleksje. Przepływ powietrza umysł przewietrza. Jest wszystko: zapał i tak zwana zajawka, wiatr we włosach i buchająca nosem uciecha (hej). Lekkość tę jednakże zakłóca kilka detali. Ważą niewiele, ale wszystkie do kupy ciążą na całokształcie. Gdy kształt się jeszcze formował – czyli jak był młodszy - zgoła inaczej to wyglądało. Wiedzieć wam bowiem trzeba, że młodym dziewczęciem będąc dość prężnie udzielałam się sportowo (potem długo, długo* nic, aż do teraz). Przygoda z bieganiem za dzieciaka trwała dobrych kilka lat. Było nas więcej: banda wiejskich smarkaczy, którą ktoś zechciał się zająć i zamiast latać po polach, ganialiśmy po bieżni. Po polach też, ale to nie był berek – myśmy mieli profesjonalne treningi i trenera z prawdziwego zdarzenia. A jak! Kto chciał coś znaczyć na wiosce, musiał przebierać nogami. I tak powstał w pipidówie z pegeerem team, który siał postrach na międzyszkolnych zawodach. Serio serio, zgarnialiśmy wszystkie nagrody i obsadzaliśmy pudło w każdej kategorii wiekowej. Uzbierała się natenczas niezła kupka dyplomów (medali kurczę nie dawali). Należę do osób sentymentalnych, więc mam je do dziś i wszędzie ze sobą targam. Wśród wypłowiałych pamiątek wygranych (a jakże!) biegów ulicznych czy przełajowych są takie unikaty, jak mistrzostwa uczniów szkół wiejskich nieistniejącego już województwa, biegi o puchar burmistrza miasta i gminy czy trójbój obronny młodzików (wspomnienie rzutu granatem w moim wykonaniu – bezcenne). Oprócz nagród i uznania z ówczesnym bieganiem wiązały się jeszcze inne profity - obozy sportowe. Dla wielu jedyna szansa na wakacje poza własnym podwórkiem. Na taki wyjazd trzeba było zapracować – łapali się najlepsi. Praca czy nie – my to lubiliśmy. Bieganie przychodziło tak łatwo, tak po prostu. Wciągało się trampki i poszli..! I najważniejsze – nigdy nikomu nic nie było, nie bolało, nie strzykało. Drużyna nieśmiertelnych, żadnego cackania się, bieg był naturalną funkcją organizmu. A teraz? Stawy nie te, kości nie te, pesel nie ten. Trzeba na każdym kroku przewidywać trzy kolejne, aby przypadkiem nie wdepnąć w łajno i się na nim nie pośliznąć. Nie jeść na ostatnią chwilę, bo kolka i gastryczny dyskomfort. Zainwestować w odpowiednie buty, bo kolanka, piszczele i Bóg wie, co jeszcze. Pamiętać o rozgrzewaniu, rozciąganiu, masowaniu, chłodzeniu… Kiedyś po mocnym biegu miało się porządny apetyt, teraz – można mieć wizytę. U fizjoterapeuty.
I ja u niego byłam, z bólu i wściekłości wyłam. Dziś bardziej z wściekłości, bo kto widział psuć sobie kolano na kilka dni przed startem. Zwłaszcza tym pierwszym i wyczekanym. Klub Kibica i własne sumienie nie pozwoliłyby mi zrezygnować, więc pan doktor miał za zadanie utwierdzić mnie w przekonaniu, że dam radę pobiec. Domeną dobrego rehabilitanta jest to, że potrafi razem z kontuzją naprawić ci psyche. Powiem tylko tyle: w dupę się ugryzę ze złości, jak nie pobiegnę**. A więc sobota, dwudziesta pierwsza zero zero. Będę miała niebieskie buty i niebieskie taśmy na kolanie. Zapraszam, zapisy trwają. Na after party też. Nie ręczę za swoją na nim kondycję***, ale obecność gwarantuję. Jeśli nie duchem, to ciałem na pewno.  

*długo, długo, długo, długo, długo, długo, długo, długo
** czasami bez wulgaryzmu się po prostu nie obędzie
*** mogę nie szaleć na parkiecie do białego rana, co najwyżej do trzeciej; po tym czasie oblegam bar. Ostrzegam każdego, kto spróbuje mnie z niego zdrapać: będę walczyć

niedziela, 12 czerwca 2011

Bieganie raz jeszcze

No dobra. Choć zarzekam się, że moje bieganie jest dla przyjemności, nie dla bicia rekordów, to przyznać muszę, że nieśmiała myśl o starcie w jakimś masowym biegu mi towarzyszy. Intencja sformułowana dość dawno, ale bliżej niedoprecyzowana. Że nie tak od razu, że za jakiś czas i bez parcia na wynik. Wiecie, dla rekreacji, satysfakcji, paru fotek czy tam medalu na ścianie. Byle dobiec do mety, takie pitu pitu po trasie. Ble ble ble. Wiecie.
Pierwszy medal* prawie pojawił się w maju, ale konfiguracja czasoprzestrzeni nie sprzęgła się z układem planetarnym i ostatecznie nic z tego nie wyszło. Jak z wieloma innymi rzeczami. Dlatego należy robić, nie gadać. Ćwiczę tę umiejętność, powoli zaczyna wychodzić. W ramach praktyki zapisuję się na bieg i po pierwsze: wystartuję a po drugie: się nie skompromituję**.
Pytanie, dlaczego chcę startować, choć wcale nie jest mi to potrzebne? Ponieważ bieganie to dość samotny sport. Jesteśmy gatunkiem stadnym, więc (z małymi wyjątkami) szukamy towarzystwa. Bieganie od tej reguły nie odstaje. Wiadomo, lepiej w tłumie. Nawet narzucającym mordercze tempo. Jakoś tak się zadziało, że dyscyplina ta zrobiła się ostatnio szalenie popularna. Biegać jest modnie. Nagle zauważamy obfitość specjalistycznych pism, audycji, programów, stron internetowych, na zorganizowanych imprezach kończąc. I to nawet cyklicznych, typu: pobiegajmy sobie razem, będzie fajnie. No i jest, tyle że nie wszystkie te spotkania są dla wszystkich i nie zawsze jest do nich łatwy dostęp. Najczęściej żeby nie trenować samemu, trzeba po pierwsze znaleźć kogoś, kto zechce z tobą drałować, i po drugie biega na podobnym poziomie. To nie jest takie proste. Na przykładzie: od niedawna mam kompana do biegania. Kompan(ka) jest jeszcze większym amatorem, niż ja. Mówię „jeszcze”, bo jak tak dalej pójdzie, to będę musiała mocno spinać poślady, by dotrzymać kompanowi kroku. Postęp i zacięcie godne uznania, chylę czoła. Gdyby jednak samozaparcie kompana nie biło wszelkich dostępnych ludzkiej percepcji skal, zsynchronizowanie nasze byłoby trudne, by nie rzec: niemożliwe. Czynnikiem spajającym jest tu bezsprzecznie obustronny entuzjazm. A że podjudza go z jednej strony perspektywa węższego odbicia w lustrze, a z drugiej głosy w głowie, to mało istotne. Ważne, że mamy ochotę wspólnie liczyć mijane drzewa i gubić litry potu. Pozdrowienia dla kompana!
P.S. Usłyszałam wczoraj (dziś w zasadzie) od nowo poznanej, czyli z założenia bezstronnej osoby, że mam tendencję do umniejszania swoich możliwości. Nie wiem, może. Jeśli tak faktycznie jest, to zapewne dlatego, żeby nie zapeszyć. Podświadome chuchanie na zimne. Ale dobrze, postaram się, by w sobotę nie było pitu pitu, tylko porządny run. Czy stolica słyszy? Niech stolica pomięta, że obiecała pobiec w  gdyńskim Biegu Niepodległości. Tutaj jest dużo przyjemniej, zapewniamy wiatr od morza podczas biegu i kamikadze z kradzioną cytryną po.

* dla niewtajemniczonych: medal dostaje każdy, kto dotrze na własnych nogach do mety
** definicja wyrażenia „nie skompromitować się” nadal ewoluuje

środa, 8 czerwca 2011

Być jak Forrest Gump

Są piękne. Przyciągają spojrzenia, budzą emocje. Wychodzą przed szereg rzeczy zwykłych. Eksperci ocenili je bardzo wysoko, pochwalili, zaklaskali. A teraz należą do mnie. Stoją sobie dumnie przed drzwiami, cieszą oko. Zachwycają kolorem (seledynowe!), smukłą linią, a przede wszystkim przeznaczeniem.
Moje buty do biegania.
Naprawdę ładne, ale okrutne. Przeżyliśmy razem ciężkie chwile. Niemal rok trwał między nami ciągły, niemy dialog. One całym swym jestestwem zaznaczały swoją obecność, ja starałam się jej nie zauważać. Czy można ignorować obiekt swojej admiracji? Ależ tak. Jeśli przypomina ci o słabych stronach twojego charakteru, wprawiając przy tym w stan irytującego wstydu, to do perfekcji opanujesz sztukę puszczania mimo uszu wysyłanych przezeń sygnałów. Będziesz znajdować dziesiątki argumentów usprawiedliwiających swoje (niegodne biegacza) postępowanie. Pogoda paskudna (huragan prawie!), biorytm jest niekorzystny, pranie trzeba nastawić, do książki zajrzeć, paznokcie obciąć. Zresztą brak czasu i natłok obowiązków jest najłatwiejszą i społecznie akceptowalną wymówką, nie tylko przed uprawianiem sportów. Ostatecznie jednak limit pretekstów się kończy i niebieskie osiągają swój cel. Sznurowadła zostały zawiązane, Rubikon przekroczyć czas.
Moment ten jest preludium do ciemnej strony mocy.   
Historia dramatu zaczyna się, jak już wspomniałam, rok temu. Kilka lat zbierania się w sobie, kilka miesięcy gadania i oto przynoszę ze sklepu pudło z nowiuśkimi śmigaczami. Ich zadaniem jest zrobienie ze mnie bogini atletyki, podniesienie pośladków i skopanie rozpanoszonego lenia. Wiara w ich moc jest tak wielka, że pełna nowo odkrytej energii puszczam się w las. Całkiem dobry początek. Tralalala, fajnie jest. Biegnę sobie, buty też. Aż tu nagle jakiś zgrzyt: coś przerywa niezły rytm…
Od razu spieszę z podpowiedzią, że nie była to nieodparta chęć wyplucia płuc. Ta i owszem, pojawiała się, i to zanim na dobre kończyła się rozgrzewka. Bariera okazała się z innej zbudowana materii. Bardzo cienkiej i wypełnionej bezbarwnym płynem. W terminologii medycznej nazywa się to pęcherzem.
Musicie przyznać, że to przynajmniej złośliwe. Kiedy już zbierasz swoją szanowną i masz tyle zacięcia, by nie zrezygnować, to na drodze twojej nowo odkrytej determinacji staje jakiś bąbel. Może gdyby był jeden, incydentalny, to pominęłoby się go milczeniem, przekłuło, posyczało i zapomniało. Ale bąbel nie z tych. On się rozmnaża. Nowo narodzony pojawia się każdorazowo na bliznach swych poprzedników. Jak głowy lernejskiej Hydry.
Pokonywanie własnych słabości trochę się zatem skomplikowało. Tym samym zamysł stworzenia z siebie sportowca-amatora też. Bo działa to tak, że jeden negatywny bodziec eliminuje z dwa pozytywne. Więc każdy nowy pęcherz ma większą moc (nie)sprawczą, niż liczne argumenty przemawiające za wyjściem na trening (ależ to brzmi - trening! Tak, to te chwile, gdy gonisz własny oddech i nie wiesz sama, czy to on przyspiesza, czy ty zwalniasz). Ale wracając do butów. No są, ale sprawiają ból. Jesteśmy w punkcie wyjścia. Biegać, czy nie biegać - oto jest pytanie.
Odpowiedź przyszła razem z nowymi potrzebami. A zwłaszcza jedną, zupełnie niezwiązaną ze sportem. Można powiedzieć: natury psychicznej. Punktem wyjścia stała się konstatacja, iż osobnik dotknięty problemem jest dla otoczenia nosicielem wirusa - lepiej trzymać się z daleka. Niby nie zaraża, ale. Zarażony zostaje ze swym zmartwieniem sam, a stąd bliska droga do obłędu. Przed szaleństwem trzeba uciekać, najskuteczniej na własnych nogach. Biegniesz, a to, co cię goni zostaje z tyłu. Myśli, obrazy, słowa, dźwięki, ludzie, gesty, lęki. Przez godzinę nie ma tego wszystkiego, jest droga i to, co za zakrętem. Razem z potem spływa ciężar, a problemy tracą moc. Najważniejszą kwestią jest wytrzymanie podbiegu, wyrównanie oddechu, wyprzedzenie deszczu. Zaczynasz lubić swoje pęcherze i zakwasy, bo one są bólem, który da się znieść. Stopy krwawią, ale głowa ma lżej. Zaczynasz kochać bieganie, bo ono cię uwalnia. Słyszysz swój oddech, czujesz serce, rozmawiasz z nimi, rozumiesz je. I nie zależy ci na wynikach, ważne jest po prostu biec przed siebie. Taka filozofia.
Nie jestem odkrywcą, wiadomo. O takiej roli sportu powiedziano już chyba wszystko. A ja dołożę swoje trzy grosze i powiem:
Run, U., run!
Kiedyś zrozumiem.

środa, 1 czerwca 2011

Lody, karuzela i cukrowa wata

Jesteśmy dorośli i tak chcemy być traktowani. Są jednak takie błędy w matrixie, które przypominają nam o naszej dziecięcej naturze. Nagle mamy ochotę paść na kolana i z tej perspektywy, po kryjomu lub otwarcie, podglądać świat skonstruowany z klocków lego. Tęsknotę za szczenięcymi latami, świecowymi kredkami i kręconym bąkiem świetnie uwidacznia oszałamiający rozwój kinderbiznesu. Najfajniejsze zabawki kupujemy sobie po osiągnięciu statusu dorosłego, ze ściśniętym sercem obserwując, jak maltretują je nasze własne pociechy. Dzieci są okrutne i za grosz nie mają poszanowania własnego mienia. Nawet, jeśli jest nim zdalnie sterowany jeep ze sprężynowym zawieszeniem i światłami włączającymi się podczas jazdy.
Swoją pierwszą lalkę Barbie kupiłam sobie jakoś tak w okolicach pełnoletniości. Brak markowej lali był mi, pamiętam, bolesny, jednak nadrabiałam w towarzystwie profesjonalnym domkiem na full wypasie. Były meble (drewniane!), agd, miniludziki, wszystko.  Made in ciocia z Niemiec. Czad, jedyny taki nabytek we wiosce.
Teraz mam misia. Zająca dla ścisłości. Nazywa się Antoś i w przeliczeniu pluszowych lat na ludzkie liczy sobie już jakieś 30 roczników. Jest to wiek uprawniający go do spania ze mną w jednym łóżku, co czasem czyni. Antoś oprócz uroku osobistego ma groch w tyłku i klapnięte uszy. Podarował mi go dziadek na dziewiętnaste urodziny. Podobno zobaczył go w sklepie, chwycił za bety i przywlókł. Zamiast kwiatka. Dowcip, impuls czy tęsknota? Pewnie wszystkiego po trochu. Nie bez kozery jestem wnuczką Stanisława.
Fajnie byłoby - chociaż czasami - bezkarnie zamanifestować infantylność, wypiąć się na powagę dorosłości i martwić jedynie kończącą się porcją lodów. Dzień Dziecka to doskonała ku temu okazja. Przyzwolenie na dyspensę od bycia dojrzałym i serio. Dziś zupełnie nie byłam serio. Zapragnęłam być małą dziewczynką chociaż jedno popołudnie; znalazłam kogoś, kto potrzebował tego samego, co ja - i tak wyruszyłyśmy, dwie gówniary, na wagary od dorosłości. Szlajałyśmy się po mieście bez obcasów, jadłyśmy lody, budyń i chipsy, zaczepiałyśmy gadżety na wystawach, chichrałyśmy się z byle czego, ale największą frajdą były gokarty. Dwie wyrośnięte, piszczące mistrzynie kierownicy na torze, z rozwianymi włosami i grupą zazdrosnych gapiów. W dechę. Bez myślenia o jutrze. Z nadzieją na jeszcze.
Kto jeszcze wątpi w leczniczą moc dziecinności, niech spróbuje karuzeli. Albo waty cukrowej. Ich smak przypomni  znaczenie słowa radość.
Szczyptą pieprzu do tego lukrowego torcika jest jedno dziecko. To zza ściany. Cholerny bachor wydziera się tak, jakby już wiedział, co go czeka za naście/dziesiąt lat. Pozdrowienia dla sąsiadów. Może pocieszy ich fakt, że nie tylko oni mają nieprzespane noce.
Noc. Grzeczne dzieci idą spać. Niegrzeczne też.