sobota, 12 marca 2011

Refleksje jubileuszowe

Po ostatnim wpisie odebrałam kilka niepokojących sygnałów od ludzi zmartwionych moim stanem psychofizycznym. Nagle okazuje się, że alkohol jest tabu. Że jest – owszem – dla ludzi, że do picia, ale już nie do mówienia o nim (choć rozwiązuje nawet najbardziej skołowaciałe języki), a już w ogóle nie powinno się o nim pisać. Może nie tyle o nim, co o swojej do niego sympatii. I teraz każdy objaw mojej słabszej formy postrzegany jest jako wynik, że zacytuję, „przesadzenia z alkoholem”. Tłumaczę to sobie tak: praworządni obywatele bardzo chętnie z tobą wypiją, wrodzona przyzwoitość nakazuje im jednak pomijać ów proceder milczeniem. Tak na wszelki wypadek, by zapobiec ewentualnym podejrzeniom o nadużycia. Gdy odkryją, że któryś z towarzyszy alkoholowej degustacji zaczyna o tym pisać, rodzi się popłoch. Obawa, że na jaw wyjdzie ich współudział. A że najlepszą obroną jest atak, prewencyjnie okazują zatroskanie moim „problemem”. Dlatego, zgadując ich intencje i wykazując się niezwykle dojrzałym zrozumieniem, oficjalnie ogłaszam, że nikogo nie obsmaruję. Możecie spać spokojnie, teczki wasze będą czyste.
A tak poważnie, to uważam, że lepiej być w dzisiejszych czasach mniej lub bardziej świadomym alkoholikiem, niż znieczulać się używkami innej maści. Tu przynajmniej wiemy, czym sobie szkodzimy, sprawdziło to wielu przed nami. Ogrom wszelakich świństw dostępnych w obiegu jest podejrzewam tam wielki, jak moja ignorancja w tym temacie. Ale dobrze mi z tą niewiedzą.  
Kontynuując temat mojej kondycji i korzystając z okazji kolejnego jubileuszu, chciałam sobie publicznie po-używać trochę na sobie samej. Że wiecie, takie podsumowanie tego, co się w życiu schrzaniło i tego, czego się dotąd spaprać nie dało. Można sobie na przykład wziąć czystą kartkę, byle nie za dużą (bo im mniej analizowania, tym lepiej), podzielić ją na dwie części i mieć nadzieję, że in plus zajmie przynajmniej połowę. Nie wszyscy jednak potrafią nazwać po imieniu swoje wady i zalety. Można narzędziem badawczym uczynić telefon i mierzyć własną wartość częstotliwością składanych przezeń życzeń. Tylko wówczas istnieje ryzyko, że ten będzie milczał i bilans wyjdzie niekorzystnie. W dodatku zdołamy w ten sposób odnotować wszystkich, którzy „winni byli pamiętać” a jakoś zapomnieli - i draka gotowa. Można też urządzić huczną imprezę i sprosić kogo się tylko da, a potem poustawiać prezenty w stos aż po sufit. Gorzej, jeśli stos nie sięgnie nawet stołu, a wydatki poniesione na imprezę drastycznie uszczuplą budżet.
Można też ostatecznie nie robić nic, w tym również nie myśleć o cyfrach, które znalazłyby się na torcie. Spróbowałam tego ostatniego i prawie się udało. Z tym ignorowaniem peselu tylko nie do końca wyszło. Zawsze można pocieszać się faktem, że za rok będzie….poważniej.
I weź tu nie pij.

piątek, 25 lutego 2011

winny jest nałóg

Kontynuując temat wyskokowy. Mój pierwszy w pełni autorski alkohol. Wybór padł na cytrynówkę. Nalewka niezbyt rasowa, ale w lodówce studenckiego mieszkania jest jak Dom Perignon. Na decyzję o uruchomieniu produkcji tego właśnie trunku złożyło się kilka czynników. Pierwszym i najważniejszym bodźcem była nasza polska gościnność. Młodożeńców wita się chlebem i solą, nowych lokatorów zaś czym chata bogata. A gdy chata biedna, bo żacka, wita się – no właśnie? Czym? Mnie powitano złotym napojem autorstwa Ewki. Pierwsze majowe upały, człowiek zlany potem i zasypany kartonami, sklepy na cześć pracy niepracujące, a w całym mieszkaniu brak wody (prócz tej w kranie, która zamiast walorów smakowych charakteryzowała się czasem żółtordzawą, czasem rdzawoceglastą barwą, w żadnej z postaci niezachęcającą do degustacji). I wtedy to, niczym oaza zbłąkanemu na pustyni, ukazała się mym oczom ona. Słoneczna, złocista, w butelce po Napoleonie, piękna. Zapoczątkowała dozgonną miłość do Ewki i – oczywiście – jej córki, która tamtego majowego popołudnia serwowała w kieliszkach do szampana kanarkowy płyn. Porcje były wymierzone z iście aptekarską precyzją, czyli spore. Tak się rodzą prawdziwe przyjaźnie.
Szybko okazało się, że bez cytrynówki studenckie mieszkanie niewiele jest warte, więcej nawet – że bez niej prace dyplomowe absolutnie nie mają szans się napisać. Niestety, Ewka na nadążała z produkcją. A promotorzy się niecierpliwili, terminy goniły i takie tam. Zmuszone sytuacją wzięły się więc studentki do roboty. I tu kolejny raz przydały się farmaceutyczne zdolności pierworodnej Ewki. Bo cytrynówkę zrobić może przy niewielkim wysiłku każdy, ale zrobić t a k ą  - to już potrafi niewielu. Trzeba znać proporcje, wiedzieć, ile, jak i kiedy mieszać, w jaki sposób i w którym momencie przecedzić, itepe. Przepisów jest tyle, ilu wytwórców, a wszyscy oni prawdopodobnie każdorazowo zastanawiają się nad udoskonaleniem swojej receptury. Nam się przez zupełny przypadek udało za pierwszym razem najlepiej. Kolejnym partiom czegoś tam zawsze brakowało, a to za mało klarowna, a to zbyt gorzkawa. Nie przeszkadzało to bynajmniej w konsumpcji do ostatniej kropli. Korzyści takiej domowej rozlewni były niewymierne (integracja między pokojami) i mierzalne (magisteria obronione na piątki).
Człowiek jednak dojrzewa, wyrasta z gówniarskich upodobań, poważnieje (z założenia). Nadchodzi taki dzień, gdy po porannej kawie i jajkach na półmiękko stwierdza, że czas na kolejny krok. Powstaje w jego dorosłej głowie zarys nowego celu. Zrobi wino. A co.
Jeśli kawa była za słaba lub jajka za twarde, istnieje niebezpieczeństwo pozostawienia dopiero co wygenerowanego projektu w sferze niematerialnej na długo bądź na zawsze. Tak może się zadziać nie tylko w przypadku śmiałego planu stworzenia winiarskiej manufaktury. Ten smutny koniec może dotknąć wiele różnych koncepcji zanim w ogóle zostaną wdrożone w życie: od czytania książek po regularne uprawianie sportów. Zakładamy jednak, że jajka były idealne a kofeina odpowiednio skoncentrowana. Nadal mamy zapał, mamy gąsior, skombinowaliśmy owoce. Nic tylko działać.
Bardzo ważna rada: jeśli mamy mentora (czytaj: kogoś, kto wie na dany temat więcej od nas a nawet już tego kiedyś próbował), skorzystajmy z jego pomocy. On poczuje się mądry i ważny, a my nie schrzanimy kilku kilogramów jabłek. Jak się ma w życiu trochę szczęścia, to mentor dostarczy – prócz cennych wskazówek – odpowiednie drożdże i aparaturę do szybkiego ogarnięcia owoców. Jak się ma tego szczęścia trochę więcej, mentor pójdzie z tobą na pachtę, gdy w połowie wyciskania zabraknie jabłek. I będzie dzielnie skakał przez płot ze skrzynką papierówek.
Poświęcenie procentuje, dlatego po kilku już (cierpliwość jest sztuką…) miesiącach nastąpiła uroczysta degustacja wina, o którym nawet mentor wypowiedział się, że „niezgorsze”. Jak wielkim to było komplementem można powiedzieć teraz, gdy ojciec chrzestny owego trunku, mentorem dotąd zwany, okazał się mistrzem w tym fachu. Zaczynał całkiem niepozornie, amatorsko, od sopockiej piwniczki z kilkoma bulgoczącymi balonami, by po jakimś czasie wygrywać krajowe i międzynarodowe konkursy na ważone tradycyjnymi metodami trunki. Talent ma chłopak, nie ma co, i szacunek mu się należy nawet mimo tego, że zdradził nalewki na rzecz piwa. Zanim stał się taki sławny, użyczył jeszcze receptury na miód pitny. Za jego zapewne błogosławieństwem trójniak wyszedł jak złoto, ale zostało po nim już tylko słodkie wspomnienie i kilka zdjęć u sąsiadów.
Z tym miodem może być jak z cytrynówką – pierwszy może znokautować kolejne. W kuchennych zapasach stoi kilka słojów przywiezionego ze wsi miodu. Czekają na swój dzień. Być może przyjdzie taki czas, że człowiek ruszy tyłek i wleje ów miód do gara. A na razie, w geście pokory, wróciłam do cytrynówki. Na cześć Ewki i w celach zdrowotnych. Wszakże zimę mamy straszną i trzeba wzmacniać odporność.
Reasumując, kradzione owoce są receptą na sukces.

czwartek, 17 lutego 2011

U źródła

Jest tylko jedna twórcza prawidłowość, której - póki co - hołduję: gdy słowa kłębią się gdzieś między czołem a potylicą, ale za nic nie chcą przybrać graficznej postaci - otwórz butelkę. Wino jest sprawdzonym już przez starożytnych panaceum na niemoc wszelkiej maści; i skutecznym, bo mało kto, zastosowawszy takiż specyfik, wedle upodobań kolorystycznych i smakowych, nieczułym pozostanie na własny talent. Może dlatego tak wielu pije do lustra: szukając w sobie artysty lepiej go nie przeoczyć.
Panuje opinia, że alkohol nie rozwiązuje problemów. Też o tym słyszeliście? Po wielu litrach przemyśleń znalazłam, dlaczego. Terapia trunkiem dąży bowiem nie tyle do zlikwidowania problemu, co do samego zdefiniowania go. Nazwij swój kłopot, głośno go wyartykułuj i zobacz, ile to już dało. Przynajmniej wiesz, z czym - prócz choroby alkoholowej w zaawansowanym stadium - walczysz. Jak się boisz, możesz zapisać. W ten sposób masz szansę zostać pisarzem. Skutek uboczny oswajania się z własnym obłędem. Przelanie męczących kwestii na papier (podobno najlepiej żółty i zielonym atramentem – do sprawdzenia) jest prawie jak studium (ciężkiego) przypadku. Z drugiej strony sam wiesz z telewizji, że prawie robi wielką różnicę. Z tego też powodu nigdy nie masz pewności, czy zagłębiasz się w fikcję, czy w duszę autora. Im bardziej ci się wydaje, że każde słowo jest odzwierciedleniem życia pisarza (poety, blogera, piosenkarza), tym bardziej dajesz się złapać w pułapkę zamierzonego efektu. Próba wywołania wrażenia. To jedno łączy sztukę i mass media. No i jeszcze używki.
Wracając do tych ostatnich. Próbowaliście zapewne samorobnych napitków o mniejszej lub większej sile rażenia tak zwanym kopem. Każdy dziadek miał gdzieś tam w swojej piwniczce, w tajemnicy przed babcią bądź w komitywie z nią, magiczny gąsiorek albo dwa. Wino z ryżu, naleweczka z malin, cudownie krzepiące zawartości skrzypiących kredensów lub najwyższych półek w komórce.
Dziadek mój, jak chciał obyczaj, też parał się wyrobem domowych trunków. Niestety, zabierał się do tego latami, skutkiem czego zbyt wielu beczek nie zdążył wytoczyć. Na całe szczęście, gdyż mimo wielu predyspozycji, do wina dziadzio ręki nie miał. Zdążył jednakże zaprezentować swój jabłkowy cudotwór na złotych godach (pięćdziesiąta rocznica ślubu dla niezorientowanych). Napój może nie był szlachetny w smaku, ale siłę miał, co poczuli wszyscy weselnicy bez wyjątku. Babcia też. Uśmiech  dziabniętej babci z czkawką - bezcenne. I niech się Stanisław w niebiesiech nie stroszy, liche było to jego wino, niech przyzna.
Nie tyle z sentymentu do tradycji, co z pobudek bardziej podniebiennych (by nie nazwać tego inaczej) postanowiłam nastawić pierwszą nalewkę. Z amatora degustacji w producenta. Ale o tym kiedy indziej, bo zaschło mi w gardle. Trzeba podlać wyobraźnię.

niedziela, 13 lutego 2011

Pokłosie debiutu

Usłyszałam/przeczytałam kilka miłych słów na temat mojego blogowego debiutu. Za wszystkie na forum kolektywu uniżenie dziękuję. Tym, którzy skarżą się, że ciężko za mną nadążyć mogę tylko powiedzieć, że uprzedzałam. Poza tym wychodzę z założenia, że w tym tkwi cały mój urok. Co poniektórzy, dzięki mojemu zaistnieniu w sieci, po bardzo długim okresie upartego milczenia kliknęli parę zdań, dającym tym samym kłam pogłoskom o swojej śmierci w odmętach rzeki Irwell. Najbardziej spodobała mi się jedna z opinii o moim pierwszym wpisie – że, cytuję: „z jajem”. Ucieszyłam się, bo nie z cyckami, a bardzo nie chciałabym zostać odczytywana tylko i wyłącznie przez pryzmat takich, swoiście babskich, atrybutów. Tym bardziej moich, gdyż - przyznać trzeba - szału nie ma. Bynajmniej się tym nie martwię, a nawet gdybym zaczęła, to światełko w tunelu jest. Na rynku pojawiła się innowacyjna i podobno małoinwazyjna metoda powiększania tego i owego. Poprawy niedoskonałego boskiego dzieła dokonuje się za pomocą strzykawki; ponoć trwa to 40 minut i daje natychmiastowy efekt. Nieźle, co? Acha, dodać trzeba, że opinia o moim pisaniu z jajem męską była, a autor jej z pewnością nie szczędziłby mi krytycznych komentarzy, gdyby takie uznał za niezbędne. Czyli i dobrze, i źle. Dobrze, bo dało się przeczytać. Źle, bo będę pisać dalej.
A co do dalszego pisania. Namówiona przez bardziej doświadczonych ode mnie (a ja słucham dobrych rad) zadecydowałam o kontynuacji bloga na stronie google. Niekoniecznie dlatego, że zgadzam się ze zdaniem, iż jeśli nie ma cię w google, to nie istniejesz. Są różne formy bytu, również pisarskiego. Ale do nich trzeba mieć albo dobrego agenta i kilka wydawnictw na półkach w empiku, albo naprawdę bogate zaplecze talentu. W każdym razie do zmiany miejsca w internecie skłoniły mnie głównie sugestie czytelników (przerywnik; trochę się ponapawam tym wyrazem…. czytelnik, czytelnicy, czytelnikom… fajnie…). Otóż ci ostatni właśnie (dla tych, co nie pamiętają: chodzi o czytelników) narzekali nieco, iż wcale niełatwo odnaleźć bloga, jeśli nie posiłkują się bezpośrednim linkiem. Sprawdziłam, zgadzam się. Brak konkretnego adresu faktycznie może być utrudnieniem dla spragnionych nowej pseudotwórczości U., postanowiłam więc sprawić przyjemność i im, i sobie. I mam tym sposobem własną stronę. Nowe miejsce w sieci załatwia od razu drugą z przeszkód, a mianowicie niemożność pozostawienia komentarza bez uprzedniego zalogowania się. Jak się okazuje, nie wszyscy mają na to ochotę, jedni przez lenistwo, inni z powodu miłości do zwierząt (w myśl zasady: „Jedni nie lubią kotów, inni zostawiać śladu w internecie”). Dlatego też, moi drodzy, zabieram wam wymówkę i zapraszam do dyskusji. Uprasza się jednak o niezadawanie trudnych pytań.
Na stronie Zwierciadła pozostaję, wpisy będą publikowane równolegle w obu miejscach.
Teraz to już nikt mi nie zarzuci, że nie istnieję. Przebiegły uśmiech.
P. S. W celu uiszczenia honorarium za reklamę zabiegu powiększającego biust firmy kosmetyczne i kliniki proszone są o pozostawienie kontaktu w komentarzu. Nie trzeba się logować.

piątek, 11 lutego 2011

się przedstawię

Lektura pewnego tekstu o zwlekaniu chyba zmobilizowała. Miast tylko liczyć na to, że ktoś mnie (wy)słucha, popiszę sobie. Bo o uczciwych słuchaczy dziś trudno. Łatwiej się czyta, nie trzeba od razu zajmować stanowiska. Od postanowienia jednak do realizacji długa droga i na gadaniu się dotąd kończyło. Powodów jest wiele (brak czasu, brak natchnienia, wreszcie brak tematu). Szukając inspiracji można długo nie napisać nic. Wszystko już było. A wiadomym jest, że chciałoby się stworzyć coś innego, zapewniającym tym sobie poczytność i zainteresowanie naśladowców – bo nic nowego nie pozostanie bez echa. Tylko spróbuj na coś pionierskiego wpaść. Ludzie pisali i piszą historie prawdziwe i zmyślone, mądrości i dyrdymały, poradniki (z zasady trochę na wyrost), wspomnienia i reportaże (obowiązkowo przekoloryzowane), opowieści o podróżach w kosmos i w głąb siebie, lektury dla kobiet o mężczyznach (rzecz jasna nieobiektywne), dla mężczyzn o kobietach (jest tylko jedna uczciwa książka na ten temat - składa się z samych pustych stron), dla kobiet o kobietach (takie współczesne romanse, udające, że wcale nimi nie są) i wiele innych, wiecznie powielanych i odtwarzanych rzeczy. I nawet ów fakt wyczerpania się pomysłów w literaturze ktoś już kiedyś stwierdził, mądrze nazwał i opisał, przysparzając tym samym więcej pracy studentom polonistyki. Nie zabłysnę więc stwierdzeniem faktu, że i temat, i forma jego podania są zawsze już wtórne. Moje wypociny z pewnością też – nawet, jeśli nie będę mieć na to niezbitych dowodów. Dlatego myślę, że w pierwszej kolejności się przedstawię, a temat wymyśli się w drugiej kolejności. Albo trzeciej.
Więc jestem U. Umownie. Imiona są nam narzucane, dlatego najczęściej nie oddają naszej prawdziwej natury. I choć swoje nawet lubię, to w ramach demonstracji nie będę go używać. Moja fizjonomia nie jest jakaś charakterystyczna, nie ma też najmniejszego wpływu na podawaną tutaj treść, więc ją pominiemy. Tym bardziej, że może to prowokować to pomyłek, do traktowania U. jako tej, która ją powołała do życia, a to nie tak i proszę o tym pamiętać. Nadmienimy tylko, że autor jest kobietą i przejdziemy dalej. Skupmy się na języku. Jest on, proszę was, w miarę zwyczajny i należyty. Używam znaków interpunkcyjnych i zaczynam zdania wielką literą (nie: z wielkiej litery, czy tak ciężko to, drogie dzieci, zapamiętać?!). Nie przerabiam wulgaryzmów na poetyzmy, to już też zostało wymyślone. Czasem tylko przyssie się do mnie jakieś dziwne słowo, ale chyba na tyle kontekstowo zrozumiałe, że żadną innowacją okrzyknięte nie będzie. Może i nadużywam nawiasów czy wielokropka, one jakoś tak najbardziej pasują, gdy chcę coś dodać lub pozostawić niedopowiedzianym (ale tak, by zostało to odpowiednio odczytanym). Nie jestem też w takim wieku ani po takich przejściach, które skazywałyby moją pisaninę na popularność. Małoletni geniusz z dorobkiem literackim na koncie to nie ja. W ogóle moje konto oficjalnie jest puste, ale – tłumaczę sobie - to tylko dobra wróżba dla b e s t s e l l e r ó w. W kontekście tego ostatniego wyrażę pokrótce swój prywatny stosunek do znanych zapewne wszystkim emotikon; czasem są tak wymowne... Weźmy na przykład powątpiewający uśmieszek – załatwia wszystko w dwa kliknięcia. Tylko, że w akcie solidarności z językiem literackim przyrzekłam sobie nie używać tego typu wynalazków. I tak muszę próbować oddać ironię w słowach. Wracając do wątku głównego (no i mam brzydki zwyczaj zbaczania z tematu – żeby nie było, że nie uprzedzałam. Z tym nie walczę i walczyć nie będę. Choć bywa, że sama się gubię. Przyznaję się do tego raz jeden).
No ale już. Powrót. Było o mnie jako autorce (brzmi pysznie, prawda? Doskonały wygaszacz ekranu, chyba sobie takowy zapodam. Kursywą i pogrubioną czcionką). Wiemy już, że burzliwy okres nastu lat, który mógłby być - wyświechtaną już wprawdzie, ale zawsze - pożywką tematyczną, już za mną. Z drugiej strony nie przeżyłam żadnej wojny, nie przebyłam śmiertelnej choroby, nie wyszłam cudem z jakiegoś kataklizmu czy katastrofy komunikacyjnej (raz tylko uderzyłam autem w dzika, ale to się nie liczy, bo go potem zjadłam), nie zdobyłam żadnego ośmiotysięcznika (w ogóle za mało podróżuję) i nie mam zdolności telepatycznych. Nie jestem wizjonerką. Jestem kobietą. Po prostu.
Panowie, którym ktoś mógł przez przypadek lub czystą złośliwość podesłać link do tego tu oto, zapewne już mi „dziękują, ale nie”, i rozglądają się speszeni, czy nikt ich przypadkiem na tak niemęskim czytadle nie przyłapał. A błąd. Po pierwsze sami nie potrafią dokładnie scharakteryzować pierwiastka kobiecego w piśmiennictwie wszelkiej kategorii. Niby wydaje się to oczywiste, ale gdy trzeba podać konkrety, to już ciężko. Zwierciadło pewnie też podglądają, w cięższych przypadkach nawet Grocholę (bo nic innego nie było w toalecie). Z kolei kobiety (wcale ich nie bronię) jednym tchem wciągają typowo męskie historie z aferami szpiegowskimi, strzelaninami i politycznymi intrygami w rolach głównych. Ja sama na przykład nie przeczytałam żadnej książki wspomnianej Grocholi, liczne grono znanych mi pań również nie, a przecież te książki sprzedają się w tak ogromnych nakładach. Ktoś je przecież kupuje. Stereotypy się nas trzymają dlatego, że my trzymamy się ich. Jeśli coś jest dobrze napisane, to się to dobrze czyta, a o czym traktuje, to już drugorzędna sprawa. Wielu zapewne się ze mną nie zgodzi, ale zatwardziałych mężczyzn uspokoję: o lakierach do paznokci nie będzie. Wprawdzie nie wiem jeszcze do końca, o czym będzie, ale jakoś tak przestałam się tym przejmować.
Najważniejsze, że pierwszy wpis za mną. Brawo U.