niedziela, 16 sierpnia 2015

będzie nie o tym

Ponoć najważniejszy jest pomysł, plan. Gdy ten jest, całość – mniej lub bardziej sprawnie – jakoś się wkoło niego przędzie, oplatając podczas realizacji strukturę ogólnej koncepcji w siatkę szczegółów. Czyli mniej lub bardziej stromo, ale z górki. Bliżej niż dalej. Czy jakoś tak.   
Będzie wulgarnie: gówno prawda. Wie to na przykład spora liczba noszących się całą, długą i srogą zimę z zamiarem nowego życia w lepszym, sportowym ciele – gdy tylko przyjdzie wiosna. Lub właściciele wyrzutów sumienia poczynionych przez nagromadzone zaległości wszelkiej maści. Ale nie tylko determinacja – czy raczej jej brak – rozpuszcza jego wysokość zacny plan w morzu lenistwa. Gdyby tylko od determinacji zależał wynik, nagłe zrywy entuzjazmu w imię idei niosłyby za sobą pożądane efekty, co z kolei mobilizowałoby do dalszej wytrwałości, skutkiem czego sukces murowany. Że w tym murze sporo ubytków, wiadomo. Czyli co jeszcze?
Będzie myśl złota: Chcesz osiągnąć cel, nie licz na siebie. Sam niewiele zdziałasz bo a) jesteś leniwy – to poniekąd wina biologii i tradycji, oraz b) jesteś zależny od wszystkiego i wszystkich – jeśli piekarz zaniemoże, a ty nie masz pomysłu (ha!) na inne niż buła śniadanie, długo treningu nie pociągniesz. O ile w ogóle go rozpoczniesz.
Dlatego plan to jedno, determinanty – drugie. Inaczej: jak będziesz miał szczęście, to się uda. To wspaniałe wytłumaczenie w sytuacji braku powodzenia – no zwyczajnie nie poszczęściło się (rozkładamy rączki, biadolimy, odpuszczamy, kapcie, spać).
Będzie pytanie: czy da się pomóc szczęściu? Może lepiej nie przeszkadzać?
Mimo wszystko bierność wydaje się najgorszym, czyli żadnym, rozwiązaniem. Sieć uwarunkowań, w których zanurzona jest każda materia, to chyba też i ty – podmiot planujący. Więc rób coś (nie pytaj, co, tylko rób), i miej nadzieję, że pozostałe czynniki będą sprzyjać. Będzie powtórzenie: czyli, że się poszczęści.
Czasem chyba zapominamy, że o szczęście można prosić. To zdanie, które chciałam uczynić meritum niniejszego wpisu. Miał traktować o konkretnej kwestii, ale nie wyszło. Uwarunkowania nie sprzyjały. Albo ja nie potrafię (nie chcę?) wprost. Co może być czasem i dobre. Przynajmniej nikt się nie obrazi / nie zgorszy / nie puści pawia. No i znowu dygresja.
Ale do brzegu. Prosić o powodzenie w realizacji planu. Jakiegokolwiek – na życie, na wakacje, na czyjś uśmiech. Bywa, że jak prosisz, to zostaje ci dane. Za to, co się udało – dziękuję. Za to, co zrealizowane nie zostało – dziękuję.
P. S. Wiesz, Kogo prosić?

piątek, 8 maja 2015

rysunek

Przyzwyczaiłaś się zapominać, ale czasem, w rzadkich chwilach wyrwanych z kontekstu, znów jesteś dziewczynką z kredkami. I malujesz, choć nie masz talentu. Trwonisz kartki i podsuwasz je pod nos tym, którzy z racji sentymentu winni wpadać w zachwyt, co też czynią, uciekając przy tym wzrokiem na boki. Zdajesz się tego nie zauważać i robisz swoje, odgradzając się kreskami od faktów. Wolisz bajki, choćby nawet te nieporadne, kreślone kilkoma tylko barwami, bo kredki wybrakowane. Nie ma czerwonego, ale jest zielony. I ten biały, zawsze był z nim problem. Cóż z niego za kolor, skoro go nie widać. Jakby go nie było. Może i nie ma.
Więc rysunek. W obliczu technicznych problemów nie ma jak zacząć. Pusty arkusz się niecierpliwi. Tymczasem bezbarwny król trawiastymi ustami zaprasza na bal. Impreza na sto dwa. Balony, muzyka i szampan z blaszanych kubków, nie stłucze się nic. Na szczęście. I będzie kabaret, a potem babeczki, każda z karmelem i wróżbą. Kto połknie czerwoną karteczkę, ten przegra. Zostanie prezydentem. Bo czerwony nie istnieje.
Widzi to król rozwalony na portrecie. Rozbawiony, z rozchełstaną peleryną w groszki trzyma się za brzuch i śmieje – taki teatr. I na co wam ta cała demokracja – woła. Nie umiecie jej używać. Krzyczycie głośno, że teraz macie głos. Rzeczpospolite beczenie, słodkie, głupiutkie owieczki. Świecicie gołymi tyłkami, jakbyście nadal byli rozebrani. Barany golone na eksportowe swetry. Tyle waszego samostanowienia. Nie lepiej było ze mną? Ale dobrze, tańczcie, wszystko jest w porządku, tylko proszę trzymać rytm. Kto zaś za bardzo podskoczy, tego berłem w łeb. Dla dobra narodu.
Królowa strofuje małżonka. Zbyt ordynarnie, dziubdziusiu. Do ludzi trzeba inaczej – pomału, ładnymi zdaniami. Pogłaskać wypada, pokolorować. Jak dobrze to zrobisz, przyjmą nie za tak, a zielony za czerwony. I zapnij guziki, wyłazi ci tors. W końcu bal.
Monarszą dyskusję przerywa awaria. Dostawca prądu, wobec lekceważącego podejścia pałacu na wezwania do zapłaty, daje obywatelską lekcję szczerości w działaniach. I stała się ciemność i cisza. Jak dobrze, że jest czarna kredka. Tylko jak namalować ciszę? Cisza – głupia, przejmująca, wyborcza. Całe szczęście, nie trwa długo. Za chwilę wszyscy się ockną i skoczą sobie do gardeł. I poleje się krew. Zielona.
Nie wychodzi mi rysunek. Miała być flaga.

niedziela, 15 lutego 2015

droga

Mam opisać drogę. Fragment ubitego, realnie istniejącego duktu na pograniczu lasu i obszaru zmienionego przez ludzkie wysiłki na rzecz udomowienia, na tyle jednak w zgodzie z naturą, że obie te przestrzenie - pierwotna i ucywilizowana - współistnieją bez szwanku dla żadnej ze stron. Stwierdziłam, że charakter opisu uzależniony będzie od momentu, w jaki wetknę drogę w chwili ubierania jej w słowa. Mówiąc to, miałam na myśli porę roku. Nie pamiętałam wówczas, że już kiedyś ową drogę opisałam, co diametralnie zmienia znaczenie pory. Kilka lat temu rzeczona droga prowadziła do odpowiedzi, której wówczas rozpaczliwie poszukiwałam i którą w punkcie zwieńczenia oznajmiałam samej sobie: że miejsca tworzą ludzie. Wydawało mi się, że nie tyle odkrywam jakąś prawdę, co pojmuję jej sens. Wtedy przeświadczona byłam, że pora jest dla mnie niedobra. Że brakuje mi ludzi właśnie, by poczuć urodę miejsc, zwłaszcza tego, do którego prowadzi stale przywoływana droga. Że nie mam komu pokazać, jak pięknie, przez co nie jestem w stanie tak naprawdę się tym cieszyć. Czułam się niesprawiedliwie samotna, napawałam własną bezradnością i byłam w stanie z miejsca wymienić wszystkich, którzy byli temu winni. Lista była długa.
Dziś wiem, że nie potrafiłam wówczas docenić tamtego czasu, ale nie mam o to do siebie pretensji. Własne szczęście uzależniałam od obecności ludzi, którzy byliby dla mnie, najlepiej na wyłączność. Nikt nie wskazał mi, że nie tędy droga. Że pokładając ufność tylko lub przede wszystkim w człowieku, zawsze będę się bać i nigdy nie doświadczę prawdziwej miłości. Bo to o nią przecież wszystkim chodzi. Ten, który mi to - nie bez trudu - uświadomił, jest dziś moim mężem. Za co stale dziękuję Bogu. Bogu, dzięki któremu nie brak mi niczego.
Nie przeczę, że zrozumienie tego było mozolne i pełne oporów. Ten proces, rzecz jasna, wciąż trwa. Niby jesteśmy katolikami, jesteśmy chrześcijanami, chodzimy - rzadziej bądź częściej - do kościoła, korzystamy (słowo - klucz!) z sakramentów, wierzymy bądź chcemy wierzyć, ale najczęściej nie mamy pojęcia, co się za tym kryje. Że we wszystkim powinniśmy zawierzyć Bogu, bo wszystko jest od Niego i dzięki Niemu. Może to nie jest najwłaściwszy sposób dochodzenia do wiary, ale właśnie to ostatnie mi pomaga. Od kiedy bowiem, pełna rezerwy, podjęłam próby takiego pojmowania rzeczy, nagle wszystko się odmieniło. Mój mąż wciąż powtarza, że miłość do Boga jest najlepszą gwarancją jego miłości do mnie. Że pierwsze to kochać Boga, zaraz potem kochać siebie (niezwykle, wbrew pozorom, trudne), czego prostą konsekwencją będzie miłość do i od ludzi. W ciągu niespełna roku otrzymałam to wszystko. Przestałam kogokolwiek obwiniać za moje dawne krzywdy, zresztą - jakie krzywdy. Sama się do nich przyczyniałam, nieumiejętnie interpretując to, co było mi dane.
Pewnie, że łatwiej jest, gdy się tak pięknie układa. Gdybym miała teraz stracić coś z tego, co w takiej obfitości zostało mi dane, z pewnością zadałabym pytanie: dlaczego? Mam świadomość, że w mojej miłości sporo jest egoizmu. Miłość za miłość, co za problem. Dziękczynienie za dobro, proste. Ale nie wiem, co przyniesie mi czas. Dokąd zaprowadzi mnie moja droga i jak będę nią kroczyć. Czy uchronię się przed żalem i zwątpieniem, jeśli nagle potknę się o wystający korzeń lub za zakrętem okaże się, że w dalszej wędrówce zabraknie towarzysza podroży, który dotąd dźwigał połowę bagażu? Tylko ufność, że ta droga prowadzi do prawdziwego celu, może pomóc.

Gdybym miała opisać drogę, tę realną, na pograniczu lasu i pól, charakter opisu uzależniony byłby od pory, w której tę drogę opowiadam. Kilka lat temu napisałabym, że zaczyna się w brzozowej alei wspomnień, której już nigdy nie będę przemierzać jak kiedyś, bo nie ma już tych, którzy byli celem kilkukilometrowej przejażdżki składanym rowerem. Dzisiaj powiem, że fragment szosy przed zanurzeniem w las to ogromny dar pamięci radości, którą dane jest mi nieustannie odświeżać.
Potem znak drogowy i nagłe wejście w zieleń. Kiedyś napisałabym, że nie wróci już czas, gdy babcia prowadziła mnie na najlepsze pola jagód po jednej stronie drogi i grzybów po drugiej. Dziś powiem, że miałam ogromne szczęście móc przemierzać ten las z cudowną istotą, która wiedziała, czym jest miłość.
Skrzyżowanie dróg i krzyż. Kiedyś napisałabym, że już nie ten, który postawił dziadek, że stoi nowy, obcy. Dzisiaj z dumą powiem, że pierwszy krzyż postawił mój dziadek, a babcia dbała o kwiaty wokół niego i zabierała na majówki. Brzmi w uszach melodia maryjnej pieśni, tak współgrającej z umajonymi łąkami i cienistymi gajami wokół. Nazbyt sielsko? Ale zgodnie z prawdą. 
Zakręt i nagle wyłania się dom z czerwonej cegły. Kiedyś napisałabym, że już nie mój, że zabrali, okradając tym samym z jedynej rodzinnej tożsamości, a walący się dach symbolizowałby stratę. Dziś wiem, że przeżyłam tam wspaniałe dzieciństwo, czego nie zmieni fakt obcych ludzi dzierżących klucz. A tego nie można nabyć za pieniądze.
Kolejny zakręt i mijamy ruiny innego domu. Kiedyś wspomniałabym o dramacie mieszkającej w nim rodziny, dzisiaj mam nadzieję, że ci, którzy odeszli cieszą się już lepszym życiem.
I na koniec kawałek pola z barakowozem. Kiedyś żałowałabym, że przyjeżdżając tu nie mogę wejść do swojego domu, tylko muszę tu. Teraz jestem wdzięczna, że dane mi było poznać dobrych i serdecznych ludzi, którzy zapraszają do siebie i udostępniają miejsce, które jest fragmentem historii ich rodziny.
Rozpalę ognisko i nie będę, jak kiedyś, rozpamiętywać tego, czego już nie ma. Będę cieszyć z się z tego, co jest. Że leżę na zielonych pastwiskach, nad wodą, gdzie mogę odpocząć. Po Pan prowadził mnie po właściwej ścieżce.  

wtorek, 14 października 2014

nauczyciel

„Absolutna szczerość w stosunku do innych jest niemożliwa, a poza tym nie ma sensu. Wcale nie ułatwia porozumienia, odwrotnie – utrudnia, albo uniemożliwia. Nikt się nie dowie, jaka jesteś, kiedy jesteś sama w domu. Co robi inny człowiek, kiedy zostaje sam. I bardzo dobrze. (…) Wybuchy szczerości się zdarzają, tylko czy one przynoszą cokolwiek innego poza skłóceniem ze wszystkimi świętymi. No po co?
Każdy, w miarę inteligentny i wrażliwy człowiek udaje kogoś innego, by życie wśród innych było lżejsze. Ja się zgrywam (…) cały czas, ty też. I nigdy nie nauczysz się odróżniać (…) szczerości od udawania. Bo jesteśmy już zagrani na śmierć. Udaję człowieka porządnego, zadowolonego z tego, co mnie spotyka, żartuję, uśmiecham się, nie jestem mściwy, jest dobrze. A nikt nigdy nie pozna piekła, które w sobie noszę od lat. Nikt nie dowie się o moim czarnym życiu, o piekącej mnie co dnia przeszłości i strasznej przyszłości, która mnie nieuchronnie czeka. J. Liebert napisał: Uśmiecham się, w uśmiechu mym tkwi cała prawda smutku. Ale nikt, nikt nie widzi, jak płaczę po cichutku. Uśmiechnę się jutro do Pani”.
Brzmi jak intymny list, pisany przez zrozpaczonego samotnika do anonimowej przyjaciółki. A jest - fragmentem oryginalnego komentarza Nauczyciela do sztampowej pracy klasowej z języka polskiego licealistki, skreślonym kilkanaście lat temu czerwonymi, drobnymi jak mrówki literami. Nadal mam problem z odczytaniem ich, takie małe. Bo nadal je mam, są ważne – popisane kartki papieru kancelaryjnego w szeroką linię. Jeszcze nie blakną, odgrzebuję je raz na kilka lat i przypominam sobie, dlaczego. Nieważna była sama praca, tu chodziło o ten komentarz, nawet nie o ocenę. Z niecierpliwością oczekiwałam zwrotu klasówek, by zatopić się w te czerwone wynurzenia Osoby, która na owe czasy była dla mnie najbardziej kontrowersyjną z wszystkich znanych. Bo kto to (wówczas) widział, by Nauczyciel w tym wieku (wiek był dość dorosły) nosił na głowie chaos, w który strzelił jeden przynajmniej piorun, nie kazał czytać podręczników ani lektur bo są słabe, z kolei opowiadał, jak to pił z Andrzejewskim czy odwiedzał Iwaszkiewicza i innych jego czasów. Nie sprawdzał, czy tematy w zeszytach są podkreślone po co wam zeszyty, zrzucał z piedestałów mocarne nazwiska pisarzy i poetów bo to pijacy i życiowe ofermy, chodził na piwo z uczniami i toczył nieustanną wojnę z najporządniejszą polonistką w szkole, która uwielbiała kwieciste ozdabianie słowa pisanego i mówionego, a do Niego samego czuła szczerą niechęć, z czym nigdy się nie kryła. Zbyt wielkiego wyboru nie miała, Jego trzeba było albo uwielbiać, albo nienawidzić. Ja byłam w tej pierwszej grupie, ale sympatia moja mocno skropiona była, prócz podziwu, pewnego rodzaju bojaźnią. Nigdy, przenigdy nie znalazłam się w gronie uczniów, dyskutujących z Nauczycielem o nie wiem czym przy barze. To było nie do pomyślenia. Na mojej wsi nauczyciele byli drudzy po księdzu, gdzie tam proletariat do szlachty się będzie ładował. Przeświadczenie to żyło we mnie podczas licealnej edukacji w pobliskim miasteczku i długo jeszcze potem. Niestety, patrząc na wybraną ścieżkę kształcenia zawodowego, zbyt długo. Wracając do Nauczyciela - ja tylko z Nim korespondowałam klasówkami, przy czym to mało kiedy były prace na typowo szkolne tematy. Uwielbiał zmuszać nas do myślenia, zamiast rozprawki o winie/braku winy Wallenroda, dywagowaliśmy (para)filozoficznie: „Ja – to ktoś inny”, „Żyć, by było dobrze, żyć, by być dobrze ocenionym”, „Bo gdybym mógł powtórzyć życie” itp. Myślę, że był samotny i chciał porozmawiać. Dialogiem były Jego osobiste, czerwone monologi. Nastrój intelektualnego zagubienia, poszukiwania drugiego człowieka, chęć wygadania się, choćby tak. Chcę w to wierzyć, wolę to od plotek które, bardzo możliwe, sam rozdmuchiwał. Bo utytłać się gnojem nie raz próbował. Dla zabawy lub samobiczowania. Dla informacji Szanownego Pana Nauczyciela – już nie pamiętam.
Piszę o Nim jak o zmarłym, choć pragnę wierzyć, że żyje i ma się dobrze. Na tyle, na ile potrafi. Kontakt urwał się jakieś dwa lata temu. Z ostatnią, naprędce skleconą wiadomością jestem w oslo. czekam na samolot do newarku. już nie wrócę. się trzymaj konsekwentnie współgra cisza. Ale On lubi takie numery, dramaty, lubuje się w tym, że może być zagadką, ale może w końcu się znudzi. A wtedy odezwie się i napisze, że w zasadzie powinnam popracować nad stylistyką, bo zawsze trochę za bardzo ściągało mnie w stronę patetycznego sentymentalizmu. Ale poza tym jest bardzo zadowolony, że w końcu spięłam poślady i coś napisałam. Bo język i przysiady trzeba ćwiczyć regularnie.
Uśmiecham się.

niedziela, 22 czerwca 2014

stan niejasny

Jest jak niepokój skulonego przed deszczem wróbla. Wiadomo, że lunie i wiadomo, że zmoknie. Ostatkiem nadziei i ptasim móżdżkiem liczy jednak na ratunek dla ściśniętych żalem piór. Może się nie ziści, bokiem minie, rozdmucha przyczajone napięcie.
Trudno nazwać ten stan. To nie strach, strach jest konkretny, zidentyfikowany. Tutaj nie wiadomo, czego się bać. Czy się bać.
Nie smutek – temu potrzeba jałowej gleby klęsk. Tymczasem skórę ma przeoraną i obsianą pomyślność rodzącym ziarnem.  
Może zmęczenie? Tabletka snu nie pomaga. Ani dwie. Ani trzy. Więc nie.
W wielkim ogóle, gdyż szczegóły ciężko sprecyzować, to brak jakiś. Ból zawieszony w perspektywie. Tajona obawa. Tylko nie wiadomo, przed czym. Kim? I czy realna, czy może wydumana, wykreowana przez nadpobudliwą imaginację.
Fałszywa czy nie, jest. I wstrzymuje w pół kroku, odgradza od pełni spokoju. Prześladuje pytaniami. Każe myśleć. A nie tędy droga. Tutaj potrzeba czuć. Odbierać odpowiedzi nierozumnie. Nawet nie sercem. Duchem.
Duch, dusza – zjawisko ogólnie przyjmowane, zinterpretowane, ale czy ktoś, tak dla własnej potrzeby, nad nim się pochylił? Łatwo o tłumaczenie działania serca, umysłu – można się posiłkować biologią, fizjologią, zasadami, które jesteśmy w stanie, od początku do końca, wytłumaczyć. Tymczasem ów duch i jego bytność – tutaj potrzebujemy wsparcia religii, filozofii, działów naszej aktywności nienamacalnej. Większość z nas któryś z tych światopoglądów przyjmuje. Po części w spadku, pod dyktando własnych społeczności. Bywa,  że bezrefleksyjnie. Trochę na wszelki wypadek, asekuracyjnie. Są jednak wśród wierzących wierzący naprawdę. Ci, którzy przyjmują słowa za dogmat, których nie trzeba motywować do zaufania niemożliwemu dla naszego ludzkiego pojmowania. O takich mówi się, że mają dar. Łaskę. Tacy nie tkwią w napięciu jak wróble. Doskonale wiedzą, co robić. Nawet, jeśli nie zawsze to robią. Z pewnością jest im łatwiej. Ponoć o wiele łatwiej niż deklarującym jawny ateizm, wyciskającym do cna zaznawane życie, którego nie trzeba im udowadniać.  
A ja uważam, że najtrudniej jest tym, którzy są pośrodku. Znającym teorię, nawet uprawiającym ją w praktyce, przerażonym własnym rozdźwiękiem. Tym, którzy chcieliby zawierzyć, ale ludzka percepcja do końca im nie pozwala. Pisklętom zamkniętym w zaplombowanej puszce z wątpliwościami. Mającym cichą nadzieję, że ich obawy zostaną rozwiane i że zwątpienie jest tylko dowodem ziemskiego ograniczenia do wieczka puszki. Tylko oni wiedzą, jak przytłaczające jest wrażenie pustki, gdy próbują się modlić. Jeśli próbują. Czasem rozpaczliwie ignorują subiektywne poczucie własnej śmieszności w tych działaniach - w imię większego dobra. To metoda, która ma pomóc. Istnieje ryzyko, że ów mechanizm zaprowadzi do immanentnej hipnozy, fałszywego uznania się za przekonanego. Ale co tracimy? Prawdziwie wytrwali w tej drodze mają zostać nagrodzeni metą, która nie będzie oznaczać końca. Za którą Coś będzie. Coś, czego żadna religia nie opisała, bo nie ma takiego ludzkiego języka, który byłby w stanie to oddać.