wtorek, 14 października 2014

nauczyciel

„Absolutna szczerość w stosunku do innych jest niemożliwa, a poza tym nie ma sensu. Wcale nie ułatwia porozumienia, odwrotnie – utrudnia, albo uniemożliwia. Nikt się nie dowie, jaka jesteś, kiedy jesteś sama w domu. Co robi inny człowiek, kiedy zostaje sam. I bardzo dobrze. (…) Wybuchy szczerości się zdarzają, tylko czy one przynoszą cokolwiek innego poza skłóceniem ze wszystkimi świętymi. No po co?
Każdy, w miarę inteligentny i wrażliwy człowiek udaje kogoś innego, by życie wśród innych było lżejsze. Ja się zgrywam (…) cały czas, ty też. I nigdy nie nauczysz się odróżniać (…) szczerości od udawania. Bo jesteśmy już zagrani na śmierć. Udaję człowieka porządnego, zadowolonego z tego, co mnie spotyka, żartuję, uśmiecham się, nie jestem mściwy, jest dobrze. A nikt nigdy nie pozna piekła, które w sobie noszę od lat. Nikt nie dowie się o moim czarnym życiu, o piekącej mnie co dnia przeszłości i strasznej przyszłości, która mnie nieuchronnie czeka. J. Liebert napisał: Uśmiecham się, w uśmiechu mym tkwi cała prawda smutku. Ale nikt, nikt nie widzi, jak płaczę po cichutku. Uśmiechnę się jutro do Pani”.
Brzmi jak intymny list, pisany przez zrozpaczonego samotnika do anonimowej przyjaciółki. A jest - fragmentem oryginalnego komentarza Nauczyciela do sztampowej pracy klasowej z języka polskiego licealistki, skreślonym kilkanaście lat temu czerwonymi, drobnymi jak mrówki literami. Nadal mam problem z odczytaniem ich, takie małe. Bo nadal je mam, są ważne – popisane kartki papieru kancelaryjnego w szeroką linię. Jeszcze nie blakną, odgrzebuję je raz na kilka lat i przypominam sobie, dlaczego. Nieważna była sama praca, tu chodziło o ten komentarz, nawet nie o ocenę. Z niecierpliwością oczekiwałam zwrotu klasówek, by zatopić się w te czerwone wynurzenia Osoby, która na owe czasy była dla mnie najbardziej kontrowersyjną z wszystkich znanych. Bo kto to (wówczas) widział, by Nauczyciel w tym wieku (wiek był dość dorosły) nosił na głowie chaos, w który strzelił jeden przynajmniej piorun, nie kazał czytać podręczników ani lektur bo są słabe, z kolei opowiadał, jak to pił z Andrzejewskim czy odwiedzał Iwaszkiewicza i innych jego czasów. Nie sprawdzał, czy tematy w zeszytach są podkreślone po co wam zeszyty, zrzucał z piedestałów mocarne nazwiska pisarzy i poetów bo to pijacy i życiowe ofermy, chodził na piwo z uczniami i toczył nieustanną wojnę z najporządniejszą polonistką w szkole, która uwielbiała kwieciste ozdabianie słowa pisanego i mówionego, a do Niego samego czuła szczerą niechęć, z czym nigdy się nie kryła. Zbyt wielkiego wyboru nie miała, Jego trzeba było albo uwielbiać, albo nienawidzić. Ja byłam w tej pierwszej grupie, ale sympatia moja mocno skropiona była, prócz podziwu, pewnego rodzaju bojaźnią. Nigdy, przenigdy nie znalazłam się w gronie uczniów, dyskutujących z Nauczycielem o nie wiem czym przy barze. To było nie do pomyślenia. Na mojej wsi nauczyciele byli drudzy po księdzu, gdzie tam proletariat do szlachty się będzie ładował. Przeświadczenie to żyło we mnie podczas licealnej edukacji w pobliskim miasteczku i długo jeszcze potem. Niestety, patrząc na wybraną ścieżkę kształcenia zawodowego, zbyt długo. Wracając do Nauczyciela - ja tylko z Nim korespondowałam klasówkami, przy czym to mało kiedy były prace na typowo szkolne tematy. Uwielbiał zmuszać nas do myślenia, zamiast rozprawki o winie/braku winy Wallenroda, dywagowaliśmy (para)filozoficznie: „Ja – to ktoś inny”, „Żyć, by było dobrze, żyć, by być dobrze ocenionym”, „Bo gdybym mógł powtórzyć życie” itp. Myślę, że był samotny i chciał porozmawiać. Dialogiem były Jego osobiste, czerwone monologi. Nastrój intelektualnego zagubienia, poszukiwania drugiego człowieka, chęć wygadania się, choćby tak. Chcę w to wierzyć, wolę to od plotek które, bardzo możliwe, sam rozdmuchiwał. Bo utytłać się gnojem nie raz próbował. Dla zabawy lub samobiczowania. Dla informacji Szanownego Pana Nauczyciela – już nie pamiętam.
Piszę o Nim jak o zmarłym, choć pragnę wierzyć, że żyje i ma się dobrze. Na tyle, na ile potrafi. Kontakt urwał się jakieś dwa lata temu. Z ostatnią, naprędce skleconą wiadomością jestem w oslo. czekam na samolot do newarku. już nie wrócę. się trzymaj konsekwentnie współgra cisza. Ale On lubi takie numery, dramaty, lubuje się w tym, że może być zagadką, ale może w końcu się znudzi. A wtedy odezwie się i napisze, że w zasadzie powinnam popracować nad stylistyką, bo zawsze trochę za bardzo ściągało mnie w stronę patetycznego sentymentalizmu. Ale poza tym jest bardzo zadowolony, że w końcu spięłam poślady i coś napisałam. Bo język i przysiady trzeba ćwiczyć regularnie.
Uśmiecham się.

niedziela, 22 czerwca 2014

stan niejasny

Jest jak niepokój skulonego przed deszczem wróbla. Wiadomo, że lunie i wiadomo, że zmoknie. Ostatkiem nadziei i ptasim móżdżkiem liczy jednak na ratunek dla ściśniętych żalem piór. Może się nie ziści, bokiem minie, rozdmucha przyczajone napięcie.
Trudno nazwać ten stan. To nie strach, strach jest konkretny, zidentyfikowany. Tutaj nie wiadomo, czego się bać. Czy się bać.
Nie smutek – temu potrzeba jałowej gleby klęsk. Tymczasem skórę ma przeoraną i obsianą pomyślność rodzącym ziarnem.  
Może zmęczenie? Tabletka snu nie pomaga. Ani dwie. Ani trzy. Więc nie.
W wielkim ogóle, gdyż szczegóły ciężko sprecyzować, to brak jakiś. Ból zawieszony w perspektywie. Tajona obawa. Tylko nie wiadomo, przed czym. Kim? I czy realna, czy może wydumana, wykreowana przez nadpobudliwą imaginację.
Fałszywa czy nie, jest. I wstrzymuje w pół kroku, odgradza od pełni spokoju. Prześladuje pytaniami. Każe myśleć. A nie tędy droga. Tutaj potrzeba czuć. Odbierać odpowiedzi nierozumnie. Nawet nie sercem. Duchem.
Duch, dusza – zjawisko ogólnie przyjmowane, zinterpretowane, ale czy ktoś, tak dla własnej potrzeby, nad nim się pochylił? Łatwo o tłumaczenie działania serca, umysłu – można się posiłkować biologią, fizjologią, zasadami, które jesteśmy w stanie, od początku do końca, wytłumaczyć. Tymczasem ów duch i jego bytność – tutaj potrzebujemy wsparcia religii, filozofii, działów naszej aktywności nienamacalnej. Większość z nas któryś z tych światopoglądów przyjmuje. Po części w spadku, pod dyktando własnych społeczności. Bywa,  że bezrefleksyjnie. Trochę na wszelki wypadek, asekuracyjnie. Są jednak wśród wierzących wierzący naprawdę. Ci, którzy przyjmują słowa za dogmat, których nie trzeba motywować do zaufania niemożliwemu dla naszego ludzkiego pojmowania. O takich mówi się, że mają dar. Łaskę. Tacy nie tkwią w napięciu jak wróble. Doskonale wiedzą, co robić. Nawet, jeśli nie zawsze to robią. Z pewnością jest im łatwiej. Ponoć o wiele łatwiej niż deklarującym jawny ateizm, wyciskającym do cna zaznawane życie, którego nie trzeba im udowadniać.  
A ja uważam, że najtrudniej jest tym, którzy są pośrodku. Znającym teorię, nawet uprawiającym ją w praktyce, przerażonym własnym rozdźwiękiem. Tym, którzy chcieliby zawierzyć, ale ludzka percepcja do końca im nie pozwala. Pisklętom zamkniętym w zaplombowanej puszce z wątpliwościami. Mającym cichą nadzieję, że ich obawy zostaną rozwiane i że zwątpienie jest tylko dowodem ziemskiego ograniczenia do wieczka puszki. Tylko oni wiedzą, jak przytłaczające jest wrażenie pustki, gdy próbują się modlić. Jeśli próbują. Czasem rozpaczliwie ignorują subiektywne poczucie własnej śmieszności w tych działaniach - w imię większego dobra. To metoda, która ma pomóc. Istnieje ryzyko, że ów mechanizm zaprowadzi do immanentnej hipnozy, fałszywego uznania się za przekonanego. Ale co tracimy? Prawdziwie wytrwali w tej drodze mają zostać nagrodzeni metą, która nie będzie oznaczać końca. Za którą Coś będzie. Coś, czego żadna religia nie opisała, bo nie ma takiego ludzkiego języka, który byłby w stanie to oddać.

środa, 16 kwietnia 2014

oczy pani Helenki

Widzieliście kiedyś anioła? Ja tak. Ja go nawet dotknęłam. A raczej – on dotknął mnie.
Uświadamiam to sobie w momencie, gdy anioł wraca tam, skąd przyszedł. Swoje zrobił – ślady jego stóp znaczą pełnione latami posłannictwa. Jestem przekonana, że jednym z nich była opieka nade mną.
Wytłumaczyć można to prosto i – jednocześnie – zawile. Bo każda Prawda, mimo swej prostoty, opiera się zrozumieniu. Tylko dlatego, że rządzi nami pycha. Nie chcemy przyznać, że jesteśmy częścią masy. Wolimy myśleć o sobie jak o indywiduach. Jedynych w swoim rodzaju i w swojej racji, absolutnie lepszych od tych, którzy tej racji nie mają. A gdyby tylko przejrzeć, gdyby się otrząsnąć, bylibyśmy bogatsi o odpowiedź. I moglibyśmy już dziś, teraz, częstować oczy obrazem Prawdy. Ale to trudne, przez to - myślę - że masa to dla nas tyle, co nic. Szarańcza mało istotych bezimiennych. Przestaliśmy czuć się częścią większej całości.
Ja, jak wszyscy, oczy mam zamglone. Nie widzę. Czasem ktoś mi je przetrze, wskaże kierunek, lecz ja nadal ślepa jestem. Po omacku przemierzam swoją drogę, i tylko nieustanna pomoc aniołów – czy na nią zasłużyłam, czy nie, czy o nią prosiłam, czy wręcz przeciwnie – pozwala mi nie runąć w przepaść, trzymać się wytyczonej ścieżki. Jednym z tych aniołów była – jest! zawsze będzie! – Ona.
Mój anioł ma żeńskie imię i aureolę z wiecznego uśmiechu. Nigdy nie przyłapałam jej na łzach.  No może raz, gdy przejęta swym człowieczym cierpieniem, ugięła się pod strachem bólu. Ból jednak wygrywa tylko na chwilę. Można się z nim oswoić – a wówczas ginie w ogniu samozaparcia i fabrycznej produkcji dobra. Ileż mój anioł ma w sobie dobra, wiem nie tylko ja. Każdy, kto się z nią zetknął, czuł to. I podejrzewam, że prawie nikt nie domyślił się, dlaczego. Skąd te pokłady miłości i miłosierdzia? Ludzką rzeczą jest być egoistą, nie dobroczyńcą.  Więc albo jesteś człowiekiem, albo aniołem. A ona wygląda zupełnie jak my – z naszymi troskami, przewinieniami, zadaniami, chorobami i radościami. Zdradzało ją tylko jedno – oczy. Każde innego koloru, innego blasku. Taki błąd programisty, wskazówka inności. Zamiast skrzydeł.
Za jej pośrednictwem (posłannictwem?) nie raz wyciągnięta zostałam z głębokiej studni rezygnacji i napojona wodą nadziei. Gdyby nie ona, mogłabym być teraz wielkomiejską ławeczką w parku efekciarzy lub zakompleksioną dziewuchą z prowincji. Ona wskazywała mi właściwy kierunek, wcale go nie wskazując. Tak potrafią tylko aniołowie.
Dziś, gdy kończy swą misję, głupio mi. Wstyd, bo ona wie o mnie wiele, a ja orientuję się tylko na jej powierzchni. Lubi muzykę Maleńczuka i kawę Jacobs. Rozpuszczalną, tę w jasnych granulkach. Robi najlepsze we wszechświecie pierogi z mięsem i konfiturę z borówek. Słucha „Zagadkowej niedzieli” w Trójce i słucha innych. Zawsze gotowa nieść pomoc, ani słowem nie skarżąc się na swój, nielekki przecież, los. Zawsze przy tym mówi: mnie się w życiu powiodło, warto się za to odwdzięczyć. I jest piękna. Cudownie piękna Helena.
Dziś płaczę, choć wiem, że nie powinnam. Że tak naprawdę należy się radować z kolejnego powrotu do Źródła Prawdy. Prawdy, w którą tak ciężko nam, błądzącym po szosach ludzkiej ułomności, uwierzyć. I z jednej strony strach, czy moja anielica zdąży. Lata tułaczki po ziemskich podłościach mogły i jej zatrzeć pamięć, umniejszyć wiarę. Takie już jest to nasze życie. Bardzo ludzkie. I bardzo krótkie. Często zbyt ludzkie i zbyt krótkie. Zwłaszcza dla tych sierot, którym zostaje tylko tęsknić.
Dziękuję za wszystko.

czwartek, 20 marca 2014

o dwóch takich

Nie ukradli księżyca, nie byli bliźniakami. Nawet politykami nie byli. Legenda nie wspomina też, czy wróżono im, że nic z nich nie wyrośnie. Coś wyrosło. Jeden był duży i chudy. Drugi duży i chudy nieco mniej. Łączyło ich niewiele. Wieść niesie, że byli jednomyślnie żarłoczni i leniwi. Jak ci, co ten księżyc, wiecie. Ja tam nie wiem, nie znam się. Na pewno łączyło ich miejsce zamieszkania. Ich Zapieckiem było Królestwo Em. Wprawdzie nie z krwi dziedziczone, a przez królewny, co zdezerterowały, w spadku zostawione. Ale zawsze. Tacy królewicze.
Włości ich nie byle jakie. W każdym kącie historia, poukrywana między kartami starych ksiąg czy w obliczach dawnych królowych, spozierających z dyszących minionymi latami ścian. Tak, nie sposób tu nie pamiętać. Pradzieje żyły i tętniące ich echo kreowało współczesność Królestwa. Każdy mebel, każdy skrawek podłogi niósł wspomnienie o królewnach. W tym wszystkim oni, królewicze – patroni. Żyli sobie pomalutku, każdy w swym grzebał ogródku, i tak by się baśń ciągnęła, gdyby nagle nie utknęła. Bo, słuchajcie mili moi, wszystko pięknie ładnie, ale nad Królestwem ciążyła klątwa. Klątwa Deski Sedesowej.
Bzdura – powie ktoś. Błękitnej krwi fizjologia się nie ima. Cóż tak prozaiczny, niegodny arystokraty artefakt – klozet – miałby czynić w tym przybytku szlachetnie urodzonych? (czynnik dziedzictwa na zasadzie przypadku już dawno poszedł w niepamięć). Królowie na tronach przesiadują, nigdzie indziej. Klozet – to się nie godzi.
Godzi – nie godzi, przepowiednia była faktem. Wprawdzie nieco zepchnięta z głównych komnat do gospodarczych przybudówek, ale cierpliwie czekała czasu, gdy miała zburzyć sielankę Królestwa.
Nietrudno domyślić się, że ów czas nastąpił. Ale nie z nagła. Wróg czaił się długo, wojska rozstawiał powoli, nie wzbudzając niepokoju w niczego niepodejrzewającym Królestwie. Więcej, robił to tak sprytnie, że zgodnie z literą prawa. Bo wiedzieć wam trzeba, że w przekazywanej z ust do ust, z pokolenia na pokolenie, niepisanej konstytucji Królestwa widniał zapis o obywatelskim obowiązku trwania w czystości – ku chwale ojczyzny i dla czujności wobec Wroga. Nieskazitelność miała być bronią przeciw najazdom wrogiego nieładu. Dlatego wespół, nieprzerwanie i na przemian, chłop czy król, czyniono warty, by chytre macki Wroga nie zagarnęły królewskich latyfundiów. I właśnie owa polityczno-społeczna przykładność zgubić miały Królestwo. Królewicze, zaaferowani własnym blaskiem i trudem jego pielęgnacji stracili baczenie na Wroga. Trochę winy miał tu przysługujący każdemu z osobna samozachwyt, trochę – i wprost z samouwielbienia wynikająca – zasada spychologii. Skoro bowiem jestem królewicz i światło mej wspaniałości opromienia maluczkich, to niemożliwym jest, bym w jakikolwiek sposób mylił się, zapominał o ważnym, niesłowność i niesumienność swą obnażając. Jeśli – nie daj Bóg – zaistnieją w narodzie przykłady degrengolady, to z urzędu jasnym jest, że nie mogą być one wypadkową mojej, królewicza, winy. Czyli to zapewne ten drugi. Nie ja.
I tym to sposobem dyżurne warty były raz przez jednego, raz przez drugiego, opuszczane. Wróg czyhał, chichotał z cicha i zacierał ręce. Zajmował strategiczne pozycje, skrywając militarne zamiary. Tylko niezwykle uważny obserwator odnotować mógł wrogie siły na królewskich ziemiach. Dla królewiczów niewidoczne – kto bowiem zagląda pod dywan, za wucet (ha!), za zasłonkę? Komu do głowy przyjdzie spatrolować miejsca przez siebie nieużywane? Nie korzystam z tych półek – więc nie mają one prawa się zakurzyć. Nie dotykam tych kafli – więc to normalne, że nie potrzebują mycia. Nie postawiłem tu tego, więc przewrócę się, a nie przestawię na miejsce. Nie patrzyłem w tym tygodniu w lustro, więc – wiadomo. Poza tym pewne przedmioty są jednofunkcyjne, toteż nie należy im się zbytnia uwaga: pralka ma prać a nie być prana; śmietnik ma magazynować gnój wewnątrz, a nie domagać się odgnojenia na zewnątrz; okno ma być przejrzyste z natury, więc niech jest, a nie się tytła. Fatum jakieś (klątwa!) powoduje, że – jak się Wróg rozpasa – to potrafi zmylić przeciwnika, oczy mu zamydlić (sic!) do tego stopnia, że ten nieczystości nawet tak oczywistych nie widzi, jak brud co niczym trup ściele się gęsto. I grubą warstwą.
Trup trupem, warstwa warstwą, jest przecież Luz Maria, niewolnica Isaura, która wpada do Królestwa od czasu do czasu i wymiata je doszczętnie z wszelkich niedociągnięć i zanieczyszczeń. Zajrzy pod dywan, za kibelek, zasłonkę wypierze. Po co się więc martwić, skoro mamy Luz Marię?
Więc spychologia – jedno. Zarobienie zaś – drugie. No tyle rzeczy, ile królewicze mieli na głowach swych jaśniepańskich, to nawet Tesco nie pomieści. Z tego względu wyższe dobro wybierać muszą, z mniej istotnych kwestii rezygnując. I tak odkurzacz zdefektowany blisko rok czeka na uzdrowienie, kurki nad umywalką płaczą rdzą nad swym wybrakowanym losem, lodówka nie domyka się z żalu czy niewiedzy, a deska sedesowa, przełamana wpół, złośliwie siniaczy szlacheckie pośladki. No ale kiedy, kiedy się tym zająć, gdy królewskie obowiązki wzywają? Gdy gawiedź żąda obrazu i słowa królewskiego? Orędzie przygotować trzeba, choćby tylko na fejsbuka, choćby tylko w snach.
Inna jeszcze rzecz zgubiła Królewiczów. Prócz tego, że Bogu ducha winni, to artystami są. I to szukającymi nowych form wyrazu. Taka oto konstrukcja artystyczna: szufelka ze zmiecionym piachem, niby niedbale zostawiona na regale. Cóż za symbolika! Albo gromadzone tubki po papierze toaletowym – to dopiero tworzywo! Sztuka współczesna, panie. Nie dla ignorantów. Ale z pewnością dla Wroga. Będzie udawał konesera sztuki, dopóki nie zmobilizuje sił do głównego natarcia. A wtedy – sorry, jeńców brać nie będzie. Artysta czy królewicz, chudy czy chudy mniej – do odstrzału. I zginą wszyscy w ogniu kul z błota, a atomowa bomba kurzu pochłonie Królestwo Em na amen. Na zgliszczach stanie krzyż, a na nim herb dawnej świetności z połamaną deską sedesową i mopem w koronie.

niedziela, 2 marca 2014

sensacje XX wieku

Z wszystkich zakamarków dzieciństwa najbardziej tajemnicza była szuflada taty. Z pozoru niezajmująca i banalna – utrącała pierwszą warstwę ciekawości swym dorosłym ładem. Była jedyną przestrzenią domu, w której panował regularny porządek. Ten zaś, każde dziecko wie, interesujący nie jest z natury. Szuflada więc uwagi nie łechtała. Równo, od linijki niemal poukładane papiery, zeszyty, kilka pudełek, długopis – zawsze w tych samych, karnych lokalizacjach. Nuda. Bystry młody poszukiwacz mistyki prędzej czy później orientował się, że w owej dyscyplinie kryje się zagadka. Czujność obudziły podejrzane, powtarzalne operacje taty – każdego dnia kucał przy szufladzie, otwierał ją i plecami do ciekawskich małych oczu coś skrupulatnie notował. Wyobrażenia goniły jedno drugie: może uzupełniał pamiętnik. Ach, przeczytać tatowy pamiętnik – to jak ugryźć jabłko z drzewa poznania! Może spisywał naganne uczynki domowników, by w stosownym czasie zamachać mikołajowi przed nosem listą nikczemności. Dorwać tę listę przed świętami, wygumkować wszystkie grzechy… Tak czy inaczej, oczywistym stał się obowiązek drobiazgowej lustracji zawartości szuflady. Pamiętnika nie znaleziono, dowodów zbrodni też nie. Były za to inne rarytasy: czerwony scyzoryk godny MacGyvera; niezrozumiałe, a przez to inspirujące dokumenty; jeszcze mniej zrozumiała metalowa maszynka do golenia z zestawem żyletek (ojciec zawsze miał brodę, prawdopodobnie się z nią urodził). Tajemnicze zapiski okazały się prozaicznymi rachubami przepracowanych godzin w miesiącu tudzież tabelami rozgrywek piłkarskich, niemniej i one urosły do rangi unikatu. I z pewnością było tam coś jeszcze, jakiś skarb na tyle nielegalny, że fakt jego odkrycia kilkuletni umysł złoczyńcy, w obawie przed przyłapaniem, wypchnął do niepamięci. Pozostał tylko słodko-gorzki ślad nie wiadomo czego na półuśmiechniętych, zwycięskich palcach.
Z kolei królestwem mamy był barek. Barek tylko z nazwy, gdyż mieścił w sobie wszystko prócz alkoholi. Czego tam nie było… mrowisko rzeczy ważnych ale – z uwagi na panujący wewnątrz kocioł – niemożliwych do odnalezienia w chwili zapotrzebowania (najczęściej były to nożyczki) oraz niepotrzebnych, lecz niemożliwych do wyrzucenia bo nigdy nie wiadomo. Przeczytane gazety, skrawki materiałów, skotłowane na amen nici, połamane igły, wypisane długopisy, kryminały, harlekiny, wypalone do połowy świece, zakurzone kryształowe kieliszki i szklanki (zbyt cenne, by z nich pić), tace, zdjęcia, obrazki z wizerunkami świętych po kolędach, pocztówki z życzeniami świątecznymi, urodzinowymi, imieninowymi sprzed kilku nawet lat, wyblakłe kwity za nie wiadomo już co, szczotka do włosów (o, ta też często ginęła w barkowych odmętach), zapalniczki, wata, perfumy Być może (potwornie śmierdziały, ale ten smród był w cenie, takie polskie Chanel 5). Najcenniejsze były jednak tusz do rzęs i szminka. Szminka jak szminka, krwista i zaczepna, częściej używana do malowania lalek, niż mamy. Jakim cudem wespół z siostrą upaprałyśmy nią trzymany głęboko w szafie ślubny welon matki – nie wiem. No stało się, nie cofniesz. A tusz do rzęs był iście oldskulowy. Nie tam jakaś współczesna spirala – preparat ów był w kamieniu i wyglądał bardziej jak pasta do butów, niż kosmetyk. Nakładało się go oddzielną szczoteczką po uprzednim jej zwilżeniu, o czym nie wiedziałyśmy, skutkiem czego szybko wydrapałyśmy zawartość puzderka. W celach doświadczalnych, rzecz jasna.
Zamykam oczy i szukam jeszcze, tych pierwszych odkryć i tajemnic nierozplątanych. To takie przyjemne.