niedziela, 22 czerwca 2014

stan niejasny

Jest jak niepokój skulonego przed deszczem wróbla. Wiadomo, że lunie i wiadomo, że zmoknie. Ostatkiem nadziei i ptasim móżdżkiem liczy jednak na ratunek dla ściśniętych żalem piór. Może się nie ziści, bokiem minie, rozdmucha przyczajone napięcie.
Trudno nazwać ten stan. To nie strach, strach jest konkretny, zidentyfikowany. Tutaj nie wiadomo, czego się bać. Czy się bać.
Nie smutek – temu potrzeba jałowej gleby klęsk. Tymczasem skórę ma przeoraną i obsianą pomyślność rodzącym ziarnem.  
Może zmęczenie? Tabletka snu nie pomaga. Ani dwie. Ani trzy. Więc nie.
W wielkim ogóle, gdyż szczegóły ciężko sprecyzować, to brak jakiś. Ból zawieszony w perspektywie. Tajona obawa. Tylko nie wiadomo, przed czym. Kim? I czy realna, czy może wydumana, wykreowana przez nadpobudliwą imaginację.
Fałszywa czy nie, jest. I wstrzymuje w pół kroku, odgradza od pełni spokoju. Prześladuje pytaniami. Każe myśleć. A nie tędy droga. Tutaj potrzeba czuć. Odbierać odpowiedzi nierozumnie. Nawet nie sercem. Duchem.
Duch, dusza – zjawisko ogólnie przyjmowane, zinterpretowane, ale czy ktoś, tak dla własnej potrzeby, nad nim się pochylił? Łatwo o tłumaczenie działania serca, umysłu – można się posiłkować biologią, fizjologią, zasadami, które jesteśmy w stanie, od początku do końca, wytłumaczyć. Tymczasem ów duch i jego bytność – tutaj potrzebujemy wsparcia religii, filozofii, działów naszej aktywności nienamacalnej. Większość z nas któryś z tych światopoglądów przyjmuje. Po części w spadku, pod dyktando własnych społeczności. Bywa,  że bezrefleksyjnie. Trochę na wszelki wypadek, asekuracyjnie. Są jednak wśród wierzących wierzący naprawdę. Ci, którzy przyjmują słowa za dogmat, których nie trzeba motywować do zaufania niemożliwemu dla naszego ludzkiego pojmowania. O takich mówi się, że mają dar. Łaskę. Tacy nie tkwią w napięciu jak wróble. Doskonale wiedzą, co robić. Nawet, jeśli nie zawsze to robią. Z pewnością jest im łatwiej. Ponoć o wiele łatwiej niż deklarującym jawny ateizm, wyciskającym do cna zaznawane życie, którego nie trzeba im udowadniać.  
A ja uważam, że najtrudniej jest tym, którzy są pośrodku. Znającym teorię, nawet uprawiającym ją w praktyce, przerażonym własnym rozdźwiękiem. Tym, którzy chcieliby zawierzyć, ale ludzka percepcja do końca im nie pozwala. Pisklętom zamkniętym w zaplombowanej puszce z wątpliwościami. Mającym cichą nadzieję, że ich obawy zostaną rozwiane i że zwątpienie jest tylko dowodem ziemskiego ograniczenia do wieczka puszki. Tylko oni wiedzą, jak przytłaczające jest wrażenie pustki, gdy próbują się modlić. Jeśli próbują. Czasem rozpaczliwie ignorują subiektywne poczucie własnej śmieszności w tych działaniach - w imię większego dobra. To metoda, która ma pomóc. Istnieje ryzyko, że ów mechanizm zaprowadzi do immanentnej hipnozy, fałszywego uznania się za przekonanego. Ale co tracimy? Prawdziwie wytrwali w tej drodze mają zostać nagrodzeni metą, która nie będzie oznaczać końca. Za którą Coś będzie. Coś, czego żadna religia nie opisała, bo nie ma takiego ludzkiego języka, który byłby w stanie to oddać.

środa, 16 kwietnia 2014

oczy pani Helenki

Widzieliście kiedyś anioła? Ja tak. Ja go nawet dotknęłam. A raczej – on dotknął mnie.
Uświadamiam to sobie w momencie, gdy anioł wraca tam, skąd przyszedł. Swoje zrobił – ślady jego stóp znaczą pełnione latami posłannictwa. Jestem przekonana, że jednym z nich była opieka nade mną.
Wytłumaczyć można to prosto i – jednocześnie – zawile. Bo każda Prawda, mimo swej prostoty, opiera się zrozumieniu. Tylko dlatego, że rządzi nami pycha. Nie chcemy przyznać, że jesteśmy częścią masy. Wolimy myśleć o sobie jak o indywiduach. Jedynych w swoim rodzaju i w swojej racji, absolutnie lepszych od tych, którzy tej racji nie mają. A gdyby tylko przejrzeć, gdyby się otrząsnąć, bylibyśmy bogatsi o odpowiedź. I moglibyśmy już dziś, teraz, częstować oczy obrazem Prawdy. Ale to trudne, przez to - myślę - że masa to dla nas tyle, co nic. Szarańcza mało istotych bezimiennych. Przestaliśmy czuć się częścią większej całości.
Ja, jak wszyscy, oczy mam zamglone. Nie widzę. Czasem ktoś mi je przetrze, wskaże kierunek, lecz ja nadal ślepa jestem. Po omacku przemierzam swoją drogę, i tylko nieustanna pomoc aniołów – czy na nią zasłużyłam, czy nie, czy o nią prosiłam, czy wręcz przeciwnie – pozwala mi nie runąć w przepaść, trzymać się wytyczonej ścieżki. Jednym z tych aniołów była – jest! zawsze będzie! – Ona.
Mój anioł ma żeńskie imię i aureolę z wiecznego uśmiechu. Nigdy nie przyłapałam jej na łzach.  No może raz, gdy przejęta swym człowieczym cierpieniem, ugięła się pod strachem bólu. Ból jednak wygrywa tylko na chwilę. Można się z nim oswoić – a wówczas ginie w ogniu samozaparcia i fabrycznej produkcji dobra. Ileż mój anioł ma w sobie dobra, wiem nie tylko ja. Każdy, kto się z nią zetknął, czuł to. I podejrzewam, że prawie nikt nie domyślił się, dlaczego. Skąd te pokłady miłości i miłosierdzia? Ludzką rzeczą jest być egoistą, nie dobroczyńcą.  Więc albo jesteś człowiekiem, albo aniołem. A ona wygląda zupełnie jak my – z naszymi troskami, przewinieniami, zadaniami, chorobami i radościami. Zdradzało ją tylko jedno – oczy. Każde innego koloru, innego blasku. Taki błąd programisty, wskazówka inności. Zamiast skrzydeł.
Za jej pośrednictwem (posłannictwem?) nie raz wyciągnięta zostałam z głębokiej studni rezygnacji i napojona wodą nadziei. Gdyby nie ona, mogłabym być teraz wielkomiejską ławeczką w parku efekciarzy lub zakompleksioną dziewuchą z prowincji. Ona wskazywała mi właściwy kierunek, wcale go nie wskazując. Tak potrafią tylko aniołowie.
Dziś, gdy kończy swą misję, głupio mi. Wstyd, bo ona wie o mnie wiele, a ja orientuję się tylko na jej powierzchni. Lubi muzykę Maleńczuka i kawę Jacobs. Rozpuszczalną, tę w jasnych granulkach. Robi najlepsze we wszechświecie pierogi z mięsem i konfiturę z borówek. Słucha „Zagadkowej niedzieli” w Trójce i słucha innych. Zawsze gotowa nieść pomoc, ani słowem nie skarżąc się na swój, nielekki przecież, los. Zawsze przy tym mówi: mnie się w życiu powiodło, warto się za to odwdzięczyć. I jest piękna. Cudownie piękna Helena.
Dziś płaczę, choć wiem, że nie powinnam. Że tak naprawdę należy się radować z kolejnego powrotu do Źródła Prawdy. Prawdy, w którą tak ciężko nam, błądzącym po szosach ludzkiej ułomności, uwierzyć. I z jednej strony strach, czy moja anielica zdąży. Lata tułaczki po ziemskich podłościach mogły i jej zatrzeć pamięć, umniejszyć wiarę. Takie już jest to nasze życie. Bardzo ludzkie. I bardzo krótkie. Często zbyt ludzkie i zbyt krótkie. Zwłaszcza dla tych sierot, którym zostaje tylko tęsknić.
Dziękuję za wszystko.

czwartek, 20 marca 2014

o dwóch takich

Nie ukradli księżyca, nie byli bliźniakami. Nawet politykami nie byli. Legenda nie wspomina też, czy wróżono im, że nic z nich nie wyrośnie. Coś wyrosło. Jeden był duży i chudy. Drugi duży i chudy nieco mniej. Łączyło ich niewiele. Wieść niesie, że byli jednomyślnie żarłoczni i leniwi. Jak ci, co ten księżyc, wiecie. Ja tam nie wiem, nie znam się. Na pewno łączyło ich miejsce zamieszkania. Ich Zapieckiem było Królestwo Em. Wprawdzie nie z krwi dziedziczone, a przez królewny, co zdezerterowały, w spadku zostawione. Ale zawsze. Tacy królewicze.
Włości ich nie byle jakie. W każdym kącie historia, poukrywana między kartami starych ksiąg czy w obliczach dawnych królowych, spozierających z dyszących minionymi latami ścian. Tak, nie sposób tu nie pamiętać. Pradzieje żyły i tętniące ich echo kreowało współczesność Królestwa. Każdy mebel, każdy skrawek podłogi niósł wspomnienie o królewnach. W tym wszystkim oni, królewicze – patroni. Żyli sobie pomalutku, każdy w swym grzebał ogródku, i tak by się baśń ciągnęła, gdyby nagle nie utknęła. Bo, słuchajcie mili moi, wszystko pięknie ładnie, ale nad Królestwem ciążyła klątwa. Klątwa Deski Sedesowej.
Bzdura – powie ktoś. Błękitnej krwi fizjologia się nie ima. Cóż tak prozaiczny, niegodny arystokraty artefakt – klozet – miałby czynić w tym przybytku szlachetnie urodzonych? (czynnik dziedzictwa na zasadzie przypadku już dawno poszedł w niepamięć). Królowie na tronach przesiadują, nigdzie indziej. Klozet – to się nie godzi.
Godzi – nie godzi, przepowiednia była faktem. Wprawdzie nieco zepchnięta z głównych komnat do gospodarczych przybudówek, ale cierpliwie czekała czasu, gdy miała zburzyć sielankę Królestwa.
Nietrudno domyślić się, że ów czas nastąpił. Ale nie z nagła. Wróg czaił się długo, wojska rozstawiał powoli, nie wzbudzając niepokoju w niczego niepodejrzewającym Królestwie. Więcej, robił to tak sprytnie, że zgodnie z literą prawa. Bo wiedzieć wam trzeba, że w przekazywanej z ust do ust, z pokolenia na pokolenie, niepisanej konstytucji Królestwa widniał zapis o obywatelskim obowiązku trwania w czystości – ku chwale ojczyzny i dla czujności wobec Wroga. Nieskazitelność miała być bronią przeciw najazdom wrogiego nieładu. Dlatego wespół, nieprzerwanie i na przemian, chłop czy król, czyniono warty, by chytre macki Wroga nie zagarnęły królewskich latyfundiów. I właśnie owa polityczno-społeczna przykładność zgubić miały Królestwo. Królewicze, zaaferowani własnym blaskiem i trudem jego pielęgnacji stracili baczenie na Wroga. Trochę winy miał tu przysługujący każdemu z osobna samozachwyt, trochę – i wprost z samouwielbienia wynikająca – zasada spychologii. Skoro bowiem jestem królewicz i światło mej wspaniałości opromienia maluczkich, to niemożliwym jest, bym w jakikolwiek sposób mylił się, zapominał o ważnym, niesłowność i niesumienność swą obnażając. Jeśli – nie daj Bóg – zaistnieją w narodzie przykłady degrengolady, to z urzędu jasnym jest, że nie mogą być one wypadkową mojej, królewicza, winy. Czyli to zapewne ten drugi. Nie ja.
I tym to sposobem dyżurne warty były raz przez jednego, raz przez drugiego, opuszczane. Wróg czyhał, chichotał z cicha i zacierał ręce. Zajmował strategiczne pozycje, skrywając militarne zamiary. Tylko niezwykle uważny obserwator odnotować mógł wrogie siły na królewskich ziemiach. Dla królewiczów niewidoczne – kto bowiem zagląda pod dywan, za wucet (ha!), za zasłonkę? Komu do głowy przyjdzie spatrolować miejsca przez siebie nieużywane? Nie korzystam z tych półek – więc nie mają one prawa się zakurzyć. Nie dotykam tych kafli – więc to normalne, że nie potrzebują mycia. Nie postawiłem tu tego, więc przewrócę się, a nie przestawię na miejsce. Nie patrzyłem w tym tygodniu w lustro, więc – wiadomo. Poza tym pewne przedmioty są jednofunkcyjne, toteż nie należy im się zbytnia uwaga: pralka ma prać a nie być prana; śmietnik ma magazynować gnój wewnątrz, a nie domagać się odgnojenia na zewnątrz; okno ma być przejrzyste z natury, więc niech jest, a nie się tytła. Fatum jakieś (klątwa!) powoduje, że – jak się Wróg rozpasa – to potrafi zmylić przeciwnika, oczy mu zamydlić (sic!) do tego stopnia, że ten nieczystości nawet tak oczywistych nie widzi, jak brud co niczym trup ściele się gęsto. I grubą warstwą.
Trup trupem, warstwa warstwą, jest przecież Luz Maria, niewolnica Isaura, która wpada do Królestwa od czasu do czasu i wymiata je doszczętnie z wszelkich niedociągnięć i zanieczyszczeń. Zajrzy pod dywan, za kibelek, zasłonkę wypierze. Po co się więc martwić, skoro mamy Luz Marię?
Więc spychologia – jedno. Zarobienie zaś – drugie. No tyle rzeczy, ile królewicze mieli na głowach swych jaśniepańskich, to nawet Tesco nie pomieści. Z tego względu wyższe dobro wybierać muszą, z mniej istotnych kwestii rezygnując. I tak odkurzacz zdefektowany blisko rok czeka na uzdrowienie, kurki nad umywalką płaczą rdzą nad swym wybrakowanym losem, lodówka nie domyka się z żalu czy niewiedzy, a deska sedesowa, przełamana wpół, złośliwie siniaczy szlacheckie pośladki. No ale kiedy, kiedy się tym zająć, gdy królewskie obowiązki wzywają? Gdy gawiedź żąda obrazu i słowa królewskiego? Orędzie przygotować trzeba, choćby tylko na fejsbuka, choćby tylko w snach.
Inna jeszcze rzecz zgubiła Królewiczów. Prócz tego, że Bogu ducha winni, to artystami są. I to szukającymi nowych form wyrazu. Taka oto konstrukcja artystyczna: szufelka ze zmiecionym piachem, niby niedbale zostawiona na regale. Cóż za symbolika! Albo gromadzone tubki po papierze toaletowym – to dopiero tworzywo! Sztuka współczesna, panie. Nie dla ignorantów. Ale z pewnością dla Wroga. Będzie udawał konesera sztuki, dopóki nie zmobilizuje sił do głównego natarcia. A wtedy – sorry, jeńców brać nie będzie. Artysta czy królewicz, chudy czy chudy mniej – do odstrzału. I zginą wszyscy w ogniu kul z błota, a atomowa bomba kurzu pochłonie Królestwo Em na amen. Na zgliszczach stanie krzyż, a na nim herb dawnej świetności z połamaną deską sedesową i mopem w koronie.

niedziela, 2 marca 2014

sensacje XX wieku

Z wszystkich zakamarków dzieciństwa najbardziej tajemnicza była szuflada taty. Z pozoru niezajmująca i banalna – utrącała pierwszą warstwę ciekawości swym dorosłym ładem. Była jedyną przestrzenią domu, w której panował regularny porządek. Ten zaś, każde dziecko wie, interesujący nie jest z natury. Szuflada więc uwagi nie łechtała. Równo, od linijki niemal poukładane papiery, zeszyty, kilka pudełek, długopis – zawsze w tych samych, karnych lokalizacjach. Nuda. Bystry młody poszukiwacz mistyki prędzej czy później orientował się, że w owej dyscyplinie kryje się zagadka. Czujność obudziły podejrzane, powtarzalne operacje taty – każdego dnia kucał przy szufladzie, otwierał ją i plecami do ciekawskich małych oczu coś skrupulatnie notował. Wyobrażenia goniły jedno drugie: może uzupełniał pamiętnik. Ach, przeczytać tatowy pamiętnik – to jak ugryźć jabłko z drzewa poznania! Może spisywał naganne uczynki domowników, by w stosownym czasie zamachać mikołajowi przed nosem listą nikczemności. Dorwać tę listę przed świętami, wygumkować wszystkie grzechy… Tak czy inaczej, oczywistym stał się obowiązek drobiazgowej lustracji zawartości szuflady. Pamiętnika nie znaleziono, dowodów zbrodni też nie. Były za to inne rarytasy: czerwony scyzoryk godny MacGyvera; niezrozumiałe, a przez to inspirujące dokumenty; jeszcze mniej zrozumiała metalowa maszynka do golenia z zestawem żyletek (ojciec zawsze miał brodę, prawdopodobnie się z nią urodził). Tajemnicze zapiski okazały się prozaicznymi rachubami przepracowanych godzin w miesiącu tudzież tabelami rozgrywek piłkarskich, niemniej i one urosły do rangi unikatu. I z pewnością było tam coś jeszcze, jakiś skarb na tyle nielegalny, że fakt jego odkrycia kilkuletni umysł złoczyńcy, w obawie przed przyłapaniem, wypchnął do niepamięci. Pozostał tylko słodko-gorzki ślad nie wiadomo czego na półuśmiechniętych, zwycięskich palcach.
Z kolei królestwem mamy był barek. Barek tylko z nazwy, gdyż mieścił w sobie wszystko prócz alkoholi. Czego tam nie było… mrowisko rzeczy ważnych ale – z uwagi na panujący wewnątrz kocioł – niemożliwych do odnalezienia w chwili zapotrzebowania (najczęściej były to nożyczki) oraz niepotrzebnych, lecz niemożliwych do wyrzucenia bo nigdy nie wiadomo. Przeczytane gazety, skrawki materiałów, skotłowane na amen nici, połamane igły, wypisane długopisy, kryminały, harlekiny, wypalone do połowy świece, zakurzone kryształowe kieliszki i szklanki (zbyt cenne, by z nich pić), tace, zdjęcia, obrazki z wizerunkami świętych po kolędach, pocztówki z życzeniami świątecznymi, urodzinowymi, imieninowymi sprzed kilku nawet lat, wyblakłe kwity za nie wiadomo już co, szczotka do włosów (o, ta też często ginęła w barkowych odmętach), zapalniczki, wata, perfumy Być może (potwornie śmierdziały, ale ten smród był w cenie, takie polskie Chanel 5). Najcenniejsze były jednak tusz do rzęs i szminka. Szminka jak szminka, krwista i zaczepna, częściej używana do malowania lalek, niż mamy. Jakim cudem wespół z siostrą upaprałyśmy nią trzymany głęboko w szafie ślubny welon matki – nie wiem. No stało się, nie cofniesz. A tusz do rzęs był iście oldskulowy. Nie tam jakaś współczesna spirala – preparat ów był w kamieniu i wyglądał bardziej jak pasta do butów, niż kosmetyk. Nakładało się go oddzielną szczoteczką po uprzednim jej zwilżeniu, o czym nie wiedziałyśmy, skutkiem czego szybko wydrapałyśmy zawartość puzderka. W celach doświadczalnych, rzecz jasna.
Zamykam oczy i szukam jeszcze, tych pierwszych odkryć i tajemnic nierozplątanych. To takie przyjemne.

środa, 19 lutego 2014

jest dobrze

Obok rzeczy, które trzeba (myć zęby, wybaczać bliźnim), wypada (nosić czyste gacie, być pro- lub antygender*), są też rzeczy, które można. Z wszystkich powyższych najprzyjemniejsze i najbardziej regularne. Ów czynnik przyjemności, jeśli - dajmy na to - związany jest z wymierną korzyścią, może powodować proces przesunięć z pozycji można na wypadałoby, skąd już niedaleka droga do winno się. W ten sposób jednostkowe hobby staje się masowym imperatywem całych społeczności. Przykładowo: uprawianie sportów. Amatorskie uprawianie. Bardzo niewinny wycinek aktywności, wszakże sport uprawiać i można, i należałoby, więc w zasadzie trzeba. Gdy jednak praktykujących wyznawców można więc trzeba zaczyna chrzcić się więcej i więcej, do gry wchodzi element współzawodnictwa. Określenie amatorski zaczyna się wówczas stopniować, skutkiem czego nie wypada już tylko biegać, trzeba robić maratony. A w zasadzie dlaczego ograniczać się do jednej dyscypliny, zróbmy sobie triatlon. Albo wbiegnijmy tam, gdzie innych nie było. Po to, by spektakularny sukces utrwalić oryginalnym zdjęciem, koniecznie (acz od niechcenia) upublicznionym. Ekshibicjonizm takowy bliski jest innej gremialnej hipnozie, którą najogólniej określić można mianem podsumowań. Rejestr zysków i strat cyklicznie tworzony w dniu urodzin bądź z końcem roku, zawsze pod tytułem: tym razem będzie lepiej. Nawet, jeśli wersja oficjalna (czytaj: ta na facebooku) jest zgoła optymistyczna, czyli okraszona sukcesami. Z założenia bowiem najpierw czekamy, by stary rok się skończył, zaraz potem zaś liczymy, że nowy będzie lepszy. Frajerstwo żyje w narodzie. Od tych naiwnych praktyk absolutnie się nie odżegnuję. Zestawienia, bilanse, założenia, plany – zrealizowane czy nie, generowałam wciąż nowe. Bo tak się przyjęło, tak wypada, dla samego siebie czy bardziej dla innych. Każde kolejne résumé powstawało w opozycji do minionego. Zawsze jest coś, na co się czeka, coś ekstra, co ma (bądź mogłoby) przyjść, na co trzeba zapracować lub po prostu dotrwać.
I teraz też tak jest. Ani to koniec roku, ani urodziny, ale przyjmijmy, że moment przejściowy. Bez zbędnych tłumaczeń – jest kapitalnie. Gdyby pokusić się na przegląd roku 2013, można by sklecić niezłą kompilację tragedii, komedii, romansu i dokumentu socjologicznego, fachowy paradokument naszpikowany zwrotami akcji, lecz przede wszystkim uwieńczony happyendem. Serio, nie ma co narzekać. Ani do czego się przyczepić. W zasadzie można by  /wypadałoby / czyli trzeba by wziąć się i ozłocić, po czym postawić na postumencie i prezentować, tak ładnie jest. Ale nie. Bo czymże by była natura Polaka, gdyby nie szukał dziury w całym, a nawet w połowie. Swoją drogą, mogliby ogłosić zawody w wyszukiwaniu problemów, wygralibyśmy nawet będąc w siódmym z nieb. I ja w tym gronie, mistrzyni kręcenia krzywym nosem. Mimo tego, że jest lepiej, niż kiedykolwiek, ja – owszem – raduję się, lecz nie niezmiernie. Odwlekam Radość Wielką na potem, owo wyidealizowane Potem. Skreślam dni w kalendarzu i liczę, ile jeszcze, by móc w końcu usiąść i zachłysnąć się własnym fartem.
Takim idąc tropem dochodzę do wniosku, co następuje: chyba nas wszystkich zdrowo przekrzywiło. Mamy coraz więcej, co zamiast wzrostu zadowolenia wyzwala tylko większe pokłady grymasu. Oto więc ja wygładzam swe wejrzenie, i to też polecam wszystkim dookoła. Mianuję się apostołem ukontentowania.
Ej, człowieku, nie marudź. Jest dobrze.
I dajcie już spokój biednemu Żyle.

*nieważne, w której konfiguracji, ale koniecznie w którejś

czwartek, 16 stycznia 2014

bez adresu

Miewa się niekiedy chwile zadumy nad minionym. To, myślę, nic groźnego. Nie wyzwala nadmiernego sentymentalizmu, ćwiczy raczej pamięć o uprzednim, systematyzuje i zabezpiecza przed zbytnią koloryzacją. Z zasady. Uczciwie przyznać jednak trzeba, że to, co niegdyś bladoróżowe, dziś krwawi jaskrawą czerwienią. Zadrapania sprzed lat pieką solą na otwartym złamaniu. Dawne słodycze nabrały niedoścignionych dziś walorów smakowych, choć to tylko kogel-mogel. Fakt, takich jaj nie sposób już uświadczyć. Ani kur. Ani bólu. Co tu ukrywać, przeciągnął nas ponadprzeciętnie los. Tak naprawdę, biorąc pod uwagę ogrom osobistych doświadczeń, winniśmy dla przestrogi / nauki / zadziwienia zwykłych zjadaczy kajzerek spisać biblię własnej doli. Nie można przecież pozwolić jej zginąć wśród żywotów maluczkich. Takimi to apostolskimi kierując się pobudkami, pojawił się niegdyś zamysł spisania kompendium przeprowadzek. Poczuwając się do mentorstwa w tej dziedzinie (10 z górą lat, plus minus 20 mieszkań, trudna do określenia liczba współmieszkaczy), targał mną wewnętrzny nakaz, obowiązek wręcz obywatelski niesienia pomocy zagubionemu w gąszczu kartonów bliźniemu. Skoro średnio dwa razy w roku:
1. pakowałam się, by za moment rozpakować,
2. segregowałam, by potem segregować ponownie (był to niezwykle skomplikowany, rozciągnięty w czasie i podzielony na etapy proces; w skrócie wyodrębniam:
sort pierwszy – morze bezładu i beznadziejnej rozpaczy,
sort drugi – mocne postanowienie decyzyjności,
sort trzeci – wcale nie mam planu ani nawet pomysłu na plan,
co w ostateczności kończyło się sortem czwartym – heroicznym eliminowaniem niepotrzebności w objętości kilku worów śmieci i kilkunastu ton wątpliwości),
3. mościłam się na nowym i zaczynałam nazywać wymoszczone domem,
4. oswajałam z kolejnymi domownikami i zaczynałam traktować ich jak następną rodzinę,
5. z czego wynikały wszelkie społeczne konsekwencje, na narodzinach wspólnot zaczynając, rozwodach kończąc, a owe rodzinne uroczystości w ostateczności suto zakrapiano (potem, łzami),
skoro więc wszystkie te punkty z uporczywością maniaka w niezmąconej kolejności od lat realizowałam, słusznie doszłam do wniosku, iż wypada stworzyć poradnik czy tam innego rodzaju ważkie dzieło, które jasnością osnuje trudną kwestię błąkania się po świecie. Nic jednak z owych planów nie wyszło, czy to dlatego, że jestem mało konsekwentna, czy też w obawie przed wykorzystaniem zbyt drastycznych szczegółów z biografii i toalet potencjalnych bohaterów bestsellera. Przekułam niezużyte pokłady w inne aktywności. Większością się nie chwalę, ale w kontekście wyniku liczy się tylko on. Cel ostateczny. Wygląda na to, że w końcu Dom. Nie składa się ze ścian, jest ruchomy. Okazuje się, że cały ten pokręcony czas podążał za mną. W zasadzie gonił mnie od dawna, tylko ja nie chciałam dać się złapać. I kiedy zabrakło siły na dalszą ucieczkę, pozwoliłam, by otwarto na oścież okna i drzwi. To, co znalazłam zaglądając mu do wnętrz, zamazało ostrość wszystkiego, co zostawiłam biegnąc. Tamto przestało mieć znaczenie. Próba sił skończona. Nie będzie przewodnika po tułaczce, gdyż prawie nic już nie pamiętam. Adresy, klucze, kody domofonów – uleciały i nie da się ich spisać. W zasadzie nigdy nie było takiej potrzeby. Aktualny adres jest stały i mieści się tam, gdzie go umiejscowię. W Domu.

sobota, 16 listopada 2013

kino za darmo

W temacie filmów pozostając: najlepsze scenariusze piszą – sąsiedzi. W pudełkach swych mieszkań siedzą, niby nic, a swoje wyrabiają. Jak ci artyści z naciskiem na ś, co się ich potem niszowym objawieniem miesiąca obwołuje. Cichcem nocami skrobią, w szale twórczym zgarbieni, ciekawskich gasząc, że a) praca, b) kapcie czyli c) nuda. Światło późną porą to, szanowny sąsiedzie, niestrawność po kapuście. A potem fundują fabułę, za którą trudno umysłem nadążyć. Skromnością się przy tym obnoszą, od koneksji z którąkolwiek z muz bezwzględnie odżegnując. No, może Melpomena, jako że tragicznie to wszystko powychodziło; normalnie nie wie, o co ten szum. Taka wstydliwość autorska.
I przykład proszę: okno w bloku naprzeciwko. Żadnych znaków szczególnych, puzzel w układance dziesięciopiętrowca, miga na zmianę z resztą sąsiedzkich żyć. Jednakowoż położenie na wprost twego zainteresowania z salonu oraz firanka skąpa jak styczniowa wypłata zapraszały ciekawość do regularnej aktywności. W ten oto sposób razu pewnego zauważasz różnicę. To okno nigdy nie gaśnie. Płonie ogniem kineskopu jak wieczna lampka przed tabernakulum. Światło, co wskazuje na obecność. Przynajmniej w kościele. Przynajmniej w teorii. Mimowolne obserwacje każą bowiem wątpić w nieduchową obecność sąsiada. Ciemny pokój, w którym świeci i wścibskie oczy kole telewizor, niestrudzenie przerzucający obrazy. Tylko dla kogo. Nie widać ręki, co steruje kanałami. Najmniejszy ruch nie przesłania monitora, nie zapala się żyrandol. Tylko ten telewizor wciąż. Dwudziesta we wtorek – telewizor. Północ w środę – telewizor. To samo w czwartek. I piątek. Piąta rano w sobotę – wstajesz na siku i zamiast na oślep w stronę kibelka, suniesz do okna i rozsuwasz żaluzje, by upewnić się, że telewizor nadal. I nic ponad to.
Jak nic, sąsiad umarł. Oglądał Magdę Gessler, chciał zrobić kanapki na obiad i nie zdążył. Głodny zszedł z tego świata, i nawet ziemi gryźć teraz nie może, bo został na tym fotelu, co go stąd nie widać, i gnije z palcami zaciśniętymi na sfatygowanym pilocie. Dzieci zadzwonią dopiero na święta, żona nie dożyła porządnej emerytury, koledzy pogniewani, bo nigdy nie chciał stawiać. Więc siedzi tam sobie, biedny umrzyk, i czeka na litość listonosza. Bo nikogo innego.
Albo nie. Żona żyje, ale odeszła, bo nie dzielił się pilotem. Zamiast telenoweli – teleturniej, gdy chciała patrzeć na wywiad z ulubioną piosenkarką, no tą od Józek nie daruję ci tej nocy – ten wolał wiadomości. Więc nie darowała – i zniknęła. Teraz nie ma kto wyrwać mu symbolu władzy z zimnej dłoni. Zresztą, małżonka ma teraz swojego pilota. Kupiła sobie lepszy telewizor, taki z płaskim ekranem i hade, jak to nazywał miły pan w sklepie. Żeby Józek był taki miły, to by go nie zostawiała, ale ten gbur jest i pasożyt, to niech sobie tam wegetuje z ich starym odbiornikiem. Jej już na tym gracie nie zależy. I nie wie, że Józkowi też.
Może jest jednak zupełnie inaczej. Józek – owszem – nie żyje już z żoną i – owszem – żona odeszła, ale nie z zazdrości o pilota, a ze strachu. Bo Józek to lokalny gangster jest. W swym ciemnym pokoju szemrane prowadzi interesy. Pod ławą dobija nielegalnych targów, których świadkiem jest tylko spiker jedynki. Pan Józek szanuje jedynie telewizję publiczną, żaden tvn czy polsat nie ma u niego poważania. Więc jedynka, ta jedynie widzi koperty, dzięki którym pan Iks zostanie prezesem towarzystwa działkowców a blok numer 4 ocieplony poza kolejnością. Tajemniczy goście po uściśnięciu dłoni pana Józka wychodzą chyłkiem, uważając, by nie dojrzano ich przez okno. Dlatego też pan Józek z zasady nie zapala światła. Zresztą, przyzwyczaił się już, a i wstawać mniej trzeba.
A właśnie, że nie! Pan Józek wcale nie jest dzielnicowym ojcem chrzestnym! Jego władza sięga dalej! To mafioso, szef międzynarodowej siatki przestępczej, co białą śmiercią handluje. A mieszkanie naprzeciwko to dziupla, w której magazynuje groźne kilogramy przed wysyłką na wschód. Ten telewizor dla niepoznaki, byle nikt się nie poznał na tym, co w pozostałych pokojach. Czasem, gdy akurat jest w kraju, Józek vel Corleone lubi tu usiąść, zapalić cygaro, i zwyczajnie, jak Kowalski, popykać po programach. Nawet po tym nieszczęsnym polsacie, bywa, że i tu dadzą coś niezgorszego. I tak pewnego razu Józek – Corleone zapatrzył się na reportaż o pielęgnacji roślin doniczkowych i stracił czujność; odłożył rewolwer na tyle daleko, że nie zdążył go chwycić, gdy nagle weszła Józefowa, powiedziała to za brak szacunku do Bajmu i strzeliła mężowi prosto w brzuch. Po czym, niezauważona przez nikogo, wyszła.
I siedzi teraz Józek w tym fotelu, i siedzieć będzie aż się zacznie rozkładać, a w telewizorze właśnie ktoś wygrywa festiwal piosenki aktorskiej. Zaraz, moment, Józek się poruszył... Wstaje! Z ogromnym wysiłkiem podnosi się kupa cielska płci wyraźnie żeńskiej i przetacza na drugą stronę pokoju.
Sąsiadka z naprzeciwka zmieniła lokalizację, nim zaczną puszczać jej ulubiony serial. O policjantach i złodziejach.

sobota, 9 listopada 2013

Nie klikam lubię to

Ciekawe. I zapewne, z socjologicznego punktu widzenia godne jakiejś niezwykle mądrej czyli rozwlekłej i nieczytanej dysertacji. Fakt upowszechniania wiedzy o członku społeczności na podstawie jego aktywności (lub jej braku) w wielkiej kolektywnej rodzinie internetowych ekshibicjonistów. Niedostateczne dbanie o swoje dobre imię (choć odpowiedniejszym byłoby: twarz) uruchamia lawinę opinii, sądów, zaraz potem wyroków. Nieobecność staje się bowiem zbrodnią, godną przynajmniej ogólnofacebookowego potępienia. Nie publikujesz setek zdjęć dokumentujących twoje nowe doświadczenia – znaczy nie bywasz. Nie upubliczniasz postów na stronach google - znaczy nie piszesz. Nie nabijasz kilometrów na endomondo - znaczy nie biegasz. Jesteś offline – czyli nie ma cię. Nie istniejesz. Nie liczysz się. I nikomu nie przyjdzie do głowy absurdalny pomysł, by, jak kiedyś, zadzwonić i - zapytać. Adresy sieciowe stają się mniej wirtualne, niż te przy ulicy imienia jakiegoś nieznanego lekarza czy nibyznanego pisarza. Przyjacielska pogawędka przy rzeczywistej kawie czy obiedzie to przeżytek. Strata zbyt cennego czasu w tykającym zegarze końca świata ludzi dla ludzi. Mamy nowe, inne, lepsze bo – wygodniejsze. Nie trzeba zbierać tyłka z fotela i przystrajać go w świeże gacie. Można być z każdym nie będąc z nikim, zajadając przypalone pierogi z biedronki w asyście nieco zbyt ciepłego piwa bądź nędznego, ale z promocji wina bez marki. I tak nie widzą. To, co publiczne jest starannie wyreżyserowane. Normalnie oskar się należy. Czy inne złote lwy. Ryczeć się chce. 

niedziela, 27 października 2013

chory film z przerwą na reklamę

Na styku dwóch części filmu o tobie – blok reklam. Marketing własnego rozdźwięku. Medialna rozprawa między tobą a tobą. Sędzia - kalosz, tylko którą parę wybierze? Na razie śledzi obraz na ekranie, migawki jedna za drugą mieszają w systemie ocen. Konkurs reklam. Czas start.
Pierwsza zachwala obejrzaną już połowę. Scenariusz dość żwawy, pełno zwrotów akcji i brak koherentności. Trochę luksusu na przemian z chronicznym debetem na rachunku sumienia i woli. Nieprzespane na emocjach lata, morze wina i huśtawka doznań. Śmiech, dużo śmiechu, całe butle łez. Gwarno, głośno wręcz, ktoś wrzeszczy udając, że to koncert. Odjazd na decybelach histerii. Zmęczenie, ale można je zakryć pudrem i jedziemy dalej. Życie to impreza, więc jest impreza. Wykrzyknik. Lansowany produkt: innowacyjna mieszanka napoju energetycznego i środków psychotropowych. Przed użyciem nie czytaj ulotki dołączonej do opakowania, lecz skonsultuj się z terapeutą, gdyż każdy lęk niewłaściwie stosowany zagraża twojemu życiu lub wątrobie. I nigdy nie pij piwa z kija. Pod kapslem rausz jest lepszy.
Reklama numer dwa. Zdaje się dotykać nietkniętego jeszcze scenariusza. Kursywa na białej kartce pojawia się i znika, nie wie, co dalej. Może tylko podejrzewać. Snuć wizje przemyślane bądź wymyślone. Tak tworzą się filmy najbardziej niezdrowe dla oczu. Tych zza drugiej strony płotu. Sielsko anielsko, mała stabilizacjo pogoni za cholera wie czym witaj. Jesteśmy starsi, jesteśmy mądrzejsi, nie dla nas egzaltacje. Niewzruszeni szumnym naporem młodzieńczego buntu nieważne przeciw czemu, byle przeciw, zapuszczamy korzenie w glebie działki, w którą za dwadzieścia, jak dobrze pójdzie lat wkopiemy fundamenty własnego em z grillem i starannie przyciętym żywopłotem. Spokój, tylko on nas umiłuje. Jedynym szaleństwem będzie ironia wobec tego, co kiedyś, dawno temu pod dachem wiejskiej dyskoteki, tudzież w koedukacyjnej toalecie najbardziej obleganego klubu w metropolii. Będąc ponad to, pobłażliwie przymykamy oko na wspomnienia, bynajmniej nie pobłażając potomnym. Nasze sylwetki niezłomne są, surowe i bez skazy. Gramy w bycie społecznym kręgosłupem. I święcie wierzymy w tę rolę. Na reklamowym banerze okazały napis promujący psychotropy. Bez energy drinków. 
Trzecia reklama urywa się w połowie. Zabrakło czasu antenowego. Zdążyłeś tylko zobaczyć wahanie, wielki złoty znak zapytania na czarnym tle. Zapewne miała to być jedna z tych inteligentnych kampanii z opóźnionym zapłonem, każąca chcącym czy nie konsumentom ulicznych bilbordów przez kilka tygodni zastanawiać się nad jej konceptem. Cóż bowiem oznacza ten symbol na ścianie wieżowca, dlaczego mnie niepokoi, czy przez to wyłapuję go spośród setek komunikatów..? Czy mam się cofnąć do domu, usiąść na kanapie i przemyśleć swoją drogę? Zmienić kierunek, posłuchać wyciszanych głosów, przestać się wić? Napisać od nowa scenariusz, wcielić w inną postać? Drugi plan na wierzch.
A może to taka zabawa w bystrość, kto pierwszy, ten ma rabat.