Zaplątałam się w spektakl dotkliwy. Bo nie w
koncert. Koncerty dają pewne zaprzyjaźnione (hm) zespoły. A tu zleciały
się chimery. Nie jestem w stanie o tym pisać teraz. Ale napiszę. Jak się oswoję
z tym, co zrobił. Mnie.
niedziela, 28 kwietnia 2013
niedziela, 21 kwietnia 2013
wtorek, 16 kwietnia 2013
z cyklu: przyszło nagle. chrzest
I
oto można stracić coś, czego się nie miało. Złudzenia. Chowane po kieszeniach
jak cukierki na potem. W naiwnym cieple skóry stopiły się w brudną ciecz
zawodu. Ściekają jak łzy infantylną powierzchnią ubraną w strukturę lolity. Skończ,
mała, to nie tak. Nie fikaj bezładnie nogami. Już dawno urosłaś na tyle, by zmarszczyć
wiarę w bezinteresowność. Nie gładź spódniczki, tu nie o dziecięcą idzie prostotę.
Zabawa kryje się pod plisami. Tym jesteś dla kumpli w piaskownicy. A jeśli już –
dobrze – jeśli z kimś zechcesz brnąć w tę grę w bycie, to cię wyśmieją lub
dziwką małą okrzykną. Dziewczynka z prowincji na mieście. Nie zna zasad
ciuciubabki. I zwykle przegrywa. Kręci się w kółko, tnie dłońmi na oślep
powietrze. Stęchłe od drwin.
niedziela, 14 kwietnia 2013
z cyklu: poradnik. kompas i rozprzężenie
Sporo
gadam, tudzież piszę, co implikuje konieczność pilnowania logicznej ciągłości
między słowem a czynem. By nie zostać posądzonym o niekonsekwencję, trzeba
odznaczać kolejne punkty na liście nowych doświadczeń. Tym oto sposobem U. stawia
sobie ciągłe wyzwania i czyni to na forum. Pod pozorem ślepej popędliwości
kryje się jednak przemyślany projekt aktywności wszelakiej. Ci, co posądzają mnie
o gwałtowny ekshibicjonizm stają się integralną częścią programu. Z reguły
tylko w kontekście odbioru spodziewanego raportu z założeń, bywa jednak, że dzięki
Nim realizuję pewne obrane kursy. Tak, jak wczoraj. U. weszła do lasu dzierżąc
mapę. I kompas. Ale proszę o zachowanie spokoju i wyzbycie się przerażenia.
Weszła i wyszła, nie zjadły jej dziki, nie wchłonęła Buka, dezorientacja nie
pochowała na leśnym cmentarzu zagubionych. Powód jest oczywisty – nie poszła U.
tam sama i nie poszła nocą. I jeszcze poszła, nie biegła, choć na ten temat
można polemizować.
Reprezentacja Mickiewiczów w składzie: Pani Kapitan Ale O Co Chodzi, Pan Nawigator Irytator oraz Pani Obrażona Bo Tak zakończyła pierwszą wspólną przygodę sukcesem, bo wieść niesie, że miejscem w pierwszej piątce. Zdumienie tym faktem niech podkreśli okoliczność, iż drużyna nasza podeszła do sprawy kompletnie nieprofesjonalnie, dzięki czemu jednak nabyła doświadczenia, czego NIE robić, udając się na rajd na orientację. Wnioski te starałam się sumiennie spisać, jeśli coś pominęłam – proszę o sugestie na piśmie w nieprzekraczalnym terminie kolejnego karkołomnego pomysłu na udział w podobnej imprezie.
Reprezentacja Mickiewiczów w składzie: Pani Kapitan Ale O Co Chodzi, Pan Nawigator Irytator oraz Pani Obrażona Bo Tak zakończyła pierwszą wspólną przygodę sukcesem, bo wieść niesie, że miejscem w pierwszej piątce. Zdumienie tym faktem niech podkreśli okoliczność, iż drużyna nasza podeszła do sprawy kompletnie nieprofesjonalnie, dzięki czemu jednak nabyła doświadczenia, czego NIE robić, udając się na rajd na orientację. Wnioski te starałam się sumiennie spisać, jeśli coś pominęłam – proszę o sugestie na piśmie w nieprzekraczalnym terminie kolejnego karkołomnego pomysłu na udział w podobnej imprezie.
Pierwsze.
Przede wszystkim uważnie przestudiuj regulamin. Lub przynajmniej się z nim
zapoznaj. Optymalnie będzie, gdy zabierzesz go ze sobą w trasę. Może się
okazać, że jest on na przykład kartą startową lub zawiera niezbędne informacje,
dzięki którym zawodnicy zorientują się, jak / jakich szukać punktów
kontrolnych. Jak się bawić, to dobrze wiedzieć, w co.
Drugie.
Regulamin jest ważny, ale czekolada też. Bez niej tylko płacz i zgrzytanie
zębów.
Trzecie.
Nie trać czujności. I współpracuj. Czasem 11 to 12. A bywa, że 80. Z bystrym
zespołem znajdziesz więcej różowych strzałek, niż to przewiduje mapa. Ale i tak
nigdy nie będziesz pewien, co urwał i ile pasków ma kryptobrzoza.
Czwarte.
Dla czytelników spoza kręgu wtajemniczonych: nie próbujcie zrozumieć trzeciego.
Piąte.
Nie polegaj na innych. Inni mogą być z lekka – czy to z powodu chronicznego
deficytu snu, czy też wrodzonej cierpkości obycia – nieczuli na twą potrzebę
pokierowania. Umiejętność czytania mapy czy obsługi kompasu naprawdę się w
takich momentach przydaje…
Szóste.
Nie ufaj nikomu. Ani sobie, ani innym zawodnikom, a już w ogóle budowniczym
trasy vel. organizatorom.
Siódme.
Nie pozuj nazbyt śmiało. Paparazzi są wszędzie. Jeśli jesteś osobą publiczną (a
w dobie wspomnianego wyżej ekshibicjonizmu każdy jest osobą publiczną) łono
przyrody nie uchroni Cię przed kompromitującymi zdjęciami.
Ósme.
Nie zakładaj butów, które: przeszły już na drugą stronę / są nazbyt / lub
niezbyt. Zbagatelizowanie tej rady może największych wojowników przyprawić o
zrzędzenie.
Dziewiąte.
Jeśli nie jesteś zespołem samym w sobie, czyli jednoosobowym, przed wyjściem z
domu wyłącz wszelkie wizje, rozważania, podszepty, wywietrz z głowy posenną
burzę myśli. Przyczynisz się w ten sposób do szczęścia, a przynajmniej
zadowolenia wędrującej wespół z tobą drużyny.
Dziesiąte.
Jeśli liczysz, że natura łagodzi obyczaje, możesz spotkać się z rozczarowaniem
podobnym temu, które czułeś, gdy babcia po raz pierwszy nie stanęła po twojej
stronie w starciu z rodzicami. Nie wszystko zrozumiesz, nie wszystkich
przewidzisz. Być może właśnie w lesie zobaczysz ukryte zło. Pierwotne instynkty,
zwierzęcy egoizm, z którymi rodzi się wszystko, co żywe. U niektórych giną wraz
z pasowaniem na pierwszaka, większość uczy się całe życie zamieniać je na
altruizm lub choćby życzliwość. Dzikość lasu, pomruk fal lub po prostu większa
dawka świeżego powietrza może owe
wieloletnie starania zniweczyć w kilka sekund. Uratować może cię wtedy
tylko spokój, puszka piwa lub - ostatecznie - nagłe i chwilowe odłączenie się
od grupy w celu zmęczenia organizmu. Każde wzburzenie najlepiej usunąć wraz z
potem.
Powyższy
dekalog powstał na bazie autentycznej przygody, a wszelkie podobieństwa do osób
i zdarzeń są zupełnie nieprzypadkowe.
I
jeszcze: jeśli, na podstawie lektury tegoż ktokolwiek jest skłonny uznać
przygodę Mickiewiczów za mało udaną, to zalecam z ową skłonnością walczyć jak z
dewiacją. W mojej osobistej interpretacji było... owocnie. W doświadczenia różnej
maści.
środa, 3 kwietnia 2013
w wannie (z cyklu: przyszło nagle)
Chciałabym
wierzyć, że za szklaną płytą, w której przeglądam własne, istnieje
odzwierciedlenie. Tego, czym, kim i jaka jestem.
Chciałabym
wierzyć, że lustrzane odbicie jest nim rzeczywiście. Że po drugiej stronie tkwi
dokładnie to samo, choć naocznie obleczone w inne.
Chciałabym
być bardziej spokojna. Bym choć raz to nie ja kaleczyła stopy drżącą krawędzią
pytań.
Chciałabym
być jak mgła. Ulotna, a jednak stanowczo widzialna. Pozornie tylko tło, lecz
bez niej poranek w górach nie byłby tym samym porankiem. Potrzebna, bo w końcu
jej uśmiech i łzy rzeźbią rosą kształt skały.
Chciałabym
nie spać do chwili, gdy pierwszy promień dnia zacznie gładzić skłębione włosy
chmur pode mną. Gdy nada im kolor jaśminu, złagodzi niepokój o dzień. Pozwoli na sen. I głowa utonie w oddechu, tak równym, jak ten, który ja.
Chciałabym
to, co mam w lustrze wyczytać w spojrzeniu bez dna. Źrenice niech wzejdą odwagą,
niech zaniechają uników, bo strach.
I chcę to usłyszeć. Nawet, gdy cisza. I nie lać słów, by potwierdzić. Po prostu wiedzieć, że tak.
I chcę to usłyszeć. Nawet, gdy cisza. I nie lać słów, by potwierdzić. Po prostu wiedzieć, że tak.
niedziela, 31 marca 2013
sobota, 30 marca 2013
eksperyment
Popełniłam
eksperyment.
Metoda
wykorzystana na użytek badania będącego tematem niniejszego wpisu z założenia
nie była skomplikowana. Chodziło o sprawdzenie, komu szklanka do połowy pusta,
a komu pełna. Wybór populacji reprezentatywnej był równie prosty, jak sam test.
Ślepy. Telefon, kontakty, co któryś pach. Tak zwane krótkie wiadomości tekstowe
o nieskomplikowanej, a jakże zastanawiającej dla wielu treści: Uśmiech raz!
(wykrzyknik koniecznie, dla wzmocnienia efektu przywoławczo-nakazującego). Odbiorcom
dziękuję za czynny udział i przepraszam za posłużenie się ich osobami do
ukrytej obserwacji. Przepraszam też,
jeśli poczuli się wyjątkowo po lekturze ww. wiadomości, co im teraz brutalnie
zdaję się odbierać. Ci zaś, którym ulżyło spieszę donieść, iż u mnie zawsze
trzeba czytać między wierszami, nawet oczywiste może być przewrotne, nie
traćcie więc czujności.
Wracając
do eksperymentu. Jak należało się domyślać, wielu z zaatakowanych uśmiechem
zdębiało. Spontaniczne reakcje typu piłaś?,
grzeczniejsze pani chyba pomyliła
odbiorcę? czy zdezorientowane o co
kaman? są do usprawiedliwienia stanem opóźniającej się wiosny. Zdarzały się
wszakże reperkusje bardziej przemyślane
w przekazie, wskazujące dobitnie na tę mniej niż bardziej pełną szklankę (wynaleźli jakiś podnośnik do kącików ust?).
Gdy jednak dolewać do opróżnionego niekorzystnymi odpowiedziami szkła pojemność
uzyskanych podstępem uśmiechów, okaże się, że duch w narodzie nie ginie. Może
się nie przeleje, ale da się umoczyć język nie dzwoniąc zębami o kant naczynia.
Tym samym na własne życzenie zalana zostałam bardzo lub bardziej szerokimi
emotikonami, które jeszcze do niedawna nie miały u mnie poważania (bo wiadomo,
wolę słowa). Wobec tylu i takich argumentów zmuszona byłam zmienić stanowisko.
I nieważne, że sama to sobie wysmarowałam. Liczy się efekt.
Paranaukowe
badania miały tak naprawdę i cel pośredni, który, jak to często (u U.) bywa,
jest ukrytym priorytetem. Polegał on na sprytnym odwróceniu uwagi od analiz
osoby badającej. Bo wszystko wszystkim, ale te nigdy nie wychodzą rzeczonej na
dobre. Typowe wizje na wyrost, czyli generowanie konfliktu zbrojnego z powodu
niedopitej kawy czy brwi uniesionej pod trochę innym kątem (choć jestem
zdeklarowaną pacyfistką). Tak mam, nie zmienisz. Prócz tego, co zostało
(auto)stwierdzone ostatnimi czasy, brakuje mi cierpliwości. Przykładów
przytaczać nie będę, bo to nie kozetka (choć niektórym wydaje się inaczej).
Kiedy jednak próbuję dojść przyczyn takiego stanu nierzeczy, przychodzi do głowy
tylko jedno. Klasyczne: i chciałaby, i boi się. Chcieć chce każdy, od chcenia
jednak do mienia drogi różne. Dotąd działałam jak raptus, w dodatku naiwny,
czego wynikiem jest brak wyniku. Tu przykład nieintymny: bieganie. Jak tylko
kolejny raz wchodzę do gry (z naciskiem na: kolejny), robię to tak zamaszyście
i jednocześnie głupio ambitnie, że kończy się płaczem, ketonalem i
koniecznością obniżenia poprzeczki. A znam teorię: spokojnie, powoli,
systematycznie – a nie będzie łez. Są. Zawsze. Dobrze, że nierzadko zlane z
łzami satysfakcji. Tylko można było mniej boleśnie. Dlatego wiem – U., bez
ciśnienia. Samo przyjdzie. A jeśli nie – znaczy: przyjść nie miało. Zasada
ponoć przystająca do wszelkich aspektów bytu tudzież niebytu.
Rzeczywistość
to taka skrzynka. Co do niej włożysz, to wyjmiesz. Gadanie. Przebieram palcami
nerwowo po stole. Ja stale wyjmuję mniej. Kiedy nastąpi zmiana owej
niekonsekwencji? I czy będzie kiedyś tak, że wyciągnę ze skrzynki coś wetkniętego
tam przez kogoś, nie przeze mnie?
Życzyć.
Dla jasności – moja szklanka do połowy pełna. Zawsze ktoś dolewa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)