czytając w myślach kogoś, nie pogub się we własnych
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
wtorek, 21 sierpnia 2012
z lasu
z lasu pochodzą drzewa. Drzewa
mnie intrygują*. I ludzie. Ale ci są spróchniali. Kora z nich złazi, odkrywając
dziurawe wnętrze. Przez siatkę ubytków widać pień stereotypów, kompleksów,
bojaźni. Gałęzie chwiejne, niezdecydowane, drżą scenami z horrorów i baśni.
Liście zapłakane nad własną samotnią. Ludzie są słabi, bo są sami. A są sami,
bo są w tłumie. Roześmianym, chętnym, obcym.
Drzewa mają inaczej. Nigdy nie wątpią,
są tam, gdzie ich miejsce, nie przebierają w znajomościach. Jesteś obok, więc
jesteś ze mną. Tak jest i już. Ludzie – ludzie nie lubią spokoju. Komplikują,
szumią, gubią. Nie zapuszczają korzeni. A jeśli już, to cierpią więzienie.
Nawet, jeśli słodkie.
Nieważne, kim się jest.
Zakompleksioną wierzbą czy durnym klonem. Czy opierzasz się na wiosnę zielenią,
czy sztywno trzymasz igły uprzedzeń. Nie osiągniesz harmonii, boś nie drzewo.
Ty jesteś ten, który je zetnie na regał ikea.
Z lasu wróciłam i stoję. Czy
zawrócę?
*diagnoza
własna, niepotwierdzona
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
koniec świata. dni otwarte
Miałam napisać coś ładnego. Tylko
nie bardzo wiem, co jest ładne. Uroda to mało konkretne pojęcie. I dość mylące.
Bo czy, jeśli coś podoba się A, to tym samym i B? Przecież B może w ogóle nie lubić żółtego. Przykładowo ja do
żółtego nie mam żadnych zastrzeżeń. W zasadzie żółty jest w porządku i może
towarzyszyć mi w garderobie i na talerzu. Ścianę mam żółtą. Żółty podkoszulek.
Ulubiony. Ale załóżmy, że B żółtego nie lubi. Wówczas wszelki wysiłek włożony w
starania, język na brodzie i nieprzespana noc pójdą na marne. A ja się lubię
wysypiać. Jak każdy porządny obywatel. I jak gros nich nie potrafię tego
wykonać. Dlatego poprzestanę na tym i zamienię motaninę języka i czynów na
zaproszenie. Do ekspiacji. Bo nadchodzi koniec świata. Udaję się na jego
powitanie w asyście własnego potępienia. Wtapiam w zielone oblicze nicości i
oczekuję innych dusz, które błądzą. Ciebie. Ciebie. I ciebie też. Brew twa
unosi się, jesteś skruszonym grzesznikiem. Albo tylko grzesznikiem. Chwila na
zadumę i zgrzyt zębów. A teraz dobra wiadomość. Na końcu świata jest czyściec.
Takie miejsce, co przyjmuje wszelkie przewinienia. Bez słowa. Zamyka je w
zielonej paszczy i mieli. Czego nie połknie – odda. Bez teczek, wyrzutów
sumienia i zaschniętych pretensji. Na końcu świata zmieniają się perspektywy.
Można nabrać dystansu pełne usta. Zapraszam.
Teraz mapa, gdyż O. - słusznie zapewne - uważa, że bez mapy
się nie da. Mam dość lękliwe podejrzenia, że nawet najlepiej rozrysowana mapa w
tym akurat wypadku na niewiele się zda. Koniec świata to kompletnie zapadły w
kosmosie punkt. Trafić tam najłatwiej przez przypadek. Dziadek mój znał takie
historie. Ale dziadek już ich nie opowie, ja natomiast muszę spowodować, że czyjeś
spragnione odkupienia stopy trafią na odpowiednią ścieżkę. Myślę, że
najprościej będzie kierować się przed siebie. Po drodze trzeba minąć Kostarykę,
ale minąć, a nie rozbić namiot w oczekiwaniu na samonalewające się drinki z
palemką lub bez. Dopuszczalny jest co najwyżej przystanek na siusiu i zabranie
dodatkowej porcji pasażerów. Tylko nie wyłączać silnika! Może nie zaskoczyć i trzeba
będzie pchać. A to niezbyt miłe, biorąc pod uwagę fakt, że tam często korek. I dalej,
na wprost (uwaga na radary). Aż do skrzyżowania rzeczywistości z bajką, jakieś
trzydzieści kilometrów za zamkiem. Potem już tylko wiatr we włosach i jazda do
lasu. Proszę tylko mieć baczenie na niezidentyfikowane przez jakiekolwiek urzędy pojazdy mechaniczne na trasie. Im ich więcej, tym bliżej celu. Są tacy, co twierdzą, że będą u niego, gdy zapadną się po kolana w zgniłe
pole. Może i tak, lato tego roku mokre.
Prawdopodobnie nikt nie trafi.
poniedziałek, 30 lipca 2012
doznanie fenomenu o czwartej po południu
To było dziś. Popołudnie jak
zwykle, przed zmęczonym wieczorem, po przeciętnych trzech kawach. Bez cukru. Z
mlekiem. Trzecia nigdy nie smakuje, jak powinna. Może dlatego, że nie palę.
Posuwistym - ale nie, że płynnym,
bardziej wleczonym - krokiem zmierzam ku kolejnej dawce strwonionego dnia. Jest
pod górę, jak zwykle. Jest ciepło i mokro. Bez rewelacji. Kalafior w sklepowym
koszyku przekonuje o bezsensie wszelkiej aktywności. W zasadzie po co ten
kalafior. Można było wypiąć się na jego modyfikowaną erudycję i pójść w drugą
stronę. Na przykład na plażę.
No tak, ale ma padać.
Więc brnę dalej. Pieczywo,
nabiał, nuda. Żeby chociaż coś. Jakiś lokalny armagedon, kłótnia przy kasie czy
wywrotka skrzynek z tyskim. Bezwstydny taniec pragnień. Trzeba było wziąć tę
mniejszą główkę. Pójdzie na zmarnowanie. Szesnasta pięć i dalej nic.
Dwadzieścia minut później było
już po wszystkim. Powietrze jeszcze dyszy z emocji, nie wierzy w złamaną
dopiero co przestrzeń.
Ale od początku.
Stała tam. Wyniosła, milcząca
sprawczyni parkosyzmów. Mityczna istota, przedmiot kultu mocarzy kilku
dziesięcioleci. Wielka, piękna, mocna. Straszna. Zaszeptana legendami, nie
zdradza, ile w nich mitu. Lubi, że gadają. A mówią, że wiedźma. Modliszka,
pożerająca niewinne nerki dzieci, acz księżą podłością zbrodniarzy nie gardzi. Ssie
limfę przez rurkę z wydechów, wypluwa truchła na bruk. Lub wciąga na wieczną
niepamięć, nie szukaj porwanych. W jej ochach przeszklonych enigmą przegląda się ciekawość. Trochę się przez to wywyższa, ale nic nie
zrobisz. Ma przewagę, jest starsza.
Czarna Wołga, rocznik 77.
Czarna Wołga, rocznik 77.
Nie wychodzi przed szereg, sącząc
cień z ukosa przygląda się światu. Prychająca wyrocznia. Wie, ile kosztuje
przyjaźń. Podobno ile miłość, też. Taka mądra. Jak to kobieta po przejściach.
Ale nie powie. Każe szukać odpowiedzi, sama milczy jak zaklęta, jak zgwałcona
ofiara prawdy.
Czarna Dama sopockich alejek.
Dosiada jej Rycerz bez Kopii, był jej kochankiem nie raz. Destrukcyjna
namiętność wypala baterie, składa wycieraczki, przegania splin. Nieśmiertelni
królowie szos. Na złamanie skręconych kręgosłupów. Cwał, szał, srebrna gałka
błyszczy w mroku.
Każdy chce, każdy pragnie, ale
nie wszystkim jest dane. Zanurzyć się w jej przestronne, ciepłe wnętrze. Trzeba
odwagi – to jedno, zaproszenia – drugie. Piętnaście po czwartej trzasnęły drzwi,
zadrżały uda, kalafior przetoczył się w torbie. Jestem częścią historii, której
nie znam. Przejażdżka po torze niewiedzy. Dziesięć minut, na które spuszczę
zasłonę uśmiechu. Dziesięć minut to dużo czasu. Można wjechać na szczyt. Nawet dwa
razy. Podobno.
wtorek, 24 lipca 2012
m jak moda na seks
Serialami Polska stoi. Seriali
się nie ogląda, ale się je zna. Zamknięte za szybką plazmy komplikacje
zaplątane w zębowy aparat niełatwych losów sztucznych nas. Sztucznych, bo
nieprawdziwych, zmontowanych z paranoi i niemożliwości. Lubimy te obłąkane
historie, w końcu takie wyjęte z pudełka zdrowego rozsądku. Między jednym a
drugim blokiem reklam nieco zaciera się szary wtorek nudnych widzów. Wena,
telenowela, bareizm. Skrywana ciąża i miłość do własnej siostry. Intrygi w
przedszkolu, morderstwo za kanapkę z pleśniowym serem. Dostateczna porcja cudzych
problemów i ekscytacji. Nie my, oni.
Wpatrzeni w ekran nie zauważamy,
jak te przerysowane role pęcznieją i puchną, nie mieszczą się w pudle, wyłażą
do pokoju. Siadają w waszych ulubionych fotelach, chwytają pilota i zmieniają
kanał. I kto ma teraz władzę? Kto patrzy, kto gra? Jaki jest twój udział w spektaklu?
Telenowela trwa, odcinek trzy tysiące pięćset dwudziesty siódmy. Reżyser jest bezlitosny,
masz dążyć ku destrukcji. Zabij swoje ja, teraz masz być nim. Z nim. Nie, nie z
tamtym. Ten był czterdzieści odcinków temu. Teraz podpal dom. Już w nim nie mieszkasz.
Co taki zdziwiony, tragedia musi być, inaczej nie ma komedii. A na koniec wino z
bąbelkami. Świętujesz porażkę szacunku do siebie i całego planu zdjęciowego.
Zagrani, zafajdani, zgubieni.
Wyłączcie telewizor. Telewizja kłamie.
Wcale nie kochasz własnej siostry. Nie daj sobie wmówić.
sobota, 21 lipca 2012
ucieczka z ostatniej lekcji
Przez moment byłam znów
dzieckiem. Rozbawionym małolatem skaczącym w kaloszach po mokrym piachu. Dziewczynką,
co chciała być chłopcem. Rozhuśtaną formą bezkarności. Przez moment nie było
problemów ważniejszych niż siusiu i wyścigi w opróżnianiu kubka. Liczyły się
tylko chwytane w locie uśmiechnięte oczy. Rozmowy o rzeczach, które niczemu nie
służą. Bo nie muszą. Zgadywanki i tańce w nierytm. Gąski, gąski do domu. Patyczek
i dziurka.
Na moment zsunął się plecak codziennych
bied. Wypadł piórnik z poukładanymi według wzrostu ołówkami. Rozsypały się i
nie trzeba było ich zbierać. Przyjemna lekkość barków. Całkiem miło.
Dlaczego piaskownica nie może
trwać wiecznie? Jak tylko z niej wyjść, obręcz zaciska się w dobrze znany, markotny
ból. Tam, wysoko. W okolicy serca i jaźni.
niedziela, 15 lipca 2012
samotność konsumenta
Chwilowo
milczę, co nie znaczy, że nie dzieje się. Się dzieje, i w zasadzie mogłoby
trochę przestać, bo człowiek ograniczonym stworzeniem jest i spać musi. Gdyby
zaś chciał ogarnąć wszystko, co się dzieje, nawet w zupełnie subiektywnie
wyselekcjonowanej przestrzeni, musiałby nie tylko zrezygnować z luksusu
zażywania snu, co jeszcze jakieś perpetuum mobile dostosować do potrzeb homo
bywającego. To jednak w sferze życzeń pozostaje, skutkiem czego ja bywam
zmęczona i niedosycona, a wy pozostawieni bez regularnych notek. Z tą moją
regularnością to naprawdę, kiepsko jest, i boleję nad tym bardzo. Jak już się
zaprę i staram z równą częstotliwością wprowadzać w życie czynności przeróżne,
to jakaś złośliwa mikroapokalipsa skutecznie wszystko ucina. Dobrze, że choć do
pracy regularnie wstaję i się udaję. W przeciwnym razie mogłoby być
nieciekawie. Choć z pewnością nienudno.
Co do
regularności i pracy jeszcze: dowiedziałam się ostatnio, że najlepiej
publikować posty w czwartki - z powodu piątków. Piątki podobno są takimi
dniami, gdy strudzeni tygodniem wyrobnicy cudzych majątków przeszukują internet
w poszukiwaniu lektury, która skutecznie zajmie ich do regulaminowej
szesnastej. Ja się tam na internetowym marketingu nie znam, ale jeśli to
prawda, to nawet tej reguły trzymać się nie potrafię. Na usprawiedliwienie mam
obietnicę nowego, będącego owocem mej aktualnej ganianiny. W myśl przyjętej
niedawno, zdrowej zasady: raczej percepcja, niż kreacja. Tę ostatnią zostawmy
artystom. Tajemnicy z tego nie robię, a nawet staram się pewne jednostki do
owej włóczęgi wespół ze mną zaprząc. Z miernymi, niestety, efektami. Słowo-klucz: kultura. Jak padnie, to wszyscy na tak, w aprobacie pełnej i w ogóle
entuzjazm i przyklaskiwanie. Gdy w ślad za nim konkretna idzie propozycja,
ubrana nierzadko w zgrabną formę zaproszenia – to już gorzej. Wiadomo, praca,
dom, dzieci, psy, rybki, ogródek do wyplewienia, nagły atak bólu zęba. Sprawy
oczywiste i niezbywalne. Na powyższych kultura zawsze traci. Poza tym łatwiej
wydać 30 polskich złotych na trzy (dwie? nie jestem rozeznana w cenach) paczki
papierosów, niż na sztukę teatralną czy niszowy koncert. Ale to kwestia
priorytetów. Niemniej jednak upraszam szanownych czytelników, by mi wyrzutów z
powodu braku wspomnianej blogowej regularności nie czynili, gdyż czas swój
ostatnio pożytkuję na inne aktywności. Może nie tak ważne, jak wieczorne siusiu
psa (nie posiadam póki co), czy wyrywanie chwastów z pietruszkowych grządek
(nie posiadam również, i deklaruję, iż posiadać nie będę), ale w mojej
osobistej hierarchii stojące wysoko. Przyznaję też, że dotąd zaniedbywane,
również z powodu aktywności zgoła innych. Tym bardziej więc angażuję się teraz
w celu minimalnego choćby nadrobienia zaległości. I dobrze mi z tym, choć
czasem ciężko (serce słabe, organizm nie ten, w plecach strzyka, słowem – albo
lepiej bez słów).
Jeśli
ktokolwiek chciałby poczuć się powyższymi dywagacjami urażony, to z góry tego
zabraniam, gdyż absolutnie w nikogo wymierzone nie są. Jeśli natomiast
sprowokowały kogoś do chęci chociaż czynnego udziału w kulturze szeroko
pojętej, a tym samym do sporadycznego towarzyszenia mi, będzie mi niezmiernie
miło. Planuję w najbliższym czasie akcję zorganizowanego bytowania z wybranym wydarzeniem,
niektórzy mogą spodziewać się zaproszeń. Jeśli nastąpi oddźwięk, to może
cyklicznie..? Znaczy: regularnie..? Ale wstrzymuję na razie wodze fantazji.
Póki co jestem, bardziej tam, niż tu, ale zawsze gdzieś w okolicy.
Na
koniec tego wpisu o niczym muszę odnotować pewien istotny fakt, mogący
większości ujść uwadze. Mamy tego lata zatrzęsienie biedronek.
niedziela, 1 lipca 2012
nowy właścicielu mojego zegarka
Gratuluję
doskonałego wyboru! Niniejszym stałeś się posiadaczem niezwykle gustownego,
kobiecego, przyjemnego zegarka. Z pewnością doceniasz jego walory, nie
zainteresowałbyś się nim bez powodu. Decyzję o jego nabyciu podjąć musiałeś
szybko, bez rozglądania się na boki. Tak, wiem, prawa rynku są jasno określone
i okrutne: nie ty, to ktoś inny. Tym bardziej gratulacje.
Chciałabym
dać ci kilka cennych wskazówek dotyczących twego nowego drobiazgu. Jest delikatny
i kruchy, jak jego poprzedni właściciel, dbaj więc o niego. Nie używaj
niezgodnie z przeznaczeniem i – broń Boże – nie odpinaj w miejscu publicznym! Możesz
tym skusić los i innych, podobnych Tobie. Z całym szacunkiem, rzecz jasna.
Jeśli zatrzyma
się nagle, to znak, że i ty winieneś na moment przystanąć. Ruch wznowisz wciskając
złotą gałkę. Czas zacznie się na nowo.
Możesz
tego nie wiedzieć, ale zegarek ten posiada własną historię. Odnoś się doń z
miłością, w końcu niesie ze sobą wiele ludzkich emocji. Pod szkłem ukryte ma pomyślności
i łzy, perypetie i rozstrzygnięcia, losy. Mam nadzieję, że sprawi ci wiele
radości. Mnie sprawiał. Był przyjemnym wspomnieniem pewnego fragmentu mojego
życia. Wartość sentymentalna? Tak, ale nie przejmuj się. Skup się na swoim. W końcu
masz coś, co jeszcze wczoraj należało do mnie: pamięć.
sobota, 23 czerwca 2012
z wizytą u niedźwiedzia
bez
antenowej ciszy, przeszklonych ścian dzielących majestat tych, co mówią od
przeciętności tych, co słuchają, bez nastroju głębokiego wtajemniczenia,
zagadki drugiej strony lustra, konieczności wyłączenia telefonów pod groźbą
śmierci. Po prostu. Naprzeciw tego, który dzierży władzę - czyli mikrofon - od
lat, bez powinności bicia pokłonów i całowania w słynną mistrzowską dłoń, w
atmosferze spotkania przy kawie, a nie oficjalnej audiencji u papieża polskiej
hierarchii muzyki.
Niedźwiedź
siedzi. Z rękoma na kolanach, jak uczeń pod srogim okiem wychowawcy, uśmiecha
się skromnie. Onieśmielenie nikłym audytorium? Sześć osób na krzyż przyszło do
króla. Wstydź się, narodzie.
Ten
jednak tkwi na miejscu, niewzruszony, acz sympatyczny. Uśmiecha się nadal. On
wie. Ten spokój to chwila. W następnej będzie siła.
Moc
nadchodzi wraz z pierwszym słowem, z dobry
wieczór tak znanym od lat. Niedźwiedź przemówił. Aż dziwnie to widzieć, świętokradczy
gest ciekawskiego zuchwalca. Zawstydzony poddajesz się urokowi fal, płynących w
eter spod waszych stóp. Jesteś częścią pisanej na szpulach historii.
I nagle
krach. Kameralne grono rozpycha napływająca z ulicy gawiedź. Wszyscy chcą
zdjęcie z niedźwiedziem, parcie na mikrofon wyzwala zew krwi. Deptanie po
piętach, okrutne trzaskanie drzwi, szelest aparatów, awantury o lepsze pozycje.
Pani zasłania mi widok! A pani od kiedy ogląda radio? Oblepiony, święty stolik
pana z radia. Szczęśliwcy dopadli kantów ołtarza. Pozdrawiam babcię Małgosię,
babcię Marysię, dziadka Stasia i dziadka Henia, ciocię Helenę i Jolę z drugiej
ce. Z czających się reklamówek wysypują się książki spragnione autografów. Panie
niedźwiedź, ludzie się gapią – a nie mieli słuchać? Ten podpisuje, pozuje, taki
spokojny w szaleńczych błyskach lamp. Chciałam zrobić zdjęcie i ja. Ale nie
wyszło, jakieś takie zamazane. I dobrze. Nie należy burzyć porządku rzeczy. Trzeba
zostawić pewne ideały w kategoriach nieuchwytnej iluzji, za mistyczną obudową
odbiornika.
Radio
wychodzi do ludzi. Niechże już czyni to kościół. Byle nie odłam toruński.
Magia
radia? Tak, ale jak dawniej, mniej bezpośrednio, z odrobiną tajemnicy.
Tysiąc
pięćset osiemdziesiąte szóste wydanie listy za nami.
niedziela, 17 czerwca 2012
za twoim przewodem
Moc
wszystkiego. Mnogość. Ludzie, twarze, barwy, głosy. Miasta, krzyki, wrzeń
niedosyt. Tańce, śpiewy, smak i zapach święta. Flagi, szale, rozedrgane gardła.
Tyle tego. Pospolite ruszenie narodu. Najważniejsze kwestie to długość trawy, spalone
marzenia, wybór bramkarza i nagły brak piwa. W atmosferze respect strumienie z kuroniówkowych
i poselskich kies zapełniają czarę ofiary na wspólny, wyższy cel: przełamania
zakorzenionej w polskich genach martyrologii. Promile przelane za zwycięstwo, o
którym mówili wszyscy, lecz mało kto w nie tak naprawdę wierzył. Istotne jest
powstanie, płakać krwią będziemy, ale to potem. Bo my mamy w zwyczaju porywać
się na silniejszego przeciwnika z namiastką armii uzbrojonej kpiną, nie orężem.
Co nie znaczy, że tym razem nie spuścimy przyłbic i nie ruszymy ślepo na rzeź. Cel:
przezwyciężyć fatum historycznych porażek, od króla Stasia po mundiale kończone
na fazach grupowych eliminacji. Dziejemy się wspólnie, czujemy podobnie. Nawet,
jeśli poza strefami kibicujemy zgoła innym bożkom. Polosceptycyzm blaknie na
tle euroentuzjazmu. Słowa: wiara, nadzieja i miłość puchną od nadużywania. Wiara, że my wam wszystkim pokażemy. Mamy
stadiony, autostrady, ekrany w barach, nasi tramwajarze nauczyli się sell
ticket. Jesteśmy fajni i kolorowi. Nadzieja,
że w to uwierzą. Że my uwierzymy. Miłość do
piłkarzy, deklarowana z każdego okna i na rogu każdej ulicy. Jesteśmy z wami!
Tak
było jeszcze wczoraj. Dzisiaj solidarność jakoś tak ucichła. Biało-czerwone
szale zsunęły się z karków, które znów zgięły się od cierpiętniczej
codzienności. No przecież oni (już nie my) zawsze zawalają mecze o wszystko. Przerzucam
kanały telewizyjne i z trudem odnajduję tak dobrze już znany piłkoszał. Tu pani
opowiada o Sandomierzu, tam kino familijne, nie ma eurogorączki, piłkarskich
ekspertów, kibiców, którzy jeszcze nie położyli się spać.
Kilku
rzeczy się jednak nauczyłam. Czasem remis to przegrana. Czasem remis to
wygrana. Czasem zaś lepiej być rozsądnym. Ale przecież – nic się nie stało.
Polacy, nic. Ponad proroctwa staropolskich wieszczów. Chciał nam przykład dać
Franciszek, jak zwyciężać mamy. Ino nie wyszło. Słowiański los.
Dla
jasności: i ja w tym szale byłam, w kibica się bawiłam, a com widziała i
słyszała, w refleksje zamieniłam. Wszelkie uszczypliwości i podobieństwa do
tragizmów historii są zupełnie nieprzypadkowe i wynikają z poczucia
niesprawiedliwości faktem łożenia na pobory związanych krawatami i układami panów
z pzpn, którzy tyle mają do czynienia ze sportem, ile uda im się upchnąć w kieszeniach markowych garniturów.
Rodacy!
Jeśli chcecie kibicować Polakom w grupie śmierci, to przerzućcie kanał na
siatkarzy. Ci panowie wygrywają, i to w wielkim stylu, bez stadionów i stref
kibica. Można? Można.
Subskrybuj:
Posty (Atom)