niedziela, 3 czerwca 2012

w odpowiedzi będzie cisza

Powiedzieli, co mieli. Nie do powiedzenia. Do przemilczenia. Słów już za dużo, zdań namiętnych rzuconych w polemicznej gorączce z obronnych murów zamkniętych ich. Dyskusja nie zmienia perspektyw. Każda ze stron obstaje przy swoim.
Wiatr nie wgłębia się w podskórne czucie. Zostaje na powierzchni, zachłyśnięcie nie grozi. Tak jest dobrze, tak wygodnie i zawsze można powiedzieć, że przecież to wcale nie on. On wiał nieopodal, ale nie tam. Alibi na nieobecność w topieli.
Królewna nadal śni. Sen daje władzę, moc kreacji i reżyserską butę. Nie musi nic ponad zachciane. Absolutna monarchini swego lasu. Elegancko przyjmuje oddawaną jej cześć. Nieusłużne tylko drzewa, ale im wolno. Z racji ukorzenienia w płynnej glebie snu. I tak nikt nie rozumie języka ironii sączącej się żywicą doświadczenia z kory, która nie takie rzeczy widziała. Drzewa są ponad to, co śmiertelne. Nawet królowie ich nie wzruszają. Mają dystans. Patrzą, ale nie mówią. Widzą, lecz słowa nie pisną. Trzymają prawdę w korzeniach. Niewzruszone.

Królewna i wiatr. Mieli tyle wspólnego. Rozumieli swoje nieprzystawalności. Ona łaskawie gościła go w swym lesie. On życzliwie przyjmował proszenia. Wpadał wichrem między słowa i palce, robił zamieszanie i znikał. Zgodnie z warunkami dwustronnej umowy o grzech, który chce się popełnić. Niespisane reguły, według których wpadali na siebie czasem, wikłając się w festiwal gier i zabaw, udając zaangażowanie błahostkami. Permanentny dzień dziecka. Schadzki urządzane w chwilach otępiałych przez przygodę. Muzyka w rytm zapomnienia. Igraszki na nosie powagi. Rozwlekłe polemiki na wybitnie niepoważne tematy. O falach, że takie zawzięte. Mogłyby przecież czasem zmienić obiekt zaczepek i nie bić tak uparcie tylko o brzeg. O tym, że gdy pada, to nie pod mostem. O skłonności do ulotności. O kisielowej konsystencji chmur.

Mimo tak niepodobnych kręgosłupów i zgoła różnych żyć poza lasem - pojmowali się. Przenikali wzajemnie swe płaszczyzny, odkrywali ich skrawki nie zdradzając nic. Zgoda następowała co do jednego - niczego nie brakuje. Jest tyle, ile trzeba. Nie trzeba nic. Tylko czasem odrobinę czegoś przyjemnego. Dziecięca szczerość bycia. Popsuta przez dorosłość. Bo gdy tylko dopuszczono do głosu poważne argumenty, piaskowy zamek runął, zdeptany wielką stopą obaw i zarzutów.
Powiedzieli, co mieli. Nie do powiedzenia. Do przemilczenia. Słów zabrakło. Drewniana cisza.
  

piątek, 25 maja 2012

mówi wiatr

Królewno.
Próżne twe modły o me nawrócenie. Jestem wiatr, jestem stary. Przeżyłem więcej, niż twe materialne ciało może unieść.
Dziecko.
Nie szarp się. Ja wszystko wiem, nie mówisz mi nic, czego bym nie znał. Przewiałem wiele miejsc i czasów, dotknąłem bólu i rozkoszy, chłonąłem wschody i zachody epok, żyłem i umierałem po wielokroć. Po każdej śmierci ubierałem się w nową, nienamacalną szatę, każda kolejna młodszą była i mniej dojrzałą od poprzedniej. Dla niepoznaki i ulgi. Gdybym nie wdziewał maski beztroski, musiałbym zadmuchać słońce grubymi chmurami tkanymi z czarnej przędzy cierpień. Niewiedza jest błogosławieństwem, które już na mnie nie spłynie. By nie pamiętać, muszę się zapominać. Zagrywać wieczny bal, puszczać krew z przepełnionych chmur, by skroplić choć chwilę szczęścia.
Taką chwilą jesteś ty, królewno.
Znalazłem cię przypadkiem, dlatego w ciebie wierzę i dlatego to jest dramat. Jak wszystkie muzy jesteś schowana. Trzeba cię wyłuskiwać z kartonowych zakładek przyziemnej książki o teraz. Każde teraz jest nieciekawe, składa się z takich samych, geometrycznie przystawalnych elementów, udawanych niespodzianek, przewidywalnych scen. Zawsze w jedną stronę, według ściśle ustalonego harmonogramu, z wymierzoną porcją efektu. Wszelkie odstępstwa są zaplanowane, nie dziwią mnie. To kobiety, o które już przed wiekami toczono zaciekłe wojny, choć piękno ich nie mogło wskrzesić tych, co polegli w imię cudzej ku nim miłości. To przywódcy, za którymi ślepo szły narody, pozwalając, by czyjeś nieuzasadnione szaleństwo było jedynym epitafium na ich bezimiennych mogiłach. To odkrywcy, wierzący w swą boską moc tworzenia tego, na co tylko natknęli się w swej wędrówce przez dany im czas. Wizjonerzy miotający ze szczytów zaklęcia, które nie zbawią nikogo, tym bardziej ich samych. Mimo wyraźnych rys oślepiali sobą tłumy, roznamiętniali rzesze spragnionych wcielonego ideału. Tym samym stanowili pewien ewenement współczesności. Nie można odebrać im sławy. Tyle tylko, że wszyscy oni byli, już nie są, a ja jestem. Muszę być i muszę trwać, cieszyć swe oczy pięknymi śmiertelnymi, o których wiem, że wkrótce przeminą, a ja zostanę sam. Z rozwianą pamięcią i tęsknotą. Gdybym miał ich opłakiwać, zamęczyłbym i siebie, i doczesność. Gdybym miał tkwić w żałobie po nich, smagałbym zeźlonym deszczem niewinnych żyjących, siekłbym ich gradem własnej straty. Gdybym chciał być słaby, cierpiałbym i całemu światu kazałbym cierpieć ze mną.
Gdybym.
Nie martwiej, Królewno. Oczy twe pełne współczucia. Niepotrzebnie. Jestem wiatr, jestem silny. Swobodny, niestały, ulotny i zimny. Zakochuję się na gwałtownie – w ludziach, czasach, drzewach, słowach - by po chwili zbeznamiętnieć. Nie ma we mnie tych, którzy odeszli. Ty też odejdziesz. Teraz bywam dla ciebie. Zapalam się jak miliony już razy, zgasnę niedługo. Bierz, ile zdołasz, ogrzej się rozdmuchanym mną ogniem, ale nie licz, że wykrzesam z siebie więcej. Nauczyłem się stygnąć, kiedy trzeba. Jest mi z tym lekko, nie tracę nic. Nie muszę starać się o wieczne trwanie. Czy to bylejakość? Ucieczka, mówisz? To jedyna droga. Wszystkie inne prowadzą donikąd. Tak jest dobrze.
Nie patrz tak na mnie, Królewno. Jestem wiatr, jestem słaby.

środa, 16 maja 2012

po inwokacji. polemika wciąż

Nie przedstawiono głównych bohaterów. Historyjka z wiatrem w tle zarysowała ledwie postać adresata. Kim jest wiatr? Nie wie nikt. On sam nie wie. Gubi się. Choć pewien jest swej egzystencjalnej świadomości. Szaławiłą się zwie i obnosi, duszę filozofa skrywa przed światem. To ma swój urok.

W dialog z wiatrem wchodzi ona. Rzeźbiona w lodzie królewna, z poszarpaną wiedzą o przeszłym, zewnętrznie usztywniona gorsetem. Sznurki luzuje za zamkniętymi drzwiami, na salonach - dama.

Królewna i wiatr – dwa bieguny na wspólnym, krótkim torze. Zaskakujące połączenie smaków. Niesamowita kongruencja cieni.

To był sen. Śniła ona. Sen przyszedł bladym z niewyspania świtem, nieco spóźniony, płochliwy w swym krótkim żywocie. Był o lesie, soczystym i mglistym, prócz lasu nic. Tylko te drzewa, zrumienione świeżowiosenną zielenią, dzieliły się rannymi wrażeniami nad drogą. Droga prosta, długa, zarzucona kamykami jak słowami na wiatr.

Właśnie, wiatr. Też tam był.

Mówił do niej, ale nie mogła zrozumieć szumu. Skupiona i spięta wsłuchiwała się w niego, daremnie. Używał innego niż zwykle języka. Nie tego stworzonego z nieskończonych bo po co zdań. Porozumienie ponad słowami dzięki słowom innym – teraz go nie było.

Pobiegła drogą nie patrząc za siebie, szukając fal, komunikacji. Niecierpliwie wciągała powietrze, tłumiła chęć krzyku. Hałas mógłby roztłuc sen w drobną piekącą sól.
Drzewa szeptały za nią, podawały sobie liście wieści, z ust do ust, z konara na konar plotka. Że niestabilny, w końcu wiatr. Że ktoś tu kogoś chyba nie pojął. Że szara złość, choć miała być tylko radość srebrzysta. Kolory całkiem podobne, wystarczy sypnąć blaskiem, lecz zabrakło ręki, by sięgnąć po pył.
Oddech gubi foremność, już nie bieg, już gonitwa. Za czym gonisz, głupia? Za wiatrem?

Nie! Nie słuchasz mnie, nie słuchasz, choć miałeś! Miałeś być, by zagiąć czasem prostotę leśnej drogi przez dni. Rozwiewać niewymyślną trasę wprost, opatrzyć ją zakrętami, koniecznie ostrymi, zmieniającymi perspektywę chwil. Chwil, podkreślam. Bo gdyby tylko te zakręty, obracalibyśmy się w kółko, jak ogłupiałe psy goniące własne oskubane ogony.

Czemu więc pędzi po linii prostej w te wycofane drzewa? Irytujące badyle. Zupełnie jak w nieśnie. Wiatr chowa się za pniami.

Nie zgadzam się.
Stop.

Galopada w mech się składa. Ciało spływa miękko w dół, osuwa się, zdyszane, w trawę. Las jaśnieje z wolna. Doskonale, idzie dzień, wybudzi z rojonego dialogu. I choć spokój, to odkryty właśnie brak porozumienia dotyka szorstkimi palcami drgającego wgłębienia szyi. Ono woli inny dotyk. Kryształowe pocałunki zachwytu. I tylko tego oczekuje. Niczego więcej. Dlatego żal, stąd zdziwienie.

Wietrze, póki jeszcze włada nią sen: wszystko nie tak. Rozdmuchałeś swoje paranoje do rozmiaru samouwielbienia. Jesteś pełen czarującej wolności, wyzwalasz lotną beztroskę, lecz nikt nie chce cię mieć na własność, zapakowanego i poskładanego w kostkę. Nie dlatego, że i tak się wymkniesz przez szparę w pudełku. Dla ciebie po prostu nie ma tu miejsca, twoje miejsce jest w innym lesie. Ten las jest dla ciebie gościnny, lecz nie możesz w nim zamieszkać. Wolnych pokoi brak, jest komplet.
Wiesz o tym.

Wiedzieć to już dużo. Do czynić trzeba dorosnąć. Kiedyś – traktuj to jak obietnicę i groźbę – kiedyś ktoś cię tego nauczy. Nie ma takich barier, których nie można skruszyć. Trochę strach, bo być może zadeptujesz swą prawdziwą naturę. A królewna? Ona tylko chce połechtać tobą swą próżność. Unieść się czasem na fali twej wyobraźni, posiedzieć na bursztynowej chmurze nad głowami codziennych strapionych. Jak królowa chwili, absolutna, apodyktyczna i – w tym krótkim momencie – jedyna. Królowe potrzebują adoracji, karmią się fascynacją spijaną ze słów. Więc co mówisz, wietrze? Nie rozumiem.

Bo bursztyn to przyjemność. Nie wiedziałeś? 

Wietrze.
   

czwartek, 10 maja 2012

enilhtaed. polemika z wiatrem

Na początku było słowo. Słowa nie są tylko. Słowa są aż. Kolory rzucane przez nie na płótno potrafią stworzyć coś dobrego, coś ciepłego, zgoda. Lecz ze słowami należy się liczyć, bo niepoliczone rozbiegają się po placu zabaw. Obsypują piaskownicę, obsiadają huśtawkę. Myślą tylko o harcach. Przestają znaczyć swoje, blakną i tracą istotę. Potem ciężko je zebrać do kupy. Sensownej i pierwotnej. Potem trzeba tłumaczyć i przepraszać, nawet, gdy nikt nie jest winny. Zawsze ktoś jest winny.
Wietrze -
Nie można ranić oczu widokiem błędu bycia sobą. Bardziej boli brak widoków. Ból ten nienazwany jest, wynika z nie wiadomo czego. Więc nie ma czego wybaczać. Przedziwne uczucie.
Brak realności. Nie tak trudno go doświadczyć, dotknąć. Przez moment, krótki, oszukany moment się zdarza. I nie jest o pogodzie. Jest o niczym. Tyle tego niczego, aż drżą fundamenty pojmowania abstrakcji. Ale nikt nie zatrzyma dla nierealnej chwili świata. Chmury ciekną nadal, ciała niebieskie obracają się bez zgrzytu bez ustanku. Przeciągasz się z błogiego snu, otwierasz oczy – i widzisz odarcie ze złudzeń, choć były ciepłe i miłe w dotyku. Szarość dymi jak dymiła, codzienność jest jak zwykle. Pytanie – dlaczego nie można dłużej spać? Zaciskasz powieki, starasz się jeszcze trochę pośnić.
Starać się można. Postarać. Tyle, że uczciwie, a to trudne. Tchórze uciekają od wysiłku. Tłumaczą to własną beznadzieją. Proste, tandetne, słabe. Postarać.
Nowy słownik pojęć.
Wietrze -
Włączony mózg nie jest groźny. Straszniejsze jest wyłączenie. Dziura wypalona enterem piecze solą.
Retrospekcje. Nikt ich nie pojmie. Nie można pojąć siebie, przyjdzie taka chwila, że nie zrozumiesz nic. I wówczas jesteś przegrany. Musisz się poddać. Nie ufaj niczemu. Tym bardziej faktom.
Strach. Nie bój się. Przynajmniej o tym nie myśl. Szklana mantra: wszyscy jesteśmy uparcie sami. Ale potrafimy samotnieć w stadzie, w zasadzie nie potrafimy inaczej. Tak nas uformowano. Miejsce dla znajdzie się zawsze, jeśli poodkurzać kąty. Jeśli. Pytanie, czy nas na to stać, czy mamy dość siły. Przelatujesz przez rozłożone ramiona, rozpięte palce. Uważaj, łapacze wiatru w końcu zrezygnują.
Kolory. Biały to wdzięczność. Za zachwyt. Niebieski – szacunek. Za szczerość. Zielony – strach i nadzieja. Czerwony – niedosyt. Bursztyn – kto odgadnie bursztyn? Paleta kredek. Namaluj. Stwórz. Laurkę dla i z radości.
Ambiwalencja. Boimy się, ale brniemy w niemożliwe. Czy dlatego, że podskórnie wyczuwamy bliskość, czy może jesteśmy desperatami? Jesteśmy pogubieni, wietrze. Bez wyjątku.
Na każdą ranę jest plaster. Trzeba tylko wiedzieć, jaki. Zabawa innymi? Wszyscy dla mnie, ja dla nikogo? – na krótko. Dłużej niż chwilę nie wytrwasz. Krótką, oszukaną chwilę. Poczujesz nieprawdę. Dobro ogrzewa się tylko przy dobrze. Skoro mu ciepło, nie może być zmyślone.
Może się rozbiega. Może się rozwieje. Marzenia. Nadzieje. By zobaczyć coś. Coś ponad nic. Myśl. Mrugaj, mrugaj usilnie. Może zobaczysz.

Dzień, noc. Jasność, ciemność. Słońce, chmury. Wieje, szumi. Cisza, krzyk. Kobieta, mężczyzna. Paradoks.
Jesteś czy starasz się być?
Wietrze
  

niedziela, 6 maja 2012

porykiwania i coś jeszcze

Śpiewać każdy może. Popularna, powszechnie znana, nieprawdziwa prawda. Przykład na to, jak społeczne przyzwolenie na kłamstwo robi z niego arcymądrą sentencję, której nagle zaczynamy przytakiwać, niepomni na punkt wyjścia, jakim był zdrowy (niegdyś) rozsądek. Bo śpiewać nie jest źle, jak się śpiewa dobrze. Dlatego z reguły nie śpiewam, chyba że inni robią to głośniej i/lub gorzej. Najlepiej w pierwszej z powyższych konfiguracji. Nie liczę tych rzadkich sytuacji, gdy mam pewność, że nie będę słyszana bądź też nikt nie domyśli się, kto jest autorem wątpliwej urody dźwięków. Zawsze jednak istnieje ryzyko zdemaskowania, więc na podobne rozluźnienie pozwalam sobie stosunkowo rzadko, wówczas, gdy jest ono konkretnie uzasadnione. Na przykład łaskotaniem w brzuch bądź meczem w doborowym, jednoosobowym klubie kibica. No dobra, czasem też w podróży. Whitney niech mi wybaczy. Jest już ponad to. 
Ale muzyka, rzecz jasna, nie jest mi obojętna. Każdy lubi taką czy inną. Jednemu nóżka drgnie przy dubstepie, ktoś inny zabuja się przy walcu. Moja sąsiadka uwielbia na przykład kolędy. Regularnie około ósmej rano każdego dnia. W akompaniamencie niezmiennie odkurzacz. Nie jesteśmy predysponowani do dźwiękowej oziębłości. To nas różni od krokodyli. Ja sama mam słabość do różnych, często nader odmiennych, form muzycznych. Wielu zna mnie z upodobania do rockowego przytupu. Koleżanki (i koledzy) nie rozumieją tych moich szarpidrutów, mi zaś ciężko je (ich) przekonać, że ów ryk ma sens i że wrzeszczą do wyraźnej linii melodycznej. Cóż, dla jednych wyraźna, dla innych jazgot. Koleżankom (i kolegom) wybaczam ignorancję, pogodziłam się już z faktem, że na pewnych koncertach towarzyszyć mi nie będą. Z małymi wyjątkami, które niniejszym serdecznie pozdrawiam. Przy melodii się upieram, gdyż stanowi ona niezmienny parametr ulubionego mi, nazwijmy go: mocnego, repertuaru. No i tekst, ale to już nikogo nie dziwi. Najlepiej, żeby był niematerialny, acz dosłowny. Wyraźny, chociaż nieoczywisty. Niepoprawna fantastka? Skądś jednak czerpię. Wiarę w przekaz, a nie tylko moc gitarowych ścian od lat buduję na repertuarze Armii. Odsyłam do niej nie pierwszy zapewne raz. Złap w gimnazjum pierwsze lepsze dziecię i zapytaj czy wie, kim jest Budzyński. Nie wie. Z wszystkich możliwości, które przyjdą mu do głowy z racji miejsca odpytki, jedna będzie trafiona. Poeta. Szaleniec.
Wszyscy artyści to wariaci. Ci prawdziwi artyści.
To mnie pociąga. Szaleństwo. Niekoniecznie wykrzyczane. Im więcej dni dotkniętych stopą wysuwającą się spod ciepłej kołdry, tym częściej wynajduję muzykę niewzmocnioną gitarowym piecem. Pociągają mnie subtelności. Lubię te ulotne chwile, gdy dobry wokal wygrywa mi na nosie miękki zachwyt. Widać go kątem oka, jak sobie podryguje, w rytmie uzależnionym od pory dnia i aktualnej konstelacji wewnętrznego kosmosu. Niektóre z tych pląsów są szczególnie plastyczne, ryją ośrodki odbioru zmysłów tak dogłębnie, że nie sposób przestać słyszeć. I chodzi taka muzyka ze mną od rana do rana, bez przerwy na sen. Ostatnio do obiadu i poduszki śpiewa mi pewna młoda dama, niespokojna dusza z Olsztyna, Julia Marcell. Nie będę tu rozpisywać się na temat jej determinacji w dążeniu do celu, jakim jest śpiewanie, a co za tym idzie wydawanie płyt, koncertowanie i inne kwestie towarzyszące tej profesji. Zrobiły to już media, zainteresowani odnajdą informacje bez problemu. Ja chciałabym powiedzieć o marcelowym fenomenie oglądanym z fotela prywatnej fascynacji. Czytelnik utworów Julii – i nie chodzi tu tylko o tekst – zostaje zarażony nietuzinkową kreacją od pierwszych nut. Świeża – mimo, że nieinnowacyjna, radosna – choć miejscami poważna, doskonale zaprojektowana muzyka. Tu nic nie jest przypadkowe i wszystko ma przełożenie na całość. A jest ona - szukam odpowiedniego określenia… - usnuta z przyjemności. Tak. I co najmniej ją daje podczas odbioru. Kilka dni temu otrzymałam dużo więcej, ale to nie dziwi, koncerty mają niebagatelną siłę rażenia. Z tym naddatkiem, że zazwyczaj płyta jest lepiej skomponowana, bo wolna od uchybień i niedociągnięć technicznych, a w tym przypadku – zupełnie nie. Duży ukłon za umożliwienie takiej recepcji zwykłym śmiertelnikom, którzy zakupując bilet zapragnęli trochę światła. Dostali całą dyskotekę. Ukontentowanie ciekło strużką potu wzdłuż zachwyconego kręgosłupa. Miło, dobrze, rozlewnie.
No a teraz trochę o słowach. Chyba nikt nie myślał, że je przemilczę? Nie do zrobienia, nie ze mną. Miłość do panny Julii wprawdzie od słów się nie zaczęła, ale słowa ją przypieczętowały. Są tak niepojęte, że całkowicie zrozumiałe. Mała, obłąkana czarownica, która funkcjonuje nocami (późno w nocy leżałam i drżałam, późno w nocy nigdy nie śpię). Ale to dobrze, noc uwalnia prawdziwe twarze, które poranne światło natychmiast zamyka pod bladymi maskami reguł. Panna Julia to artystka, nie może więc być stabilna (nie wiem, czego chcę, ale chcę teraz). Trafia do mnie, eh. Tym i wieloma innymi, wtrąconymi mimochodem, półzdaniami w zwrotkach. Szanuję z urzędu każdego, kto potrafi oddać prozaiczne prawdy niebanalnie składając głoski. Ból powszedniości i dążenie ku destrukcji streściła w dwóch lakonicznych wersach - jesteśmy zadrutowani / chcę się dostać do ognia. Pragnienie i jednoczesny lęk: daj mi więcej niż to i obiecaj / że to nie na zawsze, albo że zostanie przeklęte. Nieprzystawalność: moja krew jest tak głośna, nie pozwala mi mówić. Jest zbyt beztroska, świat zbyt narwany. Podobna kompilacja nie ma racji bytu w ukołnierzykowanym bycie. Ona to wie. Akceptuje. Świadomość nauczyła się chować do torebki. Wie, że nikt jej nie zatrzyma. Wie, że nie dorośnie. Pójdzie odetchnąć do innego pokoju, po czym wróci. I nadal będzie Julią z Olsztyna.
Więcej nie mogę, bo czuję ją i każdy jej rozedrgany element. Jeszcze napiszę za dużo. O niej lub o sobie. Myślę, że mogłybyśmy się polubić. 
  
słów składanie - niedoczekanie
zmądrychwstanie racz mi dać, Panie
myślobranie nie w moim stanie
zdań igranie spisz na kolanie
   

piątek, 4 maja 2012

dzień dobry

Jeśli wierzyć mędrcom, ten deszcz jest energią; energia dobrego miejsca, która spadła na szczęśliwą ze spotkania skórę. Pachnie domem, mokrą trawą, wszystko w porządku. Każdemu takiego poranka życzę!

sobota, 28 kwietnia 2012

z palca wyssane

zróbmy eksperyment
pooddychajmy dłońmi
one są takie doskonałe
mogą mówić śmiać się płakać
wiele rozumieją

marszczą się na myśl o chłodzie
schną przy braku ognia
bledną od chmurzastych dni
i mądre są
dysponują papilarną wiedzą o kosmosie

zazwyczaj milczą
nie pchają się na scenę
cicha inteligencja neuronów
tajemnice jądra ziemi szepczą
nie wszyscy mogą słyszeć
a mimo to głoszą
z katedry ślą dogmaty
uparcie niezawzięcie stale

misja nie skraca im wzroku
znają smak rozkoszy
dotykają jej często
splatają w palcach radość
bębnią za rozpędzonym sercem
w rytm

nie są im obce emocje
lubią rozpieszczać i czuć
zagłaskać je trudno
znają umiar
doskonale wyważają ciężar
potrafią dać spokój gdy
trzeba

uważaj na manus siłę
w opuszkach jest moc
serdeczna wskazująca mała
nie lekceważ

mogą zaskoczyć intencją
spodziewaj się nieznanego
paznokcie wpijają w nerw
za niezawinione mordy
pięścią w brzuch

kremem szacunku je oblecz
muśnij atencją
a sypną garścią dobrodziejstw
nauczą

manualna projekcja świata
to co wydaje się nieuchwytne
jest do zrobienia
własnymi rękoma

zróbmy eksperyment
pooddychajmy dłońmi
chwyćmy los
oklaski

    

niedziela, 22 kwietnia 2012

zapach wiosny

Nosi mnie. Palce swędzą nad klawiaturą, szukają ujścia. Długo błądziły uganiając się za odpowiednim kształtem, długo go nie znajdowały. Cierpiały przez to bezgłośnym jękiem, wstydziły się własnej przykrej niemocy. Próbowały ją zalepiać wymuszonymi, niespontanicznymi kawałkami powycinanymi z powietrza i kurzu, bez szczególnej wartości i spodziewanej jakości. Brakowało impulsu, iskry w lampce, prądu. Zamiast nich sceptycyzm. Rozpływał się w żyłach, coraz głębiej i szerzej, rozczapierzał w znieruchomiałych dłoniach czarną krew akinezji. Brakło barw. Znikąd pomocy.
Nieprzystawalność to przekleństwo.
W mało oczekiwanym acz wyczekiwanym momencie przetarło się. Kolory zza chmur  zadrżały nieznanymi odcieniami, subtelności nowych tonów każą dociekać praprzyczyny. Czy to oddech porannego lasu pod stopami? Czy język coraz bardziej zuchwałego słońca na policzkach? Może po prostu zrozumienie praw rządzących naturą? Każde wzniesienie ma swój szczyt, tak więc kiedyś będzie z górki. Noc nad ranem się odczerni. Niemoc, choćby przeraźliwie rozwlekła, znudzi się i zniknie. Nie było jeszcze takiej zimy, której nie wyparłaby wiosna. A wówczas -
Tak to widzę: ultrazielona biel źrenic – pytanie. W odpowiedzi błękit wyblakły czerwienią zachodu. A może to wschód? Co rozsypało kredki na widnokręgu? Początek czy koniec?
Nieważne. Jest dobrze. Płynnie jest.
Kot mruczy obok, przygląda się z falistym spokojem. Pod lewym okiem ma łzę, co nigdy nie spływa. Mądrość wielu żyć. Po co się zrywać, samo przyjdzie.
Wiedział.
Naśladować go nie sposób. Kręcę się, motam, nabuzowana wzbierającym entuzjazmem. Idzie w górę, gdzieś z okolic przepony. Już objął ramiona, masuje kark. Już się nie wzbraniam, przecież przyjemnie. Lecz zamiast odprężenia pobudzenie, podniecenie cisnących się na oczy słów. Co z oczu, to z wnętrza.
Oczy. Ocean ciekłej szczerości. Przepłynąć, zachłysnąć się. Dać się pozanurzać. Najpiękniejsza obietnica, wymownie nieznośna, niecierpliwa, ciekawa. Jeszcze bez szkicu, kontur niejasny. Nawet nie wiadomo, czy z tego tworzywa da się coś wyrzeźbić. To nieistotne. Liczy się zagadka, co kwitnie beztroskim uśmiechem. Kąciki ust unoszą się, chciałyby odsłonić zęby, jeszcze nieśmiało, jeszcze ostrożnie, ale natarczywie. Poddaj się życiu, płyń razem z nim. Pod prąd tylko, gdy nikt nie patrzy. Wtedy można sapać.
Nie ma nic lepszego od wolności. Nie ograniczaj się.
Bursztyn.