czwartek, 17 listopada 2011

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie.
Ostatnio widziano ją na bocznicy miasta uciech i trosk. Choć może to wcale nie była ona. Może czyjaś podobna, nie do końca prawdziwa, przeceniona przez właściciela, blada w oczach postronnych. Moja jest kapryśna i nieprzewidywalna, ale jak dotąd w miarę regularna. Nie oddalała się zbytnio, chyba że na czas zbioru jagód. Nie jest pierwszej świeżości, zmarszczka czy dwie, ale ma takie urocze dołeczki w źle skrywanym półuśmiechu, które – gdy się żłobią w jej chłodnej skórze – mimowolnie wstrzymują ruch uliczny. A może to tylko zwykły grymas. Znaki rozpoznawcze: długie, pyszne, falujące włosy krętych pomysłów. Służyła nimi jak treską. Gdy stosunek słów do desygnatów przybierał nierównomierność proporcji, gdy trzeba było znaleźć ujście, wygadać się i się nie wygadać, zrobić sobie dobrze w i na głowie. Może to dlatego? Nie chciała już działać w imię cudzych korzyści? Pragnęła miłości bez zobowiązań?
W każdym razie, gdybyście ją spotkali (może być wszędzie: na balkonie - lubi zwisać dyndając nogami, pod wycieraczką - czasem potrzebuje intymności, w kubku z kawą – pija mocną, czarną) i gdyby wydało się wam stosownym napomknąć jej o mej tęsknocie, to ją zaczepcie. Tylko ostrożnie, jest dość nerwowa. Tak ma. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Zaginęła. Moja mała przyjaciółka Wena.
Co ją spłoszyło? Może żałość jesiennych posiłków, gdy do talerza zarówno ze śniadaniem, jak i obiadem zagląda przez okno czarna depresja? A zima przed nami długa, panie. Może ta pogoń za nie wiem czym. I ona też nie wiedziała. A może postanowiła poprawić sobie byt i znaleźć lepszą pracę? Obiecywałam jej zmianę, lepsze warunki, fundusz socjalny, ale przy obecnej koniunkturze trzeba było odsuwać te plany na po kryzysie. I się pewnie wkurzyła. Bo co miesiąc to samo. Po gwałtownym hurraentuzjazmie wywołanym odnotowanym wpływem na konto, bez ostrzeżenia i wręcz grubiańsko szalona radość zamienia się w rozpacz bezdenną. Znaczy dno jest, ale finansowe. Sytuacja powyższa zachodzi cyklicznie jak teleexpress, chociaż na teleexpress się czeka, a na takie występy bynajmniej; i na nic solenne postanowienie, że to był ostatni raz. To jak detoks na nutellę. Ma moc sprawczą do pierwszej łyżeczki.
Wena, słońce, ale co ty? Na kasę lecisz? Wracaj do domu. Słoik czeka.

niedziela, 6 listopada 2011

W pogoni za

Czasu jest brak. Na wszystko, nie tylko na lenistwo. Nie wyrabiamy się z niczym, pędząc za ciągle odjeżdżającym pociągiem rzeczy ważnych i pilnych. Z tyłu, na peronie zostają cuchnące od wyrzutów sumienia zaległości, sprawy i rzeczy na potem. Zapchany kibel zarobienia. W biegu jemy i kochamy, czytamy i sikamy, każda podejmowana czynność naznaczona jest piętnem pośpiechu. Odpoczywamy na stojąco, przestępując z nogi na nogę, obawiając się bolesnych konsekwencji chwilowego oddechu. Relaks staje się towarem luksusowym, jego cena wciąż rośnie. Mrozimy wzrokiem zegarki, które puchną od rozpaczliwych prób wstrzymania pędu wskazówek. Nie bacząc na ilość pełnionych świadczeń, powiększamy zbiór niezbędnych zadań, jakby tych bieżących było mało. Kradniemy sobie coraz więcej z życia, bo należy być na czasie. Uczymy się zatem i rozwijamy, zaciągając na to dług niebytu w bycie. Zaczyna doskwierać deficyt godzin w dobie, dni w miesiącu. Akceptujemy to, gdyż tego wymagają czasy, poza tym seria wyrzeczeń ma się kiedyś zwrócić. Bardzo nieokreślone kiedyś.
Zatrzymać zdoła nas tylko gwałt, rewolucja. Czyjaś śmierć, choroba, obserwowana w najbliższym otoczeniu drastyczna utrata tego, o co z takim trudem walczyliśmy i co wydawało się być celem. Nagle następuje przeorganizowanie, stajemy nadzy na środku skrzyżowania odartego z drogowskazów. A my nie lubimy braku wytycznych, kompletnie się wówczas gubimy i nie wiemy, w jakim kierunku podążyć. I staje się nieszczęście, płacz, bo przecież ktoś zabrał dziecku zabawkę i nie nauczył gry w klasy.
Dobrze, że nie stoimy w miejscu. Ale kurs obsługi urządzenia do nicnierobienia na wypadek awarii systemu by się przydał. Ciekawe, czy udałoby się przeprowadzić w Polsce eksperyment sjesty. Koniecznie obowiązkowej, ustawowej, ważnej jak obecność na pasterce – tak, by poczuwali się do niej wszyscy. Już widzę obłęd w oczach narodu. Ale gdyby się, załóżmy, udało – to może i kryzys byśmy zdzierżyli, i autostrady pokończyli. Recepta na sukces: nie dążyć do niego po godzinach.
Wyłączmy się czasem, nie gońmy - jak to mówi pewna dama - własnego ogona. A ona wie, co mówi i dlatego też dedykuję jej dzisiejsze dywagacje. Wspaniała kobieta, która podjęła męską decyzję i zdecydowała się na spełnienie marzenia, na które dziewięćdziesiąt dziewięć procent populacji chronicznie nie ma czasu i środków. Ale nie ma się czemu dziwić. Nie jest głupią cipą. I ma swoją pasję. Zgodnie z powyższym kiedy tylko może (i gdy nie może) ściąga służbową garsonkę, wbija się w motocyklowy kombinezon i dosiada swojej śnieżynki, która ma za zadanie powieźć ją za granicę świata obowiązków, pism, szefów, umów, terminów, rachunków, zakupów, codziennych prozaiczności. Śnieżynka posiada czterosuwowy silnik, dwa koła i zostawia za sobą kreskę na polach, szutrach, w lasach, czyli wszędzie tam, gdzie jej offroadowa, okurzona i nierzadko ubłocona pani czuje się najlepiej. Teraz obie damy czeka przejażdżka życia. Dwa tygodnie na marokańskich piaskach. Dwa tygodnie totalnego zwrotu w funkcjonowaniu. Dwa tygodnie zmagań nie z klientami, a z żywiołem pustyni. Dwa tygodnie na sprawdzenie, czy ma prawo marzyć o niemożliwym: kompletnym resecie. I czy ma na to siłę. Nie tylko fizyczną. Megi, trzymamy kciuki. Niech twoja biała klacz wróci oblepiona afrykańskim piachem i nieśmiertelnym zwycięstwem. 
Trzeba mieć dziką odwagę, by spełniać marzenia.
Megi, tylko się nie zgrzej. I nie zapomnij okularów przeciwsłonecznych.
Zapraszam do śledzenia relacji z marokańskiej przygody:
megio.blogspot.com 

niedziela, 30 października 2011

Jest strasznie

Julia, lat sześć, zamienia się w czarownicę i celebrować będzie na polskiej ziemi zachodnie święto Halloween. Strach się bać. Nie tyle młodej wiedźmy, co nas samych. Egzorcystów. Wypędziliśmy z naszej polskiej natury ducha tradycji. Mamy przecież własny obyczaj, ludową kulturą poświęcony, przez poetów uwieczniony. Jak już chcemy bawić się strachem, róbmy to według rozpisanego w trzewiach pokoleń ceremoniału. Czyli Dziady. No, tak, wiemy, znamy. Było w szkole, jakiś Guślarz, motyle i baranki, ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie. Sprawdzian będzie. Z wiedzy o polskim jestestwie, z narodowej dumy, z poczucia przynależności. Wynik egzaminu poniżej przeciętnej. Po dziadach zostało nam tylko dziadowanie. Wolimy wkładać świeczki do wydrążonych dyń, przebierać dzieciaki w upiorne kostiumy i uważać się za pielęgnujących kulturę. Za chwilę zapomnimy, że wcale nie polską. Cukierek dla mody, psikus dla tradycji. Walentynki już się nad Wisłą zaaklimatyzowały. Prezenty przynosi święty mikołaj, nie gwiazdor. W zasadzie to nie powinien pojawiać się w Boże Narodzenie. Tylko czekać, jak zaczniemy ubijać indyki i odprawiać święto dziękczynienia. Jak łatwo zapomnieć o swoim rodowodzie. I jak trudno w zasadzie ten przykry fakt wytłumaczyć. Są dziwy w niebie i na ziemi, o których ani śniło się waszym filozofom. Naszym też.

wtorek, 25 października 2011

Bo tak i już

Jedno z drobnych skrzywień ludzkich: egoizm. Sam w sobie jest problemem, nadto generuje szereg dalszych aberracji w na wzór boski tworzonej człowieczej naturze. Pokłosie egoizmu to małe kostki domina, przewalające się w starannie, przy wsparciu wywalonego jęzora, układanej konstrukcji. Pojedynczo nie mają siły parcia, ale w kupie, jedna za drugą uderzają się wzajemnie torując naszym słabościom drogę do pierwszeństwa. Dominacja własnego szanownego samozakochania. Bezinteresowna miłość, akceptująca wszelkie wady i niedoróbki mechanizmu.
Mówi się, że garść egoizmu jest całkiem zdrowa. Może i tak. Tak. Ale ile to garść? I zamknięta czy otwarta, wylewająca przez rozpostarte palce nadmiar interesowności? Co i w jakim stopniu upoważnia nas do bezkarnego samolubstwa? Czy mamy prawo, tłumacząc się treningiem asertywności i własnym dobrem, redukować czyjeś potrzeby kosztem własnych? Czy też częstować innych nieuprzejmościami, gdy coś nie po naszej myśli, arogancko uważając, że całemu światu należy się wyrok za nasze małe i większe porażki..? Kieruje nami złość, często gniew, rozładowujemy go na pierwszym możliwym piorunochronie. Traf chce, że obrywają nie ci, którzy są winni. No tak, ale przecież nie będziemy karać samych siebie za własne błędy. To takie niehumanitarne. Lepiej walnąć w pysk najbliżej stojącego. Porusz pierwszą kostkę, domino się posypie.
Na przykładzie własnym. Zgodnie z powyższym powinnam prawy sierpowy, lewy łokieć i czółko mieć opuchnięte od ciosów. W byle kogo, w powietrze, w każdy okrutny poniedziałek i zmęczoną niedzielę. Za wszelkie nieodpowiednie ułożenia w moim rocznym grafiku, za bezpłatne nadgodziny katastrof, za nie tak miało cholera być, za brak ładu, za puste spojrzenie w nierówny sufit. Współczynnik niesprawiedliwości do rozdzielenia na pół populacji bohaterek telenowel, no gdzież na mnie jedną tylko. Nie zagram tych wszystkich ról. Winnam za takie schody kopać kogo wlezie, na oślep. Być tą złą z konieczności, z politycznie poprawnym usprawiedliwieniem środowiska. I co? Nic. Brak jaj? Czy chłopca do bicia? Czy tylko ja jedna uważam, że moje świadome nie działanie wbrew innym za złamany paznokieć to dorosły odruch..? Czy tylko się, głupia, oszukuję?
No ale przykrości są. Jeśli nie z naszej strony, to w naszą stronę. Prawo lasu. Jak łatwo rozdawać małe podłości. Tacyśmy w tym hojni, wybujała szczodrobliwość. A wszystko przez mały, prywatny egoizm, który popycha nas do niepotrzebnych gestów. Ile można by było zaoszczędzić prądu, gdyby czasem ugryźć się w język. Albo pomyśleć. Chociaż co drugi raz. Co trzeci. Tylko czy to dałoby właściwy rezultat, czy potrafimy uczyć się na błędach?
Przecież każde dziecko wie, że nie.

poniedziałek, 17 października 2011

O muchach pokrótce

Będzie zwięźle. Wpadła mi jakiś czas temu w ręce (a dokładnie to została do nich włożona) książka. Tytuł: Seks. Instrukcja obsługi. Piszą w niej ciekawe rzeczy. Na przykład: hiszpańska mucha. Coś tam gdzieś każdy słyszał, coś wie, ale jak zapytać - to pustka. A wystarczy przeczytać. Tutaj wszystko, proszę was, jest: gorzki, niesmaczny (autor – kobieta! - widocznie próbował) biały proszek ze zmielonych odwłoków chrząszczy. Wywołuje zjawisko zwane priapizmem, czyli erekcję – uwaga – olbrzymią (nooo…?), nieustępującą (taaaak…?) i bolesną (zaraz tam, zapewne przesadzone). Według cytowanej pozycji hiszpańska mucha może trwale uszkodzić nerki, a nawet spowodować zejście (pytanie tylko, której ze stron aktu). A teraz najważniejsze: hiszpańska mucha jest nielegalna (nie wiedzieliście?), jeśli się więc gdzieś kupi specyfik o tej nazwie, to zapewne będzie to pieprz kajeński w kapsułce. No i wyjaśniło się, dlaczego gorzka. Można też podyskutować na temat etymologii pewnego wulgarnego, niesłonego wyrażenia z dziedziny romansowej.
Tyle wszyscy wiemy na temat seksu właśnie.
Tyle wiemy o sobie. Trochę mniej niż nasze matki, nieco więcej od dżdżownic. Jedna trochę inna perspektywa i czekolada przestaje być frykasem.
Czy dżdżownice posiadają życie seksualne? Muszę doczytać.

niedziela, 9 października 2011

Druga strona prawdy

Idziemy dziś głosować. Po to, by było nam lepiej. W co oczywiście nikt nie wierzy. Dzielimy się więc na tych, co nie oddają swojego głosu, ponieważ to i tak nic nie zmieni oraz na tych, którzy uczestniczą w zbiorowej fikcji twierdząc, że tylko w ten sposób możemy doprowadzić do poprawienia czegokolwiek. Że, żądając czegoś od innych, musimy być wymagający wobec siebie, a więc wstać z leniwej kanapy, zaprowadzić swoją dłoń do urny i postawić krzyż na biadoleniach narodu. I to jest zarodek oszustwa, bo doskonale zdajemy sobie sprawę z faktu, iż to jedna wielka brednia, masowa mistyfikacja. Czyli okłamujemy samych siebie na starcie, zanim jeszcze podejmiemy decyzję o tym, że zasadzimy swoje drzewko w obywatelskim lesie hipnozy i oddamy głos bez jakiejkolwiek ceny na niechciane rządy.
Kłamstwo. W zasadzie po co nam ono? Media nas okłamują, politycy mamią, bliscy nie są wobec nas szczerzy. Po jaką cholerę? Czy nie byłoby przystępniej w odkłamanym świecie? Jaki mamy cel w ukrywaniu prawdziwych intencji? Że niby kłamstwo to mniejsze zło? Jest bezpieczniejsze od nie najciekawszej prawdy, chroni, tak? Pytanie, kogo. Czy tych, których w dobrej wierze nabieramy, czy nas samych? Właśnie, może tak dalece wykształciliśmy się już w sztuce konfabulacji, że nie odróżniamy łgarstw serwowanych innym od tych, którymi karmimy siebie. I sami wierzymy w to, że lubimy czy kochamy coś, co zupełnie nam nie jest po drodze. Może należałoby uciąć ów chory krąg, posłuchać własnych potrzeb, stworzyć indywidualny naprawczy program wyborczy. I zacząć od nowa, na czysto, bez ściemy. Tylko jak wyjść z tej matni fałszu, w której taplamy się tyle lat. Toaleta musiałaby być drastyczna, z użyciem silnego strumienia egzorcyzmów. Święcona woda na opętanie hipokryzją – przyznanie się do błędu. A to już trudne, zbyt trudne dla wielu z nas. I tak trwają kolejne kadencje kłamstw, bo któż odważyłby się na takie oczyszczenie.
Niedziela to dobry czas na wybory. W niedziele dochodzi do przełomów, może spróbujcie? Zaraz po śniadaniu i odwiedzinach w lokalu wyborczym.

środa, 5 października 2011

Stolica zmian

Można się doń uprzedzić. Znielubić wręcz można. Za nadętość, wyobcowanie, za znieczulicę i chamstwo. Fragment mapy, na którym sentymentów nie ma. Może jedynie w zapomnianych bibliotekach, pochowane gdzieś na najbardziej zakurzonych i zaciemnionych regałach, w słownikach archaizmów. Zero niegdysiejszości. Miejsce urealnione do granic ścierpienia. My, ludzie nie stamtąd, mamy do niej (tak, znowu kobieta) pretensje o niegościnność. Żal jest dokładnie usytuowany, nie leży na żadnej trasie, gdyż sam dla siebie chce być centrum. Napuszony pępek kraju. Warszawa.
Tak, nasza (nie)kochana stolica. Podniesie rękę, kto nie ma o niej zdania? Wszyscy mają. I choć kontrastowe, to godzi je jedna wspólna cecha: są żywe. Miasto budzi sprzeczne, lecz zawsze nierozcieńczone emocje. Pełnokrwiste polemiki o to, jaka jest Warszawa spotkałam w wielu miejscach. Najburzliwsze, choć zazwyczaj jednostronne – tu na niekorzyść obmawianej – w pociągach relacji Gdynia – Warszawa. Wielogodzinne dyskusje. Zdaje się, że ze względu na Euro coraz dłuższe. I dłuższe. Szanowni pasażerowie, informujemy, że opóźnienie może ulec zmianie... Koniec cytatu.
Przyznać muszę, że jestem w tej grupie, która warszawką się nie zachwyca. Próbowałam cały rok, ale nie wyszło. Ciężko się tam żyje. Doskwiera głównie samotność. Wyizolowanie w tłumie, który nie poda ręki, gdy potkniesz się na ulicy. Jeszcze cię ofuknie, że tarasujesz przejście, otrąbi i pokaże uformowany w zwiniętą pięść, zeźlony gest. Przy odrobienie szczęścia nawet skopie. Uzbierałam w ten sposób kilka soczystych siniaków. Podmuchać to mało, dlatego zastosowałam kurację odcinającą i się wyniosłam. W trzy dni. Piękna, szalona wyprowadzka, jedna z najlepszych w moim wykonaniu (a mam spore doświadczenie w tej materii, proszę mi wierzyć). I od tego czasu mam czytelny stosunek do tego miasta: nie i już.
Do teraz. Dokładnie do minionej niedzieli. Poczyniłam ciekawe spostrzeżenia - niedziela jest istotnym punktem odniesienia dla cyklu zmian. Jeśli coś ma się zadziać, zakończyć bądź zacząć – to właśnie w niedzielę. I ta ostatnia przyniosła przekonwertowanie myślenia o stolicy. To jeszcze nie rewolucja, ale zapoczątkowała ciekawość i nieśmiały szczep życzliwości do W. Co z niego wyrośnie – się okaże, ale sprawdzić warto.
Pytanie, co takiego spowodowało łaskawe spojrzenie na niezbyt dotąd lubiane miasto? Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o bieganie. Hasło akcji pojednawczej: zakochaj się w sportowej Warszawie. Podjęłam wyzwanie. Chodziło o to, by pobiec. Czyli coś, co - zdaje się - potrafię robić i nie czyni jeszcze żadnej specjalnej atrakcji. Nigdy jednakże nie robiłam tego razem z dziesięcioma tysiącami innych ludzi, więc lampka zapłonęła. I poszło. Nieco pomogła natura, zsyłając na pierwszy weekend października iście letnią atmosferę. Rozsłonecznione ulice jakoś tak przyjaźniej wyglądały, jakby przestrzenniej, serdeczniej. Drugim sprzymierzeńcem była uśmiechnięta organizacja całej imprezy, pozytywne zakręcenie, rzymscy żołnierze i muzyka na trasie, ogólnie: całkiem w porządku. Tak więc mam nowy medal, kilka przyjemnych zdjęć i kredyt sympatii do wykorzystania. Lustracja  niebawem. Raport zdam jakościowo i opisowo.

Tak w ogóle to czy ktoś zauważył, jaką mamy piękną jesień? Baja.

niedziela, 25 września 2011

Introspekcja

Czasami zastanawiam się i dziwię pełnymi ustami, jak to jest możliwe, że tak mało rozgarnięta osoba, jak ja, jeszcze daje radę. Fakty są bezlitosne. Bezmiar nierealizmu. Z głową w chmurach lub najniżej w koronach drzew konkretów nie zdziałasz. A tu, proszę, działa się, pracuje się, dąży, wygląda i rozgląda. Co prawda, gdyby rozglądało się nieco bardziej uważnie, to i potknięcia byłyby rzadsze, i dorobek poważniejszy. Ale w zasadzie to chyba dobrze raz na jakiś czas porządnie się wywalić, trzepnąć głową w krawężnik lub słup telefoniczny, poczuć krew na ustach - jej metaliczny smak przypomina o biologii. Jak to mówią – czujesz, że żyjesz. I można jeszcze liczyć na to, że znajdzie się ktoś, kto podniesie, a nawet wymasuje. Masaż zdumionej, przebranej za materię, utopii.
Ciągle do przodu, w pogiętym, szybkim tempie. Nie bez ustanku, przerwy się zdarzają. Bywa, że w doskonale znanym labiryncie intuicji diablę jakieś podszepcze nietrafny kierunek. Niby znasz drogę na pamięć, a nagle błądzisz. Konsternacja zatrzyma cię w pół kroku, i nie wiesz, co zrobić, gdzie iść. Zgubiona w lesie rozwiązań, w rzepakowym polu, bezradne dziecko miasta na odludziu. Poza zasięgiem sieci. Znaleźć wyjście z tego cholernego zielska to jak pomalować rzęsy w kompletnej ciemności. Metoda na oślep tu nie zadziała. Zostaje posadzić tyłek na glebie i wystawić słońcu twarz do polizania. Promienie wcisną się pod zamknięte powieki, dając namiastkę światła w prywatnym piekle. I bywa, że to wystarczy; można wstać i brnąć dalej.   
W tej drodze po omacku obijam się o różne formy osobowe. Przez jedne przenikam jak przez mgłę, inne mają postać bardziej substancjalną. Czasem twardą, tak dalece, że zetknięcie z nimi jest gwałtowne i bolesne. Nie ma dwóch takich samych spotkań, każdy napotkany człowiek jest indywidualnym zjawiskiem. Porównywanie traci rację bytu, na linii styku prędzej czy później odnajdziemy różniące nas detale. Z tego między innymi powodu świat jest taki fascynujący. Nie ma nudy, są historie niezliczone. Niektóre z nich mogą być nauką dla innych, ale trzeba być ostrożnym i pamiętać o nieprzystawalności poszczególnych jednostek. Nie wszystko dla wszystkich.
Część napotkanych w szale życia osób budzi we mnie niesmak. Z powodu fragmentu całości, nigdy za całokształt. Naiwnie wierzę, że jak dobrze poszukać, to nawet Gargamel ma (miał? czy Gargamel żyje?) jakieś pozytywy. Im dłużej brodzę w czasie, tym więcej rzeczy, które budzą mój sprzeciw. Ale tak już zapewne musi być. Skoro kawa czarna i bez cukru, to dajmy pożyć amatorom cappuccino. Gdyby tylko o predyspozycje smakowe się rozchodziło, byłoby pysznie. Ale nie. Różnice wynikają ze sposobu postrzegania. Gorycz rozczarowań koi fakt istnienia niepodważalnych autorytetów. Jest ich parę, ale to nie miejsce na nabożne dysertacje o moich prywatnych bogach.
Są też tacy, których – tylko i aż - podziwiam. Tu też, oczywiście, za wybrane przymioty. Admiracja czyjejś cechy nie musi wcale wynikać z niedoścignionego dla mnie jej wzorca, choć często tak jest. Bywa, że podziwiamy bardzo prosty przymiot, taki, na jaki stać wielu. Pytanie, co z nim robimy, jak go wykorzystujemy, czy potrafimy z czegoś prozaicznego uczynić doskonałość.  Czy nam się chce. Dajmy na to: gotowanie. W zasadzie jak się tylko trochę postarać, ukucharzyć coś potrafi każdy. Ale łatwo odróżniamy zwykłe danie od dzieła kulinarnej sztuki. Autorów tych ostatnich nazywamy mistrzami. Albo: kochanie. No co jak co, ale miłość zdarza się popełnić każdemu (ci, co zaprzeczają, są niskogatunkowymi kłamcami). Co my jednak robimy z tymi uczuciami, że tylko (mniejsza) część z nas potrafi kochać…? Do tego stopnia, że tych szczęśliwych w miłości nazywamy szczęściarzami? Jak to się dzieje? Taki rozumny gatunek. Przekombinowany, jak widać.
I w tym aliażu ja. Zmiksowana z resztek. Niedostosowana. Dobra kobieta, która jest złą. Wbrew założeniom i niezgodnie z harmonogramem. Doskonała niedoskonałość. Taka jestem. Przepraszam.