niedziela, 26 czerwca 2011

Na wczasach w kurorcie...

...obowiązuje pewien bon ton. Etykieta, której winien przestrzegać każdy szanujący się urlopowicz. Odstępstwa są niemile widziane - najczęściej z ukosa, zdarza się, że z wyciągniętym palcem wskazującym.
Przede wszystkim trzeba wiedzieć, jak się nosić. Albo raczej, jak się nie nosić. Kalosze, nawet w kwiaty, nawet w kolorowe, nawet kiedy pada, nie zastąpią na nadmorskim deptaku piętnastocentymetrowych obcasów przymocowanych do stopy za pomocą paru pasków. Na beach party trzeba się zaprezentować, a że inne buty nie zmieściły się w walizce – to cena, którą warto ponieść. Umiejętność poruszania się w takim obuwiu (czasem deski się kończą i trzeba brnąć w piachu) to dar nie lada. I nie wszystkim dany.
Obuwie damskie już wiemy. Panowie bynajmniej nie są zwolnieni z uregulowań w tej materii. Nie ma znaczenia, czy klapek, czy sandał – wybór wedle upodobania. Tutaj z kolei obowiązuje to, co pod butem. Skarpetka mianowicie. Długość - nieco za kostkę, kolor - biały lub czarny, inne barwy byłyby zbytnią ekstrawagancją. Dopuszczalne są napisy typu puma lub ccc.
Ekscentryzm to domena pań. Tu na wiele można sobie pozwolić: kapelusze, świecidełka, sztuczne kwiaty, bransolety, chusty i co tam jeszcze, wszystko w obfitości wizualnej i dźwiękowej. Gwiazdę trzeba widzieć i słyszeć z daleka. Nie tylko dlatego, że usta jej się nie zamykają.
Makijaż. Obowiązkowy. Nigdy nie wiadomo, z której strony nadejdzie sława. Że skwar zalewa złotym potopem plażę – nie stanowi. Czoło gwiazdy musi być odpowiednio przypudrowane, oko podmalowane, odpuścić można sobie co najwyżej szminkę. W końcu stawiamy na naturę.
Repertuar dnia na wywczasach niezmienny. Od rana ciężka praca. Koc, ręcznik, parawan, napoje, pies pod jedną pachą (pisząc pies mam na myśli te małe, ruchliwe, piskliwe zwierzęta, które zapomniały urosnąć, a ktoś przez złośliwość wygolił im część futra), dziecko pod drugą, czasem jeszcze torebunia bo mam świeżo pomalowane paznokcie kochanie -  to zadanie mężczyzny. Kobieta pcha wózek bądź goni własny wdzięk i powab. Główne zajęcie całej rodziny, zaraz po mozolnym umoszczeniu się w grajdole, to posilanie się. Żeby zjeść, trzeba najpierw ustalić, co, a z tym wiąże się wybór miejsca zasłużonego obiadu. Dylemat niebagatelny. Czy rybka, czy pizza, czy schabowy. Czy Pod strzechą, czy U Hanki. Brak zdecydowania i kompromisów. Plażowa wojna domowa.
Ze scen w restauracji:
Jedno dziecko w wózku płacze, bo dostało mleko. Bądź go nie dostało. Drugie, bardziej samodzielne (potrafi walić kończynami w podłogę), płacze, bo chce frytki. Albo colę. W każdym razie płacze. Trzecie, przy sąsiednim stoliku płacze, bo tamte płaczą. Nie słychać własnych myśli ani pani zza bufetu, krzyczącej numer trzydzieści cztery proszę! Anielski chór. Wakacje. Jak miło.
Inna:
On – laptop. Ona – okno. Dyskusja ograniczona do ile można czekać na to piwo, podaj sól czy idę do toalety. Relaks, wypoczynek i cieszenie się sobą.
Z kolei obok zgoła odmienna para. On – sześćdziesiąt plus, niedokładnie zakryte braki w uczesaniu, dobry zegarek. Ona – dwadzieścia plus (bądź minus), długie nogi, trochę za słaby filtr przeciwsłoneczny. Rozmowa wielce ożywiona, on opowiada, ona zachwyca się jego elokwencją, perlisty śmiech, nie mówi: tato.
Korzystając z dobrodziejstw urlopu należy uważać, by upojny wypoczynek zbyt nas nie rozkojarzył. Nadmiar słońca może spowodować, że pomylimy partnera/partnerkę (a tu jesteś, kochanie…), wysłać sms-a nie tam, gdzie trzeba czy zjeść/wypić coś, co przecież nigdy nam nie służyło. Konsekwencje mogą piec bardziej, niż spalone ramiona.
I podstawowa zasada: turysta winien być skwaszony. Okazywanie entuzjazmu niewskazane, tym bardziej, że zawsze jest coś nie tak: za zimno, za gorąco, zbyt wieje, nie wieje, za mało słone, za drogo, za daleko, łóżko za twarde, za głośno, zbyt nudno, źle…
Reasumując: można się zmęczyć odpoczywaniem.
Chyba, że BIEGASZ.
Niewiele jest rzeczy lepszych od uczucia piasku, wiatru i wody pod stopami. Bieg brzegiem morza, boso – żadne najlepsze buty i trasy tego nie zastąpią. To jest ten moment, kiedy jesteś częścią świata, uśmiechniętą i szczęśliwą. Chłoniesz z każdym wdechem i krokiem harmonię, żyjesz. Nie potrafię napisać nic więcej, tego trzeba doświadczyć.

P.S. Tej pani udało się wyśpiewać to, czego mnie nie udało się opisać:
http://www.youtube.com/watch?v=G81xYwWCCAs&feature=related

niedziela, 19 czerwca 2011

49 minut

na moim zegarku; czekamy na oficjalne wyniki, ale i tak czuję się królową. Skąpaną w szampanie.

Godz. 17.10
A więc oficjalne wyniki moi drodzy są jeszcze bardziej optymistyczne: czas netto 00:48:49. I wygląda na to, że jestem 36 damą, która przekroczyła linię mety. Lepszego debiutu nie mogłam sobie wysmarować. I kolanko nie boli!
Niniejszym składam podziękowania i powinszowania Klubowi Kibica. Zdobył niekwestionowane pierwsze miejsce w swojej kategorii. List Gratulacyjny wręczony zostanie osobiście.
Biegam, bo lubię.

sobota, 18 czerwca 2011

Dziewiczy bieg

Dziękuję wszystkim za (niektóre niezwykle cenne) rady przed moim dziewiczym* biegiem. Odpowiadając na kilka zgromadzonych pytań: uczestnicy biegu świętojańskiego podpisują oświadczenie o zdolności do jego odbycia. Jeśli mają stan przedzawałowy, ale złożą podpis na stosownym dokumencie, to zostaną do zabawy dopuszczeni. Komisją lekarską jest tu więc własny zdrowy rozsądek. Pan od psychofizjo napraw twierdzi, że mogę pobiec, więc proszę się nie niepokoić, nie mam zamiaru kończyć imprezy w karetce. Poza tym ominęłyby mnie after party i truskawka. Najważniejsze to ten bieg ukończyć, myślę, że dam fory innym, nie będę walczyć o pudło. Niech mają. I tak, internet to siła. Znajdują cię w nim przeróżne osoby, co czasem jest miłe, czasem nie do końca. Ale, jak to kiedyś powiedział mój dobry, myślę, znajomy - jak cię nie ma w google, to nie istniejesz. Więc jestem.
A temat książki gdzieś tam w głowie się snuł, ale przyznam się szczerze - więcej radości mam z pisania tutaj. Ewentualnych rozczarowanych póki co przepraszam.
Dzisiaj mam zamiar dobrze się bawić, tylko muszę najpierw usunąć to głupie uczucie tremy. Jakby było się czym denerwować, prawda? Właśnie. Idę więc zapchać stres dobrym śniadaniem.
Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie.

* prawa autorskie do nazwy zastrzeżone dla A.

środa, 15 czerwca 2011

I jeszcze

Temat biegania żyje, prowokuje i wzbudza zainteresowanie. Ożywił nieco to miejsce. Przynajmniej widzę, że ktoś mnie czyta. Fajnie. Sympatycznie jest wiedzieć, że nie tylko ja odwiedzam tę stronę. Wracając do biegania – lekkim truchtem przewijają się refleksje. Przepływ powietrza umysł przewietrza. Jest wszystko: zapał i tak zwana zajawka, wiatr we włosach i buchająca nosem uciecha (hej). Lekkość tę jednakże zakłóca kilka detali. Ważą niewiele, ale wszystkie do kupy ciążą na całokształcie. Gdy kształt się jeszcze formował – czyli jak był młodszy - zgoła inaczej to wyglądało. Wiedzieć wam bowiem trzeba, że młodym dziewczęciem będąc dość prężnie udzielałam się sportowo (potem długo, długo* nic, aż do teraz). Przygoda z bieganiem za dzieciaka trwała dobrych kilka lat. Było nas więcej: banda wiejskich smarkaczy, którą ktoś zechciał się zająć i zamiast latać po polach, ganialiśmy po bieżni. Po polach też, ale to nie był berek – myśmy mieli profesjonalne treningi i trenera z prawdziwego zdarzenia. A jak! Kto chciał coś znaczyć na wiosce, musiał przebierać nogami. I tak powstał w pipidówie z pegeerem team, który siał postrach na międzyszkolnych zawodach. Serio serio, zgarnialiśmy wszystkie nagrody i obsadzaliśmy pudło w każdej kategorii wiekowej. Uzbierała się natenczas niezła kupka dyplomów (medali kurczę nie dawali). Należę do osób sentymentalnych, więc mam je do dziś i wszędzie ze sobą targam. Wśród wypłowiałych pamiątek wygranych (a jakże!) biegów ulicznych czy przełajowych są takie unikaty, jak mistrzostwa uczniów szkół wiejskich nieistniejącego już województwa, biegi o puchar burmistrza miasta i gminy czy trójbój obronny młodzików (wspomnienie rzutu granatem w moim wykonaniu – bezcenne). Oprócz nagród i uznania z ówczesnym bieganiem wiązały się jeszcze inne profity - obozy sportowe. Dla wielu jedyna szansa na wakacje poza własnym podwórkiem. Na taki wyjazd trzeba było zapracować – łapali się najlepsi. Praca czy nie – my to lubiliśmy. Bieganie przychodziło tak łatwo, tak po prostu. Wciągało się trampki i poszli..! I najważniejsze – nigdy nikomu nic nie było, nie bolało, nie strzykało. Drużyna nieśmiertelnych, żadnego cackania się, bieg był naturalną funkcją organizmu. A teraz? Stawy nie te, kości nie te, pesel nie ten. Trzeba na każdym kroku przewidywać trzy kolejne, aby przypadkiem nie wdepnąć w łajno i się na nim nie pośliznąć. Nie jeść na ostatnią chwilę, bo kolka i gastryczny dyskomfort. Zainwestować w odpowiednie buty, bo kolanka, piszczele i Bóg wie, co jeszcze. Pamiętać o rozgrzewaniu, rozciąganiu, masowaniu, chłodzeniu… Kiedyś po mocnym biegu miało się porządny apetyt, teraz – można mieć wizytę. U fizjoterapeuty.
I ja u niego byłam, z bólu i wściekłości wyłam. Dziś bardziej z wściekłości, bo kto widział psuć sobie kolano na kilka dni przed startem. Zwłaszcza tym pierwszym i wyczekanym. Klub Kibica i własne sumienie nie pozwoliłyby mi zrezygnować, więc pan doktor miał za zadanie utwierdzić mnie w przekonaniu, że dam radę pobiec. Domeną dobrego rehabilitanta jest to, że potrafi razem z kontuzją naprawić ci psyche. Powiem tylko tyle: w dupę się ugryzę ze złości, jak nie pobiegnę**. A więc sobota, dwudziesta pierwsza zero zero. Będę miała niebieskie buty i niebieskie taśmy na kolanie. Zapraszam, zapisy trwają. Na after party też. Nie ręczę za swoją na nim kondycję***, ale obecność gwarantuję. Jeśli nie duchem, to ciałem na pewno.  

*długo, długo, długo, długo, długo, długo, długo, długo
** czasami bez wulgaryzmu się po prostu nie obędzie
*** mogę nie szaleć na parkiecie do białego rana, co najwyżej do trzeciej; po tym czasie oblegam bar. Ostrzegam każdego, kto spróbuje mnie z niego zdrapać: będę walczyć

niedziela, 12 czerwca 2011

Bieganie raz jeszcze

No dobra. Choć zarzekam się, że moje bieganie jest dla przyjemności, nie dla bicia rekordów, to przyznać muszę, że nieśmiała myśl o starcie w jakimś masowym biegu mi towarzyszy. Intencja sformułowana dość dawno, ale bliżej niedoprecyzowana. Że nie tak od razu, że za jakiś czas i bez parcia na wynik. Wiecie, dla rekreacji, satysfakcji, paru fotek czy tam medalu na ścianie. Byle dobiec do mety, takie pitu pitu po trasie. Ble ble ble. Wiecie.
Pierwszy medal* prawie pojawił się w maju, ale konfiguracja czasoprzestrzeni nie sprzęgła się z układem planetarnym i ostatecznie nic z tego nie wyszło. Jak z wieloma innymi rzeczami. Dlatego należy robić, nie gadać. Ćwiczę tę umiejętność, powoli zaczyna wychodzić. W ramach praktyki zapisuję się na bieg i po pierwsze: wystartuję a po drugie: się nie skompromituję**.
Pytanie, dlaczego chcę startować, choć wcale nie jest mi to potrzebne? Ponieważ bieganie to dość samotny sport. Jesteśmy gatunkiem stadnym, więc (z małymi wyjątkami) szukamy towarzystwa. Bieganie od tej reguły nie odstaje. Wiadomo, lepiej w tłumie. Nawet narzucającym mordercze tempo. Jakoś tak się zadziało, że dyscyplina ta zrobiła się ostatnio szalenie popularna. Biegać jest modnie. Nagle zauważamy obfitość specjalistycznych pism, audycji, programów, stron internetowych, na zorganizowanych imprezach kończąc. I to nawet cyklicznych, typu: pobiegajmy sobie razem, będzie fajnie. No i jest, tyle że nie wszystkie te spotkania są dla wszystkich i nie zawsze jest do nich łatwy dostęp. Najczęściej żeby nie trenować samemu, trzeba po pierwsze znaleźć kogoś, kto zechce z tobą drałować, i po drugie biega na podobnym poziomie. To nie jest takie proste. Na przykładzie: od niedawna mam kompana do biegania. Kompan(ka) jest jeszcze większym amatorem, niż ja. Mówię „jeszcze”, bo jak tak dalej pójdzie, to będę musiała mocno spinać poślady, by dotrzymać kompanowi kroku. Postęp i zacięcie godne uznania, chylę czoła. Gdyby jednak samozaparcie kompana nie biło wszelkich dostępnych ludzkiej percepcji skal, zsynchronizowanie nasze byłoby trudne, by nie rzec: niemożliwe. Czynnikiem spajającym jest tu bezsprzecznie obustronny entuzjazm. A że podjudza go z jednej strony perspektywa węższego odbicia w lustrze, a z drugiej głosy w głowie, to mało istotne. Ważne, że mamy ochotę wspólnie liczyć mijane drzewa i gubić litry potu. Pozdrowienia dla kompana!
P.S. Usłyszałam wczoraj (dziś w zasadzie) od nowo poznanej, czyli z założenia bezstronnej osoby, że mam tendencję do umniejszania swoich możliwości. Nie wiem, może. Jeśli tak faktycznie jest, to zapewne dlatego, żeby nie zapeszyć. Podświadome chuchanie na zimne. Ale dobrze, postaram się, by w sobotę nie było pitu pitu, tylko porządny run. Czy stolica słyszy? Niech stolica pomięta, że obiecała pobiec w  gdyńskim Biegu Niepodległości. Tutaj jest dużo przyjemniej, zapewniamy wiatr od morza podczas biegu i kamikadze z kradzioną cytryną po.

* dla niewtajemniczonych: medal dostaje każdy, kto dotrze na własnych nogach do mety
** definicja wyrażenia „nie skompromitować się” nadal ewoluuje

środa, 8 czerwca 2011

Być jak Forrest Gump

Są piękne. Przyciągają spojrzenia, budzą emocje. Wychodzą przed szereg rzeczy zwykłych. Eksperci ocenili je bardzo wysoko, pochwalili, zaklaskali. A teraz należą do mnie. Stoją sobie dumnie przed drzwiami, cieszą oko. Zachwycają kolorem (seledynowe!), smukłą linią, a przede wszystkim przeznaczeniem.
Moje buty do biegania.
Naprawdę ładne, ale okrutne. Przeżyliśmy razem ciężkie chwile. Niemal rok trwał między nami ciągły, niemy dialog. One całym swym jestestwem zaznaczały swoją obecność, ja starałam się jej nie zauważać. Czy można ignorować obiekt swojej admiracji? Ależ tak. Jeśli przypomina ci o słabych stronach twojego charakteru, wprawiając przy tym w stan irytującego wstydu, to do perfekcji opanujesz sztukę puszczania mimo uszu wysyłanych przezeń sygnałów. Będziesz znajdować dziesiątki argumentów usprawiedliwiających swoje (niegodne biegacza) postępowanie. Pogoda paskudna (huragan prawie!), biorytm jest niekorzystny, pranie trzeba nastawić, do książki zajrzeć, paznokcie obciąć. Zresztą brak czasu i natłok obowiązków jest najłatwiejszą i społecznie akceptowalną wymówką, nie tylko przed uprawianiem sportów. Ostatecznie jednak limit pretekstów się kończy i niebieskie osiągają swój cel. Sznurowadła zostały zawiązane, Rubikon przekroczyć czas.
Moment ten jest preludium do ciemnej strony mocy.   
Historia dramatu zaczyna się, jak już wspomniałam, rok temu. Kilka lat zbierania się w sobie, kilka miesięcy gadania i oto przynoszę ze sklepu pudło z nowiuśkimi śmigaczami. Ich zadaniem jest zrobienie ze mnie bogini atletyki, podniesienie pośladków i skopanie rozpanoszonego lenia. Wiara w ich moc jest tak wielka, że pełna nowo odkrytej energii puszczam się w las. Całkiem dobry początek. Tralalala, fajnie jest. Biegnę sobie, buty też. Aż tu nagle jakiś zgrzyt: coś przerywa niezły rytm…
Od razu spieszę z podpowiedzią, że nie była to nieodparta chęć wyplucia płuc. Ta i owszem, pojawiała się, i to zanim na dobre kończyła się rozgrzewka. Bariera okazała się z innej zbudowana materii. Bardzo cienkiej i wypełnionej bezbarwnym płynem. W terminologii medycznej nazywa się to pęcherzem.
Musicie przyznać, że to przynajmniej złośliwe. Kiedy już zbierasz swoją szanowną i masz tyle zacięcia, by nie zrezygnować, to na drodze twojej nowo odkrytej determinacji staje jakiś bąbel. Może gdyby był jeden, incydentalny, to pominęłoby się go milczeniem, przekłuło, posyczało i zapomniało. Ale bąbel nie z tych. On się rozmnaża. Nowo narodzony pojawia się każdorazowo na bliznach swych poprzedników. Jak głowy lernejskiej Hydry.
Pokonywanie własnych słabości trochę się zatem skomplikowało. Tym samym zamysł stworzenia z siebie sportowca-amatora też. Bo działa to tak, że jeden negatywny bodziec eliminuje z dwa pozytywne. Więc każdy nowy pęcherz ma większą moc (nie)sprawczą, niż liczne argumenty przemawiające za wyjściem na trening (ależ to brzmi - trening! Tak, to te chwile, gdy gonisz własny oddech i nie wiesz sama, czy to on przyspiesza, czy ty zwalniasz). Ale wracając do butów. No są, ale sprawiają ból. Jesteśmy w punkcie wyjścia. Biegać, czy nie biegać - oto jest pytanie.
Odpowiedź przyszła razem z nowymi potrzebami. A zwłaszcza jedną, zupełnie niezwiązaną ze sportem. Można powiedzieć: natury psychicznej. Punktem wyjścia stała się konstatacja, iż osobnik dotknięty problemem jest dla otoczenia nosicielem wirusa - lepiej trzymać się z daleka. Niby nie zaraża, ale. Zarażony zostaje ze swym zmartwieniem sam, a stąd bliska droga do obłędu. Przed szaleństwem trzeba uciekać, najskuteczniej na własnych nogach. Biegniesz, a to, co cię goni zostaje z tyłu. Myśli, obrazy, słowa, dźwięki, ludzie, gesty, lęki. Przez godzinę nie ma tego wszystkiego, jest droga i to, co za zakrętem. Razem z potem spływa ciężar, a problemy tracą moc. Najważniejszą kwestią jest wytrzymanie podbiegu, wyrównanie oddechu, wyprzedzenie deszczu. Zaczynasz lubić swoje pęcherze i zakwasy, bo one są bólem, który da się znieść. Stopy krwawią, ale głowa ma lżej. Zaczynasz kochać bieganie, bo ono cię uwalnia. Słyszysz swój oddech, czujesz serce, rozmawiasz z nimi, rozumiesz je. I nie zależy ci na wynikach, ważne jest po prostu biec przed siebie. Taka filozofia.
Nie jestem odkrywcą, wiadomo. O takiej roli sportu powiedziano już chyba wszystko. A ja dołożę swoje trzy grosze i powiem:
Run, U., run!
Kiedyś zrozumiem.

środa, 1 czerwca 2011

Lody, karuzela i cukrowa wata

Jesteśmy dorośli i tak chcemy być traktowani. Są jednak takie błędy w matrixie, które przypominają nam o naszej dziecięcej naturze. Nagle mamy ochotę paść na kolana i z tej perspektywy, po kryjomu lub otwarcie, podglądać świat skonstruowany z klocków lego. Tęsknotę za szczenięcymi latami, świecowymi kredkami i kręconym bąkiem świetnie uwidacznia oszałamiający rozwój kinderbiznesu. Najfajniejsze zabawki kupujemy sobie po osiągnięciu statusu dorosłego, ze ściśniętym sercem obserwując, jak maltretują je nasze własne pociechy. Dzieci są okrutne i za grosz nie mają poszanowania własnego mienia. Nawet, jeśli jest nim zdalnie sterowany jeep ze sprężynowym zawieszeniem i światłami włączającymi się podczas jazdy.
Swoją pierwszą lalkę Barbie kupiłam sobie jakoś tak w okolicach pełnoletniości. Brak markowej lali był mi, pamiętam, bolesny, jednak nadrabiałam w towarzystwie profesjonalnym domkiem na full wypasie. Były meble (drewniane!), agd, miniludziki, wszystko.  Made in ciocia z Niemiec. Czad, jedyny taki nabytek we wiosce.
Teraz mam misia. Zająca dla ścisłości. Nazywa się Antoś i w przeliczeniu pluszowych lat na ludzkie liczy sobie już jakieś 30 roczników. Jest to wiek uprawniający go do spania ze mną w jednym łóżku, co czasem czyni. Antoś oprócz uroku osobistego ma groch w tyłku i klapnięte uszy. Podarował mi go dziadek na dziewiętnaste urodziny. Podobno zobaczył go w sklepie, chwycił za bety i przywlókł. Zamiast kwiatka. Dowcip, impuls czy tęsknota? Pewnie wszystkiego po trochu. Nie bez kozery jestem wnuczką Stanisława.
Fajnie byłoby - chociaż czasami - bezkarnie zamanifestować infantylność, wypiąć się na powagę dorosłości i martwić jedynie kończącą się porcją lodów. Dzień Dziecka to doskonała ku temu okazja. Przyzwolenie na dyspensę od bycia dojrzałym i serio. Dziś zupełnie nie byłam serio. Zapragnęłam być małą dziewczynką chociaż jedno popołudnie; znalazłam kogoś, kto potrzebował tego samego, co ja - i tak wyruszyłyśmy, dwie gówniary, na wagary od dorosłości. Szlajałyśmy się po mieście bez obcasów, jadłyśmy lody, budyń i chipsy, zaczepiałyśmy gadżety na wystawach, chichrałyśmy się z byle czego, ale największą frajdą były gokarty. Dwie wyrośnięte, piszczące mistrzynie kierownicy na torze, z rozwianymi włosami i grupą zazdrosnych gapiów. W dechę. Bez myślenia o jutrze. Z nadzieją na jeszcze.
Kto jeszcze wątpi w leczniczą moc dziecinności, niech spróbuje karuzeli. Albo waty cukrowej. Ich smak przypomni  znaczenie słowa radość.
Szczyptą pieprzu do tego lukrowego torcika jest jedno dziecko. To zza ściany. Cholerny bachor wydziera się tak, jakby już wiedział, co go czeka za naście/dziesiąt lat. Pozdrowienia dla sąsiadów. Może pocieszy ich fakt, że nie tylko oni mają nieprzespane noce.
Noc. Grzeczne dzieci idą spać. Niegrzeczne też.

sobota, 28 maja 2011

Return

Za chwilowy niebyt przepraszam. Zdarza się najlepszym, nawet mnie (tu ukłon w stronę autorki teorii, że wstydzimy czy też boimy się przyznać głośno do faktu, iż jesteśmy w czymś dobrzy; albo lepsi – by nie użyć słowa na zet). I choć stwierdzone zostało, że napisać coś jest mi łatwiej, niż powiedzieć, czasem lepiej - dla zdrowia własnego i innych - pomilczeć. Jeśli nikogo to nie uzdrowi, to na pewno nie zaszkodzi. Nie namawiam bynajmniej do unikania rozmów. Wymowne milczenie jest ostatecznością, należy je stosować w sytuacjach, kiedy słowa mogą już tylko skrzywdzić. Mój okres posuchy słowa minął (chyba) i teraz będę już (chyba) z regularnością mniejszą bądź większą zaznaczać swoją tu obecność. I do obrzydzenia perorować. Nie ma lekko, chcieliście – macie*.
Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, ostatni nieobecny tu miesiąc nie był straconym. Zaowocował wieloma innymi, zaniedbywanymi dotąd aktywnościami, które korzystnie wpłynęły na całokształt zwany U. Odebrałam na przykład sporo uwag adresowanych bezpośrednio do mnie, dotyczących nieprzystawalności przymiotów do znaczeń. W skrócie chodzi o to, jak nasze zalety stać się mogą naszymi wadami. Na pewnym przykładzie: szczerość. Cecha, zdawałoby się, pożądana i szanowana. Tylko nie zawsze ułatwiająca życie. Myślę, że każdy z nas przynajmniej raz wybrał kłamstwo dla „większego dobra”, „mniejszego zła” lub przynajmniej świętego spokoju. Prawdomówność nie jest w cenie. Tak to sobie jakoś urządziliśmy, że często nawet nie uznajemy własnych udawanych zachowań za nieszczere. Bywa, że wraz z upływem czasu przyjmujemy je za prawdziwe, zaczynamy wierzyć w zmyślone i nie wiadomo kiedy dokonujemy przesunięć w postrzeganiu prawdy i kłamstwa. Ale załóżmy jednak, że jesteśmy na wskroś uczciwi. Do tego stopnia, że nie uciekamy się do półprawd, i zamiast mówić bywało lepiej stwierdzamy dobitnie, że jest tragicznie. Jeśli liczymy wówczas na zrozumienie, doświadczymy zdziwienia. I w efekcie zostaniemy odsunięci. Za swoją – i tu uwaga - obcesowość.
Szczerość, którą nazwać można globalnie uczciwością wynika zapewne z chęci czynienia dobrze. Innym, rzecz jasna. Cnota pierwsza klasa. Kiedy słyszysz więc Czyniący Dobro Człowieku, że byłeś za dobry, mało tego – że twoja dobroć cię zgubiła – to w łeb biorą wszystkie wpajane ci od małego wartości. To jak z tym nadstawianym drugim policzkiem - z tą maleńką różnicą, że wcale nie chciałeś, by cię bito. Ty się tego nawet nie spodziewałeś. Razem z kwitnącymi siniakami dojrzewasz więc do myśli, że musisz zrobić wszystko, by nie dopuścić do kolejnego lania. Chcesz stać się bezwzględny.
Co się z tym wiąże? Egoizm. Dotąd nieustannie ci go brakowało, ale poczytywałeś to sobie za plus. Dawałeś wiele od siebie, starałeś się dla kogoś, przedkładałeś czyjeś zadowolenie nad własny interes. Summa summarum zostajesz z ręką w nocniku, a ci, dla których się zdzierałeś potrafią cię jeszcze obwinić (bądź współwinić) za swoją/twoją/naszą/waszą porażkę. Jaki wniosek? Należy brać, nie dawać, bo patrzenie na innych się zwyczajnie nie opłaca.
Z drugiej strony ci sami, którzy zarzucali mi brak egoizmu, reagują nerwowo na jego u mnie oznaki. Choćby najmniejsze. Wówczas egoizm staje się na powrót (i na krótko) tym, czym jest: samolubstwem. Ale to pewnie dlatego, że każdy jednostkowy egoizm podpina wszystko pod siebie, nie toleruje obcego i źle go odbiera.
Zostało jeszcze jedno. To zarzut, który usłyszałam już dawniej, teraz tylko chciałabym dokładnie mu się przyjrzeć. Perfekcjonizm (bądź do niego nieustanne dążenie). Taa. Niby nie ma się do czego przyczepić. Poszukiwanie ideału nie jest chyba czymś złym, lepiej, żeby coś było doskonałe, niż na przykład mierne. W myśl tej zasady starasz się i pocisz, poprawiasz co tam masz do poprawienia, jesteś najsroższym sobie krytykiem i nagle dowiadujesz się, że twój perfekcjonizm jest chory. Że ma podłoże w źle skrywanych kompleksach. Przy jednoczesnym podkreśleniu twoich niedostatków (!) Czy ktoś to rozumie?
Może i jest w tym ostatnim odrobina prawdy. Ale tylko kapka, zupełnie zdrowa i niegroźna. Wszystkim takiej życzę, będziemy wówczas tylko lepsi.
W toku powyższego wytworzył nam się nowy słownik:
I. szczerość to obcesowość
II. dobroć generuje bezwzględność
III. egoizm to najważniejsza z cech
IV. perfekcjonizm jest wyrazem naszego zakompleksienia
Można się pogubić. Jedynym, co w takiej sytuacji ratuje od podcinania żył jest świadome odrzucanie owego nieszczęsnego dekalogu. Co nam w tym pomoże? Własny rozsądek i intuicja. Bo bywają  ludzie źli, są bezczelni, groźni czy tacy, którzy własną niezdarnością i niezdolnością do trafnych przemyśleń krzywdzą innych. Ale wiemy przecież, że otaczają nas osoby pozytywne, życzliwe i chcące dla nas jak najlepiej. Takie, które nas lubią, kochają bądź lada chwila polubią i pokochają na śmierć i życie. I o nich w tym całym młynie chodzi. Cała reszta jest niczym.

Acha. Wcale nie lubię gotować. Ja po prostu lubię dobrze zjeść. Gotowanie jest niekoniecznie szczęśliwą wypadkową tego procesu**.

* informacja dla tych, którzy wcale nie chcieli: skargi i zażalenia przyjmowane są w każdy ostatni czwartek miesiąca w biurze spraw niezałatwionych (z założenia i z premedytacją).
**to tak na fali szczerości i odkrywania siebie. Czy ktoś ma się zamiar obrazić? Zapraszam.  

piątek, 22 kwietnia 2011

O ludziach

Stosunki międzyludzkie to strasznie skomplikowana sprawa. Słowo „strasznie” znalazło się tu nie bez powodu. Potrafimy być dla siebie wilkami, najbliżsi to jednocześnie nasi najdoskonalsi oprawcy. Zależy ci na kimś bardzo? To właśnie ta osoba cię zrani! Robi to, powiedzmy, nieświadomie. Nie zastanawia się nad konsekwencją niby nic nie znaczących gestów, które - kumulując się – wybuchną jak bomba w waszym uporządkowanym, cudownym życiu. Ty nie pozostajesz dłużny, bomba cyka. Jakaś niepotrzebna krytyka, złe słowo rzucone nie w czas, niezauważona potrzeba bliskości, rozmijanie się, proza codzienności. Gdy przebywa się z kimś w jednym domu/środowisku – a raczej są to ludzie nam najważniejsi – nietrudno o rysę na szybie. A szkło się ugina. Może pęknąć. Gdy to zrobi, zazwyczaj jest za późno. Cholernie ciężko załatać dziurę, która powiększała się stopniowo przez lata. Są już nawet specjaliści od tego – terapeuci, mediatorzy. Za pieniądze (dzisiaj już wszystko ma swoją cenę) starają się pomóc tym, którzy przestali widzieć szansę porozumienia/zrozumienia. A jeśli tych pieniędzy się nie ma i/lub brak w nas chęci na pomoc z zewnątrz – co wtedy? Powiększa się grono ludzi, do których mamy żal, pretensje, nawet wrogów. Gniew zajmuje miejsce pozytywnych emocji. A wystarczyłoby w porę się otrząsnąć, zauważyć błędy, pomyśleć nad kolejnym złośliwym komentarzem, a przede wszystkim – rozmawiać. Teraz nie ma na to mody. Za mało czasu, brakuje godzin, każda wyliczona jest na działania mające polepszyć nam życie. Wszystko dla dobra naszych najbliższych przecież. Gdzieś gubimy jednak to, co najważniejsze. A cierpią na tym wszyscy wkoło. Oprócz koniecznych skrępowanych uścisków w święta nie utrzymujemy kontaktów z rodzicami, bo mamy do nich pretensje o to, że zaniedbali własną wychowawczą misję. Z siostrami i braćmi jesteśmy skłóceni o podział schedy bądź nierównomiernie rozłożoną miłość rodzicielską. Nasze dzieci poszły nieodpowiednią drogą, więc niech nie liczą na nasze wsparcie. Mąż/żona już nas nie rozumie, więc rozwód. Przyjaciel nie interesował się należycie naszymi problemami, więc luzujemy kontakty. Takich historii są tysiące, miliony. Wystarczyłoby zapukać do sąsiadów i posłuchać ich opowieści. Ludzie! Zwariować można! Zatrzymajcie się na chwilę i pomyślcie! Bo za chwilę będzie za późno. Jeśli już nie jest.

piątek, 8 kwietnia 2011

Dywagacji część trzecia. I ostatnia. Acz najdłuższa

O kryzys tożsamości głośno oskarżamy Amerykę. Narzekamy, że zła i że zauroczyła nas złudną bajką, która, gdy jej się dobrze przyjrzeć, nie reprezentuje żadnych wartości.
W tym mieście nie ma cmentarza
Poza tym wszystko tutaj jest
Kupno i sprzedaż, ręka i czoło
Spotkanie na samym dnie*
Załamujemy ręce nad amerykanizacją życia, która uniemożliwia nam odkrycie i pielęgnowanie naszej rodzimej kultury. Ameryka wyziera z każdego kąta. Ameryka tu, Ameryka tam. Ameryka wszędzie. Madonna, shopping, McDonalds, aniołki Charliego. Ciężko wzdychamy, obserwując zalew niskiej i niższej kultury popularnej zza wielkiej wody. Zarazem jednak korzystamy z tych nie-dobrodziejstw, chłoniemy je, zjadamy, przerabiamy na swoją modłę. Ameryka jest niedobra, ale jakoś nam pasuje. Trzeba zadać sobie pytanie, czy nie próbujemy zwalić na nią winy za brak własnego zdecydowania. Bo nie potrafimy wybrać wśród ogromu proponowanych rozwiązań. Gubimy się sami, a nie Ameryka nas gubi. Gdy damy sobie bowiem możliwość wyboru, mamy szansę dostąpić samorealizacji. Kultura jest źródłem cierpienia człowieka - twierdził Freud - w sytuacji podporządkowania bowiem się traci. Ale, panie Zygmuncie, świat kultury stworzony przez człowieka stał się dla niego tak samo niezbędny do życia, jak wcześniej dobra natury. Można kulturę negować, krytykować, ganić, ale jakieś punkty odniesienia trzeba przyjąć, bo ona jest naszym wytworem, naszym dzieckiem.
Można zaryzykować stwierdzenie, że to, co dawniej znajdowano w filozofii i religii, dziś ukrywa się w maskach kultury popularnej. Jeśli uważnie dokona się wyboru, to Ameryka okaże się dobrym programatorem naszej tożsamości. Są piosenki, w których bardziej, niż o wartość muzyczną, chodzi o teledyski i prężące się w nich półnagie dziewczęta. Ale jest też muzyka Nory Johnes, której nie można odmówić popularności. Są tasiemcowe seriale o Herkulesie, który ramię w ramię z Janosikiem walczy w słusznej sprawie dyskryminowania kobiet, ale kino ambitne na tym nie cierpi. Ono na tym zyskuje. Poza tym, dzisiaj również dowiadujemy się, jak żyć, i to z katedr i ambon. Przykładów jest może mniej, ale za to jakie są mocne. Nadal palą się świece w intencji Jana Pawła II. Rozmiary i formy solidaryzowania się w żałobie po tym wielkim człowieku zaskoczyły wszystkich, a nie powinny.
U.29: Taaak, mamy jako naród polski genetycznie zaprogramowany romantyczny syndrom zbiorowego cierpienia. Tyle, że nie za wiele on ze sobą niesie. To takie zamaszyste, pokazowe demonstracje braterstwa, które nie mają żadnej silnej podbudowy. Przypomnijmy sobie, co działo się dokładnie rok temu po smoleńskiej katastrofie. Chwila wspólnej zadumy, po czym wystarczył mały zapłon, by rozpętać krzyżową wojnę pełną zajadliwej nienawiści do tych, którzy jeszcze przed chwilą łączyli się z nami w zadumie i smutku.
U.23: No tak, ale pamięć papieża jest zupełnie innym przykładem. Tutaj raczej nie ma podziałów. On nie stał się przyczyną żadnych konfliktów. Nawet, jeśli ktoś nie do końca jest przekonany o słuszności jego beatyfikacji, nie przykuwa się do obelisku na placu św. Piotra w akcie sprzeciwu. Wszyscy są zgodni co do tego, że Wojtyła był wielkim autorytetem.
U.29: A komentarze sugerujące, że po papieżu zostaną nam kremówki, natomiast do jego encyklik mało kto zajrzy? I po tych kilku latach ja się pytam – kto przeczytał choćby jedną? Hę?
U.23: Nie musimy ich studiować, by dawać przykład trwałości wiary i religii. Globalizacja nie spowodowała zmiany wiary na formę łatwo przyswajalnej, rozpuszczalnej religii-instant. Owszem, musi być ona dostępna, a elektroniczny kościół to nic złego, szybciej trafi do ludzi. Potrzebujemy wspólnot, tożsamość społeczeństwa jest tak samo ważna, jak indywidualna. W zasadzie czy może to nie jest jedno i to samo...? Przykładem ciągłej aktualności wiary w ponowoczesnym świecie są choćby takie kapele, jak cytowana już Armia i jej teksty. Posłuchajcie. I to koniecznie głośno.
To nie tożsamości, ani nawet wolności, szukamy. Wolność nie istnieje, paradoksalnie nie ma jej w ponowoczesnych czasach demokracji. Gdybym była WOLNA, prowadziłabym uroczy, mały sklepik pod nazwą „Sprzedaż marzeń”, w którym równie wolni jak ja klienci, za grosze i uśmiech kupowaliby jedyne w swoim rodzaju bibeloty: papeterię z aksamitnymi, czerwonymi wstążeczkami, ręcznie wyrabiany, ceramiczny pojemnik na kawę (samodzielnie mieloną, rzecz jasna).
U.29: No, i mamy. To się zdecydowanie zmieniło. Zanudziłabym się w tym sklepiku na śmierć! Już nie mówiąc o groźbie bankructwa. Straszne.
U.23: Ale nadrobiłabyś zaległości lekturowe.
U.29: No nie wiem. Na papeteriach nie zarobiłabym nawet na książki, które wolę kupować, niż wypożyczać. Książka ma być moja, bo lubię sobie na niej gryzmolić i zaznaczać co ciekawsze fragmenty. A VAT rośnie….
U.23: No ładnie. Za kilka lat będę mieć coraz więcej dziwnych fobii. Aż strach się bać. W każdym razie sklepik raczej nie powstanie. Układ, który sami sobie stworzyliśmy, nie pozwala mi na to, a przynajmniej długo jeszcze nie pozwoli. Jest totalne zniewolenie – tym, co trzeba, co wypada, czego nie wolno, jak można, a jak nie. Nakazy, zakazy, normy – ale to my sami je sobie ustanowiliśmy. Prawo, moda, tradycja, praca – tutaj wybór jest koniecznością, coś wybrać trzeba. Złotego środka nie znajdziemy nigdy. Gdyby nagle ogłosić, że dnia tego i tego, o godzinie tej i tej, ustaną wszelkie ograniczenia i przepisy, nastałaby anarchia i ciekawe, czy nie koniec świata. Trzeba więc cieszyć się, że bezustannie pracujemy nad własną tożsamością, a nie martwić się kryzysem.
Sprzedaż marzeń – dzielenie się szczęściem. Bo to szczęścia pragniemy. Jeśli uda się nam osiągnąć je między zakupami w centrum handlowym a lekcjami angielskiego – to dobra nasza.
U.29: Całkiem niedawno ktoś zapytał się mnie tutaj, co jest najważniejsze w życiu człowieka. Odpowiedziałam (bardzo wymijająco), że drugi człowiek. Ale ta ogólnikowa odpowiedź jest też bardzo konkretna, i całkiem wpasowuje się zagadnienie naszej tożsamości. Jesteśmy tym, kim chcemy być dla innych i wśród innych.

Na koniec: Moja skromna wypowiedź dotycząca tożsamości stałą się też nagle intertekstualną przygodą z moim własnym słowem. Przychylam się do tego, że SŁOWO w interakcji z innym punktem widzenia, innym kontekstem, staje się na nowo. Prowadzi do powstania wciąż nowych konkretyzacji**. Słowo na dobrą sprawę jest bezbronne, odbiorca może z nim zrobić, co zechce, tylko pytanie: co z tego wynika? Dlatego też nie zgadzam się ze zdaniem, że słowo jest ostateczne, nawet, jeśli wydrukowane. Co sekundę może zmienić swe nacechowanie semantyczne, emocjonalne, interpretacyjne. Stąd propozycja: „wpisz się w tekst, zmień go, przekształć, przewróć, wymaż” odebrałam niemal jako prowokacyjną zaczepkę. Zrób, co chcesz? Dobrze! Wręcz doskonale. Tylko zastanawiam się (bez żadnych osobistych wycieczek), czy w momencie podjęcia decyzji o puszczeniu tekstu w czas i przestrzeń, wzięta została pod uwagę możliwość długotrwałego wciskania klawisza Backspace? Ale bez obawy – polemika nie zawsze jest zupełną negacją. Jak widać.
Fajnie tak sobie czasem pogadać ze sobą.

U.23: Nom.

* Fragment tekstu piosenki z repertuaru zespołu Armia, Utopia z płyty Pocałunek mongolskiego księcia. Polecam!

** Konkretyzacji, czyli spotkania się komunikatu i jego odbiorcy. Termin wprowadzony przez Romana Ingardena, dotyczy w zasadzie dzieła sztuki literackiej, ale doskonale można go przenieść na inne pola odczytań. Ingarden wprowadził novum w postaci uznania odbiorcy za współtwórcę dzieła, jako tego, który uzupełnia, dopełnia szkielet utworu, jednak niejednokrotnie zniekształca go i zmienia. Zainteresowanych zapraszam do lektury Ingardena: Z teorii dzieła literackiego. Ja – co stwierdzam bez żalu - już nie muszę tego czytać. Ale kiedyś musiałam.